Dwie kreski.
Dwie kreski!
O MERLINIE, DWIE KRESKI!!
Siedziałam w damskiej
łazience, w biurze Aurorów i nie mogłam uwierzyć w to co widzę. A były to dwie,
cienkie kreseczki na kawałku niepozornego plastiku. Ale jak ważnego!!
- Uspokój się – wyszeptałam,
patrząc na siebie w lustrze i przemywając sobie twarz chłodną wodą. Trzeba myśleć
rozsądnie, nie mogę biec na poszukiwania Jamesa w Ministerstwie – najpierw
muszę się upewnić. Stu procentowa pewność, to jest to!
- Ooo Merlinie –
powiedziałam, przeglądając swój kalendarz. Jak mogłam nie zauważyć, że okres mi
się spóźnia o trzy tygodnie?!
- Myśl, Potter, myśl –
wymamrotałam do siebie i spakowałam cały wywalony z torebki majdan z powrotem
do niej. Poprawiłam z lekka rozmazany makijaż (wzruszyłam się), uczesałam potargane
włosy (przejęłam ten nawyk od Jamesa – zaczęłam sobie czochrać włosy) i wyszłam
z łazienki.
- Potter wychodzę, jeżeli
chcesz to możesz dzisiaj wcześniej skończyć – powiedział Moody, zatrzaskując za
sobą drzwi.
Pomyślałam, że chyba mam
dzisiaj szczęście i prawie, że wybiegłam w stronę kominków, znajdujących się w
Atrium. Do Munga!
- Gratuluję pani Potter,
jest pani w ciąży – powiedziała magomedyczka, wpisując coś do mojej karty – Wszystkie
wyniki ma pani w normie, jest to pierwszy miesiąc ciąży, może pani odczuwać
lekkie mdłości, może być pani słabo. Zalecam umiarkowany wysiłek fizyczny,
spacery, lekkie ćwiczenia rozciągające, proszę się zdrowo odżywiać. Widzimy się
za miesiąc – dodała. Z wielkim uśmiechem na ustach, wylewnie jej podziękowałam.
Dopiero to do mnie
docierało. Jestem w ciąży!
To niewiarygodne. I z tego co powiedziała
magomedyczka, do zapłodnienia musiało dojść na delegacji…
Ależ wtedy wyluzowałam!
Wyszłam ze szpitala i mocniej
owinęłam się szalikiem. Trzeba teraz o siebie bardziej dbać, w końcu dziecko
jest najważniejsze. Szłam ponurą, londyńską ulicą i wszystkich obdarzałam radosnym
uśmiechem.
Przeszłam na drugą stronę
ulicy i zobaczyłam cel mojego krótkiego spaceru. Sklep z akcesoriami
dziecięcymi.
Po szybkich zakupach,
wróciłam do biura – ostatnio zawsze wracaliśmy do domu razem. Siedziałam w
fotelu ze świadomością, że obdaruję dzisiaj męża cudowną wiadomością. Można
powiedzieć, że prawie podskakiwałam na fotelu i co chwilę sprawdzałam godzinę.
Morgano, już dwadzieścia po szesnastej, gdzie on jest?!
- Przepraszam, za
spóźnienie! – zawołał James, wchodząc przez drzwi. Pokręciłam głową i mocno się
do niego przytuliłam. Można powiedzieć, że nie tylko ja – teraz myślałam o
sobie w kategorii dwóch osób.
- Nic się nie stało –
odparłam wtulając się w jego chłodny płaszcz – Stęskniłam się za tobą –
dodałam, patrząc w jego orzechowe tęczówki, teraz przysłonięte przez zaparowane
okulary.
- Ja za tobą bardziej –
powiedział i przetarł sobie szkła skrajem szalika – Idziemy do domu?
- Tak.
- Stało się dzisiaj coś
dobrego? Ciągle się uśmiechasz – powiedział James. Chciałam coś powiedzieć, gdy
mi przerwał – Czekaj, dostałaś podwyżkę?!
- Co? – zapytałam. Z kasy
bym się tak cieszyła? Kretyn… - Nie, oczywiście, że nie. Poczekaj, mam coś dla
ciebie – zaczęłam grzebać w torebce i szukać małej paczuszki – Otwórz.
Wręczyłam mężowi kolorowy
kartonik i z niecierpliwością czekałam na jego reakcję.
James zważył w rękach
prezent i zdjął pokrywkę.
Otworzył szeroko oczy i
wyjął parę, maleńkich bucików (ależ banał...).
- To…? Jesteś…? – wyszeptał,
patrząc mi prosto w oczy.
- Tak! – zawołałam i
rzuciłam się w ramiona bruneta – To dopiero pierwszy miesiąc, byłam już w szpitalu,
musiałam mieć pewność – zaczęłam z siebie wyrzucać – I uzdrowicielka powiedziała,
że mam dużo spacerować, zdrowo się odżywiać i… - jednak J przerwał mi czułym
pocałunkiem.
- Musisz o siebie dbać Lily,
obiecaj mi to – powiedział, jakimś takim poważnym tonem. Merlinie, oczy mu
błyszczały jakby miał się rozpłakać! Serio. Chociaż wiem, że J z zasady nie
płacze. W końcu jest „prawdziwym facetem”, jak to lubi siebie określać, a nie
żadną beksą.
- Oczywiście, że będę o nas
dbać – odparłam i mocno przylgnęłam do jamesowego torsu – Powiedz, że nas
kochasz – wymruczałam w jego sweter.
- Kocham was najbardziej na
świecie – wyszeptał James i delikatnie objął mnie ramionami. Uśmiechnęłam się.
Ten
moment był najszczęśliwszą chwilą ostatnich miesięcy.
Z
dziennika Jamesa Pottera
Lily spała już od dobrych
dwóch godzin, a ja siedziałem w salonie z butelką Ognistej. W myślach błagałem
Boga lub inne bóstwo – chociaż nie jestem zbyt wierzący, ale błagałem go, by ta
ciąża doprowadziła do narodzin zdrowego, ślicznego dziecka.
Nawet nie chciałem myśleć,
co by było, gdyby Lily znowu poroniła...
Usłyszałem ciche pukanie do drzwi.
- Już jestem – powiedział
Syriusz i wszedł do salonu – Co się stało? – zapytał i spojrzał na opróżnioną
do połowy butelkę whisky – Wiewióra wyrzuciła cię z sypialni? – zażartował.
Uśmiechnąłem się lekko.
- Mnie żona nie wyrzuca z
łóżka – odparłem, drocząc się z Łapą – Lily jest w ciąży – wyjaśniłem, widząc
jego pytający wzrok.
- Wow! Gratulacje, stary! –
powiedział Syriusz, poklepując mnie po ramieniu. Chwilę na mnie popatrzył –
Boisz się! – stwierdził z pewnością brzmiącą w głosie.
Spojrzałem na niego spode
łba i ciężko westchnąłem.
- Dziwisz mi się? –
zapytałem, nalewając bursztynowego płynu do dwóch szklanek – Ostatnia ciąża o
mało co nie skończyła się naszym rozstaniem i głęboką depresją – dodałem, na raz
wypijając alkohol.
- Rzeczywiście – powiedział
Syriusz – Ale cholera, James, ty się nie boisz! Jesteś najodważniejszy z nas
wszystkich, pokonałeś tamten problem… Musisz wierzyć, że tym razem się uda.
Będziemy dbać o Rudą, zobaczysz urodzi się wam zdrowy brzdąc, ja to mówię,
przyszły ojciec chrzestny – dodał z pewnością w głosie.
- Taa, muszę wierzyć. Żyć
nadzieją. Chrzanie takie farmazony! – podniosłem lekko głos i od razu się
opanowałem – Zrobię wszystko, żeby to dziecko się urodziło i żeby było zdrowe –
zapowiedziałem.
- I to jest James, którego
znam! Nie, nie nalewaj mi więcej, muszę spadać, Dorcas zaraz wróci z salonu.
Widzisz do której tam przesiaduje? – odparł Syriusz kręcąc głową.
- Proszę, nie mów jeszcze
nikomu o ciąży. Lily powiedziała, że chce poczekać z tą wiadomością –
poprosiłem przyjaciela.
- Nie ma sprawy, Rogaczu. Do
zobaczenia w pracy, tak właściwie za… 7 godzin – powiedział, spoglądając na
zegar wiszący w salonie – I jeszcze raz, gratulacje.
Kiwnąłem głową i zamknąłem
drzwi za kumplem. Sprzątnąłem butelkę po alkoholu i poszedłem do sypialni.
Kolejne dni przechodziłam z
głową w chmurach. Cały czas byłam rozkojarzona, aż do pewnego poranka, który
nie zaczął się najlepiej.
- Fuu – wyszeptałam,
spuszczając wodę. Poranne mdłości zaczęły mi się wraz z nadejściem końcówki
pierwszego miesiąca ciąży – Znowu? Ughh – wyjęczałam i pochyliłam się nad
muszlą. Masakra. Nie myślałam, że będę rzygać jak kot.
- Lily, dobrze się czujesz?
– usłyszałam głos Jamesa spod drzwi.
- Doskonale – odparłam
ironicznie, znowu spuszczając wodę i nakładając sobie pastę na szczoteczkę do
zębów – To tylko poranne mdłości – dodałam, otwierając drzwi do łazienki i
szybko szorując zęby.
- Jesteś pewna? Może
powinnaś zostać dzisiaj w domu? – zapytał, siadając na krawędzi wanny.
- Nie ma mowy, czuję się
świetnie – odparłam przepłukując usta i zaczęłam czesać włosy – To co, herbatka
gotowa? – zapytałam. James stwierdził, że tak i poszliśmy do kuchni.
Poranne mdłości odeszły jak
ręką odjął, gdy dotarliśmy do biura. James stwierdził, że dzisiaj nadrobi
pisanie protokołów, więc został ze mną w biurze. Trochę było męczące to jego
„trzęsienie” się o mnie, ale w zupełności to rozumiałam.
- Nie nieś tego! – zawołał
zza swojego biurka, jak tylko zauważył, że chcę podnieść trzy spore segregatory.
- James, no weź… - zaczęłam
mówić, ale jak zwykle mi przerwał.
- Kobiety w ciąży nie mogą
nosić ciężkich przedmiotów – odparł i zabrał mi te „ciężary” – Gdzie to
zanieść? – zapytał.
- Odłóż na tą półkę koło
drzwi do gabinetu Szalonookiego – powiedziałam i usiadłam za biurkiem – Czy to
oznacza, że teraz nic nie będę mogła robić? – zapytałam. Bo serio, byłam
ciekawa!
- Nic, co mogłoby wam
zaszkodzić – odparł J i usiadł na moim biurku – Już nie jest ci niedobrze? –
zapytał zmartwiony.
- Herbatka pomogła –
powiedziałam i zajęłam się pracą. James jeszcze chwilę na mnie popatrzył i
wrócił do pracy.
Po powrocie do domu i
zjedzeniu obiadu ugotowanego przez Jamesa (jestem w szoku!), znowu dopadły mnie
mdłości.
- Morgano, miały być poranne
– wyjęczałam, siadając na podłodze obok muszli klozetowej. Czytałam już wiele
poradników dla przyszłych mam i doskonale wiedziałam, że pojęcie „poranne
mdłości” jest względne. Często to są mdłości popołudniowe lub wieczorne.
- Twoja herbata – powiedział
James, wchodząc do łazienki i podając mi kubek z parującym napojem – Jesteś
pewna, że nie musimy teleportować się do Munga? – zapytał, siadając obok mnie
na podłodze i wciągając mnie na swoje kolana.
- Absolutnie pewna –
odparłam i napiłam się – Za godzinę coś przegryzę i na pewno mi się poprawi –
dodałam, próbując się napić i przy okazji nie poparzyć sobie ust.
- Kiedy powiemy rodzinie i
przyjaciołom, że spodziewamy się dziecka? – zapytał James, delikatnie kładąc
dłonie na moim jeszcze płaskim (już niedługo…) brzuchu.
- Myślałam, że święta to
będzie najodpowiedniejszy czas. Będę już prawie na początku trzeciego miesiąca
ciąży, a to będzie fajny prezent dla przyszłych dziadków, co ty na to? A
przyjaciołom, hmm, może w Sylwestra? – odparłam, kładąc dłonie na obejmujących
mnie rękach Rogacza.
- Dobry pomysł. Nasze mamy
oszaleją, gdy dowiedzą się o ciąży – powiedział James – A teraz wstańmy z tej
podłogi, jest strasznie zimna.
Następne dni mijały dosyć
przyjemnie. Mdłości ograniczyły mi się tylko do tych porannych, w pracy
nastąpił mały przestój – zajmowałam się głównie przekładaniem papierów oraz noszeniem
ich Moody’emu do podpisu. Można powiedzieć ze się nudziłam.
Ostatnio zrobiłyśmy sobie z
dziewczynami babski dzień w salonie Dorcas.
- Mary, opowiadaj co u
ciebie? – zapytała Dor, sprawnie robiąc mi manicure. Spojrzałam na blondynkę,
której aż oczy się zaświeciły!
- Z Regulusem jest tak dobrze…
- wyszeptała zamyślona – Jest niewiarygodny.
- A mówimy o sprawach
łóżkowych, czy innych? – zapytałam cicho się śmiejąc z zaczerwienionej
blondynki.
- W każdej strefie życia
jest niesamowity – odparła rozmarzona.
- Ja tam nadal nie mogę
uwierzyć, że spotykasz się z bratem mojego męża… Ale słuchajcie, jeżeli Reg
ożeni się z Mary, to zostaniemy rodziną! – zawołała Dorcas, odkrywając Amerykę.
- Nawet nie myślę o ślubie,
chcę najpierw skończyć kurs na Uzdrowiciela – wybąkała Mary, widocznie
zażenowana tym tematem.
- Wydaje mi się, że do
siebie świetnie pasujecie – wtrąciłam – Najpierw myślałam, że źle postępujesz
zostawiając Remusa, ale paradoksalnie, masz chyba więcej wspólnego z Regulusem
– dodałam po chwili zastanowienia.
Mary uśmiechnęła się i
zmieniła temat.
- A jak wasze sprawy
małżeńskie? Dzieci jeszcze z tego nie ma? – zapytała Mar, śmiejąc się z miny
Dorcas.
- Nic się nie dzieje –
odparła brunetka, urywając temat.
- U mnie też nic – odparłam,
dyskretnie kładąc rękę na brzuchu. Od razu pomyślałam o moim maluszku i się
uśmiechnęłam.
Mary ma niezłą intuicję.
- To szkoda, mogłabym zostać
ciocią. Lubię dzieci – dodała, a ja spojrzałam na nią z zainteresowaniem.
- A może sama spraw sobie
bobasa? – zaproponowałam. Dorcas kiwnęła głową i spojrzała na Mary, czekając na
odpowiedz.
- Weeźcie, nasz związek jest
zbyt świeży. A wy mi tu mówicie o małżeństwie i dzieciach… Nawet nie mielibyśmy
ich gdzie umieścić, chyba że kątem u moich rodziców – odparła. No tak, Mar ani
Reg nie mieli takiego szczęścia jak James lub Syriusz ze spadkami. Ci dwaj to
są chyba w czepku urodzeni…
- Skończyłam! – powiedziała
Dor i spojrzała z satysfakcją na moje paznokcie – To co, skoczymy na miasto coś
zjeść? – zapytała. Zgodziłyśmy się i po chwili wylądowałyśmy w jednej z naszych
ulubionych knajp na Pokątnej.
***
Tam tarra - ram! I jest! W końcu - rozdział przełomowy - Harry istnieje, yeah :) Gorzej, że jestem już na etapie pisania rozdziałów o jego narodzinach/życiu - masakra. Co można pisać o takich małych dzieciach? W kółko się ślinią i robią inne obrzydliwości... Cóż, coś się wymyśli :) Chyba. Raczej. Uch, będzie ciężko.
o Merlinie, o Morgano !!!!!DZIECKO :D :D :D ale jestem uchachana, nareszcie ! Czy mi się zdaje czy Syriusz się taki jakby mądry zrobił ? o.O O takich małych dzieciach można pisać np:pierwszy krok,pierwsze słowo - no takie przełomowe chwile z pierwszego roku :P Możesz poczytać na innych blogach o dzieciach ;) Gdzieś nawet widziałam takie.Do następnego ;)
OdpowiedzUsuńO tak!!!!
OdpowiedzUsuńNareszcie !!!! będzie dziecko xDD kocham dzieci <3