wtorek, 30 grudnia 2014

Miniaturka numer 3 Sylwester



- Lily! Lilyyy, no nie daj się błagać, proszę, proszę, proszę, chodź z nami do Huncwotów! – wołała Dorcas pod drzwiami łazienki.
Był 31 sierpnia 1977 roku, Sylwester.
Moimi jedynymi planami na tą noc była nauka Numerologii, jednak Dorcas skutecznie mi ją utrudniała. Aż musiałam się zabarykadować w łazience.
- Lily? Żyjesz? Uch, słyszę, że bazgrzesz piórem! Więc albo piszesz w pamiętniku, albo odwalasz jakieś wypracowanie – stwierdziła brunetka i walnęła pięścią w drzwi – Ruda, niektórzy chcą się wyszykować! Nie karz mi iść do Łapy, wyglądając jak wiedźma, ten związek jest zbyt świeży na taki szok – dodała jękliwie Dor, czym mnie skutecznie rozśmieszyła.
Wstałam z podłogi, wsunęłam pamiętnik pod pachę i wyszłam z toalety.
- Idziesz?! – zapytała Dor, patrząc na mnie z nadzieją – Zostanę twoją biblioteczną niewolnicą na tydzień, będę nosiła za ciebie wszystkie książki, tylko proszę, chodź ze mną! – zawołała brunetka.
Spojrzałam na nią kpiąco.
- Aż tak ci zależy, żebym tej nocy popełniła morderstwo? – zapytałam, na co przyjaciółka pokiwała głową.
- Uch, nie, zależy mi, żebyś z nami poszła. Zobacz, Mary jest już gotowa – dodała, wskazując palcem, na leżącą na łóżku blondynkę.
- Fiu, fiu, ale się odstawiłaś! – powiedziałam, patrząc na odzianą w dosyć kusą, czarną sukienkę, Mary.
- Dzięki, mam nadzieję, że to doceni – odparła Mar – To co, pomóc ci dobrać ciuchy? – zapytała.
- Ugh, nie licz na to, idę w tym! – odparłam. Dziewczyny spojrzały na mnie krytycznie – No dobra, ale na pewno nie włożę sukienki! Do dzisiaj moja dłoń odczuwa skutki walnięcia Pottera w twarz – dodałam, przypominając naszej trójce o pewnej sytuacji spódniczkowej.
Najzwyczajniej w świecie, Potter, jak to Idiota Gryffindoru, idąc za nami zawiewał nam odpowiednim zaklęciem spódnice od mundurku i jak to stwierdził „podziwiał śliczne krągłości”. Palant!
- To załóż te czarne, obcisłe dżinsy, wyglądasz w nich obłędnie! – powiedziała Dor i zniknęła w łazience.
- Nie wiem, czy chcę wyglądać obłędnie… - wyjęczałam, ale pod groźnym spojrzeniem Mary – skapitulowałam.


- Co ja tu robię? – takie pytanie zadałam sobie w myślach po przekroczeniu progu sypialni Huncwotów.
Chociaż jedno muszę przyznać – posprzątali w pokoju.
Nie no, to nie jest tak, że tu często przebywam, co to, to nie! Niestety raz zostałam tu zaniesiona przez pewnego Kretyna…
- Kogo moje piękne oczy widzą?! Evans we własnej osobie! Fiu, fiu, a skąd to mamy takie obcisłe spodnie? – powiedział Syriusz Black, Kretyn Gryffindoru numer 2 i nowy chłopak mojej najlepszej przyjaciółki.
- Kupione w tym samym sklepie, co twoje – odparłam i przejechałam spojrzeniem, po serio, baaardzo obcisłych spodniach bruneta.
- No, Łapo, to cię Evans załatwiła – powiedział pewien irytujący Osobnik – Cześć Evans, rozumiem, że przyszłaś tu po to, aby spędzić ze mną jedną z pierwszych, wspólnych, niesamowitych nocy?
O Morgano. Już rozumiecie? On jest nienormalny.
- Cześć Potter, przyszłam tutaj tylko dlatego, że słyszałam, że macie zapas mugolskich żelek. A nie wiem czy wiesz – zaczęłam mówić, przysuwając się do chłopaka – ale uwielbiam mugolskie żelki – skończyłam zdanie i sięgnęłam ręką do miski znajdującej się za chłopakiem.
Odchodząc z miejsca spięcia, usłyszałam głośne „Uuuu” wydane przez Blacka i odgłos walnięcia. Taaa.


- Nikogo więcej nie będzie? – zapytałam Remusa, rozglądając się po pokoju.
Sytuacja nie wyglądała najlepiej.
Dorcas cały czas siedziała z Blackiem, albo raczej na Blacku i wydawała odgłosy mlaszcząco – ssąco – ohydne (bo z Blackiem?! Fu!).
Peter przygruchał sobie jakąś młodszą Krukonkę – siedzieli obok siebie na podłodze i przekomarzali się, oraz zajadali paszteciki dyniowe.
Mary stanowczo zagięła parol na Remusa i ciągle go kokietowała –  jednak w tym momencie poszła do toalety.
I w końcu ostatni ludzie tej imprezy – ja i Osobnik. Ugh.
- Cóż… Nie – odparł Remus i uśmiechnął się do wychodzącej z toalety Mary.
Taa i skończyła się rozmowa.
- Co ja tu robię? – wyszeptałam, stając przy stole z alkoholem.
Wiecie, raczej jeszcze nigdy nie przesadziłam z alkoholem. Tak w zasadzie, to nigdy nie piłam nic mocniejszego niż Piwo Kremowe.
- Raz się żyje! – pomyślałam i na raz wypiłam szklaneczkę Ognistej.
Od razu łzy stanęły mi w oczach i zaczęłam kaszleć.
- No, no, Evans, w życiu bym nie pomyślał, że zobaczę taki widok – powiedział Potter, poklepując mnie po plecach.
- Wystarczy – wykrztusiłam, Merlinie chyba obił mi płuca – Co ty robisz z tą łapą? – wysyczałam, gdy poczułam jego rękę niebezpiecznie blisko pośladków.
- Zdejmuję ci jakiś włos, a co ty pomyślałaś? – odparł i spojrzał mi w oczy – Czekaj, niech zgadnę, że zacznę cię molestować na środku pokoju pełnego ludzi? – zapytał ironicznie i przybliżył się do mnie – Jednak możesz być pewna, że poczekałbym aż pokój się opróżni – dodał.
Głośno prychnęłam i złapałam za następną szklankę z Ognistą. Tym razem byłam mądrzejsza i popijałam ją małymi łyczkami.
I cóż, jeszcze wtedy nie przypuszczałam co się stanie po parunastu takich szklaneczkach…


- Evans! Evans! Evans! – skandował podchmielony Black i po chwili dołączyła do niego Dorcas, oraz Peter.
Przez chwilę, przeleciała mi pewna myśl – „Co ja robię na tym stole?”, ale zupełnie ją zignorowałam.
Kolejną, w miarę trzeźwą myślą była – „Tak właściwie to jak ja się zaplątałam w tą bluzkę?”.
Bo cóż, stałam na stole i robiłam pijacki striptiz.
Gdy teraz o tym myślę, jest mi słabo. I wstyd.
Bo JA!
Ech.
- Dobra, starczy – powiedział ktoś i ściągnął mnie ze stołu.
- Nie bądź takim sztywniakiem, Potter – powiedziałam śmiejąc się – Gdzie mnie niesiesz? Ejjj – dodałam, waląc go plecach.
- Cicho bądź – odparł, gdy wyszliśmy z Wieży Gryffindoru.
- Możesz mi powiedzieć, czemu łazisz pod pustą ścianą? – zapytałam. Kurcze, wiszenie głową do dołu, po spożyciu alkoholu nie jest dobre – Weź mnie postaw! – dodałam, gdy weszliśmy do jakiegoś pomieszczenia.
Drzwi głośno się za nami zatrzasnęły i zniknęły.
- Uwięziłeś mnie tu? – zapytałam i od razu głośno się zaśmiałam. Alkohol…
- Upiłaś się – stwierdził Idiota i idiotycznie się uśmiechnął (jak to idiota).
- Jestem jak najbardziej trzeźwa – odparłam. Cóż, zawsze byłam uparta.
- Udowodnij. Stań na jednej nodze – powiedział.
Spojrzałam na niego wrogo (czyli tak właściwie, jak zwykle) i cóż, próbowałam stanąć na tej cholernej, jednej nodze z rozpostartymi na boki ramionami.
- Zaraz mi się uda – zapowiedziałam, i jeszcze raz spróbowałam.
Ostatni raz.
Bo niestety, ale tak mnie przechyliło na bok, że upadłam na Pottera.
- O Boże, James, przepraszam – powiedziałam, śmiejąc się i próbując podnieść z chłopaka.
Zeszłam z niego i zobaczyłam jego zdziwioną minę.
- Co jest? – zapytałam.
- Powiedziałaś: James – odparł z wahaniem.
Zmarszczyłam brwi.
- Przecież tak masz na imię, co nie?
Chłopak głośno się roześmiał.


- Ale po co wracamy do waszego dormitorium? – zapytałam.
Wracaliśmy – a dokładniej, byłam ciągnięta i na wpół niesiona przez Pottera z powrotem do huncwockiej sypialni.
- Bo już jest po 23, zaraz się zacznie Nowy Rok – odparł chłopak i bliżej mnie do siebie przysunął – Możesz mi założyć rękę na kark? Było by mi wygodniej.
Pomyślałam, czemu nie?
- Wiesz co, te twoje włosy nie są takie złe – powiedziałam, gdy moja ręka, jakoś samoistnie wplątała się w gęste włosy bruneta – Są milutkie. Jak sierść kota – dodałam.
- Stanowczo za dużo wypiłaś, Lily – odparł Pan Miłe Włosy. Zaraz co?
- Co? – zapytałam, szeroko otwierając oczy. Potter zmarszczył czoło.
- Co znowu?
- Powiedziałeś: Lily! – zawołałam i od razu zakryłam sobie usta dłonią. W końcu byliśmy na korytarzu, to było tylko kwestią czasu aż trafimy na patrolującego nauczyciela lub ducha!
- Dobra, pogadamy gdzie indziej – dodałam i pociągnęłam chłopaka za rękę z powrotem do Wieży Gryffindoru.


- Więc to tak wchodzicie do damskiego dormitorium? Zaklęcie mrożące? – zapytałam, gdy o dziwo znaleźliśmy się w naszej, damskiej sypialni, a nie huncwockiej.
- Uhmm – odparł Potter i rozejrzał się po wnętrzu – To łóżko jest twoje! – dodał i wskazał na to zasłane.
- Taa – odparłam, nagle onieśmielona.
Bo, cholera, znajdowałam się sama w pokoju z facetem, który od paru lat nie dawał mi spokoju. Skąd mam wiedzieć co mu do tego rozczochranego łba strzeli?
- Rozgość się, jaa… skoczę do łazienki – wymyśliłam szybko i zatrzasnęłam za sobą drzwi.
Spojrzałam na siebie w lustrze i nie mogłam uwierzyć, że ta osoba to ja! Już pominę lekko rozmazany tusz do rzęs, ale te błyszczące oczy? Zarumienione policzki? I w końcu soczyście czerwone usta od ciągłego przygryzania?
- Przecież to Potter – wyszeptałam do siebie i ochlapałam sobie twarz chłodną wodą. Wysuszyłam się różdżką, przeczesałam włosy i wyszłam z łazienki.
- Szczęśliwego Nowego Roku, Lily! – powiedział Potter, to jest James, to znaczy Kretyn.
I nim spojrzałam na stary zegar wybijający północ, poczułam miękkie, ale zarazem stanowcze usta chłopaka na swoich.


- Na Merlina! – usłyszałam. Ale miałam to hm, gdzieś, wtuliłam się w ciepłą poduszkę i powiedziałam:
- Dorcas, śpięęę.
- Widzę – odparła przyjaciółka – Ale czy wiesz z kim? – zapytała. W jej głosie dźwięczała ironia. Ciekawe…
Otworzyłam oczy i zobaczyłam czym, a raczej kim była moja poduszka.
- James?! To znaczy, Potter?! – poprawiłam się i oblałam głębokim rumieńcem. Szybko zlustrowałam swoje ciuchy (jest wszystko, dzięki Morgano!) oraz jego.
- No, no Evans, kto by pomyślał? – powiedział Black.
- Boże, a co ty tu robisz? – zapytałam. Byłam załamana!
Normalnie spełniły się moje najgorsze koszmary senne – leżę w łóżku z hm, Rogaczem i dookoła stoją moi przyjaciele. I mają ten osądzający wzrok!
- Potter, wypad z mojego łóżka! I z dormitorium! – wrzasnęłam.
Wyglądając niczym skarcony piesek, Potter wyszedł z łóżka i skierował się w stronę drzwi.
- To co Lily, kiedy idziemy na randkę? – zapytał z nadzieją, stając w drzwiach.
Zlustrowałam go uważnym spojrzeniem. Następnie spojrzałam na zniecierpliwioną Dorcas i uśmiechającego się ironicznie Blacka.
- Następny wypad do Hogsmeade będzie nasz – odparłam szybko i zatrzasnęłam się w łazience. Poczułam się dziwnie lekko i radośnie.



Jakiś czas później…
- No i widzisz, Rose, tak zaczęła się historia miłosna mamusi i tatusia – powiedziałam do sporego brzucha.
Byłam już w drugiej ciąży – Harry, nasz mały, dzielny trzylatek, z wytęsknieniem oczekiwał narodzin siostry.
- I jak Lily, gotowa? Całe wieki się szykujesz, zobaczysz Syriusz odpali fajerwerki bez nas – powiedział James, wchodząc do sypialni z Harrym w ramionach.
- Przecież dopiero jest 19, spokojnie, zdążymy przywitać Nowy Rok z przyjaciółmi – zapewniłam męża i uśmiechnęłam się do syna – To co, cała rodzina w komplecie?
- Jak zawsze – odparł James i czule pogładził mnie po brzuchu.
Od pamiętnego Sylwestra 1977 roku byliśmy razem (no dobra, nie od samego Sylwestra. Od wypadu do Hogsmeade…). I byliśmy niebywale szczęśliwi!



***


No dobra, rozdział 61 miał być ostatnią notką dodaną w tym roku na blogu - nie wyszło... Ale jakoś tak usiadłam przed pustą stroną Worda i słowa się ze mnie wylały :) Nie wiem, czy jest to dobre, czy nie, ale w temacie Sylwestrowym!  Jeszcze raz życzę wam szczęśliwego Nowego Roku! Więcej życzeń pod rozdziałem 61 :) 
Do napisania w 2015!!

2 komentarze:

  1. uroczy rozdział :D strasznie mi się podoba ;) i tak końcówka z dziećmi <3 uwielbiam te miniaturki, masz do nich talent ;) Szczęśliwego Nowego Roku :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Awww... cudowne <3
    Stęskniłam się za ich kłótniami (pamiętaj jdnak ze kocham twój blog)
    :DDDD

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.