poniedziałek, 18 stycznia 2016

Miniaturka numer 17 - Parodia Zmierzchu



Nigdy nie zastanawiałam się nad tym, jak będzie wyglądał koniec mojego życia. Hej, w końcu byłam młoda, zdrowa i przestrzegałam wszelkich zasad! Dlaczego więc miałabym przeznaczać czas, który mogłam poświecić nauce, rozmyśleniom o śmierci? Żadne ze mnie EMO, zapewniam…
Dlatego teraz, patrząc śmierci w oczy, które tak btw, były całkiem przerażające, zastanawiałam się czemu? Co prawda te oczy może nie były tak przerażające, jak paszcza tej śmierci, ale wiecie, kurczę, umrzeć z rąk potwora? Prędzej pomyślałabym, że moja śmierć nastąpi w skutek źle zmieszanych ingrediencji podczas eliksirów, ale nie tak.
Powoli przełykając ślinę, szykowałam się na najgorsze. Na śmiertelne ugodzenie. Na bolesny koniec. Żałosny. Straszny.
Ostatni raz, spoglądając w oczy bestii, godziłam się z przykrą rzeczywistością i żegnałam z moim monotonnym życiem…


***


Szeroko otworzyłam oczy i głośno wciągnęłam powietrze. Rozejrzałam się po pomieszczeniu. Przez chwilę, byłam pewna, że poszłam dalej. Gdziekolwiek to dalej miałoby być. Ale po bliższym przyjrzeniu się stojącym dookoła łóżkom i rozstawionym parawanom, zrozumiałam, że jestem w Skrzydle Szpitalnym.
Spojrzałam na swoje przeraźliwie blade, podrapane ręce i przygryzłam wargę. Ugryzłam ją jeszcze mocniej, jak to miałam w zwyczaju i z głośnym westchnięciem, padłam na łóżko.
Nie umarłam. Tak, wiem. Jestem świetna w dedukcji. Żyłam i z tego co widziałam, miałam się całkiem nieźle. Pomijając te podrapania. Ale wiecie, mając kota, człowiek przestaje się przejmować czymś takim. Chociaż mój zmęczony umysł, podpowiadał mi, że te ranki, nie są dziełem mojej kotki. Tylko czegoś o wiele gorszego. Czegoś, co prawie doprowadziło do mojej śmierci…
Jednego byłam ciekawa. Tego, kto mnie uratował.


                                                                          ***


- Doprawdy, Rogaczu – westchnął Syriusz Black, obserwując swojego przyjaciela. – Przestałbyś już zwracać na nią uwagę. To zwykły, przeciętny człowiek.
Jednak James nie oderwał spojrzenia od siedzącej parę miejsc dalej, dziewczyny. Obserwował ją już od tygodnia, od chwili, gdy wyrwał ją z rąk śmierci.
- A co sprawia, że ty jesteś tak niezwykły, hm? – zapytał James, nadal, uparcie wpatrując się w dziewczynę, która całkiem rozkosznie przygryzła wargi.
O i znowu to zrobiła!
Jak tak dalej pójdzie, w końcu je sobie odgryzie – pomyślał.
            - Ty już wiesz co – odparł Syriusz. – Daj sobie z nią spokój. Chcesz, żeby odkryła naszą tajemnicę?
James pokręcił głową, odrywając wzrok od pogryzionych ust dziewczyny i jej nienaturalnie bladej cery.
            - Nie martw się – powiedział. – Nic takiego się nie stanie.


***


Uparcie przygryzałam wargę i nakręcałam lok na palec. Nadal gryzło mnie to, jak to się stało, że wylądowałam w Skrzydle Szpitalnym, zamiast na, cóż, stole, jako potrawka z człowieka, jakiegoś wielkiego potwora. Ktoś musiał mi w tym pomóc, to była jedyna możliwość!
A kto jest największym ryzykantem w szkole? Cholerny Potter. Och, to nie tak, że mnie nie kręci. Kręci, i to jak! Te jego blade oblicze, te nieruchome oczy, często mnie obserwujące. Coś w nim jest.
Właśnie. Tylko, co to jest to coś? Od pewnego czasu, bałam się jednego. Tak naprawdę, nie wpadłam na to sama. Pomogły mi niezawodne książki, oczywiście.
Więc, zastanawiając się, kto jest nienaturalnie blady, sztywny i czasami nadpobudliwy, wpadłam na trop. Trop, jakże przerażający zwykłych śmiertelników… Ale ja byłam inna. Mama zawsze twierdziła, że nadawałam na jakiś dziwnych falach. Pewnie miała rację, bo kto spędza całe dnie nad książkami i na wszystkich prycha? Jakiś totalny odludek. Czyli, wypisz wymaluj – ja.
Przechodząc do mojej hipotezy, miałam dwa tropy. Albo był kimś w rodzaju Supermena, tylko bez tego obcisłego wdzianka, eksponującego hm, klejnoty, szeroką klatę i oczywiście, zgrabny tyłeczek. Nie, nie. To chyba było niemożliwe. Bo, hellołł, Superman bez peleryny? Pfff.
Istniała druga możliwość. O wiele bardziej podniecająca. Chociaż nadal uważam, że jest coś w tym obcisłym wdzianku, jednak istnieje coś lepszego. Coś, co sprawia, że przeciętni ludzie uciekają, ale niee, nie tacy nadający na innych falach, jak ja.
Moi drodzy. Moi najmilsi. To wampiry. James cholerny Potter, jest cholernym krwiopijcą! I ja to udowodnię!


***


Raczej nigdy nie miałam zbyt dobrej orientacji w terenie. Co jest dosyć przykre, bo przez dwa lata byłam skautem. Więc, powinnam chociaż umieć wrócić z powrotem z punktu B do punktu A!
Oczywiście, zgubiłam się. Zgubiłam się, śledząc wampira. Kogoś, kto ma nadnaturalne zdolności. O ja tępa!
Przygryzając wargę, przewróciłam się o korzeń. Cholerny korzeń, cholerny las!
- Ałłaa – jęknęłam, oglądając swoje podrapane dłonie. – Cholerny wampir.
Słysząc szuranie butów, na suchym listowiu, spojrzałam za siebie. Byłam sama, w coraz ciemniejszym lesie, śledząc kogoś, kto może się okazać wampirem.
Stanowczo, moja mamcia miała rację, mówiąc, że coś ze mną nie tak…
            - Evans? – zapytał, rzeczony być może wampir, stając nade mną.
Cholera!
            - Lily – poprawiłam go.
Po nazwisku, to po pysku, nie?
            - Co tu robisz? – zapytał, oglądając się za siebie.
Na gacie Merlina, a jeżeli jest tu więcej wampirów?! Mogą mnie zjeść. O Morgano, mogę zostać kolacją dla zgrai zimnokrwistych!
            - Śle… Ekhm, wyszłam na spacer – poprawiłam się szybko, o mało co się nie zdradzając.
Pewnie moje fale, znowu straciły połączenie z moim mózgiem.
            - Wstawaj – powiedział, łapiąc mnie za łokieć. Przelotem spojrzał na moje krwawiące ranki, spowodowane podrapaniem przez cholerny konar.
            I znowu mogłam spojrzeć śmierci w oczy. W końcu taki wampir nie oprze się świeżej krwi, prawda?
            - Masz, wytrzyj – powiedział, podając mi chusteczkę.
Trochę zdziwiona, przytknęłam chustkę do nadal krwawiącej ranki. Bo, czy taki wampir, nie powinien się już do mnie przyssać? Nie powinien rozerwać mi gardła? Albo, no czy ja wiem, chociażby zlizać tej krwi, która ciekła mi po dłoni?
            - Dzięki – mruknęłam, przyglądając się chłopakowi. Patrząc w jego orzechowe oczy, powiedziałam: - Znam twoją tajemnicę – ja to się zawszę z czymś wyrwę!
Uniósł brew i spojrzał mi w oczy.
            - Znasz? – zapytał zdziwiony.
Skinęłam głową, ciesząc się jego zainteresowaniem.
            - Wiem, kim jesteś – dodałam.
Głośno przełknął ślinę i skinął, abym kontynuowała.
            - Jesteś szybki – powiedziałam, na co bez wahania skinął głową. – Jesteś też blady i masz chłodną skórę – dodałam, dotykając jego dłoni.
            Co prawda, mogło to być spowodowane tym, że nie miał rękawiczek, ale hej, przecież wiadomo, że to nie może być prawda! To zbyt oczywiste!
            - Masz takie nieruchome spojrzenie… Jesteś… - zaczęłam, ale to słowo nie chciało mi przejść przez usta.
Spojrzał na mnie i powiedział:
            - Powiedz to.
Przełknęłam ślinę.
            - Jesteś wampirem.
Przez chwilę, na ślicznej polance, na której się znajdowaliśmy, zapadła zupełna cisza. Na upartego, było słychać tylko szum mych nienormalnych fal i odgłos ssania mojej wargi. Cholerne przyzwyczajenie!
            - Jestem kim?! – zawołał falsetem.
Nie wiedziałam, że wampiry umiały takie sztuczki! Gadanie kobiecymi głosami, wow, to lepsze niż laser w oczach!
            - Wampirem – powtórzyłam. – Jesteś szybki, masz chłoną skórę i dziwne, nieruchome spojrzenie.
Patrzył na mnie jeszcze przez chwilę, po czym wybuchnął szaleńczym śmiechem. Śmiechem, obłąkanego wampira, jeżeli mamy być dokładni. Tak mi mówiły moje fale.
            - Na Merlina, Lily! – zawołał, gdy się uspokoił.
Spoglądając na mnie z uśmiechem, pokręcił głową.
            - Nie jestem wampirem – powiedział, wyciągając różdżkę. – Jeżeli już i tak próbujesz dojść prawdy, cóż, pokażę ci ją – dodał, nakierowując na siebie różdżkę.
Dokonując przemiany na moich oczach, głośno krzyknęłam.
            - Ty nie jesteś wampirem! – zawołałam jakże odkrywczo.
Nadal spodziewałam się, że zamieni się w jakiegoś cholernego nietoperza!
            - Jesteś jeleniem – powiedziałam nieco rozczarowana.
Przygryzłam usta i popatrzyłam zwierzęciu w oczy.
            - A tak liczyłam na małe ugryzienie – westchnęłam, czując olbrzymie rozczarowanie ogarniające moje nienormalne fale.
            - To się da ogarnąć – odparł, znowu powracając do swojej ludzkiej postaci.
Można powiedzieć, że w pewnej części moje marzenie się spełniło. Co prawda, nie całował mnie wampir, tylko hm, jelenio- człowiek(?), ale to zawsze jakaś dodatkowa podnieta, nie?



***

Całkiem możliwe, że już to coś publikowałam, ale nawet nie chce mi się sprawdzac.
Pomyślałam, że aby nie było takiej posuchy na blogu, czasem dodam jakieś dawno temu napisane głupoty, inaczej zwane miniaturkami ;)
 

środa, 13 stycznia 2016

Rozdział 46




- Jesteś tego pewien, stary? – zapytał Syriusz, spoglądając na pakującego się Remusa.
- A czy ktoś nadaje się lepiej do tego zadania, niż ja, Łapo? – odparł Remus, chowając do wyświechtanej walizki ostatnią parę spodni. – Znasz jeszcze jakiegoś wilkołaka? – zapytał, uśmiechając się smutno.
Syriusz wykrzywił usta i pokręcił głową.
            - Nie daj się zabić – mruknął, poklepując przyjaciela na pożegnanie po plecach.
            - Tego nie ma w moim planie, więc nie musisz się martwic – odparł blondyn i z cichym pyknięciem, teleportował się.


***


            - Nie wiem, czy to jest dobry pomysł – powiedział James, spoglądając po twarzach osób zgromadzonych w pokoju. – Umieszczanie Kwatery Głównej Zakonu w mugolskiej dzielnicy?
            Przewróciłam oczami i lekko uśmiechnęłam się do Dorcas. Ponad połową Zakonu Feniksa, siedzieliśmy w domu Syriusza i jak zwykle roztrząsaliśmy błahy problem, zamiast zając się czymś naprawdę istotnym.
            - To jest bardzo dobre miejsce – odparł lekko urażony Black, rozglądając się po swoim przeludnionym salonie. – A co, Dolina Godryka, czy Hogsmeade było by lepsze?
            Znowu przewróciłam oczami i spojrzałam na przeglądającą plany następnej misji, Marlenę. Uśmiechnęłam się do blondynki, gdy nasze spojrzenia się spotkały. Chyba obie myślałyśmy w tym momencie to samo – to, gdzie znajdowała się Kwatera Główna, nie było najważniejsze. Ważniejsze było to, aby zapewnić bezpieczeństwo jak największej liczbie zagrożonych czarodziei. Moglibyśmy obradować nawet w dżungli, byle nas nie wykryli.
            - To dobre miejsce – skomentował zniecierpliwiony Dearborn. – Przejdźmy do ważniejszych spraw. Frank, przedstawisz swoje sprawozdanie?
            - Jasne. Śmierciożercy znowu uderzyli w mugolskie…
Czując łokieć Dorcas, wbijający mi się pod żebra, zwróciłam na przyjaciółkę całą uwagę.
            - Co jest? To bolało – wyszeptałam, trzymając się za bok. Dorcas ma kościste łokcie…
            - Zrobiliśmy remont salonu, zauważyłaś? – zapytała szeptem Dorcas.
I wiecie, nawet ją rozumiałam. Rozumiałam to, czemu nie chciała wysłuchiwać kolejnego raportu, zawierającego nazwiska poszkodowanych lub zmarłych. Przez to, że dom Blacka stał się kwaterą, Dorcas, która już od miesiąca w nim mieszkała, miała pod dostatkiem takich informacji.
            - Jest bardzo ładnie – wyszeptałam, doceniając gust przyjaciółki. Starałam się skupić na przedstawianym przez Franka raporcie, gdy Dorcas znowu mnie szturchnęła.
            - Marlena z Thomasem wkrótce wyruszają na pierwszą misję – szepnęła, wskazując głową na szepczących z Caradockiem blondynów.
            - Naprawdę? – wyszeptałam zdziwiona.
Do tej pory, w misjach uczestniczyli głównie Aurorzy, lub czarodzieje z większym stażem, niż takie świeżaki prosto po szkole, jak my. Głównie zajmowaliśmy się dokumentacją, sprawami związanymi z zaopatrzeniem, chociażby w potrzebne w coraz większych ilościach eliksiry, które z radością przyrządzałam, albo tak jak Syriusz, udostępnialiśmy domy, czy jak James, pieniądze dla potrzebujących. Każdy był w jakimś stopniu zaangażowany.
            - Tak, Dumbledore dał im zgodę – potwierdziła Dorcas. – Będą z Caradockiem obserwować dwór Malfoy’ów. Podobno, czasami przebywa tam sam Voldemort.
Uniosłam brew i spojrzałam na skupioną Marlenę. Jeżeli ktoś nadawał się do takiego zadania, to na pewno wyważona Marlena.
            - Mają tylko obserwować? – zapytałam, najwidoczniej dogłębnie wprowadzoną w sprawę brunetkę.
            - Mają spróbować przechwycić Traversa, ale nie wiem po co – odparła Dorcas, jednak przestałam jej słuchać, gdy wychwyciłam to, co mówił Frank.
            - … wiemy, że do Śmierciożerców dołączyło wielu uczniów Hogwartu. Naliczyliśmy dwóch Puchonów, trzech Krukonów i siedmiu Ślizgonów. Wśród nich był Smith, Ross, Berkley, Snape, Black…
            Przymknęłam oczy, słysząc tak znajome nazwisko. Nie myślcie sobie, że jestem jakąś naiwniaczką, wierzącą w to, że może jednak Snape’owi nie odbiło na tyle, żeby do nich nie przystąpić. Ale za każdym razem, bolało to tak samo. Mogłam zerwać z nim kontakt, nawet nigdy więcej go nie zobaczyć, ale za każdym razem, gdy ktoś wymówi jego nazwisko, pewna część mnie, nadal będzie w jakimś sensie za nim tęsknic, i pamiętać to, jakim był człowiekiem, przed przystąpieniem do obozu wroga.
            - Fajnie mieć brata Śmierciożercę? – zapytał sarkastycznie Gideon Prewett, spoglądając na Syriusza.
            - Przymknij się, Prewett – warknął James, patrząc na rudowłosego mężczyznę. – To nie jest wina Syriusza. Każdy dokonuje swoich wyborów.
            - Wina zapewnie nie – odparł lakonicznie, patrząc na zdenerwowanego Łapę. – Ale powód do radości też nie. Gdybym miał brata wśród Śmierciożerców, wstydziłbym się spoglądać innym w oczy – dodał, podnosząc się z fotela.
            I to był koniec spotkania. Zakłopotani uczestnicy powoli zaczęli zwalniać swoje miejsca i żegnając się, teleportowali się.
            - Niezły koniec zebrania – powiedział Caradoc, podając rękę Syriuszowi. – Nie martw się stary, Prewett to straszny dupek. Ale jest skuteczny, skubany – westchnął, po czym teleportował się.
            - Kurwa – wyrwało się Syriuszowi. – Kurwa, kurwa, kurwa! – no dobra, to już było z premedytacją.
            - Nie przejmuj się, my znamy prawdę – powiedziała Dorcas, poklepując Łapę po ramieniu. – Dziewczyny, pomożecie mi? – zapytała.
            - Jasne! – zawołała Marlena, po drodze do kuchni zbierając puste szklanki, kubki i talerzyki. – Gideon to dupek, Caradoc ma rację.
            - Taa, sporządzałam dla niego raport, nie musisz nic mówić – westchnęła Alicja, wkładając do zlewu ostatnią dostawę brudnych naczyń. – Strasznie się wywyższa. Jest starszy od nas o niecałe pięć lat, a zachowuje się, jakby zjadł wszystkie rozumy.
            - Sporo robi dla Zakonu – wtrąciłam. – Pół jego rodziny należy do Zakonu i aktywnie działają. Pewnie dlatego jest taki wkurzony. Martwi się o nich, pewnie o swoje bezpieczeństwo też, nikt nie jest nieustraszony. Tak a propos bezpieczeństwa, Marlena, macie wszystko dokładnie zaplanowane? – zapytałam, spoglądając na chowającą już umyte kubki, Marlenę.
            - Wszystko jest idealnie zaplanowane – odparła blondynka z uśmiechem. – Uda nam się misja i może Dumbledore, w końcu, przydzieli nam jakieś porządne zadanie.
Skinęłam głową i słysząc nawoływanie Jamesa, skierowałam się do salonu. Gdybym tylko wiedziała, zrobiłabym coś, aby temu zapobiec…


***


            Patrząc na swoje rozczochrane włosy, poduszkę odbitą na policzku i rozciągniętą koszulkę Jamesa, której używałam jako piżamy, można by pomyśleć, że wyglądałam jak po stoczeniu niezłej bitwy. Co prawda, raczej takiej na poduszki, niż coś poważniejszego, ale zawsze, bitwy.
            Rozczesując włosy, pogwizdywałam sobie pod nosem. Biorąc pod uwagę mój obrzydliwy, poranny wygląd, miałam niespodziewanie dobry humor. A kiedy dziewczyna, ma rano dobry humor, to oznacza tylko jedno. Miała przyjemną noc.
            - Witaj – mruknął James, opierając się o framugę drzwi od łazienki. – Ktoś tu wygląda na ukontentowanego.
            - Ktoś tu popracował nad słownictwem – parsknęłam śmiechem, mijając Jamesa w drzwiach łazienki. – Są już jakieś wieści od Remusa? – zapytałam, nagle poważniejąc.
            Remus już od dwóch tygodni przebywał wśród wilkołaków. Wysłał tylko raz patronusa, który powiedział, cytuję: „Żyję”. Na chwilę to nas uspokoiło, ale już od tygodnia nie dawał znaku życia.
            - Cisza – odparł James. – Myślę, że gdyby coś mu się stało, Dumbledore by o tym wiedział – dodał po chwili zastanowienia.
            Chciałam mieć nadzieję, że właśnie tak było.
            - Pamiętasz? – zapytał James, patrząc na mnie uważnie. – Dzisiaj McKinnon rusza na misję – dodał, gdy posłałam mu nierozumiejące spojrzenie.
            - O Morgano, dzisiaj?! – zawołałam.
            To wcale nie jest tak, że nie wierzę w moich przyjaciół. Znam możliwości zarówno Marleny, jak i Thomasa. Są świetnymi czarodziejami, naprawdę, ponadprzeciętnymi. Ale to nie zmienia faktu, że się po prostu o nich martwię. Jestem właśnie takim typem – martwiącym się o wszystko i o wszystkich. Szczególnie, o ludzi bliskich mojemu sercu.
            - Hej, Lil, nie martw się – próbował mnie uspokoić James, gdy nerwowo chwyciłam się za gardło. – Będzie z nimi Caradock, oraz ten, jak mu tam… - mruknął.
            - Buchanan, ten nowy Szkot, którego nigdy nie możesz zrozumieć – podpowiedziałam, wcale nie czując się lepiej.
            - Właśnie, on! – zawołał James i uśmiechnął się wesoło. – Mówi, jakby sobie wsadził parę klusek do ust. Jest taki zabawny.
            Nie komentowałam faktu, że najwyraźniej mój mąż ma ubaw z czyjegoś akcentu i wymowy. James, jak wiadomo, cieszy się z różnych dziwnych rzeczy. W przeszłości to doskonale pokazał…
            - Lepiej na niego uważaj, podobno Szkoci rzucają w siebie pniakami – dodałam i od razu się uśmiechnęłam widząc zaintrygowaną minę J.
            - Pniakami? W sensie, drzewami?
            - Tak jakby – odparłam. – Robią sobie takie zawody i kto rzuci dalej ten pniak, to wygrywa.
            - Przecież to głupie – skomentował James.
            - Dla ciebie może tak, dla nich, zapewne nie – odparłam, zakładając szlafrok. – To co, tosty czy naleśniki? – zapytałam, wychodząc z pokoju.
            - Naleśniki – odparł James, po czym wyszeptał „po cholerę rzucać pniami drzew?”


***


            Siedziałam na kanapie czytając po raz wtóry „Historię Hogwartu” (za każdym razem wyłapuję coś nowego!), obok mnie leżał rozwalony James, przeglądając najnowsze wydanie „Quidditch’a”. Kominek grzał, co pewien czas wydając z siebie miłe trzaskanie palonych kawałków drewna, narąbanego przez J. Wiecie, idylla. Szczególnie dla takich domatorów i piecuchów jak ja.
            - Zaginął zawodnik Pustułek – mruknął James, pokazując mi krótką wzmiankę w tygodniku. – Nie wiadomo, czy gdzieś się ukrył, czy został porwany – dodał.
            Pokręciłam głową i odłożyłam książkę na brzuch. To, co działo się w magicznym świecie, tak naprawdę, coraz bardziej przestało ograniczać się tylko do czarodziei. Wcześniej, wydawało się nam, że jest dużo ataków na mugoli.
            Jednak już od tygodnia, codziennie, czy w radiu, czy w gazetach, były podawane kolejne nazwiska, często rodzin mugolskich, które miały w swoich szeregach czarodzieja. Skłoniło nas to, do nałożenia mocniejszych zaklęć na dom moich rodziców. Zupełnie inaczej sprawa się miała z Petunią i Vernonem. Odmówili wszelkiej naszej ingerencji w ich bezpieczeństwo – „Jakiś uliczny czarodziej nie będzie mi mówił jak mam chronić swoją rodzinę!” – stwierdził Vernon, czerwieniejąc ze złości na twarzy.
            Co prawda, chciałam po kryjomu rzucić na ich dom parę zaklęć, jednak James powiedział, że to nie ma sensu (może dla niego!). Jakby nie patrzeć, Tunia nadal była moją siostrą (chociaż się do mnie nie przyznawała), i nadal darzyłam ją, hm, w jakimś stopniu szacunkiem.
            - Tyle osób ostatnio zaginęło – mruknęłam, jakby to miało w czymkolwiek pomóc. Było tylko jeszcze bardziej dołujące.
            - Ludzie giną, a my siedzimy i grzejemy sobie tyłki przy kominku – odparł James, robiąc doskonale mi znaną minę. Buntownika.
            - Robimy inne, pożyteczne rzeczy – odparłam, odrobinę broniąc naszej pracy. Chociażby teraz – w kuchni bulgotał kociołek pełen eliksiru przeciwbólowego. Każdy robił co mógł.
            - To nadal za mało, Lily – powiedział, wstając z kanapy, rzucając gazetę na stolik. Z głośnym ślizgiem spadła na podłogę. – Za mało – dodał, po czym odwrócił się w stronę drzwi wejściowych.
Spojrzałam na nie, i szybko chwyciłam różdżkę leżącą na stoliku.
            - Zostań tu – szepnął, podchodząc do drzwi, do których ktoś próbował się dostać.
            - James, to ja, Łapa! – zawołał doskonale nam znany głos.
            - Powiedz coś więcej, łatwo się dowiedzieć jaki Black miał pseudonim w szkole – powiedział James, trzymając różdżkę wycelowaną w drzwi.
            - Cholera, jesteśmy przyjaciółmi już od pierwszej klasy, stworzyliśmy Mapę Huncwotów, mamy przyjaciela wilkołaka, wiem o tobie wszystko, łącznie z tym, że potrafiłeś się włamywać do damskiego dormitorium, żebyś mógł sobie w nocy popatrzeć jak psychopata na swojego rudzielca!
            - Co? – warknęłam.
            - Sorry – mruknął do mnie J, po czym otworzył drzwi.
            I zazwyczaj, gdy Syriusz wpada do nas z wizytą, nie wygląda tak jak teraz. Jest uśmiechnięty, wyluzowany, i nie ogląda się nerwowo za siebie.
            - Nie udało się przechwycić Traversa – powiedział, patrząc to na mnie, to na Jamesa. – Misja została wykryta. Złapali Caradocka, Buchananowi udało się w ostatniej chwili teleportować, prawie go mieli…
            - Marlena? – zapytałam, czując cisnące mi się do oczu łzy. Jeżeli od razu, nie powiedział, że wszystko z nią dobrze, czy to oznacza…?
            - Została trafiona Avadą – odparł, ciężko siadając na fotelu. – Buchanan powiedział, że chciała pomóc Thomasowi, ale ktoś ją trafił.
            - Co z Thomasem? – zapytał James, patrząc na mnie uważnie.
Czułam tylko, że mam mokre policzki. Nie mogłam się ruszyć. Czułam, że gdybym tylko się ruszyła, chociaż o milimetr, cały mój świat ległby w gruzach.
- Zabili go na jej oczach – powiedział Syriusz. – Lily?
            - Muszę stąd wyjść, przepraszam – odparłam, po czym szybko skierowałam się do łazienki.
            Gdy wyciszyłam pomieszczenie, dałam ujść całemu mojemu smutkowi i gniewowi. Patrząc na roztrzaskane lustro, przysięgłam sobie, że już nikt z moich przyjaciół nie zginie.



***


Ha, w końcu skończyłam ten rozdział!! Dręczyły mnie wyrzuty sumienia i czułam się źle, z myślą, że już tak długo nic nie dodaję. Oczywiście, nie wiem, czy ktokolwiek jeszcze to czyta, ale jeżeli tak - liczę na komentarz. Serio, komentarze dają kopa do pisania.
 Według planu, zostały mi tylko trzy rozdziały do napisania plus epilog. 
Z czasem jest u mnie teraz naprawdę krucho, ale postaram się każdą wolną chwilę przeznaczać na dokończenie opowiadania. 
Wcześniej, myślałam, że po zakończeniu tego opowiadania, wezmę się za trzecie, takie bez zmieniania fabuły, zgodne z książkami. Ale teraz, cóż, nie wiem. Jeżeli nadal mój grafik będzie układał się tak kijowo, trzecie opowiadanie odpada.