czwartek, 30 października 2014

Rozdział 34 Ostatnia podróż

Dziewczyny, ale jesteście krwiożercze, wszystkie pragniecie śmierci biednego Snape'a! Ale tak między nami mówiąc, też mi jakoś nie pasuje do tego opowiadania i albo sobie odpuszczę pisanie o nim, albo wymyśli się jakiś wątek wykluczający tego osobnika. Serdecznie witam nową osobę komentującą, fajnie, że skrobnęłaś komentarz, wszystkie czytam i się cieszę. Widzicie jak mi jest mało potrzeba do szczęścia, zwykły komentarz mnie satysfakcjonuje :) Dziękuję za wszystkie i przechodzimy do rozdziału!




- James, ostrożniej z tym kufrem! – zawołałam do bruneta, wciągającego nasze kufry do pociągu. Tak, moi drodzy, nastał ten dzień, ostatnia podróż na trasie Londyn – Hogsmeade. Rogacz chciał się pokazać z tej swojej męskiej, umięśnionej strony i postanowił wciągnąć do pociągu dwa kufry za jednym zamachem, co przeczyło wszelkim prawom fizyki i matematyki. Trochę mi było głupio, on się siłował z bagażami, a ja stałam przed wejściem do przedziału z klatką w której spał Jim, oraz z klatką w której siedział obrażony Paddington i na niego syczałam. Ale wiecie, sam się za to wziął! Bo jednak mózg od czegoś jest, mógł po prostu użyć zaklęcia, jak Remus.
- Uff, no to teraz już tylko na górę – wysapał, wrzucając kufry na półkę nad siedzeniami.
- Jesteś bardzo dzielny – powiedziałam, całując go w spocony policzek. Mój kufer był zapakowany po brzegi, a przecież został potraktowany zaklęciem zwiększająco-zmniejszającym! Więc swoje ważył.
- Pomyślcie, to nasza ostatnia podróż tym pociągiem! – zauważył Remus, siadając obok Mary.
- No chyba, że zostaniesz nauczycielem lub osobą sprzedającą słodycze, to wtedy jeszcze możesz się przejechać tym pociągiem – odparła Dorcas, uśmiechając się znad rozpoczętej tabliczki czekolady.
- Albo maszynistą – dodałam, biorąc od Mary czekoladową żabę.
Więc tak sobie jechaliśmy, każdy zajęty sobą, lub jak w przypadku Dor, czesaniem blackowych włosów.
- Lily, mogę cię prosić na chwilę? – zapytał James, w pewnym momencie wstając z siedzenia i wyciągając do mnie rękę. Bez wahania złapałam za ciepłą dłoń Rogacza i wyszliśmy z przedziału.
- Dokąd idziemy? – spytałam, gdy mijaliśmy kolejne puste przedziały.
- Niespodzianka – odparł James, uśmiechając się. Gdy już przeszliśmy przez dwa wagony, w końcu J stanął i powiedział:
- Wejdź do tego przedziału.
Więc weszłam, rozejrzałam się i pomyślałam „O co chodzi?”. Był to zwykły przedział, zupełnie niczym nie różniący się od reszty.
- Pewnie zastanawiasz się, co tu robimy? – zapytał J – Już wyjaśniam. Pamiętasz nasze pierwsze spotkanie?
- Oczywiście, że tak – odparłam, przypominając sobie zachowanie Jamesa i Syriusza w stosunku do Snape’a. I to jak mnie wtedy wkurzyli.
- Pierwszy raz zobaczyłem cię w tym przedziale. Chciałbym żeby to tutaj zaczęła się nasza wspólna przyszłość – powiedział James, klękając przede mną i wyjmując z kieszeni spodni pudełko – Lily Evans, czy wyjdziesz za mnie? – zadał to tak wyczekiwane przeze mnie pytanie.
Wyobrażałam sobie tę chwilę w przeróżnych miejscach. Na plaży, na romantycznej kolacji przy świecach, przy rodzicach(co by było totalną katastrofą i żenadą), czy nawet po prostu w domu. Jednak nigdy bym nie wymyśliła, że J wymyśli coś takiego! Jadący pociąg jest taki, hm, nieoczywisty?
- James ja… - zaczęłam, czując olbrzymią gulę w gardle. Wzruszenia.
- Oczywiście, że tak! – zawołałam, czując spływające po policzku łzy.
Rogacz szybko podniósł się z klęczek, otworzył pudełeczko i wsunął mi na palec pierścionek.
- Jest piękny – wyszeptałam.
- To pierścionek rodowy. Każda przyszła pani Potter go nosiła – powiedział James, delikatnie łapiąc moją dłoń i oglądając ją z pierścionkiem na palcu – Pasuje idealnie – stwierdził i pocałował wierzch mojej dłoni.
- Mam pomysł – dodał i wyciągnął różdżkę. Przyłożył ją do drewna znajdującego się nad siedziskiem i za pomocą czarów wyrył mały napis.
- L.E+J.P 1978 – przeczytałam i uśmiechnęłam się.


Powrót do przedziału w którym siedzieli nasi przyjaciele był długi. Co chwilę zatrzymywałam się, a to żeby popodziwiać swój pierścionek, albo żeby obdarzyć Jamesa pocałunkiem. W tym momencie byłam najszczęśliwszą osobą w całym Wszechświecie!
- Zgodziła się! – zawołał J na samym wstępie. Dalszą wypowiedz zagłuszył pisk, oraz gratulacje.
- Pokaż pierścionek! – rozkazała Mary. Gdy już każdy nam pogratulował, dziewczyny pozachwycały się pierścionkiem(Dorcas kazała sobie kupić swój pierścionek zaręczynowy jak najszybciej, co Black skwitował ciężkim westchnięciem) wróciliśmy do tego co robiliśmy wcześniej, czyli do typowych podróżnych czynności, jak czytanie, granie w karty i rozmowy.


- James, stresuję się, a co będzie jak twoi rodzice mnie nie polubią? – powiedziałam do Rogacza. Powoli dojeżdżaliśmy do stacji w Londynie, a mnie dopadał coraz większy stres. Nasze wcześniejsze plany wywróciły się o 180º, mieliśmy jechać na tydzień do moich rodziców, odwiedzić Petunię i Vernona oraz Dudley’a, jednak w końcu wrócili z misji rodzice bruneta i napisali w liście, że odbiorą nas z dworca i zabiorą do siebie. No powiedzcie, jak mogłam odmówić? Nie mogłam, to oczywiste!
- Z miejsca cię pokochają, tak samo jak ja – odparł J z uśmiechem. Uch. Więc ze stresu zupełnie zepsułam swój manicure, przez co czułam się jeszcze gorzej, bo w końcu jak to mówi Dorcas: „Paznokcie to wizytówka dziewczyny”. A moje były w opłakanym stanie.
- I dojechaliśmy! – powiedział z entuzjazmem Syriusz, gdy pociąg się zatrzymał. Chłopcy zajęli się bagażami, a my klatkami z naszą zwierzęcą trzodą.
Szłam za chłopakami, gdy usłyszałam:
- James! Syriusz! Remusie, ale wyrośliście! – zawołała pani Potter. Moja przyszła teściowa. O matko.
Stanęłyśmy z dziewczynami trochę z boku, przyglądając się tej sielankowej scenie, gdy to pani Potter ściskała i obcałowywała chłopaków, a pan Potter witał się uściskiem dłoni i klepnięciem w plecy.
- Mamo, wystarczy – wyjęczał James, trochę się wyrywając z objęć rodzicielki – Mamo, tato, poznajcie Lily. Moją narzeczoną – powiedział z dumą w głosie James.
A ja, jak to z rudzielcami bywa, zrobiłam się czerwona jak pomidor i wykrztusiłam powitanie.
- Więc to ty jesteś tą słynną Wiewiórką! – wykrzyknął pan Potter, na co zgromiłam wzrokiem zacieszającego paszczę Syriusza. Zabiję go później…
- Wołałabym po prostu Lily – odparłam z grzecznym uśmiechem, jednak w sercu miałam chęć mordu.
- Niech ci się przyjrzę, Lily – powiedziała pani Potter – Piękna, te włosy i te urocze piegi! Będę miała śliczne wnuki – stwierdziła rodzicielka J, na co Łapa zakrztusił się ze śmiechu.
- Syriuszuuu – wyjęczała Dorcas, strofującym tonem.
- Mamo, nie zawstydzaj Lily. Ale poznaj, to jest Dorcas Meadowes, narzeczona Syriusza – powiedział James, wskazując na brunetkę – I Mary McDonald, dziewczyna Remusa – dodał, gdy Mary podała rękę pani Potter. Więc już wszyscy się poznaliśmy, było miło, jednak jak zwykle taką chwilę psuje Syriusz. I tak było tym razem.
- Musisz wiedzieć Doreo parę rzeczy o Lily. Uwielbia ludziom grozić, dla przykładu naliczyłem, że mi już groziła 17 razy i nawet dopuściła się czynów fizycznych, takich jak walnięcie w nerkę, lub czochranie włosów, co jest niedopuszczalne – powiedział Syriusz.
Pani Potter spojrzała na mnie zdziwiona, James zaczął się śmiać, a pan Potter, cóż dołączył do syna.
- Proszę go nie słuchać, pani Potter – powiedziałam, delikatnie kopiąc Syriusza w kostkę. Chciałam mocniej… - Syriusz sobie żartuje, zresztą jak zawsze, prawda Łapo? – zapytałam, a brunet z niezadowoloną miną pokiwał głową.
Pani Potter lekko odetchnęła(pewnie nie chciałaby mieć terrorysty w rodzinie, ale cóż, będzie miała…), uśmiechnęła się i zapytała:
- Pochodzisz z mugolskiej rodziny, tak Lily?
- Tak, z tego co wiem, to w mojej rodzinie nie ma czarodziei – odparłam, spoglądając na pogrążonego w rozmowie z tatą Jamesa – Mam nadzieję, że to pani nie przeszkadza? – zapytałam, robiąc zmartwioną minę.
- Och dziecko, oczywiście, że nie! Z tego co mówił James, to miałaś najlepsze wyniki na roku!
- Na równi z Remusem – poprawiłam.
- Gdyby tylko James uczył się tak dobrze! – westchnęła pani Potter – O i jest nasz świstoklik!


Dzięki świstoklikowi przenieśliśmy się do Doliny Godryka. Niestety tylko my, w sensie ja, James i jego rodzice. Syriusz z Dorcas pojechali do jego odziedziczonego domu, a Mary zmusiła Remusa do odwiedzenia jej rodziny.
- Mają państwo piękny dom – powiedziałam, gdy przekroczyliśmy próg posiadłości.
- Dziękuję kochana. Ależ oni się guzdrzą z tymi kuframi! – odparła kobieta – Wnieście je od razu na górę, Lily zajmie sypialnię naprzeciwko twojej, James.
- A nie może spać u mnie? – zapytał Rogacz, robiąc smutną minę. O Boże.
- Jameees – jęknęłam cicho i spojrzałam z naganą na bruneta. Pani Potter zaśmiała się i powiedziała:
- Jeżeli tylko chce nocować w tym bałaganie, to proszę bardzo. Chodź Lily do kuchni, napijemy się herbaty – powiedziała, prowadząc mnie korytarzem do sporego pomieszczenia. Kuchnia państwa Potter była wielka i wysprzątana na wysoki połysk, pani Genowefa nigdy nie uzyskała u nas takiego efektu.
- To powiedz mi, jakie macie plany? – zapytała kobieta, podając mi parującą filiżankę.
- Po wizycie u państwa wybierzemy się do moich rodziców i pewnie odwiedzimy moją siostrę, niedawno urodziła dziecko, a jeszcze go nie widziałam – odparłam, prawie sobie parząc usta gorącą herbatą.
- A kiedy ślub? – zapytała, podając paterę z ciastkami. O nie, wyjdzie na jaw moje łakomstwo!
- Mamoo, dopiero co się oświadczyłem! – powiedział James, wchodząc do kuchni i pakując sobie do ust spore ciastko.
- Ale ja chcę mieć wnuka – oświadczyła pani Potter, śmiejąc się z mojej przerażonej miny – Oczywiście, nie naciskam. Jednak swoje lata już mam i chciałabym mieć pewność, że mój jedynak ma swoją rodzinę.
Do kuchni wszedł pan Potter, mówiąc małżonce że zawsze wygląda bosko(to chyba jakaś rodzinna cecha) i zaproponował, żeby James oprowadził mnie po domu.
- … I moja sypialnia – powiedział, otwierając drzwi. Pokój typowego faceta, bałagan, chociaż przebywał w nim może z dziesięć minut.
- Podobają mi się te gryfońskie proporczyki – stwierdziłam, rozglądając się po pokoju. Bo chyba nie będę komentować rozwalonego na środku kufra, oraz brudnej klatki Paddingtona, stojącej na biurku.
- Więc nocujesz tutaj? – zapytał James, zamykając mnie w swoich ramionach.
- Chcesz, żeby twoi rodzice pomyśleli, że jestem puszczalska? – odpowiedziałam pytaniem.
- Nigdy tak nie pomyślą! – odparł James, mocniej mnie przytulając – Chcesz żebym się do ciebie zakradał w nocy, jak ten, jak mu tam było, hmmm, o wiem, Romeo?
Cóż, gdy wyobraziłam sobie J jako Romea to cóż, tylko parsknęłam śmiechem.
- Lily, no weeeź. Przecież byłem grzeczny, nie karz mnie – wyszeptał, zbliżając się z ustami do mojej szyi. O nie, alarm, alarm! Niestety, moją wadą jest to, że mam bardzo czułą szyję. Jak tylko James ją dotknie lub pocałuje, od razu się rozpływam jak masło, czy inny tłuszcz. Co jest dosyć dziwnym porównaniem, ale dobra.
- Będziesz tutaj nocować? – zapytał, sunąc ustami po szyi i co chwilę, składając na niej pocałunek. O Morgano.
- Tak – odparłam, przymykając oczy i dając się pocałować w usta.
- Łatwizna – skwitował to James, gdy już się od siebie oderwaliśmy.


- I jak ci smakuje creme brulee? – zapytała pani Potter, gdy już byliśmy przy deserze. W domu Rogacza kolacja jest bardzo wykwintna, przebraliśmy się do niej, James o dziwo się uczesał i zostały podane wielkie ilości przeróżnych dań.
- Jest przepyszny, tak dobry jadłam tylko we Francji – odparłam uśmiechając się do pani domu.
- Lily zwiedziła z rodzicami kawał Świata – zagaił brunet – Zwiedziła pół Europy, byli też w Stanach, Brazylii – zaczął wyliczać James.
- Moi rodzice uwielbiają podróże, co wakacje tata zabierał nas w coraz to ciekawsze miejsca – powiedziałam, myśląc czy poproszenie o dokładkę deseru nie będzie odebrane jako wielkie łakomstwo.
- A czym zajmują się twoi rodzice? – zapytał pan Potter, popijając kawę.
- Mój tata jest maklerem na giełdzie, a mama była modelką – odparłam.
- To już wiemy skąd się wzięła twoja uroda, mama modelka! – powiedział pan Potter, na co się zaczerwieniłam jak burak – James zawsze miał dobry gust – dodał, patrząc z dumą na syna.
- Ale powiedz, jak to się stało, że jesteście razem? Z tego co James opowiadał, od początku go odtrącałaś – zauważyła pani P.
- James bardzo w tym roku wydoroślał, zaczęło się od trochę wymuszonej randki, a skończyło na zaręczynach – odparłam, przypominając sobie naszą pierwszą randkę w kawiarence u pani Pudditfoot.
- Tak , widzę, że James się zmienił – powiedziała pani Potter, gdy J odsunął mi krzesło jak wstawałam – Miłej nocy kochani – dodała, odprowadzając wzrokiem naszą dwójkę.

***
Mam jeszcze pytanie, znacie jakieś opowiadania o Huncwotach,
gdzie są dodawane rozdziały częściej niż raz na miesiąc? Zastanawiam się, czy to tylko ja, jestem tak płodna "twórczo"? :) W tym miesiącu dodałam 18(!!) rozdziałów, aż zaczynam się zastanawiać, czy wszystko jest ze mną OK i czy nie przesadzam...
Więc, jak znacie jakieś fajne blogi, możecie podrzucić linki w komentarzach, będę wdzięczna.

środa, 29 października 2014

Rozdział 33 Bitwa o Hogwart



Przygotowania do walki nie trwały długo. Po tym jak wpadłyśmy do naszego dormitorium, przebrałyśmy się w ciemne, wygodne ubrania, wzięłyśmy różdżki do ręki i cóż to by było na tyle, niech się dzieje wola nieba!
Gdy dotarliśmy do Wielkiej Sali, każdej grupie zostały przydzielone rejony do obrony, zarówno w zamku, jak i na błoniach. W końcu nie wiedzieliśmy kiedy uderzy Voldemort i czy w ogóle się na to zdecyduje. Właśnie to jest najgorsze, niewiedza. Czy dzisiaj zaatakuje? Jak nie to kiedy? Co planuje? A może się podda? Chociaż, w to akurat nikt nie wierzył…
- Lily, zrób coś z włosami, za bardzo się rzucają w oczy – powiedział nerwowym tonem James. Związałam włosy w koka, co jednak chyba prawie nic nie dało, oprócz tego, że nie latały mi wokół głowy.
- James, gdyby cokolwiek mi się stało, chcę żebyś wiedział, że kocham cię najmocniej na… - jednak przerwał mi pocałunkiem.
- Nic się nam nie stanie. Kocham cię – powiedział i spojrzał mi głęboko w oczy.
- Coś się dzieje na błoniach – zauważyła Dorcas, która stała z nami na pierwszym piętrze – Śmierciożercy atakują aurorów! – dodała, gdy Syriusz przecisnął się koło nas do okna.
- Widać Voldemorta? – zapytał.                                                                      
- Chyba nie myślisz, że on jest taki głupi? Najpierw wyśle swoich sługusów – odparłam, spoglądając na to co się działo na dziedzińcu – Słuchajcie, jeżeli wedrą się do zamku, jesteśmy na drugim rzucie – dodałam, spoglądając na przyjaciół.
Nikt nic na to nie odpowiedział, wszyscy mocno trzymaliśmy różdżki i myśleliśmy, żeby to się skończyło jak najszybciej.


Z dziennika Remusa Lupina
Razem z Mary i dwójką prefektów z Ravenclawu staliśmy koło wejścia do szkoły.
- Zabarykadujcie wejście, nie mogą się dostać do szkoły! – krzyknął jeden z aurorów i padł przed nami trafiony czarno-magicznym zaklęciem. Szybko pocałowałem Mary.
- Zamknijcie wrota – powiedziałem, biegiem kierując się na błonia.


Z dziennika Severusa Snape’a
- Co ty tu robisz? – zapytałem, pogardliwie patrząc na młodszego Blacka.
- Pomagam – odparł lakonicznie, trafiając Drętwotą jednego ze Śmierciożerców, który próbował dostać się do zamku przez Wieżę Astronomiczną.
- Myślałem, że do nich dołączyłeś – powiedziałem, rzucając Sectusemprą w Avery’ego.
- To się myliłeś – powiedział, bezbłędnie trafiając Cruciatusem jednego z naszych przeciwników.


Z dziennika Syriusza Blacka
- Wdarli się do zamku! – krzyczał jakiś puchon, biegnąc po korytarzu i wskazując na parter.
- Bądźcie w gotowości – powiedziałem, widząc zbliżające się czarne sylwetki. Cicho podszedłem do Dorcas i wypowiedziałem pewną inkantację celując w brunetkę. Spojrzała na mnie zdziwiona, ale zrozumiała.
Zaklęcie Kameleona od razu wtopiło ją w otoczenie.


Z dziennika Jamesa Pottera
Ostatni raz dotknąłem dłoń Lily i popchnąłem ją za siebie.
- Drętwota! – krzyknąłem celując różdżką w napastnika.


Nagle wszystko zaczęło się dziać bardzo szybko. Na piętro wpadły zamaskowane osoby, zaklęcia latały we wszystkie strony, tak samo jak odpadające kawałki ścian, rozbite okna, poprzewracane rzeźby. Każdy z kimś walczył, chociaż nigdzie w ferworze walki nie widziałam Dorcas, jednak miałam nadzieję, że po prostu pobiegła pomagać w innym miejscu. 
- Impedimento! – zawołałam, zwalniając Śmierciożercę, z którym walczyłam.
- Ascendio! – dodałam i patrzyłam jak go odrzuca na ścianę.
- Crucio! – wrzasnął Regulus Black, lekko mnie odpychając – Nie patyczkuj się z nimi Evans, ich trzeba niszczyć – dodał, uśmiechając się okrutnie i patrząc jak zakapturzona postać miota się na podłodze.
- Dość – powiedziałam – Nie myślałam, że jesteś po naszej stronie – dodałam, rzucając Drętwotą w kolejnego wbiegającego po schodach napastnika.
Młodszy Black uśmiechnął się kpiąco i poszedł dalej.
- Ty go tak załatwiłaś? – zapytał James, wskazując na Śmierciożercę.
- Nie, to Regulus – odparłam, zdejmując maskę nieprzytomnemu.
- To Nott – powiedział Syriusz, podchodząc do nas. Akurat na korytarzu nic się nie działo, wykorzystaliśmy ten moment, do powiązania oraz unieszkodliwienia leżących na ziemi sługów Voldemorta.
- Gdzie jest Dorcas? – zapytałam, rozglądając się dookoła.
- Tu jestem – odparła – Syriusz rzucił we mnie Kameleona – dodała odczarowując się na naszych oczach.
- Dzięki temu Dor atakowała ich znienacka – dopowiedział dumny z siebie Łapa.
- Dumbledore walczy w Wielkiej Sali z Voldemortem, Śmierciożercy uciekają! – zawołał Michael Button, biegnąc w stronę parteru. Spojrzeliśmy na siebie i pobiegliśmy za nim.

 
Wielka Sala nie wyglądała tak jak zwykle. Nie stały w niej cztery stoły, nie było miłego rozgardiaszu przy śniadaniu, czy wesołych dowcipów jak przy kolacji.
Na środku pomieszczenia w zabójczym tańcu walczyli dwaj najpotężniejsi czarodzieje naszych czasów, a pod ścianami Sali stali uczniowie oraz nauczyciele i obserwowali ten ostatni w tym dniu pojedynek na śmierć i życie.
- Lily chodź, w sali obok leżą ranni, musimy pomóc – powiedziała Mary i pociągnęła mnie i Dorcas do klasy od Numerologii.
- Tam leżą martwi – dodała, gdy przekroczyłyśmy próg pomieszczenia i zobaczyłyśmy ilość osób znajdujących się w tym pomieszczeniu. Na miękkich nogach podeszłam do ciał leżących w kącie Sali. Jedynym plusem, było to że niedużo osób straciło życie. Minusem, jednak ktoś umarł.
- Lily, nie patrz – wyszeptała Dorcas i pociągnęła mnie do pani Pomfrey. Po chwili pomagałyśmy opatrywać rannych, którzy ciągle byli znoszeni z pola bitwy.
- Severus! – zawołałam, widząc chłopaka niesionego na niewidocznych noszach przez Regulusa. Dopadłam do czarnowłosego.
- Co mu się stało? – zapytałam młodszego Blacka, który bez słowa upuścił Snape’a na wcześniej przetransmutowane z ławki, łóżko.
- Trafili go Cruciatusem, raczej nie jest w ciężkim stanie – stwierdził i wyszedł z pomieszczenia.
- Myślisz, że możemy mu ufać? – zapytała Mary, patrząc za odchodzącą postacią.
- Nie mam pojęcia – odparłam i już chciałam się zając Sev’em, gdy zamek ogarnął ogłuszający wrzask.
- Dumbledore POKONAŁ Voldemorta! – z tymi słowami, wpadł do Sali Syriusz. Wybiegłam na korytarz poszukać Jamesa.
- Lily! – krzyknął, mocno mnie do siebie przytulając – To koniec – wyszeptał mi we włosy.
Miałam w głowie totalny mętlik. Jedyną myślą, ciągle powracającą było to, że już nie ma zagrożenia.


- „… Aurorzy wyłapują Śmierciożerców… Magiczny Świat otrząsa się po ostatecznym starciu… powoli wszystko wraca do normy…” – Mary właśnie skończyła czytać artykuł z Proroka.
Od pokonania przez Dumbledore’a Voldemorta, minął tydzień, czas pełen radości, świętowania, ale jednocześnie zadumy i łez wylanymi nad osobami poległymi.
- Dobrze, że jest tak ciepło, inaczej siedzielibyśmy w kurtkach – jakże dowcipnie zauważył Syriusz. Zamek nieźle oberwał podczas walki. W Wielkiej Sali była ogromna wyrwa, dzięki której mieliśmy ładny widok na błonia i jezioro. Wieża Astronomiczna wyglądała jakby została zbombardowana, wiele okien było powybijanych, ogólnie wszędzie było pełno gruzu, połamanych i zniszczonych przedmiotów. Jednak powoli wszystko było odbudowywane i naprawiane. Tak naprawdę już nie mieliśmy lekcji, zostaliśmy w szkole aby pomóc w przywróceniu jej do stanu pierwotnego, lub chociaż trochę lepszej kondycji.
- I jak się czuje Remus? – zapytałam, patrząc na blondynkę. Remus trochę przeszarżował, po tym jak wybiegł na błonia pomagać Aurorom, został trafiony jakimś zaklęciem.
- Już lepiej, pani Pomfrey poiła go przeróżnymi eliksirami i żaden nie działał, w końcu Slughorn dobrał coś, co mu pomogło, rany się sklepiły i jutro Remus wychodzi ze Skrzydła – odparła Mary.
- I wszystko wraca do normy, Złota Szóstka Gryffindoru znowu będzie razem! – zawołał ironicznie Regulus, o dziwo siadając przy naszym stole i nakładając sobie na talerz stertę tostów – Co się tak gapisz, Evans? Przyszedłem w odwiedziny do starszego braciszka. Tak apropo, nasza mamuśka odbierze nas z dworca, teraz będzie udawać, że nigdy nie popierała Czarnego Pana – dodał, wpychając sobie do ust jedzenie.
- U was chyba jedzenie z otwartą paszczą jest rodzinne, co Black? – zapytałam, patrząc z niesmakiem na otwarte usta zarówno młodszego jak i starszego czarnowłosego. Oni tylko wyszczerzyli zęby i nadal zawzięcie spożywali śniadanie.
- Nadal nie rozumiem, jak to się stało, że jesteś po naszej stronie? Po szkole krążyły plotki, że dołączyłeś do Voldemorta – zapytała Dorcas, spoglądając na Regulusa.
- Meadowes, Meadowes, Meadowes, już wam to tłumaczyłem, ale widocznie wolniej jarzysz. Po pierwsze, nigdy nie zostałem Śmierciożercą i nie mam Mrocznego Znaku. Po drugie, nasza rodzina. Jakby to wyglądało, Ślizgon o nazwisku Black uciekający przed swoją rodową „powinnością”, musiałem udawać, że jestem z nimi. Po trzecie, myślisz, że Dumbledore jest taki mądry? To ja mu powiedziałem o horkruksie znajdującym się w naszej skrytce w banku, który to zresztą umieścił tam nasz drogi papcio. I to też ja, naprowadziłem Snape’a w poszukiwaniach kolejnych horkruksów, inaczej skąd by wiedział, że Malfoy ma u siebie jeden? Więc tak, możesz być pewna, że jak najbardziej jestem czysty. No, oprócz tych paru Cruciatusów, nie mogłem się opanować w czasie bitwy… - powiedział, na końcu się trochę rozmarzając. Mówiąc szczerze, to czasami się go obawiam.
- Aaa i Evans, nie masz się co martwic nie mam nic do mugolaków, lub osób półkrwi – dodał spoglądając to na mnie, to na Mary.
- Oczywiście, że nie ma się co martwic, bo jestem przy niej – powiedział James, tak słodko-rycersko, patrząc groźnie na Ślizgona.
- Ech, Gryfoni, ta wasza odwaga i honor! Przecież mówię, że mogą być spokojne, nie spadną im włosy z głowy, możesz być pewien – odparł Regulus – Idę pomagać w lochach. Do zobaczenia.
Patrzyłam za chłopakiem i miałam mieszane uczucia.
- Jak dla mnie, to on coś kombinuje – powiedział Syriusz – Po bitwie zapytał się, czy może się do mnie wprowadzić! Powiedział, że ma dość matki, ale wydaje mi się, że coś z nią planuje – dodał.
- Czy ty czasem nie przesadzasz, Łapo? Sam mówiłeś, że mieliście ciężko w domu, dobra, ty gorzej, jesteś Gryfonem, ale pomyśl, jeżeli twoi rodzice wcale nie zmienili zdania co do czystości krwi, mugolaków, to jak będzie się tam czuł chłopak, który przeszedł na naszą stronę? – zapytała Mary – Jestem pewna, że twoja matka będzie mu chciała utrudnić życie… Chociaż przy ludziach zapewne będzie tworzyć piękne pozory, przecież nawet dopiero powiedział, że po was wyjdzie na dworzec! W życiu nie widziałam twoich rodziców!
- To się ciesz, moja matka jest brzydka jak ghul – odparł Syriusz, marząc się na samo wspomnienie rodzicielki – Ale może coś w tym jest…
- Jasne, że tak! Regulus jest trochę dziwny, ale całkiem miły – stwierdziła rezolutnie Dorcas.


Po skończonym śniadaniu, znowu wróciliśmy do tego co robiliśmy wcześniej, czyli sprzątania zamku. Byliśmy z Jamesem na piątym piętrze, zajmowałam się naprawą czarami witraży w oknach, a J usuwał co cięższe kawałki cegieł i innego gruzu.
- Hej, James zobacz, byłeś tu kiedyś? – zawołałam z ciasnego pomieszczenia, rozglądając się po nim. Jakieś zaklęcie wykruszyło wyłom w ścianie, przez co stworzyło drzwi do tej małej komnaty.
- Nigdy tu nie byłem – odparł, stając za mną – A to, co to? – zapytał, wskazując głową na spory przedmiot przykryty zakurzonym płótnem. Podszedł i jednym szarpnięciem zdjął pokrowiec.
- „AIN EINGARP ACRESO GEWTELA Z RAWTĄWT EIN MAJ IBDO” – przeczytałam napis na ramie lustra – Co to za język? – zapytałam zaglądając w zwierciadło. I wtedy stało się coś dziwnego.
- O Merlinie – wyszeptałam. Bo w lustrze nie widziałam siebie i stojącego obok mnie Jamesa. Widziałam w nim nasz dom, a przed nim staliśmy my, z małym dzieckiem, znajdującym się w ramionach Rogacza – James, co widzisz? – zapytałam, patrząc z rozdziawioną buzią w to dziwne lustro. Brunet podszedł bliżej do tafli i stwierdził:
- Jak to co? Widzę nas, tak jak tu stoimy – no zamurowało mnie!
- Ale ja widzę coś zupełnie innego! – zawołałam i już chciałam dodać co, jednak przerwał mi pewien głos.
- Panie Potter, tylko pogratulować, jest pan bardzo szczęśliwym człowiekiem – powiedział Dumbledore – Stoicie przed lustrem Ain Eingarp, to zwierciadło pokazuje to, czego bardzo pragnie wasze serce. Tylko osoba najszczęśliwsza na świecie może w nim zobaczyć swoje odbicie – wytłumaczył nam profesor, spoglądając z podziwem na Jamesa..
- To znaczy, że nie jestem szczęśliwa? – zapytałam. Wydawało mi się, że jestem bardzo szczęśliwa…
- Och, nie. Tylko to oznacza to, że masz Lily, jakieś pragnienia, bardzo głęboko ukryte w swoim sercu – odparł dyrektor z dobrotliwym uśmieszkiem – Lustro zostanie przeniesione, nie chciałbym żebyście go szukali – dodał i wyszedł z komnaty.
Spojrzałam jeszcze raz w szklaną taflę, ostatni raz chciałam zobaczyć roześmianego szkraba, wywijającego nóżkami i rączkami.
- On jest taki słodki – wyszeptałam, podchodząc bliżej do lustra i mimowolnie uśmiechając się do dziecka.
- Lil, chodź – powiedział James, łapiąc mnie za rękę i wyprowadzając z pomieszczenia – Co widziałaś w lustrze? – zapytał Rogacz, zatrzymując się przy jednym z rozbitych okien.
- Widziałam nas – odparłam, rozmarzonym tonem – Z takim małym, ślicznym dzieckiem, takim miniaturowym tobą – dodałam, już trochę zawstydzona. Ukryłam twarz na torsie Jamesa.
- Lil – wyszeptał J i mocniej mnie do siebie przytulił – Obiecuję ci, że już niedługo – dodał, cicho się śmiejąc.                     


Koniec jest tak słodki, że aż mnie mdli. 
No, ale Voldemort nie żyje, wszyscy przeżyli(chociaż chciałam kogoś zabić, kogoś z naszej Złotej Szóstki)
i cóż, mam nadzieję, że jakoś to przeczytałyście :)
Nie mam pojęcia kiedy następny rozdział, jakoś powoli idzie mi pisanie kolejnych, może do końca tego tygodnia uda mi się jeszcze coś opublikować.

poniedziałek, 27 października 2014

Rozdział 32 Ostatni



Ten dzień nie zapowiadał się jakoś wyjątkowo. Pogoda była do kitu, niestety padał deszcz, wiał porywisty wiatr i w ogóle zapowiadało się na burzę.
Siedziałam z Dorcas i Jamesem w Pokoju Wspólnym, pisaliśmy wypracowanie z Zielarstwa. Pewnie zastanawiacie się, gdzie podziała się pozostała trójka? Cóż, odpowiedz jest prosta, jednak dosyć niezwykła, odbębniali szlaban u Filtch’a. Może w przypadku Syriusza nie było w tym nic dziwnego, jednak nasz dwójka prefektów? To już było niepokojące, w końcu oni razem są prawie święci!
- Skończyliby nam w końcu zadawać te wypracowania, do końca szkoły zostały nam dwa tygodnie! – wyjęczała Dorcas, patrząc niezadowolona na swój usiany kleksami od atramentu pergamin – Jeszcze muszę napisać pół stopy – dodała zdegustowana.
- Oj tam, oj tam, wypracowania są fajne – odparłam, nie odrywając wzroku od podręcznika – Będzie mi tego brakować – dodałam. No bo, co ja będę robić po skończeniu szkoły? Zupełnie nie mam pomysłu na siebie!
- Jak chcesz, to będę ci zlecał różne wypracowania do napisania – zaproponował James – Na przykład „Zaklęcia przydatne w czarodziejskim domostwie” – dodał.
- Jeżeli myślisz, że zrobisz ze mnie kurę domową, to się grubo mylisz, Jamesie Potter – odparłam – Ja pójdę do pracy, a ty będziesz siedział w domu z dziećmi – dodałam. Jednak gdy wyobraziłam sobie co by się mogło dziać, wiecie sam facet z dzieckiem, syf w domu, dziecko głodne, nieprzewinięte i różne inne tragedie.
- Hm, jeszcze to obgadamy – dopowiedziałam, spoglądając w przestrzeń. Z powrotem zajęłam się przeglądaniem książki, mojego wiernego towarzysza, jednak znowu została mi przerwana ta czynność.
- Ty jesteś Lily Evans? Jesteś proszona do gabinetu dyrektora. Razem ze znajomymi – powiedział chłopak z piątego roku, którego kojarzyłam jak przez mgłę. Jednak w tym momencie to nie jest ważne. Istotne jest to, po co prosi nas Dumbledore.
- Dzięki – odparłam i spojrzałam na Jamesa i Dorcas. Oboje byli równie zdziwieni jak ja.
- Jak myślicie, o co może chodzić? – zapytała Dorcas, wygładzając swoją wymiętą szatę.
- Pomyślcie, po co dyrektor może nas wzywać? Łatwo się domyśleć – odparł James, przytrzymując nam obraz w przejściu.
- Niby tak – stwierdziłam niewiarygodnie inteligentnie – Ale, zaraz, czy nie powinniśmy poczekać na resztę? – zapytałam. Dorcas walnęła się w czoło i wymamrotała: „Jak mogłam zapomnieć o Ciasteczku?”, a James wyciągnął coś z kieszeni.
- Serio, będziesz się teraz przeglądał? – zapytałam, patrząc kpiąco na Rogacza. Ten tylko się uśmiechnął i szepnął do lusterka imię swego wiernego kumpla, czyli Łapy. No, zupełnie się nie spodziewaliście, co?
- Co jest Rogaczu? – odpowiedziała twarz Syriusza, która objawiła się w magicznym lusterku. Gdybym nie była czarownicą, to bym krzyknęła „OMG, czary normalnie!”, no ale jestem, także nie było aż takiego zdziwienia. Dobra, przyznaję, trochę się zdziwiłam widząc tam Blacka. Ale tak tyci-tyci.
- Kończycie już szlaban? Mamy iść do Dumbledore’a – powiedział James.
- Już skończyliśmy, Mary jest niewiarygodna, wiesz jak szybko myje podłogi? – odparł Syriusz – Spotkajmy się pod jego gabinetem. Bez odbioru!
Więc tak sobie szliśmy, aż dotarliśmy do posągu chimery, strzegącej wejścia do biura dyrektora Hogwartu.
- Tak właściwie, to zna ktoś hasło? – zapytała Dorcas, patrząc na naszą dwójkę.
- Hm, no nie – odparłam, zastanawiając się nad naszą głupotą.
- Ja znam! – zawołał Black zza naszych pleców – Cytrynowe myszy – powiedział, posąg poruszył się, a my całą szóstką weszliśmy na ruszające się schody. Oczywiście nie mam na myśli takich, jak w mugolskich centrach handlowych…
Podeszliśmy do drzwi, a Remus zapukał.
- Proszę! – odparł dyrektor.
Wewnątrz, za biurkiem siedział Dumbledore, a naprzeciwko Severus Snape. Właściwie, nie powinnam być tym zdziwiona, ale trochę byłam. Wiem, to głupie.
- Wejdźcie, proszę – dodał, wskazując nam na właśnie wyczarowane przez siebie dodatkowe krzesła. Więc zasiedliśmy grzecznie, zupełnie nie jak my, a właściwie Huncwoci. Chociaż nie, Remus jest kulturalny. Tylko tamta dwójka… Nieważne.
- Severusie, co ci jest? – zapytałam dziwnie bladego chłopaka. Wyglądał okropnie, trząsł się jak w chorobie i coś szeptał pod nosem.
- Zaraz wszystko wyjaśnimy – odpowiedział mi profesor – Jesteście już wprowadzeni w poszukiwania horkruksów, więc myślę, że możemy przejść do meritum sprawy. Odnaleźliśmy z Severusem ostatni – powiedział, wskazując na okazały wisior, z literą S na wieczku.
- Wow – wyszeptał Syriusz. Cóż, odpowiedni komentarz do tej sprawy.
- Odnalezienie tego ostatniego horkruksa było najcięższe, musieliśmy się zagłębić w przeszłości Lorda Voldemorta, jednak nasze poszukiwania były owocne. Mamy to – wskazał na biżuterię – Oraz resztę – dodał, wyjmując z szuflady inne przedmioty. Czarkę, którą już dobrze znałam, diadem, pierścień oraz czarny notatnik.
- Mamy wszystkie, ale co się stało Severusowi? – przerwałam dyrektorowi. Och, no byłam ciekawa!
- Severus wypił pewien eliksir, który ukazał mu różne przerażające wizje, panno Evans – odparł dyrektor – Był to wymóg, aby zdobyć horkruksa.
- To nie powinien pan tego wypić? – zapytałam, trochę wkurzona. Nafaszerował czymś Snape’a i ten teraz wygląda jak obłąkany! Wcześniej też tak trochę wyglądał, ale teraz bardziej…
- E-evans, ja mu-usiałem to wypić – wyszeptał Severus, patrząc na mnie smutno.
- Severus uparł się, że dzięki temu odkupi swoje winy – dodał Dumbledore. Spojrzałam na niego przelotnie i kiwnęłam głową. Uparciuch.
- Ludzie, skupmy się na sprawie – wtrącił się Syriusz patrząc z niesmakiem na trzęsącego się Snape'a – Może je zniszczmy i będzie po sprawie, co? – dodał, patrząc na Dumbledore’a z nadzieją.
- Niedługo je zniszczymy, jednak musicie wiedzieć, że Voldemort to odczuje. I myślę, że będzie bardzo zaniepokojony, wiedząc, że jego wszystkie horkruksy zostały zniszczone. Pewnie najpierw sprawdzi, czy zniszczyliśmy wszystkie, jednak później ze swoją armią Śmierciożerców, może ruszyć na Hogwart – dodał dyrektor.
W gabinecie zaległa cisza.
- Sugeruje pan bitwę? – zapytał Remus.
- Obawiam się, że tak, panie Lupin – odparł profesor.
- To może ich jeszcze nie niszczmy? – zaproponowała przerażona Dorcas.
- Powiadomiłem już nauczycieli, właśnie wyprowadzają ze szkoły najmłodszych. Aurorzy zostali już też poinformowani, tworzą oddziały chętnych do walki. Hogwart jest gotowy na ostateczną rozgrywkę – powiedział – Naszym zadaniem jest zniszczenie horkruksów, jednak jeżeli nie czujecie się na siłach, możecie opuścić szkołę – dodał.
- Gryfoni są zawsze gotowi do walki – odparł James, z czym wszyscy się zgodziliśmy.
- Więc chodźmy – odparł dyrektor, uśmiechając się dobrodusznie (serio, jakby było z czego…).
Poszliśmy za Główną Szychą Hogwartu, czyli inaczej dyrektorem. I o dziwo wylądowaliśmy po chwili na siódmym piętrze.
- Pokój Życzeń? – zapytał z niedowierzaniem Syriusz. Dumbledore przeszedł trzy razy pod ścianą, aż pojawiły się drzwi.
- Wejdźcie – powiedział, przytrzymując nam wrota. Grzecznie weszliśmy do środka i stanęliśmy w półkolu, obok dziwnego wyglądającego pojemnika.
Dumbledore wyjął horkruksy z woreczka i wsadził je do pojemnika. Nadal je widzieliśmy, pudełko wyglądało na wykonane ze szkła, jednak to zapewne tylko pozory.
Dyrektor przytknął do niego swoją różdżkę i cicho wyszeptał zaklęcie.
Wszystko to, co widziałam w całym swoim życiu, to nic, przy tym co zaczęło się dziać. W pojemniku pojawiły się ogniowe węże, atakujące po kolei każdy horkruks. Gdy go niszczyły, z przedmiotów wylatywała czarna ciecz, trochę przypominająca krew. W pomieszczeniu słychać było straszne krzyki, nie chcę żeby zabrzmiało to górnolotnie, ale okrzyki agonalne, takie jakie mógłby wydawać torturowany człowiek.
Języki ognia trawiły każdy przedmiot po kolei, aż krzyki i jęki ustały. W pomieszczeniu zrobiło się cicho. Ciszę przerwał dyrektor:
- Aqua Eructo – powiedział, po czym ogień zgasł. Tak po prostu, jakby go tam wcale nie było. Podeszłam trochę bliżej do pojemnika i zobaczyłam w nim tylko zwęglone i spopielone kawałki horkruksów.
- Ałł – wyjęczał Snape, łapiąc się za przedramię. Lekko podciągnął rękaw szaty, a naszym oczom ukazał się Mroczny Znak.
- Już wzywa Śmierciożerców – powiedział Dumbledore i szybkim krokiem wyszedł z pomieszczenia. To samo chciał zrobić Severus, jednak go zatrzymałam.
- Severusie, musisz się ukryć! Jeżeli Voldemort dowie się, że miałeś coś wspólnego z horkruksami… - zaczęłam mówić, łapiąc go za ramię i zatrzymując.
- Nie jestem tchórzem – odparł, wyrywając swoje ramię z mojego uścisku i opuszczając pokój.
- Musimy się przygotować, chodź Lily – powiedział James, ciągnąc mnie w stronę wyjścia z Pokoju Życzeń. Ruszyliśmy do Pokoju Wspólnego, jednak rozgardiasz jaki ujrzeliśmy na korytarzu był niepokojący. Tabuny uczniów chodziły po korytarzach, niektórzy gdzieś biegli, inni szli w kierunku schodów z kuframi, a jeszcze inni stali z różdżkami w ręku, szykując się.
Bitwę czas zacząć. 


Przepraszam, tak strasznie jest mi wstyd publikowac tak kiepski rozdział!
Jednak to nie jest najgorsze, następny wcale nie będzie lepszy, ba!
 nawet powiedziałabym, że będzie jeszcze gorszy(ale sobie reklamę robię:)
No nic, jakoś to przeczytałyście, przez następny może też przebrniecie.
Avado, mam nadzieję, że ucieszyłaś się, że Snape trochę pocierpiał przez ten eliksir, 
szczerze mówiąc też mnie on wkurza,
a szczególnie w moim opowiadaniu. No nic, trzeba go będzie wysłać do Honolulu, czy gdzieś indziej i będzie spokój :) Dziękuję za komentarze 
i do następnego! :)