Październik
1978
- Synu, jesteśmy z ciebie dumni.
Spojrzałem
na matkę i wykrzywiłem usta. To, że matka oraz ojciec będą ze mnie zadowoleni
było wiadome. Wiedział o tym każdy, kto znał rasistowskie przekonania mojej
rodzicielki, oraz ten, kto czytał bzdury, wypisywane przez ojca w przejętym
przez Śmierciożerców Proroku Codziennym. Jeżeli mogę zaryzykować takim
stwierdzeniem – to był najradośniejszy dzień w ich życiu.
Gdy Syriusz trafił do Gryffindoru, w domu przez co
najmniej cztery miesiące panowała żałoba. Matka wyrzucała sobie złe wychowanie
„niewdzięcznej żmii”, a ojciec opracowywał plan powitania syna. Bolesny plan, o
ile sobie przypominam. Czasami, nocami nie mogę spać, gdy przypominam sobie
spazmatyczne oddechy Syriusza, gdy rodzice traktowali go wymyślnymi urokami,
wymyślonymi przez takich samych arystokratycznych dupków, jak oni. Syriusz
nigdy nie krzyczał. Chociaż miałem wtedy tylko dziesięć lat, czułem dumę,
wiedząc, że mój brat jest tak odważny. Nie do złamania. Jedynie, żałuję tego,
że ja okazałem się tchórzem. Tchórzem, który obrał łatwiejszą drogę.
Przekonanie Tiary Przydziału, do tego, abym nie trafił do
Gryffindoru było banalnie proste. Myślę, że jeżeli każdy poprosiłby tiarę, ona z radością przydzieliłaby ucznia, do domu, do
jakiego chciał trafić. Ja ją błagałem. Nie chciałem przeżywać tego, co doświadczył
Syriusz, przez dwa miesiące wakacji.
Dlatego teraz, gdy miałem możliwość odkupienia swojego
tchórzostwa, postąpiłem słusznie. Nareszcie mogłem spojrzeć sobie w oczy, bez
żalu i obrzydzenia.
- Jestem zadowolony – skomentował ojciec, oglądając moje
przedramię, naznaczone Mrocznym Znakiem.
***
- Snape – skinąłem głową, witając się z byłym Ślizgonem.
- Black – odparł, lekko wykrzywiając usta, przy moim
nazwisku.
Zupełnie mu się nie
dziwiłem. Od tego, co robili mu Syriusz z Potterem, cóż, mógł być wściekły,
nawet na mnie, chociaż z Syriuszem mieliśmy wspólne tylko jedno - nazwisko.
- Nowi? – zapytał zakapturzony Śmierciożerca, podchodząc
do nas.
Skinąłem głową i spojrzałem
na znajomą twarz.
- Malfoy – westchnąłem, patrząc na męża kuzynki. –
Spotkanie rodzinne… Narcyza też tutaj jest? - zapytałem, rzucając mu kpiące spojrzenie.
Lucjusz prychnął.
- Myślisz, że pozwolę żonie brudzić sobie ręce tak
paskudną robotą? – zapytał, wykrzywiając wąskie wargi. – Narcyza jest w dworku,
z moją matką – dodał i spojrzał na Snape’a. – Kto przydzielił dwóch nowych, do
tego zadania?
Wzruszyłem ramionami i
rozejrzałem się po okolicy. Byliśmy w jakiejś małej mieścinie, na zachód od
Londynu. Wokół stałe niskie domy, wyglądające na co najmniej sto lat. Urokliwa
okolica, w której mieszkało wielu czarodziei.
- Czekamy na Travers’a, który powinien tu być za… -
zaczął Lucjusz, spoglądając na elegancki, złoty zegarek, zapewne roboty
Goblinów. – 30 sekund – dodał.
Rzuciłem okiem na Snape’a i czekałem. Po chwili dało się słyszeć
ciche pyknięcie, oznaczające teleportację.
- Obserwowaliśmy dom, jest w nim tylko jedna osoba, nasz
cel – zaśmiał się zimno Lucjusz, zwracając się do Travers’a. – Edgar, waleczny
członek Zakonu Feniksa.
Przez chwilę, nie zrozumiałem tego, co powiedział Malfoy.
A potem do mnie dotarło. Przybyliśmy do tej mieściny, tylko w jednym celu.
Mieliśmy zamordować czarodzieja, który stawiał opór Czarnemu Panu. Tylko, że do
tej pory nie wiedziałem, kto to ma być.
- Idziemy – rozkazał Travers, wyczarowując sobie na
twarzy maskę. – Ku chwale Czarnego Pana – dodał, zaklęciem wyważając drzwi.
***
Przez
dobrych parę sekund, byłem pewien, że Bones poradzi sobie z naszą czwórką.
Miałem nadzieję, że mu się uda. Albo ktoś przybędzie mu na pomoc, ktoś z
Zakonu. Przeliczyłem się. Zresztą, nie miałem się czemu dziwić, to nie była
uczciwa walka. Nawet, jeżeli dwójka z nas była niedoświadczona w walce różdżka
w różdżkę, mieliśmy znaczną przewagę.
-
Cudownie – wydyszał Lucjusz, patrząc na wijącego się i krzyczącego pod
Cruciatusem, mężczyznę. – Hola, Travers, nie tak szybko! – zawołał, gdy
Śmierciożerca wycelował w Bones’a różdżką. – Daj się wykazać młodszym – dodał z
kpiącym uśmiechem.
Spojrzałem
na niego, próbując ukryć targające mną emocje. Złość, strach, wściekłość, aż w
końcu żal i smutek.
-
Regulusie, wykaż się chłopcze – mruknął z wyraźną uciechą.
Ściskając mocno różdżkę,
zbliżyłem się do spokojnego mężczyzny. Leżał bezwładnie na podłodze, z dziwnie
powykrzywianymi kończynami. Poczułem mdłości na ten widok.
- Zrób to! – warknął Travers, spoglądając na drzwi. –
Chcesz nas narazić na walkę z Zakonem? Nie mamy czasu! – krzyknął.
Kucnąłem przy ofierze i
poruszyłem ustami. Wiem, że nie mógł tego zobaczyć, chociaż wpatrywał się
uważnie w moją maskę.
- Przepraszam –
powtarzałem w myślach jak mantrę.
- Avada Kedavra! – krzyknąłem, wymierzając różdżkę w
serce Edgara Bones’a.
***
Nie pamiętam chwil po moim pierwszym morderstwie. Jedyne,
co stawało mi przed oczami, to wyraz twarzy mojej ofiary. Chciałbym móc kiedyś
o tym zapomnieć… Ale takich rzeczy się nie zapomina. To będzie prześladować
mnie do końca mojego marnego życia – fakt, że zabiłem niewinną osobę.
Oczywiście, były osoby z tego zadowolone. Już drugi raz
stawałem przed obliczem Czarnego Pana. Pierwszy raz był dosyć bolesny – była to
chwila, gdy moje przedramię zostało naznaczone Mrocznym Znakiem. Teraz, była to
chwila jego małego triumfu nad Zakonem i Dumbledorem. Poprzez ręce swoich sług,
zabił wielkiego poplecznika swojego największego wroga.
Najgorsze było to, że nas nagrodził. Nagrodził nas za to,
że kogoś zabiliśmy. Że ja, kogoś
zabiłem. I to, chyba było w tym najgorsze. Ledwo udawałem radość, z tak
„wielkiego zaszczytu”. Miałem ochotę wyciągnąć różdżkę i pozabijać oraz zranić
jak najwięcej jego popleczników. I wreszcie, jego samego. Ponieważ nagrodził
mnie za coś, co będzie mnie prześladowało do końca moich dni. Za coś niewybaczalnego.
***
Najmłodsi stażem, oraz wiekiem Śmierciożercy, mieszkali w
rodowej siedzibie Lestrange’ów. Zajmowaliśmy całe pierwsze piętro. Gdyby nie
fakt, że wszyscy mieli wielkie ambicje wykazania się przed uwielbianym Panem,
mogłoby być całkiem jak w Hogwarcie.
Dzieliłem pokój ze Snapem. Przystąpiliśmy do zwolenników
Czarnego Pana w tym samym momencie, zapewne dlatego przydzielili nas razem do
pokoju. Patrząc na ponurego Severusa, zastanawiałem się, co Evans z nim robiła.
Oraz jak wytrzymywała widok jego przetłuszczonych włosów.
- Wychodzę – mruknął Snape, podchodząc do drzwi,
prowadzących na długi korytarz, pełen drzwi do kwater młodych Śmierciożerców. –
Malfoy ma do mnie sprawę – dodał, jakby musiał mi się wytłumaczyć.
A ja miałem to gdzieś. Leżałem na łóżku i wpatrywałem się
w nieskazitelnie biały sufit. Próbowałem sobie przypomnieć słowa rymowanki, nauczonej
mnie przez Syriusza, gdy byliśmy mali. Beztroscy i szczęśliwi, na tyle, na ile
mogliśmy być przy naszych oschłych rodzicach i ich wszystkich nakazach i zakazach.
- Nie pamiętam – powiedziałem, gapiąc się w sufit, na
którym dojrzałem niedużego pająka. – Nie pamiętam cholernej rymowanki –
westchnąłem.
Zazwyczaj, z pamięci wypiera się te złe wspomnienia.
Jednak ja, pamiętałem zupełnie coś innego. Wszystko to, co było niedobre,
niszczące, oburzające.
- Regulusie – usłyszałem głos, którego się nie spodziewałem.
Spojrzałem na nocną szafkę i
z pierwszej szuflady, wyciągnąłem lusterko dwukierunkowe.
- Profesor Dumbledore – westchnąłem, spoglądając starcowi
w oczy. – Już wiecie, prawda?
- Wiemy, Regulusie – odparł dyrektor, ze smutkiem kiwając
głową. – To straszne. Ciało biednego Edgara, spoczywało pod szczątkami jego
domu, z trudem je wydobyliśmy.
Wykrzywiłem usta. Nie dość,
że doprowadziliśmy do śmierci człowieka, to jeszcze musieliśmy zniszczyć jego
dom.
- Panie profesorze… - zacząłem, zacinając się. – To moja
wina – dodałem.
Dumbledore pokręcił głową.
- Pamiętasz Regulusie, o czym rozmawialiśmy przed twoim
wyjazdem z Hogwartu? – zapytał, a gdy skinąłem głową, kontynuował: - Każda zła
rzecz, którą będziesz musiał uczynić, udając oddanego zwolennika Toma Riddle’a,
zostanie ci wybaczona. Walczysz dla większego dobra, pamiętaj o tym, chłopcze.
Jeszcze raz skinąłem głową,
patrząc na poważną twarz dyrektora.
- Czy dowiedziałeś się czegoś? Planują kolejny zamach? –
zapytał.
- Nic nie wiem – odparłem, kręcąc głową.
Dumbledore już miał coś
powiedzieć, gdy zobaczyłem gwałtownie otwierające się drzwi. Upuściłem lusterko
na kolana i zaskoczony, spojrzałem na zdenerwowanego Snape’a.
- Rozmawiałeś z kimś? – zapytał podejrzliwie, spoglądając
na lusterko.
- Tylko ci się wydawało – odparłem, z ulgą rejestrując
fakt, że Dumbledore zniknął z tafli.
- Słyszałem rozmowę – odparł zimno, skupiając na mnie
wzrok.
I wtedy to poczułem. Trochę
jak ból głowy. Czułem to często w dzieciństwie. To była oznaka, że chciał trochę
pogrzebać w moich myślach, jak nieodzowna
mamusia.
- Nawet, kurwa, nie próbuj – warknąłem, patrząc mu prosto
w oczy. Zastosowałem oklumencję, do ochrony swoich myśli i wspomnień. – Nie
próbuj włamywać się do mojej głowy, Snape.
Wykrzywił usta w niemiłym
uśmiechu.
- Ukrywasz coś, Black – odparł, patrząc na mnie kpiąco. –
Ja się dowiem co – dodał.
Uniosłem brew.
- Tak myślisz, Snape? – zapytałem. – Nie uda ci się. Tak
samo, jak nie udało ci się zdobyć Evans... Powiedz, co to za uczucie, gdy
wiesz, że jest ona z twoim największym wrogiem? Gdy wiesz, że to jego
bezgranicznie kocha, a nie ciebie? Wiadomo, może zrobi sobie z nim dziecko? Co
powiesz na małego Pottera? – pytałem.
Z każdym kolejnym pytaniem,
czułem większą radość, sprawiając mu ból. Zdawałem sobie sprawę z tego, że
robię źle, ale musiałem odwrócić jego uwagę. Musiałem sprawić, żeby zapomniał o
rozmowie z dyrektorem.
- Zamknij się – warknął, lekko się trzęsąc.
- Ale czemu? – zapytałem, stając naprzeciwko niego. – Co,
nadal cię to boli? Przecież, powinna być dla ciebie szlamą, prawda? Zwykłą, nic
nie wartą szmatą, którą trzeba zlikwidować, aby zbudować „lepszy” świat.
Zdradziła twoją przyjaźń, właśnie z nim. Zabawne, prawa?
- Nie nazywaj jej tak! – krzyknął, wyciągając różdżkę. –
To się jeszcze zmieni, rozumiesz?! Jeszcze będzie moja! Moja!
Spojrzałem na niego
zdziwiony.
- Nie pierdol, Snape – odparłem, udając znudzenie. –
Jakim sposobem?
- Nie twój problem – powiedział, jakby zdając sobie
sprawę z tego, że się z czymś zdradził. – I ja tak łatwo nie zapominam, Black.
Dowiem się, co kombinujesz – dodał, szybko wychodząc z pokoju.
Usiadłem na łóżku,
analizując to, czego się dowiedziałem. Najgorsze było to, że nie mogłem
wyciągnąć z tego żadnych wniosków – za mało danych.
***
Stanął przed lustrem.
- To się uda – wyszeptał, patrząc na swoją kredowo białą
twarz. – Uda się. Przekonam go, żeby jej nie zabijał. Będzie moja.
Uśmiechnął się lekko.
- Zrobię dla niego wszystko, żeby jej nie zabił –
powiedział, spoglądając sobie w oczy. – Zostanę najgorliwszym z jego sług.
Tylko po to, by mi ją podarował. Aby była moja.
Ochlapał twarz zimną wodą.
- A jego, z przyjemnością… - wyszeptał, patrząc na swoją
różdżkę. – Zlikwiduję.
***
Uśmiechnęłam się, gdy tylko
zobaczyłam Jamesa z tacą.
- Śniadanie do łóżka – powiedział, stawiając mi na
kolanach tacę, zapełnioną przysmakami.
- Z jakiej okazji? – zapytałam, całując go w policzek. –
Smakowicie wygląda.
- Z takiej okazji, że mam najcudowniejszą, najpiękniejszą
i najmądrzejszą żonę na świecie – odparł, wchodząc pod kołdrę, tylko po to, aby
zacząć całować mnie po szyi.
- Komplemenciarz – westchnęłam, smarując tosta dżemem. –
Nie masz ochoty na śniadanie? – zapytałam, gdy poczułam jego usta na odkrytym
ramieniu.
- Mam ochotę na coś innego – odparł, zabierając mi tacę,
co skwitowałam rozczarowanym jękiem. Miałam diabelną ochotę na tego tosta! – I
mam nadzieję, że przekonam cię, że to, co mam na myśli, jest lepsze od jedzenia
– dodał, całując mój dekolt.
- Taak, chyba możesz mieć rację – wyszeptałam, gdy zszedł
z ustami niżej. – Możesz mieć cholerną rację.
***
Zrobiłam ze Snape'a niezłego świra... Jak widzicie, przyśpieszam akcję o rok. Podobało mi się pisanie z perspektywy Regulusa, i mam nadzieję, że nie wyszło źle ;)
Następny rozdział? Nie mam pojęcia kiedy, jeszcze nie zaczęłam pisać. Ale, jeżeli z resztą rozdziałów pójdzie mi tak dobrze jak z tym, to do końca roku na pewno skończę te opowiadanie.