piątek, 9 października 2015

Rozdział 42




            - Zaraz zwymiotuję – wymamrotałam.
Patrzyłam tępo w dębowe drzwi, oddzielające siódmorocznych od ich przeznaczenia. Pierwszego egzaminu.
Pierwszego z wielu.
O Morgano.
            - Tylko nie na mnie, to nowe spodnie – zastrzegł Syriusz, puszczając mi oko.
            - Okej, postaram się celować w koszulę – odparłam, uśmiechając się krzywo.
Próbując zachować zawartość żołądka na swoim miejscu, zaczęłam nerwowo stukać obcasem.
            - Lily, spokojnie – powiedział James, delikatnie mnie obejmując. Z dystansem. 
Cóż, pewnie bał się, że jednak mogę spełnić swoją groźbę i po prostu puścić jakże uroczego pawia.
            - To najgorsze co mogłeś powiedzieć – stwierdziłam.
To coś w stylu, gdy do osoby niesamowicie wkurzonej mówisz: „Wyluzuj, człowieku”. A wtedy ta osoba, wkurza się jeszcze bardziej. Tak, tak, znam to z autopsji.
            - Wszystko umiesz – powiedział, odciągając mnie od drzwi. Lawirowaliśmy między zestresowanymi uczniami, aż w końcu dotarliśmy do wolnej ławki. – Powtórzyliśmy cały materiał, wszystko potrafisz.
            - Nie wszystko – odparłam, przypominając sobie o tym, że nadal nie potrafiłam wyczarować patronusa. Ale do tego, brakowało najważniejszego – tego najszczęśliwszego wspomnienia.
            - Dobrze – westchnął, nakrywając swoją ciepłą dłonią, moje lodowate dłonie. – Umiesz prawie wszystko. I tak poradzisz sobie lepiej niż co najmniej siedemdziesiąt procent tutaj zgromadzonych uczniów.
Prychnęłam kpiąco i wyprostowałam się, słysząc głos profesor McGonagall.
            - O Merlinie, zawalę jak nic – wyszeptałam, idąc za Jamesem do Wielkiej Sali, na nasz pierwszy egzamin.


***


Dni mijały wypełnione egzaminami i ostatnimi, nerwowymi powtórkami. Prawie zapomniałam o tym, co już jakiś czas temu obiecałam Syriuszowi. Prawie.
            - Dorcas – zagaiłam, gdy pewnego poranka zostałyśmy same w dormitorium.
            - Hmm? – wymruczała brunetka, przeglądając notatki z Historii Magii.
            - Tak się zastanawiam – zaczęłam, spoglądając na przyjaciółkę. – Może powinnyśmy znaleźć Regulusowi dziewczynę?
Morgano, ale jestem głupia!
            - Co? – zaśmiała się Dorcas, patrząc na mnie uważnie. – Co cię napadło, Lily? Nigdy nikogo nie chciałaś swatać, bo mówiłaś, że sama nie chciałabyś tego przechodzić.
            - Och, no wiesz, zawsze jest ten pierwszy raz – odparłam z idiotycznym śmiechem.
            - No niby – mruknęła, zamyślając się. – Masz kogoś na myśli?
Zamrugałam nerwowo. Cholera.
            - Może ta mała Krukonka z piątego roku? Wiesz, ta z tym zabawnym kokiem, jak ona ma na imię?
            - A skąd ja mam wiedzieć? – odparła Dorcas, wzruszając ramionami. – Zaraz, chodzi ci o tą dziwaczkę, co zawsze nosi widelec za uchem?! – zawołała zdziwiona.
            - No – wyjąkałam, rumieniąc się.
Kretynka ze mnie!
            - Nie no, do Rega nie pasuje – odparła Dorcas, uśmiechając się z pobłażaniem. – Zresztą, myślę, że żadna do niego nie pasuje.
            - Oo – westchnęłam. – A to dlaczego?
No, dobra. Spodziewałam się, że powie coś w stylu: „Bo do niego pasuję tylko JA!”. I przeliczyłam się. 
Na szczęście…
            - Myślę, że Reg ma teraz inne sprawy na głowie… Nic mi nie mówi, ale wiem, że często spotyka się z Dumbledorem – odparła, zamyślona. – Boję się o niego, Lil.
Usiadłam obok Dorcas.
            - Czego się boisz? – zapytałam, bacznie obserwując przyjaciółkę.
            - Boję się, że mój najlepszy przyjaciel próbuje zrobić coś, przez co może zginąć.
            - Co? – odparłam, klasycznie krztusząc się śliną.
            - Och, no wiesz, coś w stylu tego, no, jak on się nazywa? Batman? Ten co walczy ze złoczyńcami. Nie chciałabym, żeby Regulusowi stała się krzywda. Jest bratem Syriusza…
            - Syriusz za bardzo się tym faktem nie przejmuje – wtrąciłam.
            - Bo Syriusz, w pewnych sprawach jest głupi i niewiarygodnie uparty – odparła wojowniczo Dorcas. – Cały czas próbuję namówić tych dwóch głąbów, do szczerej rozmowy. I co? Nie słuchają!
            - Osły – skomentowałam, ciesząc się z tego, co wyczytałam między słowami.
            - Merlinie, Lily, wyjęłaś mi to z ust – odparła Dorcas. – Dwa, uparte osły. Ciesz się, że James nie jest taki! – dodała.
Uniosłam brew, patrząc Dorcas w oczy.
            - No, dobra – westchnęła, pokonana. – Znamy trzy, uparte osły…
Zaśmiałam się i położyłam na dorcasowym łóżku.
            - Więc, mówisz, że dziewczyna dla Regulusa to zły pomysł? – zapytałam.
            - Może nie zły – odparła zamyślona. – Ale poczekajmy. I co najważniejsze, znajdźmy odpowiednią kandydatkę!
Z uśmiechem skinęłam głową.


***


            - Al, to moja kiecka! – zawołała Marlena.
Był wieczór, 20 czerwca. Nasz ostatni wieczór w Hogwarcie.
            - Twoja? – zapytała Alicja, mrużąc oczy. – Ona jest moja! Kupiłam ją w Hogsmeade, bo ty się nie zdecydowałaś, kretynko!
            - Kretynko? – odparła Marlena, wrzucając do kufra kłąb ubrań. – Uważaj na to, co mówisz, wiedźmo paskudna.
            - Pfff – parsknęła Alicja. – A co mi zrobisz?
Stanęły naprzeciwko siebie z wyciągniętymi różdżkami.
            - Dziewczyny, serio? – zapytała Dorcas, wychodząc z łazienki. – Odłóżcie różdżki. I tak się składa, że to moja kiecka, sklerotyczki.
            - Naprawdę chcecie się na koniec pokłócić? – zapytałam, chowając do kufra ostatnie rzeczy.
Alicja lekko się skrzywiła, a Marlena wyraźnie posmutniała.
            - Tak łatwiej się rozstać… - wyszeptała blondynka.
            - Nie rozstajemy się na wieki – odparła Dorcas, patrząc na nie z pobłażaniem. – Tylko kończymy szkołę. Będziemy się spotykać… Będziemy, prawda?
Przewróciłam oczami. Merlinie, czy one właśnie próbują się nie rozkleić?
            - Będziemy się często spotykać – zapewniłam. – A teraz kończcie pakowanie, czeka nas Uczta Pożegnalna – dodałam.


***


            - Gdzie idziemy? – zapytałam, gdy całą grupą skierowaliśmy się na błonia.
            - Ostatni spacer, Ruda – odparł Syriusz, łapiąc Dorcas za rękę.
Uśmiechnęłam się smutno. Już tylko jeden wieczór, dzielił nas od ostatecznego opuszczenia Hogwartu. Już nigdy więcej mieliśmy tutaj nie wrócić… No, chyba, że ktoś chciałby zostać nauczycielem. Hm, może to nie taki głupi pomysł?
            - Zawsze zastanawiałam się po co ktoś zasadził Bijącą Wierzbę – powiedziałam, gdy w bezpiecznej odległości minęliśmy dziwnie spokojne drzewo.
            - Żeby pewien wilkołak miał łatwiejszą drogę do wioski – odparł James, puszczając Remusowi oko.
            - Dobra, to było głupie pytanie – mruknęłam.
Wynikało to z tego, że mój mózg padł. Egzaminy go zajechały i teraz ledwo zipiał. Przydałyby mu się wakacje w jakimś ciepłym, miłym miejscu… Ale to były tylko marzenia, czekała mnie wielce nieprzyjemna rozmowa z rodzicami.
            - Chodźmy jeszcze na boisko i wracamy do zamku, uczta zacznie się za pół godziny – powiedział Remus, spoglądając na zegarek.


***


Otworzyłam oczy i z głośnym jękiem, zamknęłam je z powrotem. Słońce świeciło mi prosto w oczy, wywołując moje głośne złorzeczenie na swoje lenistwo, objawiające się, nie zaciągnięciem kotar dookoła łóżka.
            - Oślepłam, no – mruknęłam, przecierając oczy.
Widząc różnokolorowe kształty, od mocnego przetarcia oczu, wstałam z łóżka i skierowałam się do łazienki. Myjąc zęby, spojrzałam w lustro i załamałam się swoim wyglądem.
            - Dzika wiewiórka, albo chupacabra – westchnęłam, przemywając twarz zimną wodą.
Weszłam do cichego dormitorium, którego bezwzględną ciszę, mąciły pochrapywania moich przyjaciółek. Spojrzałam na zegar.
            - Dziewczyny już prawie 10 – powiedziałam z uśmiechem.
Otworzyłam szerzej oczy i jeszcze raz spojrzałam na zegarek.
            - Na gacie Merlina, została nam godzina do odjazdu pociągu! – wydarłam się, nerwowo podbiegając do szafy. – Wstawajcie! – zawołałam i głośno przeklęłam, gdy przycięłam sobie palec wskazujący drzwiami szafy.
I gdy dziewczyny usłyszały, że została godzina czasu na ostateczne pakowanie, szykowanie się i żegnanie ze szkołą i nauczycielami, cóż, nastał chaos.


***


            - Ład… hm, ciekawie dzisiaj wyglądasz – powiedział James, całując mnie na przywitanie w policzek.
Zdążyłyśmy! Co prawda, już wcześniej byłyśmy spakowane, a nawet zjadłyśmy przelotem śniadanie i ostatni raz przeszłyśmy się zamkowymi korytarzami, ale na jedno nie starczyło czasu. Na ogarnięcie się.
            - Masz może grzebień? – zapytałam chłopaka, gdy szukaliśmy wolnego przedziału.
            - Czy ja wyglądam, jakbym używał grzebienia? – zapytał z uśmiechem, jeszcze bardziej czochrając włosy.
            - Uch – westchnęłam, żałując, że wszystko wsadzałam do kufra, jak leciało.
            - Ale od czego jest magia? – zapytał, transmutując monetę w zgrabny, srebrny grzebień.
            - Cudowny – westchnęłam, wchodząc do pustego przedziału. – Gdzie jest reszta? – zapytałam, próbując rozczesać gigantyczny kołtun, którym to teraz były moje włosy.
            - Dorcas zaciągnęła gdzieś Syriusza, chyba wolę nie wiedzieć gdzie i po co – odparł, puszczając mi oko, na co tylko prychnęłam. – Remus siedzi z Amy u Krukonów, Marlena z Thomasem poszli po słodycze, a Alicja z Frankiem hm, nie mam pojęcia.
Rozsiadłam się wygodniej, spoglądając na siedzącego naprzeciw mnie Jamesa.
            - Obawiam się rozmowy z rodzicami – powiedziałam, wyrzucając z siebie to, co dręczyło mnie od dłuższego czasu. – To był błąd, że nie zawiadomiłam ich wcześniej o ślubie i amnezji… W skali od jednego do dziesięciu, gdybyś był na ich miejscu, jak bardzo byłbyś na mnie zły?
James zastanowił się chwilę i odparł:
            - Co najmniej jedenaście.
Zamrugałam nerwowo i głośno westchnęłam.
            - Dzięki za wsparcie, jesteś dla mnie prawdziwą opoką i pociechą w złych chwilach – mruknęłam, na co brunet wesoło się roześmiał.
            - Nie martw się, na początku będą źli, a później wszystko zrozumieją – powiedział, przytulając mnie. – W końcu to rodzice…


***


            - Wyobrażasz to sobie? Być może, jesteśmy tutaj po raz ostatni – powiedziała Marlena, rozglądając się po peronie 9 i ¾.
Skinęłam głową, rozglądając się po zatłoczonym peronie.
            - Jeżeli szybko zmajstrujecie dzieci, to nie po raz ostatni – wtrącił Syriusz, prowadząc przed sobą wózek, załadowany kuframi.
            - Całkiem niezły plan, Łapo – powiedział James, śmiechem kwitując moją minę. – Trzeba się do tego jak najszybciej zabrać.
            - James – jęknęłam, zażenowana.
Żadnego opanowania. Brak taktu. Kultury zero. Co ja z nim robię?
            - Zawsze możemy udawać, że kogoś odprowadzamy – podsunęła Dorcas, puszczając mi oko. – Chociaż ten pomysł z dziećmi, wydaje się mniej skomplikowany.
Dobra, z kim ja się zadaję? I co im odwaliło z dzieciakami? Żadnych dzieci! W sensie, w swoim czasie, owszem, dwójka, a może nawet trójka, ale nie od razu po zakończeniu szkoły! Ze ślubem się pośpieszyłam, ale z dzieckiem będzie inaczej. Poczekam na idealny moment. Nie wcześniej.
            - Chodźmy, trzeba przywołać Błędnego Rycerza – powiedział James, i pchając przed sobą wózek z naszymi kuframi, ruszył przodem.


***


            - Denerwuję się – powiedziałam, gdy w końcu stanęliśmy na chodniku przed moim domem.
Rozejrzałam się po okolicy, rejestrując zmiany, których się nie spodziewałam. Albo o których zapomniałam. 
Wciągnęłam głęboko powietrze i złapałam Jamesa za rękę.
            - Może jednak pojedziemy od razu do Doliny Godryka, a do rodziców napiszę list? – zapytałam z nadzieją.
            - Nie – odparł tylko James, ciągnąc mnie i nasze kufry w stronę domu.
Próbując skupić się na liczeniu oddechów i uspakajaniu przyśpieszonego pulsu, myślałam o tym, co rodzice zrobią, jak się dowiedzą.
Mama… Cóż, pewnie najpierw będzie w szoku. A później zacznie krzyczeć. Albo płakać. Nie wiem co gorsze. Chyba już bym wolała, żeby krzyczała, krzyk doskonale rozumiem.
A tata… Hm, myślę, że na dłuższą chwilę zamilknie, a później sięgnie do stojaka na pogrzebacze, który stoi przy kominku, i wyciągnie z niego swoją chlubę – strzelbę. Jednak, miejmy nadzieję, że ojciec nie jest niczym jakiś mafioso, czy Teksańczyk (co prawda, nie znam żadnego mieszkańca Teksasu, ale słyszałam, że to krewcy ludzie, a poza tym, cóż, tam każdy ma strzelbę, nie? To chyba ich używają, jak ktoś im wejdzie na ich pastwisko, czy coś) i bez przemyślenia, nie zacznie strzelać do Jamesa. Za ten ślub, oczywiście. 
Bo chyba tata liczył na to, że kiedyś zatańczy ze swoją „małą córeczką” na jej weselu. Na weselu, którego nota bene, nie było.
            - Będzie dobrze, przestań się martwic – powiedział James, głośno pukając do drzwi.
Łatwo powiedzieć! „Będzie dobrze”. Najbardziej wyświechtany slogan wszechświata!
Widząc otwierające się drzwi, mocno zacisnęłam powieki i zrobiłam coś, co w tym momencie było najlepszym wyjściem.
Promiennie się uśmiechnęłam, i z radosnym okrzykiem, przytuliłam się do mamy.



***


Hm, czy ktoś tu jeszcze wchodzi?
Przepraszam, że od tak dawna nic nie dodałam. I przepraszam za jakość, rozdział jest o niczym, nic ciekawego się nie dzieje, taka zapchaj- dziura. W dodatku, do napisania go, podchodziłam chyba z dziesięc razy, i myślę, że widac, że nie był pisany ciągiem.
Opowiadanie chyli się ku końcowi, myślę, że zamknę je w około 49 - 50 rozdziałach. 
Następny rozdział? Nie mam pojęcia kiedy, niby mam plan, ale cóż, nie wiem jak będzie z realizacją...

1 komentarz:

  1. Koniec roku :'(
    Nigdy nie lubiłam jak kończyli rok szkolny. W hogwarcie są najlepsze historie, no ale cóż kiedyś musiał zakończyć się ten rok. :) rozdział mi się podoba, zresztą jak wszystko co kiedykolwiek napisałaś. Oczywiście czekam na nexta ;)
    Co do pytania... tak! Ja czytam ❤ i pewnie wiele innych osób, którym nie chce się komentować ;)
    Weny !
    ~Aki Aki

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.