środa, 25 marca 2015

Rozdział 8



Kwiecień 1977


Pełnia księżyca wypadała na samym początku pierwszego tygodnia miesiąca. Niedziela, 3 kwietnia zaczęła się naprawdę ładnie. Słońce ogrzewało twarze uczniów, którzy tłumnie wyszli na błonia; wiał delikatny wiatr, niosący zapach powoli nadchodzącego lata.
Remus Lupin siedział pod jednym z drzew rosnących na błoniach i czytał książkę. Jednak zupełnie nie mógł się skupić nad czytanym tekstem. Ciągle w głowie krążyła mu myśl, że dzisiaj jest pełnia, że znowu zamieni się w potwora, będzie narażał swoich przyjaciół na niebezpieczeństwo…
Remus miał wyrzuty sumienia. Bał się, że kiedyś podczas pełni, coś pójdzie nie tak i zaatakuje jednego z Huncwotów. Nigdy nie wybaczyłby sobie tego, że w jakikolwiek sposób skrzywdził swoich przyjaciół.

***

            - Luniaczku, co to za mina? – zapytał Syriusz.
Czwórka chłopaków, szła ciemnym tunelem, wydrążonym zapewne pod całkiem sporym kawałkiem szkolnych błoni. Ten tajemniczy tunel prowadził do opuszczonej chaty, w której co miesiąc zaczynała się gehenna Remusa.
            - A jaką mogę mieć minę Syriuszu? – odparł Remus otwierając klapę. Weszli po schodkach do sporego, zagraconego pokoju.
            - Nie martw się, będzie dobrze – powiedział Peter, czując lekki niepokój.
Ilekroć zamieniał się w szczura, myślał o tym, co by było, gdyby nie mógł z powrotem wrócić do swojej zwykłej postaci. Był tym przerażony, ale czego się nie robi dla przyjaciół? I po to, aby ich mieć?
            - Pobiegamy po Zakazanym Lesie, czy może zrobimy rundkę wokół Hogsmeade? – zaproponował James.
Remus skinął głową i spojrzał na zegarek.
            - Lepiej się przemieńcie, to się niedługo zacznie – powiedział i poszedł do pokoju obok.
Nie chciał, żeby przyjaciele widzieli moment jego przemiany.
Zupełnie nie był na to gotowy.

***

            - Wszystko poszło źle – stwierdził Syriusz, rzucając się na łóżko.
Przemiana, wyjście z tunelu na szkolne błonia, dotarcie do lasu i nienapotkanie żadnej bezbronnej ofiary – do tego momentu wszystko szło gładko.
Jednak w lesie stało się coś dotąd niespotykanego. Remus wyczuł świeżą krew i pobiegł po jej śladach. Gdy dotarł do swojej ofiary, rannego centaura, już miał go zaatakować, gdy został odepchnięty przez jelenia. Czarny, wielki pies, zaczął go odciągać swoją osobą od centaura, ale to nic nie dawało.
Wilkołak wpadł w szał. Zrzucił z siebie żałośnie piszczącego szczura, staranował psa i potrącił jelenia. Jego ofiara w ostatniej chwili uciekła…
            - Kurwa, jak to boli – jęknął James. Gdy ściągnął koszulkę, okazało się, że jego cały prawy bok, jest jednym, wielkim, pulsującym siniakiem, w paskudnym fioletowo – żółtawym kolorze.
            - Dobrze, że podkradliśmy Pomfrey Szkiele- Wzro, jak Glizdogonie, noga się zrasta? – zapytał Syriusz, spoglądając na leżącego na swoim łóżku Petera, z dziwnie wygiętą nogą.
            - Zrasta, ale boli jak skurwysyn – odparł Peter, wykrzywiając twarz w okropnym grymasie.
            - Dobrze, że Frank już poszedł na lekcje, nie wiem jak byśmy mogli to wyjaśnić… - powiedział James, palcem przyciskając siniak. Syknął głośno – nie spodziewał się, że to aż tak zaboli! – Przydałaby się pielęgniarka… Najlepiej ruda i znająca się na uzdrawianiu…
            - Oszalałeś? – zapytał Syriusz, owijając sobie nogę w kostce bandażem, nasączonym eliksirem przeciw opuchliźnie. – Zacznie zadawać pytania… Nie to wykluczone!
            - A jeżeli nie? – odparł James.
Naprawdę okropnie bolało go całe ciało. Peterowi chyba krzywo zrastała się złamana noga, a Łapa wyglądał równie źle. Miał siniaki na całym ciele, skręconą kostkę, oraz gigantyczną szramę na ręku, która stanowczo wymagała co najmniej czyszczenia…
Syriusz niechętnie kiwnął głową.

***

Lily kierowała się na obiad, kiedy na jej ramię spadł Hades, sowa Pottera.
            - Co tam masz dla mnie? – zapytała, gładząc sowę pod dziobem.
Uwielbiała tego ptaka i jego piękne umaszczenie. Sowa była cała biała, z małą, czarną plamką na czubku łebka.
Dziewczyna odwiązała pergamin i szybko go przeczytała.

Proszę, przyjdz do naszego dormitorium. To sprawa zycia i śmierci.
J.P
P.S Nie zartuje.

Lily uniosła brwi, i zaciekawiona skierowała się w stronę Wieży Gryffindoru.

***

W pokoju dało się słyszeć ciche pukanie do drzwi.
            - Wejdź – powiedział James otwierając drzwi.
Pierwszym niepokojącym objawem, było to, że chłopak był bez koszulki. Lily wysoko uniosła brwi, żeby nie dać po sobie poznać, że jest tym lekko speszona.
            - O rany – westchnęła, gdy zobaczyła gigantycznego, rozlanego po połowie boku i pleców Pottera, siniaka. – Co to ma znaczyć? – zapytała, dotykając lekko tego ewenementu. W życiu nie widziała tak wielkiego sińca! Nawet gdy Petunia zepchnęła ją ze zjeżdżalni, nie zrobiło jej się coś takiego. A wtedy myślała, że siniak nie może być większy niż jej…
            - Nic takiego – odparł szybko James, szukając pomocy u Łapy.
            - Dokładnie Evans, nic takiego – stwierdził ironicznie Syriusz, zwracając uwagę dziewczyny na swoją osobę.
            - Pojedynkowaliście się? – zapytała, podchodząc do Blacka.
Ten też nie wyglądał lepiej. Cały w szramach, siniakach i potłuczeniach. Miał też sporego krwiaka pod okiem.
            - Peter, twoja noga! – zawołała i podeszła do leżącego na łóżku Pettigrew. – Czemu nie zaprowadziliście go do Pomfrey? Właściwie, wszyscy powinniście się do niej udać! – zawołała. Popatrzyła na trójkę milczących Huncwotów. – Ale zaraz, gdzie jest Remus?
            - U matki – odparł szybko James. – Słuchaj Lily, nie możemy iść do Pomfrey… Będzie zadawać pytania, na które nie możemy odpowiedzieć.
            - Więc czego oczekujecie ode mnie? – zapytała.
            - Tego, że nam pomożesz – odparł Syriusz.
Dziewczyna pokręciła głową i wybiegła z huncwockiego dormitorium.

***

            - Tak sobie nas olała? – zapytał Syriusz, patrząc z niedowierzaniem na zatrzaśnięte drzwi.
            - Myślałem, że nam pomoże… – wyszeptał James czując wielkie rozczarowanie.
Dobra, może Lily niezbyt ich lubiła, ale zawsze pomagała osobom w potrzebie! A oni stanowczo byli w takiej sytuacji…
            - Jestem! – powiedziała, zdecydowanie wchodząc do pokoju, z torbą wyładowaną brzęczącymi, szklanymi fiolkami. – Cieszcie się, że podbierałam moje udane eliksiry na lekcjach, bo mielibyście naprawdę przechlapane…
            - Kocham cię, Evans! – zawołał entuzjastycznie James, na co dziewczyna przewróciła oczami.
            - Dobra, szykujcie się, bo nie będzie przyjemnie… - powiedziała.

***

            - Merlinie, jak to piecze! – zawołał Syriusz i spojrzał na okropnie pieniącą się ranę.
            - Eliksir dezynfekujący – wyjaśniła Lily. – Krwiaki posmaruj tą maścią – dodała, podając Blackowi mały słoiczek. – Powinny zejść w ciągu godziny. Więc, Potter, siadaj na łóżku, wyglądasz naprawdę paskudnie…
Syriusz parsknął śmiechem i zaczął smarować swoje fioletowe sińce.
            - Wyglądasz jakby wjechał w ciebie samochód – stwierdziła, przyglądając się fioletowo – sinej skórze. – Zaczniemy od pleców, połóż się na łóżku.
            - Już myślałem, że nigdy tego do mnie nie powiesz… - zażartował James, za co został uszczypany w ramię. – Ała, to bolało!
            - I miało bolec, Potter – odparła niewzruszona dziewczyna. – Posmarujemy cię tą obrzydliwie pachnącą maścią, następnie wypijesz eliksir rozrzedzający krew, żeby ci się nie porobiły jakieś skrzepy i zajmiemy się Peterem… Niestety Peter, ale będzie bolało – zawyrokowała, zajmując się plecami Pottera.
Rozgrzała w dłoniach maść i sprawnie zaczęła ją rozcierać.
            - Gdybym wiedział, że jesteś taką sprawną masażystką, wcześniej zrobiłbym sobie coś takiego – powiedział rozmarzony James, czując dłonie Lily na plecach i posiniaczonym boku.
            - Głupek – skomentowała Lily, ukrywając rumieniec, który wystąpił jej na twarz.
            - Zakochany głupek – odparł James, czując w mięśniach słodkie rozleniwienie.
Rudowłosa upewniła się czy pokryła całość maścią i nalała eliksir do wyczyszczonego Chłoszcyściem kubka.
            - Wypij to – powiedziała i skierowała się w stronę łóżka Petera. – Nie najlepiej to wygląda – stwierdziła po dłuższej chwili oględzin.
            - Czemu? – zapytał James, który również podszedł do łóżka kredowo- białego Petera.
            - Noga się krzywo zrosła – odparła Lily, patrząc to na Pottera, a to na Blacka. – Musi trafić do Pomfrey, nie ma innego wyjścia… Nie podejmę się tego zadania – dodała.
            - Peter, brachu, przeniesiemy cię do Skrzydła Szpitalnego – powiedział Syriusz, wyjmując z kieszeni różdżkę.
Peter wylądował na niewidocznych noszach, kierowanych przez Syriusza.
            - Lily, chciałem ci podziękować – powiedział James, łapiąc za rękę kierującą się do wyjścia dziewczynę. – Jesteś niewiarygodna, dziękuję – dodał i uśmiechnął się lekko.
Lily odwzajemniła uśmiech i wyszła z dormitorium Huncwotów.

***

Remus Lupin miał wielkie wyrzuty sumienia. Słyszał cierpienie Petera, przy ponownym zrastaniu złamanej nogi, widział krwiaki na twarzy Syriusza i słyszał opowieść o wielkim sińcu Jamesa.
Jestem potworem, pomyślał, spoglądając na przyjaciół.
Leżał na otoczonym przez parawany łóżku w Skrzydle Szpitalnym i próbował sobie przypomnieć co zrobił swoim przyjaciołom, że tak ich skrzywdził.
Oczywiście tylko fizycznie, Syriusz zbył całe wydarzenie słowami: „Każdemu wilkołakowi mogłoby się to przydarzyć” i lekceważąco machnął ręką.
Dla Jamesa i Syriusza nie było sprawy, ale on, Remus, zadręczał się cały poniedziałek tym, co uczynił tej trójce chłopaków, których nazywał przyjaciółmi.
Co z niego był za przyjaciel, który tak dotkliwie zranił swoich kompanów?
Remus w tej chwili nienawidził siebie.

***

Lily z zastanowieniem wpatrywała się w siedzących przed nią chłopaków. Wyglądali już normalnie (oczywiście w przypadku Pottera, nie mogła tego stwierdzić, bo musiałaby z niego zdjąć koszulę), zachowywali się jak zwykle…
Ale coś jej nie pasowało. Kto ich tak urządził? I czemu?
Wyzwali kogoś na pojedynek?
Dowcip im się nie udał?
A może… A może ktoś ich zaatakował?
Zmarszczyła lekko brwi i napiła się soku.
To był bardzo możliwy scenariusz. Chociaż ataki były zazwyczaj przeprowadzane na młodszych uczniach, najczęściej tych półkrwi lub mugolaków (żaden z trójki nie był kimś z wcześniej wymienionych), ale czy napastnik nie mógł sobie wybrać trudniejszego celu? A może napastnicy?
Lily pokręciła głową i pomyślała, że jest tylko jeden sposób, na wydobycie tej wiedzy z Huncwotów.
James Potter i jego słabość do jej skromnej osoby…

***

Remus wyszedł ze Skrzydła, już dwa dni po pełni. Wrócił do normalnych, szkolnych zajęć, jednak spędzał o wiele więcej czasu w bibliotece, niż w dormitorium.
Nie chciał narażać przyjaciół na niebezpieczeństwo, poprzez zadawanie się z potworem…

***

            - Potter! – zawołała Lily, na co parę zaciekawionych osób odwróciło się w jej stronę.
Zupełnie się tym nie przejęła i podeszła do zdziwionego chłopaka.
            - Stanowczo musisz mi w czymś pomóc – stwierdziła i nawet nie oglądając się za siebie, ruszyła w kierunku drugiego piętra, na którym to, znajdowało się sporo opuszczonych klas.
            - W czym? – zapytał zdziwiony chłopak, wchodząc za rudowłosą do klasy.
            - Widzisz, od paru dni dręczy mnie pewna sprawa – zaczęła. – I chcę, żebyś był ze mną całkiem szczery… Czy wy przypadkiem nie zadarliście z… nimi?
            - Nimi? – powtórzył James, nic nie rozumiejąc.
            - Nimi, tajemniczymi napastnikami! – odparła Lily. – Być może, Ślizgonami…
James zaniemówił. Martwiła się?
            - Nie, z tego co sobie przypominam, to nikogo ostatnio nie wyzywałem na pojedynek… - odparł, puszczając oko do dziewczyny. – I z pewnością, żadni Ślizgoni nie mają z tym nic wspólnego.
Lily się wyprostowała i spojrzała prosto w oczy chłopaka.
Zielone tęczówki mierzyły się z brązowymi.
            - Dobra, wierzę ci – wyszeptała, czując dziwne iskrzenie między nimi.
Potter zawsze na nią dziwnie działał, może nie powinna się na niego tak długo patrzeć?
            - Cieszę się – odparł James. Była to dla niego chwila epokowa – w końcu Lily nie uznała, że ją okłamuje, lub żartuje! Chwila godna zapamiętania i co najmniej jednej pieśni dziękczynnej.
            - Ale i tak nie odpuszczę… Prędzej czy później, dowiem się – stwierdziła, wychodząc z klasy.
James pokręcił głową.
            - Uparciuch – wyszeptał i ruszył w ślad za rudowłosą.

***

Następne dni kwietnia drużyna quidditcha, mająca w swoim godle dumnego lwa, spędzała głównie na intensywnych treningach. Mecze półfinałowe i finałowy, zbliżały się wielkimi krokami i cała drużyna czuła się zmobilizowana do osiągania jak najlepszych wyników.
            - Jeżeli w najbliższym meczu pokonamy Ravenclaw, dojdziemy do finału! – powiedział Dan patrząc uważnie na zawodników. – Jestem dobrej myśli.
            - Jasne, że dobrej! – zawołał Syriusz. – My mamy zawieść? Pff, to się nie zdarzy!
            - Black, ty bardzo często zawodzisz – odparła Dorcas. – Dobrze, że reszta drużyny ma jakieś ambicje…
            - Oj tam – westchnął Syriusz, zdejmując ochraniacze. – Może moje ambicje mają inne ukierunkowanie, Meadowes – dodał puszczając dziewczynie oko.
Dorcas ciężko westchnęła i wyszła z szatni.

***

Można by rzec, że Lily Evans przeprowadziła się z damskiego dormitorium, do szkolnej biblioteki.
O której godzinie, ktokolwiek by tam nie wszedł, widział ją, ślęczącą nad grubymi księgami i coś nerwowo wypisującą lub szepczącą.
            - Ty jeszcze tutaj? – zapytała pani Pince, spoglądając na uczennicę. – Idź do Wieży, zamykam bibliotekę.
Złorzecząc pod nosem na bibliotekarkę, rudowłosa wpakowała wszystkie książki do torby i zdecydowanym krokiem wyszła z biblioteki.

***

            - Cholera jasna – wymamrotała.
Pod ciężarem książek, dodatkowych pergaminów, oraz przeróżnych wykresów i notatek, szkolna torba Lily pękła.
            - Pomóc? – zapytał James, ciesząc się z nadarzającej sytuacji.
Oczywiście, jak miał to w zwyczaju, „śledził” rudowłosą jak co dzień, aby mieć pewność, że nikt jej nie skrzywdzi.
            - Poradzę sobie – burknęła Lily i machnięciem różdżki naprawiła torbę. – Znowu mnie śledzisz, Potter?
James uniósł brwi i udał zamyślenie.
            - Jasne, że tak! – odparł. – Nudzę się cały czas, więc uznałem, że mały stalking ci nie zaszkodzi.
Lily prychnęła i podniosła torbę.
            - Czemu nie przejmujecie się egzaminami? Ja wiem, że to pikuś przy OWTM-ach, ale, uch, czemu? – zapytała.
            - Nie chwaląc się, ale mam to wszystko w małym palcu – odparł James, wyrywając Lily torbę. – Zaniosę Evans, wyglądasz jakbyś miała paść… Wiesz, że czasem trzeba jeść i spać? Powiedz mi, jak ty chcesz, tak wyniszczając organizm urodzić mi w pełni zdrowe dziecko?
Lily szeroko otworzyła oczy.
            - Merlinie, Potter, wiesz, że w Mungu jest też oddział psychiatryczny? – zapytała. – W dodatku, ty, ja i dziecko? Żart tygodnia, Potter! – dodała i ruszyła do Wieży.

***

Otwierając codziennie Proroka, Dorcas Meadowes bała się, że następny raz zobaczy w gazecie swoje nazwisko.
Co prawda, pisały do siebie z mamą przynajmniej dwa razy w tygodniu, ale ostatnio Anglia oraz Szkocja nie były najbezpieczniejszymi miejscami.
            - Kolejny atak – powiedziała Dorcas i zaczęła czytać. – „24 kwietnia, zamaskowana grupa czarodziei, wdarła się do domu rodziny Jones i zabiła dwoje osób. Julie Jones (45 l.) oraz Matt Jones (47 l.) zostali zamordowani zaklęciem Avada Kedavra, a ich dom został spalony i naznaczony Mrocznym Znakiem. Jonesowie stanowczo sprzeciwiali się podziałowi czarodziei na czysto krwistych i pochodzenia mugolskiego lub półkrwi. Zostali zabici za swoje przekonania. Osierocili córkę (13 l.), która obecnie przebywa w Hogwarcie. Do zbrodni przyznają się poplecznicy Sami-Wiecie-Kogo…”.
            - Straszne – wymamrotała Lily, czując się paskudnie.
            - Już nikt nie jest bezpieczny… – stwierdziła zamyślona Alicja.



 ***

;)

piątek, 20 marca 2015

Rozdział 7



Marzec 1977


Pierwsze promienie słońca, delikatnie przebijały się przez chmury, wiszące centralnie nad boiskiem do quidditcha.
            - Nie jest dobrze – stwierdził Dan Moore, kapitan drużyny Gryffindoru. – Zajmujemy trzecie miejsce w tabeli, tak źle nie było już od dwóch lat… - dodał spoglądając na zawodników. – Macie pomysły, jak to zmienić?
            - Więcej treningów? – zaproponowała Dorcas.
W styczniu i lutym mieli łącznie dwa treningi. Pogoda była uciążliwa, ciągłe opady śniegu, lub deszczu ze śniegiem, uniemożliwiały ćwiczenia.
            - Lepsza strategia? – podsunął James.
            - Jeżeli w nadchodzącym meczu, pokonamy Slytherin, przesuniemy się na drugie miejsce – stwierdził Syriusz, po przeanalizowaniu tabeli i punktacji.
            - Nie marnujmy czasu, trening czeka – powiedział Dan i wyszedł na płytę boiska.

***

Lily z Remusem patrolowali zachodnią część zamku.
            - Ale zmarzłam – poskarżyła się dziewczyna, i potarła dłonie, żeby je rozgrzać.
            - Chcesz sweter? – zaproponował dżentelmeńsko Remus, chociaż myślał, że jeżeli go zdejmie, to na pewno skończy w łóżku z gorączką. Ale traktował Lily jak siostrę i nie chciał żeby się rozchorowała.
            - Dziękuję, wyczaruję sobie płomyk – odparła dziewczyna i wyciągnęła różdżkę z przepastnej kieszeni bluzy. – Czuję się jak dziewczynka z zapałkami – wymamrotała, gdy ogrzewała dłonie przy ciepłej kuli światła. - Taka mugolska bajka – wyjaśniła od razu, widząc pytający wzrok kolegi.
            - Uhm – mruknął Remus.
Było dobrze po drugiej w nocy. Niestety, ale w marcu, zarówno jemu, jak i Lily, przypadały patrole na tak zwaną „drugą zmianę”, czyli od pierwszej do trzeciej w nocy. Były to najmniej lubiane godziny przez wszystkich prefektów – gwarantowały permanentne niewysypianie się. W dodatku trzeba było sobie układać tak dzień, żeby ze wszystkim się wyrobić, co przy chronicznym niewysypianiu się, nie było łatwe.
            - Już tylko czterdzieści minut i fajrant – stwierdziła Lily spoglądając na zegarek.
Tak a propos tego zegarka, czyli prezentu od Huncwotów (chociaż w większości finansował go James) – Lily była nim naprawdę zachwycona. Nie dość, że do wszystkiego jej pasował, to nawet jak go zalała wodą (zapomniała go zdjąć przed prysznicem) nadal chodził.
            - To świetnie – odparł Remus, mając w pamięci to, że za parę nocy czeka go też pełnia księżyca, czyli co najmniej dwie nieprzespane noce. – Tak w ogóle… Słyszałaś to? – zapytał szeptem, zatrzymując się.
Lily spojrzała na chłopaka i pokręciła głową. Po chwili zamrugała szybko.
            - Coś słyszę – stwierdziła i z uniesioną różdżką, weszła na korytarz na trzecim piętrze.
Widok, jaki zastali przeraził dwójkę prefektów.
Na zimnej posadzce, bezwładnie leżał uczeń Ravenclawu. Wyglądał na zaledwie drugą, może trzecią klasę. Rękaw na lewym ramieniu miał podciągnięty, aż do łokcia, a na przedramieniu miał wycięty napis „Szlama”. Krew nadal sączyła się z otwartych ran, brudząc szaty chłopca, oraz podłogę.
            - Biegnij po McGonagall – powiedział Remus, klękając obok nieprzytomnego chłopaka i zbadał mu puls. – Trzeba zawiadomić pielęgniarkę i dyrektora - dodał. – Kolejny atak…
Lily z różdżką w ręku, puściła się biegiem do gabinetu profesor McGonagall.

***

Zaspana Lily siedziała na śniadaniu. Brodę opierała na ręce, a resztą ciała tak właściwie wpółleżała na stole, smętnie mieszając herbatę.
            - Evans, wszystko okej? – zapytał Syriusz, siadając naprzeciwko dziewczyny.
            - Remus nam wszystko powiedział – dodał James, spoglądając z uwagą na rudowłosą.
            - Nic nie jest okej, Black – odparła nawet nie zaszczycając ich spojrzeniem. – To chore, ten dzieciak… Oni go torturowali, a później mu wycieli na ręku ten paskudny napis! – uniosła się i spojrzała ostro na Huncwotów. – Więc nie, nie jest dobrze. Zaryzykowałabym stwierdzenie, że jest niebezpiecznie, i to cholernie niebezpiecznie, dla takich szlam jak ja – powiedziała i szybko wstała od stołu.
James siedział jak spetryfikowany. Chciał biec za dziewczyną, jakoś ją pocieszyć, ale obawiał się, że tylko pogorszy sytuację.
Obiecał sobie, że zapewni jej bezpieczeństwo. Nawet jeżeli miało by go to narażać na jej gniew, ciągle przy niej będzie.


***

Drużyna Gryffindoru, podeszła do nowego planu treningowego z niebywałą ambicją i determinacją. Co drugi dzień, trenowali równe dwie godziny, aby później przesiedzieć w szatni godzinę, spędzoną na planowaniu, omawianiu strategii, rozmieszczeniu graczy, oraz debatowali o słabych punktach przeciwników.
Najbliższy mecz miał się odbyć już 20 marca, więc został im niecały tydzień na wyćwiczenie odpowiedniej formy, aby pokonać Slizgonów, przewagą ponad siedemdziesięciopunktową. Dopiero w tym momencie, James, jako szukający, mógł łapać znicz z czystym sercem i wygraną w kieszeni.
            - Zostały nam tylko cztery treningi przed meczem – powiedział Dan, spoglądając na drużynę. – Już teraz, uważam że jesteśmy świetnie przygotowani, ale i tak musimy się przyłożyć do końca. Bo Gryfoni walczą do ostatku tchu! – skwitował patetycznie i wskazał na drzwi wyjściowe z szatni. – Macie wolne, to był wspaniały trening!
James kiwnął głową i wyszedł z szatni, zaraz za Dorcas i Syriuszem. Chciał jak najszybciej dotrzeć do miejsca, w którym teraz znajdowała się Lily. Dlatego, trzymając się parę kroków za przyjaciółmi wyjął z kieszeni Mapę Huncwotów i zaczął szukać małej kropeczki oznaczonej imieniem dziewczyny.
            - Jest – mruknął pod nosem. – Idziemy do Pokoju Wspólnego? Evans tam kuje z Lunatykiem – dodał z pewnością w głosie.
            - Gdybym cię nie znała, pomyślałabym, że jesteś zwykłym prześladowcą – powiedziała Dorcas ze śmiechem.
Syriusz uśmiechnął się lekko i puścił Rogaczowi oko. Już on doskonale wiedział, że jego przyjaciel jest prześladowcą pewnej rudowłosej dziewczyny…


***

Lily siedziała na kanapie w Pokoju Wspólnym i niewidzącym wzrokiem wpatrywała się w dogasający ogień w kominku. W ręku trzymała skrawek pergaminu, po przeczytaniu którego, dostała gęsiej skórki.

Jestes na ich celowniku. Nie chodz nigdzie sama. Zawsze miej przy sobie rózdze. Uwazaj na siebie.

Doskonale znała to pismo. Wiedziała kto wysłał jej ten anonimowy list, ale nie to ją przerażało.
            - Trening mnie zupełnie wykończył… - westchnęła Dorcas, siadając obok Lily. – Ej, żyjesz?! – zapytała i pomachała ręką przed twarzą rudowłosej.
            - Co? – zapytała Lily i rozejrzała się.
Widocznie skończył się trening, bo ¾ Huncwotów siedziało dookoła, a Dorcas coś do niej mówiła.
            - Evans, nie zawieszaj się – wtrącił Syriusz i spojrzał na Jamesa. – Może zaproponuj jej randkę, to się trochę rozerwie i obudzi.
            - Zamyśliłam się – mruknęła Lily, dyskretnie wsuwając kartkę między strony książki. – I jak trening? – zapytała, patrząc na przyjaciółkę.
Dorcas zaczęła ze szczegółami opowiadać o męczącym treningu, a James wyczekiwał odpowiedniego momentu na drobną kradzież podręcznika…


***

Lily z wciąż paplającą od dobrej godziny Dorcas, poszła do dormitorium. James w końcu mógł zaspokoić swoją ciekawość. Chwycił za zostawiony podręcznik od Transmutacji i zaczął go szybko kartkować.
            - Rogaczu, co ty…? – zapytał zdziwiony Syriusz, myśląc o najgorszym. Czyli o tym, że James zamienia się w drugiego Remusa i będzie kuł.
            - Jest – powiedział James, zupełnie nie zwracając uwagi na przyjaciela.
Wyjął pergamin z książki i szybko przeczytał.
W jednym momencie ogarnęły go przeróżne uczucia. Pierwszym był bezgraniczny strach o dziewczynę. Ktoś jej zagrażał i chociaż Syriusz uważał go w tym względzie za paranoika, miał dowód, że tak jest w rzeczywistości. Następnym uczuciem, była troska. Lily musiała się zamartwiać! Aż w końcu poczuł złość. Ktoś jej groził! Jej! Jego Lily! To było nie do przyjęcia…
I już on się dowie, kto to jest!
A gdy to uczyni, dopilnuje, aby poniósł odpowiednią karę za swoje wszelkie uczynki.


***


            - To dobry moment, musimy coś przedyskutować – stwierdził Syriusz, spoglądając na poważne twarze znajomych. – Zbliżają się urodziny, mego przyjaciela, zwanego Jamesem lub Rogaczem – przerwał, aby pozostali przetrawili informację. – Dlatego musimy coś zaplanować. To ważne, bo to siedemnaste urodziny! Oczywiście, Rogacz najbardziej ucieszyłby się z Evans w jakiejś seksownej bieliźnie w jego łóżku…
            - Zboczeniec – mruknęła Lily, czując wypływające na policzki rumieńce.
            - … ale wiemy, że to niemożliwe. A przynajmniej nie teraz – dodał z uśmieszkiem. – Więc pytanie, robimy wielką imprezę w Pokoju Wspólnym, czy jednak pozwalamy Evans przejąć stery?
            - Zdecydowanie impreza w Pokoju Wspólnym – powiedziała Lily. Alicja kiwnęła głową, a Remus przytaknął.
            - Rozdzielmy zadania – zaproponował Peter. – Ja mogę się zając jedzeniem…
            - To ja muzyką! – zawołała Dorcas. – Zawsze podobała mi się ta nazwa, jak to Lily było…?
            - DJ – podsunęła rudowłosa. – Zajmę się wystrojem, oraz wyciszeniem pokoju, chyba bym umarła, gdyby wpadła McGonagall z pretensjami…
            - Alkohol – powiedział Syriusz i wskazał na siebie palcem. – Luniaczku?
            - Zdecydowanie trzeba będzie odciągnąć gdzieś Jamesa, żeby to była niespodzianka. Zajmę się nim – powiedział chłopak, na co Lily cicho zachichotała.
            - Och, zabrzmiałeś jak gangster z mugolskich filmów… Zajmę się nim – powiedziała grubym głosem, naśladując jakiś czarny charakter z filmów, na co większość parsknęła śmiechem.
            - My z Frankiem zajmiemy się zaproszeniami – powiedziała Alicja.
            - Ustalone – stwierdził Syriusz i rozsiadł się wygodniej w fotelu. – Teraz tylko udawajcie, że o niczym nie pamiętacie i będzie cacy.


***

Gryffindor wygrał mecz. Nie było to zaskoczeniem dla nikogo, kto miał chociaż jako takie pojęcie o quidditchu. Zawodnicy byli w formie, grali czysto, bez niepotrzebnych fauli. Dorcas strzelała bramkę za bramką, Dan bronił większość ataków Slizgonów, a James, gdy tylko Gryffindor zdobył siedemdziesiąt punktów, zaczął szukać złotego znicza.
            - Świetny mecz – powiedziała Lily i głośno westchnęła gdy Black wybuchnął śmiechem.
            - Evans, nie udawaj, że oglądałaś! Widziałem, że coś pisałaś… - powiedział, spoglądając na dziewczynę.
            - Wcale nie! – zawołała dziewczyna. Syriusz uniósł brew. – Uch, no dobra, pisałam list do mamy…
James zaśmiał się i wziął podane mu przez Remusa piwo kremowe. Zdecydowanie było co świętować.

***

27 marca, czyli dzień siedemnastych urodzin Jamesa Pottera.
Cały Gryffindor, został postawiony na nogi. Młodsi uczniowie, zostali przepędzeni do swoich dormitoriów, reszta jeżeli chciała zostać, była zaproszona. Parę osób z Ravenclawu, oraz Hufflepuffu zostało wprowadzonych do Pokoju Wspólnego Gryfonów przez Petera, który już zdołał uwinąć się ze swoim zadaniem, czyli zdobyciem jedzenia.
            - Pokój wyciszony – stwierdziła Lily, podchodząc do rozstawiającego na stole butelki z alkoholem, Syriusza. – Nie przesadziłeś? – zapytała, patrząc na ogromne ilości Piwa Kremowego, Ognistej Whiskey, wina, rumu, i przeróżnych innych alkoholi, których nie potrafiła nazwać.
            - Jasne, że nie, w końcu trochę osób będzie, trzeba się zabawić! – odparł Syriusz i spojrzał na zegarek. – Uwaga, za jakieś dwadzieścia minut Remus przyprowadzi tu solenizanta! – zawołał, ostrzegając kręcących się po pomieszczeniu gości.
Lily wzruszyła ramionami i podeszła do Dorcas.
            - Tyle płyt! Jak ci didżeje się w tym łapią, huh? – mruknęła, układając spory stos, obok magicznego gramofonu.
            - Nie mam pojęcia – odparła Lily, przeglądając. – Kogo to? – zapytała, wskazując na płytę zespołu Śmierdzące Gumochłony.
            - Nie wiem, chyba Blacka – odparła Dorcas i spojrzała na Lily. Głośno się roześmiały i odłożyły płytę na bok…

***

            - Remusie naprawdę nie musisz mieć wyrzutów sumienia, nie zdradzę się żadnym gestem! Będę zaskoczony jak Peter na Transmutacji, nic się nie martw… - powiedział James, gdy stanęli przed wejściem do Wieży.
Niestety, ale Remus nie był najlepszym aktorem… Zresztą, James miał szósty zmysł co do imprez, oraz pamiętał, że ma dziś urodziny. Więc dodał jeden do jednego i wyszła mu impreza urodzinowa.
            - Przepraszam – wybąkał Remus i powiedział hasło. – Rzępicha.
James pewnie przekroczył próg pokoju i spróbował coś dojrzeć w ciemności.
            - NIESPODZIANKA!! – wydarł się tłum osób.
Światło zostało zapalone, muzyka włączona, a goście tłumnie ruszyli, aby złożyć życzenia solenizantowi.

***

            - Dobrze się bawisz? – zapytał James, patrząc na uśmiechniętą Lily.
            - Och, tak! Ale zaraz, nie złożyłam ci życzeń, Potter! – powiedziała i zmarszczyła czoło. – A może James? – zapytała cicho.
James zmarszczył brwi i spojrzał na wpół opróżnioną szklankę w dłoni dziewczyny.
            - Upiłaś się? – zapytał, na co rudowłosa roześmiała się wdzięcznie.
            - Całkiem możliwe, nie mam pojęcia, bo w życiu nie byłam pijana – stwierdziła. – Zatańczmy! – zaproponowała.
Odstawiła szklankę na stolik i pociągnęła chłopaka na zaimprowizowany parkiet.


***

To zdecydowanie moje najlepsze urodziny w życiu, pomyślał James, tańcząc do jakiejś wolnej piosenki z przytuloną do niego Lily.
            - Wiesz Potter, to znaczy James – powiedziała mu do ucha. – Nie jesteś taki okropny, chyba się myliłam co do ciebie… - dodała, podkreślając swoją wypowiedz kiwnięciem głowy.
James zaśmiał się cicho i przyciągnął dziewczynę bliżej do siebie.


***

Poranek po imprezie, większość gości imprezy urodzinowej Jamesa Pottera, witał kacem, potarganą fryzurą i pobudką w nieznanym mu miejscu. Chociażby tak było z panną E.
            - Jasny gwint – mruknęła, przewracając się na bok. Westchnęła lekko i złapała się za głowę.
            - Chyba przesadziłaś – stwierdził czyjś głos.
Lily szybko otworzyła oczy i rozejrzała się dookoła.
Leżała na kanapie w Pokoju Wspólnym. Który wyglądał obskurnie. Wszędzie walały się puste butelki, papierki po słodyczach, szklanki, talerze… I na większości powierzchni płaskich – miękkich, spali przeróżni ludzie.
            - O Merlinie, moja głowa… - wyszeptała Lily, ciężko zasiadając na kanapie. Spojrzała na Pottera, który wyglądał rześko, niczym jakiś skowronek i głośno jęknęła. – Co ja piłam?
            - Och, mnóstwo przeróżnych alkoholi – odparł James, który wypił tylko dwie szklaneczki Whiskey, tak dla uczczenia pełnoletniości. – Mówiłem, żebyś nie mieszała piwa z whiskey, ale uparłaś się…
            - Uch – mruknęła. Zmarszczyła brwi i spojrzała na chłopaka. – Zaraz, czemu ty wyglądasz tak dobrze?
            - Wreszcie zauważyłaś jaki jestem przystojny? – zażartował James, na co dziewczyna przewróciła oczami. – Ktoś musiał pozostać trzeźwy… Pomyśl, co by było, gdyby McGonagall coś odbiło i tu wpadła…
Lily szeroko otworzyła oczy i spojrzała na zegarek.
            - Już 10! Musimy posprzątać, obudzić ich, ona może tu wejść w każdej chwili! Potter, czemu mnie nie obudziłeś?
            - Myślałem, że w końcu przeszliśmy na „ty” – odparł James, drocząc się.
            - Nie przypominam sobie – powiedziała, chociaż doskonale pamiętała, jak podczas imprezy co chwilę zwracała się do chłopaka per "James"…
Brunet westchnął i pomógł wstać lekko chwiejącej się na nogach rudowłosej.
            - Idź pod prysznic, zacznę ich budzić… - powiedział.
Lily szybko skierowała się do dormitorium. Gdy stanęła na drugim stopniu schodów, obejrzała się za siebie i z uśmiechem, patrzyła jak James budzi wczorajszych imprezowiczów.


***

Chora. Zanurzona w obsmarkanych chusteczkach, które atakują mnie z każdego kąta pokoju... Czemu ja zawsze choruję, gdy się robi ładna pogoda? :( Chociaż po nadrabiałam seriale. I zaczęłam oglądać taki dziwny program na TLC, wyobraźcie sobie, że jest o rodzinie która ma dziewiętnaścioro dzieciaków! Najpierw pomyślałam: "No nie może być, to pewnie jakaś patologia". A potem się okazało, że to tylko ludzie szalejący na punkcie dzieci i Boga. I to co mnie najbardziej rozśmieszyło i jednocześnie przeraziło - gdy jedna z córek tych szalonych ludzi na punkcie dzieci się zaręczyła, okazało się, że nic nie może robić ze swoim narzeczonym oprócz trzymania się za ręce! I zawsze chodzą z przyzwoitką, jednak najlepsze było ich przywitanie - stuknięcie się policzkami, haha :) No nic, ważne, że mają jakieś zasady i się ich trzymają. Jeżeli ktoś jest tym dziwnym programem zainteresowany, to niech w tygodniu włączy TLC o 17 :) (jak można urodzić 19 dzieciaków i nie oszaleć?!)