wtorek, 10 marca 2015

Rozdział 4



Grudzień 1976


Lily z pewną niechęcią wracała do domu na święta. Chociaż z rozrzewnieniem wspominała każde poprzednie, tak w tym roku zupełnie nie miała nastroju do świętowania, ubierania choinki, czy tym bardziej znoszenia złośliwych uwag Petunii.
Ale głównym powodem, jej braku entuzjazmu był strach. Bała się, że swoją wizytą sprowadzi na ukochaną rodzinę, jeszcze większe niebezpieczeństwo.
            - Ej, co to za mina? – zapytała Alicja, patrząc na ponurą rudowłosą. – Uwielbiasz święta i te wszystkie rzeczy z nimi związane!
            - Przepraszam, zamyśliłam się – odparła Lily i spojrzała na sztywno wyprostowaną Dorcas.
Lily podziwiała przyjaciółkę. Dorcas zadziwiająco dobrze poradziła sobie ze stratą rodzica. To święta Meadowes miały być smutne, nie Lily.
Dlatego uśmiechnęła się lekko i mocno ścisnęła dłoń czarnowłosej.
            - Wiesz, że możecie z mamą do nas przyjechać? Było by świetnie – zaproponowała Lily.
            - Och, dzięki – odparła szybko Dorcas. Nie miała nastroju do obchodzenia świąt. I to pierwszych bez taty. Ale musiała być silna dla matki. – Mama pewnie nie będzie się chciała ruszyć z domu. Wiesz, wspomnienia… Zapewne utoniemy we łzach, oglądając zdjęcia, ale nie! Nie miejcie takich min, ja… Jestem silna, poradzę sobie – dodała spoglądając na poważne dziewczyny. 

***

Przedział Huncwotów ogarnął przeraźliwy smród.
            - Peter… - wycharczał James, kaszląc gwałtownie. – Czemu teraz odpaliłeś łajnobombę? Chłopie!
            - Przepraszam – wykrztusił Peter, spoglądając na przyjaciół. – Niechcący – dodał z rozbrajającym uśmiechem.
Remus pokręcił głową i ruszył na poszukiwania w miarę wolnego przedziału. I zdecydowanie lepiej pachnącego…
            - Możemy? – zapytał grzecznie trójkę dziewcząt.
Jednak reszta grupy nie była taka uprzejma i po prostu władowała się do przedziału.
            - Co tak śmierdzi? – zapytała Lily, patrząc z obrzydzeniem na kolegów z roku. – Jakby…
            - Łajnobomba – wyjaśnił szybko James.
Lily przewróciła oczami. No tak, zapewne planowali kolejny głupi żart, tylko coś im nie wyszło…
            - Macie plany na Sylwestra? – zapytał Syriusz. – Jak nie, to zapraszamy do Doliny Godryka, urządzamy małą imprezę.
Nagle Dorcas wybuchnęła śmiechem.
            - No co? – zapytał Syriusz, nie rozumiejąc zachowania dziewczyny.
            - Och, bo wyobraziłam sobie Lily, przychodzącą na imprezę do Jamesa! Haha, to niemożliwe, prawda Lily? – zapytała pewna swego, Dorcas.
            - Jasne, że niemożliwe – potwierdziła Lily.
Ona na Sylwestrze organizowanym przez Huncwotów? W życiu! Prędzej zje fasolkę o smaku wymiocin, niż pojawi się w domu Pottera.
            - Ale czemu nie? – zapytał James, tonem rozkapryszonego dziecka, które nie dostało wymarzonej zabawki.
            - Potter, dlatego, że cię nie lubię, zapomniałeś? – odparła niewzruszona Lily. – I nie rób takich min! Uch, ależ mnie irytujesz! Idę na patrol, Remusie?
            - A tak, tak, idę – powiedział blondyn i ruszył za zirytowaną rudowłosą.

***

            - Evans, to bezwzględna jest – stwierdził Syriusz, spoglądając na smutnego Rogacza. – Tak pomiata Jamesem…
            - Bo biedny Jamesik pomiata uczniami – zironizowała Dorcas, przyglądając się swoim paznokciom. – Może gdyby biedny James, zachowywał się jak na faceta przystało, bezwzględna Lily, traktowałaby go inaczej… - dodała i wyszła z przedziału.
            - Hę? – Syriusz spojrzał na Alicję.
            - Och, to proste! Lily jest… idealistką. Ona marzy o chłopaku bez skaz, miłym, uczynnym, empatycznym… A James jest tego totalnym przeciwieństwem – odparła.
            - Przecież jestem uczynny! – sprzeciwił się brunet. – Zaproponowałem jej rodzinie ochronę…
            - Taak i chwała ci za to! – szybko przerwała mu Alicja. – Ale to za mało. Masz na koncie za dużo paskudnych uczynków. To, że Lily już nie przyjaźni się ze Snape’m, nie oznacza, że zapomniała co mu robiliście. Albo tego, że nadal robicie niewybredne żarty, które niektórych bardzo dotykają. W gruncie rzeczy, Lily jest bardzo czuła i współczująca – zakończyła Alicja.

***

Podróż do domu na święta, była dla Jamesa powodem do głębszych przemyśleń. Uznał, że skoro dwie przyjaciółki Lily, mówiły mu, że dziewczyna szuka „faceta idealnego” on, James, takim się stanie!
Oczywiście wiedział, ze to wcale nie będzie łatwe. Człowiek tak łatwo i szybko się nie zmienia. Ale jeżeli jego przyszłe plany miały się ziścić (huczny ślub z rudowłosą i co najmniej dwójka dzieci, przed trzydziestką), to powinien jak najszybciej zacząć.
            - James! Syriusz! – usłyszał głos matki, a następnie poczuł jej ciepłe ramiona. – Chodźcie szybko, nie ma co zwlekać, Londyn nie jest teraz bezpiecznym miejscem – dodała, rozglądając się czujnie, i pociągnęła swoich dwóch łobuziaków, w kierunku wyjścia z peronu.
James ostatni raz spojrzał na rudowłosą dziewczynę i poszedł za matką.

***

Święta Dorcas Meadowes zapowiadały się okropnie. Po szybkim pogrzebie ojca pod koniec listopada, oraz jednodniowej wizycie w domu, nie wiedziała czego się spodziewać.
Wyobrażała sobie zapłakaną, załamaną matkę, która zapewne tkwi w głębokiej depresji, po stracie ukochanego męża i najlepszego przyjaciela…
Zastała zgoła inny widok, od tego widzianego oczyma wyobraźni.
            - Choinka? – wyszeptała, po wejściu do domu. – Zapach puddingu?
Szybko weszła do kuchni i ujrzała zaaferowaną rodzicielkę, zawzięcie coś mieszającą w wysokiej misce.
            - Mamo, ty gotujesz? – zapytała zdziwiona.
To pan Meadowes był niekoronowanym królem kuchni… Dorcas z pewnością nie spodziewała się tego, co w tym momencie widziała.
            - Dorcas! Już jesteś? Kochanie, mamy tak wiele do zrobienia! Zakładaj fartuszek, łyżka do ręki i ucieraj ciasto… - powiedziała pani Meadowes, przelotem całując córkę w policzek i wręczając jej miskę.
            - Mamo, ale… - zaczęła Dorcas.
Pani Meadowes ostro na nią spojrzała.
            - Proszę Dor… Zrób to dla mnie – wyszeptała, z uporem maniaka patrząc na miskę.
Czarnowłosa spojrzała na bladą mamę.
W tym momencie wiele zrozumiała. I poczuła niewyobrażalną dumę, mając tak dzielną matkę, która nie pogrążyła się w rozpaczy po stracie ukochanego, tylko mężnie stawiała czoło każdemu nadchodzącemu dniu.

***

Alicja Taylor z uśmiechem na ustach weszła do starego, rodzinnego domu. Jej od pokoleń czystokrwista rodzina, miała swoją rodową posiadłość pod Londynem, w urokliwej wiosce, z dala od ludzkich spojrzeń. We wsi, ludzie gadali, że Taylorowie są strasznymi odludkami, ale przyczyna była całkiem inna.
Rodzina Taylor, przynajmniej według Alicji, była trochę bufonowata. Nie należeli do arystokracji, ale z pewnością do niej pretendowali.
            - Jestem! – krzyknęła Alicja, wchodząc do pokaźnego holu. Szybko zrzuciła kurtkę i całe w śniegu buty, i ruszyła do salonu.
            - Mamo? Tato? – zapytała. Czując lekkie zaniepokojenie wpadła do gabinetu ojca. – Merlinie, ale mnie wystraszyliście! Myślałam, że nikogo nie ma…
Wtuliła się w kwiatowo pachnące objęcia matki i odetchnęła z ulgą.

***

Przerwa świąteczna mijała Lily zadziwiająco szybko. Zdawało jej się, że dopiero wczoraj przyjechała do domu, a już był drugi dzień świąt.
            - Cholera – wymamrotała, spoglądając za okno.
Na parapecie siedziała śnieżnobiała sowa. Taka sowa, należała tylko do jednej jej znanej osoby…
            - Wejdź – powiedziała do przemarzniętej sowy, otwierając okno. – Chcesz? – zapytała, podając jej przysmak dla ptaków i wzięła się za odwiązywanie zgrabnej paczuszki.
Wdzięczna sowa, zjadła przysmak i napiła się wody, z podsuniętej przez dziewczynę miseczki.
            - I co ten Potter znowu przysłał, hm? – wyszeptała, i z pewną obawą szybko rozwinęła kolorowy papier, w małe renifery, czy tam inne jelenie. 
Otworzyła pudełko.
            - Oszalał – stwierdziła, patrząc na zgrabny, srebrny wisiorek.
Obejrzała go dokładnie i zachwyciła się misternym, kwiecistym grawerem. Po chwili zauważyła, że wisior można otworzyć. Ze środka wypadła malutka karteczka.

Mam nadzieje, ze już niedługo, zagości tu moje zdjecie.
Wesołych swiat,
J.P
P.S Nie przyjmuje zwrotów.

(http://arsneo.pl/przedmioty/517971,naszyjnik-z-kamieniem-ksiezycowym-sekretnik.html – chodzi mi o coś takiego, czyli tak zwany sekretnik. Nawet na jakiejś stronie znalazłam taki z Insygniami Śmierci, oraz ze złotym zniczem… Czego to ludzie nie wyprodukują ;)

            - I co ja mam teraz zrobić? – zapytała Lily chrupiącą przysmaki, sowę.
Nie powinna przyjmować prezentu od Pottera! Ale naszyjnik tak jej się spodobał…
            - Zatrzymam go – stwierdziła. – Cholera, nie mam nic dla tego głupka.
Urwała kawałek pergaminu i szybko naskrobała:

Dziekuje Potter, to chyba najładniejszy prezent, jaki w zyciu dostałam… Na pewno czytając to, szczerzysz się jak głupi, ale to najprawdziwsza prawda. Zakochałam się w tym naszyjniku i z pewnością ci go nie oddam.
Jedynym problemem jest to, ze nie mam nic dla Ciebie... To chyba atmosfera swiat, ale oferuje Ci spacer po błoniach. Tylko jak troche snieg opadnie, bo teraz ledwo da się wyjsc z domu, już nie mówiąc o spacerach po hogwarckich błoniach…
Mam nadzieje, ze będziesz zadowolony z takiego „prezentu”.
L.E
P.S To NIE jest randka!


            - Lec do Pottera – powiedziała Lily i wypuściła sowę.
Spojrzała na naszyjnik i szybko założyła go na szyję. Czując jego chłodny ciężar tuż obok serca, poczuła się dziwnie szczęśliwa.

***

James siedział przy świątecznym stole, zupełnie nie zwracając uwagi na żarty Syriusza, oraz zapytania mamy o to, czy smakuje mu jedzenie.
Miał wątpliwości, czy nie przesadził, wysyłając rudowłosej taki prezent.
Pewnie go odeśle, pomyślał ponuro, spoglądając na nietknięte jedzenie na talerzu.
            - James, wpuść wreszcie tą sowę, bo zaraz wybije nam szybę w jadalni – powiedziała Dorea Potter, wskazując synowi, na sowę stukającą dziobem w okno i głośno pohukującą za szybą.
James zerwał się z miejsca i otworzył okno. Wpuścił sowę do środka i niecierpliwie odwiązał od nóżki obrażonego Hadesa, nieduży kawałek pergaminu.
Przeczytał go szybko i uśmiechnął się szeroko.
            - Dobre wieści? – zapytał Syriusz. Doskonale wiedział co Rogacz wysłał Evans, i wiedział na co liczy. Zdecydowanie, coś uzyskał…
            - Spacer – odparł James i z nową energią zaatakował jedzenie.
Syriusz pokręcił głową z niedowierzaniem. Puścił oko do nic nierozumiejącej Dorei i spróbował jej wyśmienitego puddingu świątecznego.

***

Święta, to był wyjątkowy czas dla Petera Pettigrew. Przygotowania, szykowanie, sprzątanie, aż wreszcie zasiadanie do stołu i posiłek z całą, dawno niewidzianą rodziną.
Peter uwielbiał święta. Ich radosną atmosferę, smakowite jedzenie, prezenty! Zdecydowanie był to jego ulubiony czas w roku, więc całym sobą chłonął ich aromaty, smak, i cieszył się chwilą.

***

Te święta były dla Remusa Lupina okropne. Pełnia przypadała akurat na drugi dzień świąt, więc znowu miało być tak okropnie jak przed pójściem do Hogwartu.
            - Remusie, tak mi przykro – wyszeptała pani Lupin, spoglądając na bladego syna.
            - Nie martw się, mamo – odparł Remus i dzielnie się uśmiechnął. – Lepiej już idź… I zarygluj drzwi.
Pani Lupin skinęła głową i szybko wyszła z domowej piwnicy. Właśnie w niej, już od paru lat, odbywał się koszmar jej syna. Kobieta zamknęła drzwi na klucz i zaryglowała. Przyłożyła dłoń do chłodnego drewna i bezgłośnie zaszlochała z żalu, nad cierpiącym synem.

***

            - Już wracasz do wariatkowa? – wysyczała Petunia Evans, patrząc na swoją pakującą się siostrę.
            - Nie, jadę do przyjaciółki na Sylwestra – odparła spokojnie Lily, i nie byłaby sobą, gdyby nie dodała. – Bo ja mam znajomych…
Petunia głośno fuknęła i trzasnęła drzwiami od pokoju rudowłosej. Lily westchnęła i spojrzała na rozgrzebane ubrania.
Jeszcze nigdy nie było tak źle między nią, a Petunią! Całe święta siostra ją ignorowała, nawet nie złożyła jej życzeń! Co prawda, pani Evans zwracała uwagę starszej córce, ale na długo to nie pomagało. Petunia była uparta jak osioł.
            - Spakowałaś się? – zapytała Mary Evans i ciepło spojrzała na córkę. – Tak mało czasu spędzamy razem… Martwię się o ciebie, co się dzieje w świecie czarodziejów? Co prawda w liście coś tłumaczyłaś o jakimś Lordzie, o jego zwolennikach, ale Lily, co się dzieje?
            - Och mamo, nic czym musiałabyś się martwic – wyszeptała Lily, przytulając się do matki. – Pan Potter się świetnie spisał, w domu jesteście bezpieczni.
            - Ach, pan Potter… To taki zabawny mężczyzna – powiedziała kobieta, uśmiechając się do wspomnień. – A jego syn, to ktoś dla ciebie ważny? Zadbał o nas, to coś oznacza, prawda?
            - Mamoo… - jęknęła Lily, podchodząc do kufra. – Potter to nikt szczególny.
            - Potter? Nawet nie jesteście na ty? – zapytała zaciekawiona pani Evans.
            - Nie, najczęściej mówimy sobie po nazwisku. On jest… okropny. Ciągle mnie zaczepia i… i zaprasza na randki, ale jest taki niedojrzały! Ciągle robi komuś dowcipy, i nie, nie uśmiechaj się! Wcale nie są zabawne, czasami są okrutne.
            - Wiesz Lily, coś ci powiem – odparła Mary, uśmiechając się delikatnie. – Jest takie powiedzonko: Kto się czubi, ten się lubi… - dodała i wesoło się zaśmiała z miny córki.
            - Mamooo – jęknęła Lily, czym jeszcze bardziej rozśmieszyła rodzicielkę. Pocałowała córkę w czoło i wyszła z pokoju.

***

            - Jak myślicie, co teraz robią Huncwoci? – zapytała Dorcas.
Trójka dziewcząt siedziała na podłodze, w sypialni Alicji i rozmawiała.
            - Pewnie bawią się lepiej niż my – westchnęła Alicja. – Czemu Frank wolał spędzić Sylwestra z nimi? – zapytała, wykrzywiając usta w podkówkę.
Lily poczuła leciutkie wyrzuty sumienia. Doskonale wiedziała, że gdyby nie ona, dziewczyny pewnie spędziłyby tego Sylwestra na imprezie organizowanej przez Huncwotów…
            - Ja… - zaczęła Lily. –Jeżeli naprawdę chcecie, możemy do nich skoczyć. Na godzinę, czy dwie – dodała.
            - Serio?! – krzyknęła Alicja, zrywając się z podłogi. – Łiii! Super, ogarnijmy się!
Będę tego żałować, pomyślała Lily.

***

            - Nienawidzę Błędnego Rycerza – wyszeptała Lily, czując mdłości.
Dziewczyny w ekspresowym tempie, wyszykowały się i przybyły do niedużej wioski, w której to mieszkał Potter.
            - Całkiem tu ładnie, nie? – zapytała Dorcas, rozglądając się po urokliwej mieścinie, malowniczo zasypanej śniegiem.
            - Zna ktoś adres? – zapytała Alicja, rozglądając się dookoła.
            - Mam jakieś dziwne wrażenie, że szybko poznamy, który to dom Pottera – odparła Lily, gdy ruszyły chodnikiem w stronę centrum miasteczka. – No i się nie myliłam… - westchnęła, patrząc na rozświetlony lampionami dom. A właściwie willę.
Trójka dziewcząt podeszła do furtki i lekko ją popchnęła.
            - Jesteście pewne? – wyszeptała Alicja. Co jak co, ale nie było widać żadnego Huncwota. – Może to nie jest jego dom?
            - A czyj? – zapytała Lily, mając niezbitą pewność, że trafiły w odpowiednie miejsce. – Z pewnością mieszka tu Potter, ten dom jest taki w jego napuszonym stylu…
            - Czy mogę w czymś pomóc? – zapytała kobieta.
Dziewczyny szybko obejrzały się za siebie.
            - Och, nie orientuje się pani, czy mieszkają tu Potterowie? – zapytała szybko Dorcas.
            - Z całą pewnością mieszkają – odparła kobieta i wesoło się uśmiechnęła. Lily głośno westchnęła, już wiedziała kto przed nimi stoi. Ten uśmiech… - Wy zapewne na imprezę chłopców? Dziwne, nie wspominali nic o dziewczynach… Ale zaraz, Lily? – zapytała Dorea, spoglądając na piegowatą dziewczynę.
            - Tak, Lily Evans, bardzo mi miło – powiedziała rudowłosa, podając kobiecie rękę. – Może pomożemy? – zapytała, wskazując na siatki z zakupami.

***

            - James! – krzyknęła Dorea, po przekroczeniu progu. Uśmiechnęła się do koleżanek syna i szybko zdjęła płaszcz. – Masz gości! – dodała, wskazując dziewczynom miejsce do zostawienia kurtek i butów.
            - Mamo, przestań żartować, jakich go… Ooo – powiedział James, zatrzymując się na szczycie schodów.
Albo miał zwidy, albo widział przed sobą Evans, Meadowes i Taylor.
            - Kto mnie wkręca? – zapytał, zbiegając po schodach.          
            - Potter, nie błaznuj – warknęła Lily, ale szybko zmieniła ton, gdy Dorea spojrzała na nią z uniesionymi brwiami. – Wpadłyśmy, Alicja tęskniła za Frankiem…
            - Ach – westchnął James. – Ty oczywiście nie tęskniłaś? – zapytał, puszczając do dziewczyn oko.
            - W żadnym wypadku – odparła Lily szeptem, spoglądając za oddalającą się panią Potter. – A teraz prowadź na tą imprezę.

***

            - Serio? – zapytała Dorcas.
Potter wprowadził je do pokoju, w którym siedział pozostały skład Huncwotów, oraz Frank Longbottom.
            - To jest ta impreza? – zapytała zawiedziona Alicja, spoglądając na swojego chłopaka.
            - Ej, panują niebezpieczne czasy, większość zaproszonych zrezygnowała – odparł Syriusz, spoglądając na dziewczyny. – Właściwie, to co tu robicie?
            - Nie mam pojęcia, Black – powiedziała Lily i opadła na najbliższy fotel. – Chyba oszalałyśmy, bo… AAAaaa, co to jest?! – zawołała, wskazując palcem na ścianę.
            - Twoje zdjęcie – oznajmił z dumą James.
            - O kurczę – westchnęła Dorcas. – To nie podchodzi pod stalking?
            - Trochę straszne – powiedziała Alicja.
            - Też mam twoje zdjęcie – odparł Frank.
            - Ale my jesteśmy parą, a oni nie – powiedziała Alicja i usiadła Frankowi na kolanach. – Co będziemy robić?
            - To co mieliśmy w planach – odparł Syriusz. Podszedł do szafki w rogu pokoju i wyciągnął dwie butelki Ognistej Whiskey. – Będziemy pic.
            - Mogłam się tego spodziewać – wymamrotała Lily, nerwowo bawiąc się wisiorkiem. – Wracając do tego zdjęcia, to lepiej je ściągnij, Potter.
            - Nie mogę, jest przyklejone Trwałym Przylepcem – odparł James, spoglądając na dłoń dziewczyny. – Nosisz go…
            - Co? – zapytała, nadal zaaferowana ścianą ozdobioną jej wizerunkiem. – A, tak noszę. Hm, dzięki, jest naprawdę… ładny.
James uśmiechnął się z satysfakcją.
            - Więc spacer, hm? – odparł, patrząc na rudowłosą.
            - Spacer i tylko spacer – podkreśliła Lily i spojrzała na roześmianą z jakiegoś dowcipu Syriusza, Dorcas. – Nie licz na nic więcej.

***

Pierwszy łyk Ognistej był dla Lily małym szokiem.
            - Gardło mi wypaliło – wycharczała.
Syriusz wesoło się roześmiał z miny rudowłosej, i każdemu dolał następną kolejkę.
            - Aby nie było wojny! – wzniósł toast i wypił zawartość szklanki.

***

            - Nie będziecie wracać do domu nad ranem! – zawołał James, w czym od razu poparł go Remus.
            - Dziewczyny, to może być niebezpieczne – powiedział Lunatyk.
            - Dokładnie, Rogacz ma mnóstwo miejsca. Nigdzie nie idziecie – stwierdził Syriusz.
Alicja zrobiła niepewną minę. Było już dobrze po północy, a zapewniła rodziców, że wrócą przed drugą.
            - Wyślij sowę – zaproponowała Lily.
Wszyscy spojrzeli na nią zdziwieni.
            - To ta Ognista, zwala z nóg – odparła dziewczyna, wzruszając ramionami.
Rok 1977 z pewnością zacznie się dla Lily nieprzyjemnie…


***

Nie wiem co to jest, serio. I w dodatku to coś ma 11 stron w Wordzie. Uch, jestem niezadowolona :|

2 komentarze:

  1. Rozdział super. Uu Rogacz chce się stać facetem idealnym chociaż jak dla mnie już taki jest. Boziu ja też chce taki medalion. Nie mogę się doczekać tej ich randki yyy znaczy zwykłego spaceru który nie jest randka.
    Pozdrawiam
    Gabriela Black

    OdpowiedzUsuń
  2. Normalnie nie mogę przestać się szczerzyć hahaha uwielbiam ten naszyjnik jest piekny (przynajmniej w mojej głowie lol) no i to NIErandka na pewno będzie ciekawie xDD ide czytać dalej xx

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.