Wrzesień
1976
Wakacje dłużyły się Lily
Evans jak nigdy. Pogoda w tym roku nie dopisywała – przeważnie padał okropny,
siąpiący deszcz, przez co spędziła całe dwa miesiące, zamknięta w domu z
obrażoną na wszystko i wszystkich, Petunią.
Zazwyczaj, gdy wracała do
domu na wakacje, spędzała całe dnie z Severusem. Ale teraz… Teraz z nim nie
rozmawiała! I nie obchodziło jej, że codziennie przychodził pod „ich” drzewo i
czekał na nią, na tym deszczu. Severus nie miał zamiaru wybrać jej, Lily, swojej
jedynej przyjaciółki! Wybrał czarną magię…
***
-
Bu! – usłyszała Lily. Podskoczyła łapiąc się wolną ręką za gardło.
-
Alicja! To było podłe – wymamrotała, gdy przyjaciółka zgniotła ją w silnym
uścisku.
-
Wiem – odparła zadowolona z siebie Alicja, przyglądając się Lily.
Stały na peronie 9 i ¾, w
tłumie podekscytowanych uczniów, oraz zestresowanych rodziców, odprawiających
swoje pociechy na pierwszy rok.
-
Jak ci minęły wakacje? – zapytała Lily, gdy ruszyły do pociągu, aby poszukać
wolnego przedziału.
-
Pogoda była kiepska, więc pomagałam mamie w jej ukochanej szklarni, wiesz moja matka i jej kwiatki... Ma kobieta fioła na ich punkcie! Oraz spotykałam się z
Frankiem – odparła Alicja, wdzięcznie się rumieniąc, gdy wymieniła słowo klucz.
A raczej imię.
- Oo
– westchnęła rudowłosa. Znała gorące uczucia przyjaciółki, do przystojnego
współlokatora Huncwotów. – I jak było? – zapytała zaciekawiona.
-
Cudownie – odparła rozmarzona Alicja. – Frank jest taki kochany… Codziennie
wysyłał mi sową niezapominajki, wie, że je uwielbiam. Poznałam jego matkę, trochę dziwaczka, ale to
zrozumiałe, biorąc pod uwagę, że ojciec Franka ich zostawił… W każdym razie,
oficjalnie zostaliśmy parą! – dodała podekscytowana.
Lily uśmiechnęła się
szeroko, ciesząc się szczęściem przyjaciółki.
- A
tobie jak minęły wakacje? Co z Ja… ee, Snapem? – zapytała Alicja, szybko
poprawiając swoje przejęzyczenie.
Lily spojrzała na nią ostro,
otwierając drzwi do pustego przedziału.
- Ze Snapem bez zmian – odparła, siłując się z ciężkim
kufrem. – Pomożesz, czy będziesz się patrzyła?
Alicja otrząsnęła się z
lekkiego szoku (myślała, że Lily wybaczy Snape’owi jego zachowanie, ale najwyraźniej
nie tylko ona, Alicja, zmieniła się przez wakacje…).
- Jasne, przepraszam! – zawołała, pomagając wepchnąć
kufer nad siedzenia.
- Uff – westchnęła, gdy wsadziły również drugi kufer. –
Pomoc faceta by się przydała…
- Wołałaś? – zapytał czyjś głos.
- Frank! – zawołała brunetka, spoglądając na chłopaka z
szerokim uśmiechem. – Usiądziesz z nami? – zaproponowała, gdy dostała soczystego
całusa, prosto w usta.
-
Jasne. Cześć Lily! – przywitał się z rudowłosą. – Jakoś inaczej wyglądasz… -
dodał, marszcząc brwi w zamyśleniu.
-
Och, nie wyspałam się – odparła Lily i szybko zerknęła na rozanieloną Alicję,
wpatrującą się cielęcym wzrokiem w szatyna. – Al, lecę do wagonu prefektów,
przyjdę po obchodzie – dodała, na co brunetka tylko kiwnęła głową.
Wyszła z przedziału i
przypięła sobie odznakę prefekta. Oczywiście, w pełni zasłużoną.
Lily Evans,
była chyba najlepiej sprawującym urząd prefektem, od co najmniej dwudziestu lat.
Znała szkolny regulamin na wyrywki, potrafiła wyrecytować go o każdej porze dnia
i nocy, była sprawiedliwa, odważna, nie bała się zwracać uwagi nawet
najpodlejszym z podłych. Czyli chociażby takiemu Potterowi, czy Blackowi…
-
Remus! – zawołała, widząc wychodzącego z przedziału obok, blondyna. – Cześć, jak
wakacje? – zapytała, udając, że wcale nie widzi machającego jej przez szybę
przedziału Pottera, który żałośnie wyśpiewywał: „Evans, umówisz się ze mną?” w
rytm najnowszego przeboju zespołu Hobogobliny. Pajac...
- Cześć,
było nieźle – odparł Remus Lupin, spoglądając z niepokojem na zaczerwienioną
dziewczynę. – Idziemy na zebranie?
-
Jasne – powiedziała, odrzucając włosy na plecy i zupełnie olewając pewnego
chłopaka.
***
James Potter zacisnął dłoń,
którą tak zawzięcie machał w pięść i spojrzał na Łapę.
- Stary, nie ma się czemu dziwić – stwierdził Syriusz. –
Myślałeś, że rzuci ci się w ramiona? – dodał, ironicznie się uśmiechając.
- Jasne, że nie… - odparł James. Chociaż właśnie tak
myślał. Bo która, oparłaby się jego urokowi osobistemu i czarującemu
uśmiechowi? No właśnie, żadna. Żadna, oprócz Evans. – Ciekawe, czy nadal
prowadzi się ze Smarkiem… - zastanowił się na głos.
- Wątpię, słyszałem plotki, że Smark ją przepraszał, ale
nic nie wskórał. Lodowate serduszko Evans nie zdobyło się na przebaczenie –
powiedział Syriusz i spojrzał na zaaferowanego Glizdogona. – Zmieńmy temat, mam
doskonały plan na pierwszy dowcip Huncwotów w tym roku…
***
Wrzesień mijał Lily całkiem
przyjemnie. Spędzała go głównie przesiadując samotnie w bibliotece; pisząc
wypracowania, w swoim ulubionym, zacisznym kąciku w pokoju wspólnym, na
patrolach w towarzystwie Remusa, lub prefekta z innego domu, oraz przelotnych
spotkaniach z Alicją.
Właśnie skończył się obiad,
po którym miały Wróżbiarstwo.
- Al, możesz mi przypomnieć, czemu tak właściwie chodzimy
na ten przedmiot? – zapytała Lily, gdy srebrna drabinka, prowadząca do dusznej,
zaciemnionej klasy, w końcu ukazała się oczom uczniów.
- Bo jest całkiem zabawnie? – odparła Alicja, wchodząc za
przyjaciółką do klasy.
- Witajcie – rozległ się cichy głos, zza wysokiego fotela
– Dzisiaj będziemy wróżyć z ręki – powiedziała pani profesor. – Wyjmijcie
proszę swoje podręczniki i dobierzcie się w pary – dodała, siadając.
Lily szybko wyjęła
podręcznik z torby, otworzyła go na stronie zatytułowanej „Wróżenie z ręki” i
złapała wyciągniętą dłoń Alicji.
- I co, będę miała czwórkę dzieci i przystojnego męża? –
zachichotała Alicja, spoglądając na skupioną przyjaciółkę.
- Nie mam pojęcia – odparła poważnie Lily. – Masz krótką
linię życia… Naprawdę krótką – dodała po chwili.
Alicja spojrzała z
niepokojem na swoją dłoń.
- Pokaż swoją –
rozkazała, łapiąc Lily za dłoń. – Twoja jest… przerywana? Czekaj… Hm, w książce
nic nie ma na ten temat. Pani profesor! – zawołała Alicja, wysoko podnosząc
rękę.
Profesorka podpłynęła do
uczennic, poprawiając swoje zwiewne szaty.
- Ciekawe… - stwierdziła, oglądając dłoń Lily –
Przerywana linia, to coś, hm, niezwykłego, panno Egon.
- Evans – poprawiła machinalnie Lily. Skrzywiła się
lekko, widząc wymachującego ręką Syriusza.
- Tak, panie Black? – zapytała profesorka.
- James też ma przerywaną – powiedział, wskazując na dłoń
przyjaciela. Uśmiechnął się do niezadowolonej rudowłosej i spojrzał na
nauczycielkę. – Co to może znaczyć?
- To by znaczyło, panie Black, że czyha na państwa
wielkie niebezpieczeństwo – odparła nauczycielka, ciesząc się z zainteresowania,
okazywanego przez uczniów. – Może to być oczywiście choroba, ale skłaniałabym
się, do wielkiego niebezpieczeństwa, zakończonego śmiercią. – zakończyła
smacznie profesorka.
***
-
Lily, chyba nie wierzysz w to, co powiedziała ta stara ropucha, prawda? – zapytała Alicja,
gdy po Wróżbiarstwie wracały do Wieży. Lily spojrzała na nią zamyślona.
-
Oczywiście, że nigdy w to nie wierzyłam. Ale czasy się zmieniają, Al… Czytałaś
ostatnio gazetę? Te ataki, znikający czarodzieje półkrwi… Wiesz, pierwszy raz w
tej klasie poczułam niepokój, a nie rozbawienie – odparła Lily spoglądając na
poważną Alicję.
- Z
tego by wynikało, że umrę młodo… - powiedziała brunetka, próbując rozładować
atmosferę. – Nie ma co wierzyć w te banialuki opowiadane przez tę ropuchę,
przecież wiesz, że uwielbia tworzyć atmosferę grozy i niebezpieczeństwa, a
później nic złego się nie dzieje…
-
Masz rację, nie ma się czym przejmować – skończyła temat Lily. Spojrzała
przelotnie na swoją dłoń i weszła do pokoju wspólnego.
***
Z nadejściem drugiego
tygodnia września, zaczęły się eliminacje do szkolnych drużyn quidditcha.
Kapitan Gryfonów, Dan Moore, bardzo chciał zdobyć Puchar Quidditcha. To była
jego ostatnia szansa; ostatni rok w Hogwarcie, który miał zdecydować o jego
przyszłej karierze. Miał wielką nadzieję, że w końcu dostrzeże go jakiś łowca
talentów (plotki głosiły, że na meczach finałowych, ma się pojawić sam trener drużyny
Anglii!), i nie będzie musiał zostać uzdrowicielem, jak to chciał jego ojciec,
tylko zawodowym obrońcą.
- Potter, przestań błaznować! Na miotły! Zaczynamy
eliminacje, chętni ustawić się w rządku! – krzyknął. – Ty! Za młody, spadaj
stąd! Następny gówniarz, wracaj do Wieży! Nadasz się, wsiadaj na miotłę!
Meadowes? Dziewczyna w drużynie? Hm, sprawdzimy cię dokładnie… - dodał, na co
dziewczyna przewróciła oczami i wsiadła na miotłę.
Eliminacje trwały dobre dwie
godziny. Oczywiście, mogłyby trwać krócej, gdyby James Potter, nie wpadł na
pomysł przerywania ich, przeszkadzaniem skupionym kandydatom, lub szaleńczymi
przelotami na miotle, pomiędzy kandydatami.
- W
pokoju wspólnym wywieszę listę przyjętych! – zawołał Dan i spojrzał na
roześmianego Jamesa. – A ty ze mną do szatni – powiedział, zaciskając zęby.
James uniósł brew i ruszył
za zdenerwowanym kapitanem.
- Słuchaj, Potter, bo nie będę powtarzał – wysyczał
szatyn, popychając Jamesa na szafki. – Masz być skupiony i w formie. Nie
zaczepiać młodych. Nie robić im irytujących dowcipów. Ostrzeż Blacka, bo
wylecicie z drużyny, rozumiesz? To ważny sezon, nie tylko dla mnie… Radzę ci go
nie schrzanić.
James wyrwał się z mocnego
uścisku Dana.
- Nie przesadzasz? – zapytał James, uśmiechając się
ironicznie. – Chyba nie powiesz, że małe dowcipy cię dekoncentrują, kapitanie?
Dan spojrzał na chłopaka.
- Evans miała rację, nazywając cię zarozumiałym
szmatławcem… Ogarnij się, drużynie nie jest potrzebny taki napuszony kretyn. Na
twoje miejsce jest paru chętnych.
Moore wyszedł z szatni,
zostawiając w niej zamyślonego Pottera.
***
James Potter miał dwa
skarby. Oczywiście, nie chodzi o galeony, ale o przedmioty całkowicie
niepowtarzalne i dla niego o wiele więcej warte.
Tymi skarbami była odręcznie
narysowana mapa Hogwartu, z wszelkimi tajnymi przejściami, szczegółami i
tajemnicami zamku, nazywana Mapą Huncwotów, od przezwiska jej twórców.
Oraz rzecz unikalną.
Pelerynę, która zapewniała właścicielowi stałe i nieprzenikalne krycie.
Pelerynę – niewidkę, niespotykaną i jedyną w swoim rodzaju.
James wykorzystywał ją
często do realizacji dowcipów Huncwotów, ale teraz używał jej w zgoła innym celu.
-
Idziemy? – zapytała Remusa Lily, uśmiechając się do niego. James też się
uśmiechnął, całkiem nieświadomie. Przestał, gdy dwójka ruszyła do wyjścia z
pokoju wspólnego Gryfonów.
-
Jasne, korytarz na piątym piętrze czeka na patrol – odparł Remus i przytrzymał
koleżance drzwi od przejścia.
-
Dostałeś nową rozpiskę patroli? McGonagall oszalała! Jeżeli tyle czasu będę
przeznaczać na patrole, to nie będę miała czasu na naukę… Już ledwo wyrabiam –
przyznała się Lily. Remus spojrzał na dziewczynę, i rzeczywiście, rudowłosa
była blada jak topielica i miała ciemne kręgi pod oczami. Wyglądała na
zmęczoną.
-
Taa, przesadziła – potwierdził chłopak. Lekko się wzdrygnął, gdy poczuł
klepnięcie w łopatkę. Przypomniał sobie o obecności Jamesa, niewidocznego pod
peleryną i o jego wcześniejszej prośbie.
„- Remusie, proszę podpytaj Evans o
Smarka! Muszę wiedzieć, czy nadal się z nim przyjaźni, czy co oni tam robili…
Chociaż, chyba wolę nie wiedzieć, co z nim robiła, jeśli wiesz co mam na myśli.
Ale, zrobisz to? A ja będę słuchał, pod niewidką.”
-
Więc, eee, Lily – zaczął Remus, układając sobie w myślach jakieś sensowne
zdanie. – Pogodziłaś się ze Snape’m? – zapytał szybko, dając sobie mentalnego
kopniaka. Usłyszał ciche westchnięcie (Jamesa) i głośne prychnięcie (Lily).
- On chce wiedzieć, tak? – zapytała Lily,
zaciskając pieści, gdy schodzili po schodach. – Nie, nie przyjaźnię. I możesz
powiedzieć, temu… Potterowi, żeby się nie interesował. Bo to on do tego
doprowadził – zakończyła.
Remus, nie wiedząc co
powiedzieć, zwyczajnie milczał.
- Z
drugiej strony – zaczęła Lily, po chwili milczenia. – Jestem mu trochę
wdzięczna. Jeżeli Snape o mnie tak myślał, to… Hm, to dobrze, że ta znajomość
się skończyła.
Zadowolony z odpowiedzi
James, ruszył z powrotem do Wieży Gryffindoru.
***
Syriusz Black siedział na
poniedziałkowym śniadaniu w doskonałym humorze.
- Udało się? – zapytał Jamesa, zasiadającego przy stole.
- Mnie miałoby się nie udać? – odparł chłopak,
uśmiechając się kpiąco. Nałożył sobie sporą porcję owsianki i spojrzał w stronę
stołu zajmowanego przez Ślizgonów.
- Po jakim czasie to działa? – zapytał podekscytowany
Peter, próbując co chwilę nie oglądać się za siebie, żeby nie wydało się to
nikomu podejrzane.
- Po jakiś trzech minutach od zażycia – odparł Remus,
spoglądając z niepokojem na siedzącą całkiem niedaleko Lily.
- Chyba się zaczyna! – stwierdził Syriusz, dostrzegając
pierwszą ofiarę żartu.
Dowcipu zabawnego dla
wszystkich. Z wyjątkami, oczywiście…
- Smark z różową skórą, hahaha! – wykrztusił James,
spoglądając na przefarbowanych Ślizgonów. I tylko Slizgonów, reszta uczniów
miała normalny kolor skóry.
- Mulciber… Merlinie, jesteśmy geniuszami zła! – wyjęczał
Syriusz, trzymając się za bolący od śmiechu brzuch.
Coraz więcej uczniów,
siedzących przy stole Slytherinu, miało zabarwioną na kolor świńskiego różu,
skórę. I z pewnością, nie byli z tego faktu zadowoleni… Niektórzy głośno to
okazywali i z nienawiścią spoglądali w stronę stołu zajętego przez Gryfonów.
- Potter! Black! – zawołał czyjś głos. James od razu
wiedział kogo. Wyprostował się i wyćwiczonym gestem potargał włosy. – Szlaban, i nie wypierajcie się! – zawołała Lily, spoglądając z
pogardą na najbardziej roześmianą dwójkę w całej Wielkiej Sali. Większość uczniów miała
na twarzach pobłażliwe uśmieszki, nikt się nie krył z tym, że bawi ich widok różowych Ślizgonów.
- Evans, nie rządź się tak – odparł już poważny Syriusz.
– Zresztą nie masz żadnego dow…
- Szlaban! Cała czwórka! – zawołała profesor McGonagall,
podchodząc do stołu swoich wychowanków. – Jestem pewna, że to wy! Jak mogliście?! Panie
Lupinie, ile utrzyma się ten stan?
- Dwanaście godzin – odpowiedział od razu Remus, na co
James głośno jęknął, a Syriusz uderzył się w czoło. Tak, Remus niechcący ich
wydał…
- Ale pani profesor, Evans już nam dała szlaban! –
powiedział James, wyczuwając w tym swoją szansę. Oraz łagodniejszy wyrok. Raczej.
- Doprawdy, panno Evans? – zapytała McGonagall,
spoglądając na uczennicę. – W takim razie, panna Evans jest odpowiedzialna za
ukaranie was – dodała i z mocno zaciśniętymi ustami, ruszyła do pokoju
nauczycielskiego, w którym pewnie nasłucha się od Horacego…
- O 18 w bibliotece – powiedziała Lily i ruszyła na
Zaklęcia.
- Tak, Evans, jesteśmy umówieni! – krzyknął za dziewczyną
James, i głośno roześmiał się, widząc jej oburzoną minę.
***
- Pięknie nas wkopałeś, Lunatyku – powiedział Syriusz.
Rozejrzał się po najbardziej zakurzonym zakątku biblioteki, i wyjął następną
księgę. – Apsik! – kichnął głośno, gdy zdmuchnął tuman kurzu.
- Dokładnie, Black! – pouczyła go Lily, opierając się o
stolik, a w ręku obracając różdżkę.
- Jestem dokładny jak nigdy, Evans! – odparł oburzony i
podał stojącemu na drabinie Jamesowi, książkę. Którą to jakże dokładnie wytarł
szmatką. Bez użycia magii. Niczym jakiś mugol.
- Więc, Evans, możemy uznać, że to nasza pierwsza randka
– zaczął James, puszczając oko do rudowłosej. – Po szlabanie, możemy sobie
zrobić małe sam na sam, w jakimś przyjemniejszym miejscu – dodał, rozglądając
się po bibliotece ze zmarszczonym czołem. James z pewnością nie był jej oddanym
fanem, jak chociażby Lily, czy Remus.
Rudowłosa spiorunowała
chłopaka spojrzeniem.
- W życiu się z tobą nie umówię! Myślałam, że to już do
ciebie dotarło – odparła. – Układaj prosto te książki Potter! Nie chcę spędzić
tu całego wieczoru, w odróżnieniu od ciebie, ja mam co robić.
- Ależ Evans, co ty myślisz, że my próżnujemy? – zapytał
Syriusz, lekko się oburzając. – Cały czas myślimy o nowych dowcipach,
strategii na następne mecze, o dziewczynach... Weźmy takiego Rogacza, on ciągle
o tobie nawija. Gorzej jak słychać jakieś dziwne pojękiwania zza kotar łóżka,
jestem prawie pewien, że wtedy też o tobie myśli! – dodał, uśmiechając się ze
zniesmaczonej miny dziewczyny.
- Black, jesteś obleśny – stwierdziła Lily, wykrzywiając
się. – Potter, nie gap się, pracuj! Ruchy! Peter, co ty robisz? Nie czytaj
książek, masz je czyścic! I wycieraj półki!
- Merlinie, Evans, kto by pomyślał, że z ciebie taki
tyran? – wymamrotał Syriusz, odkurzając kolejną księgę, podaną przez Remusa.
Lily westchnęła ciężko i
usiadła na stole. Wzięła pierwszą z brzegu książkę i zaczęła ją czytać.
- Wiesz Evans – zaczął James, stając obok rudowłosej i
czochrając sobie włosy. – Myślę, że możemy się urwać. Chłopcy dokończą, a my
sobie znajdziemy…
- Potter! Skąd ty się urwałeś, hm? Jesteś
niedorozwinięty? Którego ze słów nie zrozumiałeś? Nie? Nie gap się? Układaj książki? No,
którego? – zapytała, czując, że podnosi się jej ciśnienie. Nikt nie doprowadzał
jej do takiego stanu, jak James Potter. – Wracaj na drabinę i nie złaź z niej,
dopóki nie skończysz.
James rzucił dziewczynie
zranione spojrzenie i z głośnym westchnięciem wspiął się z powrotem na drabinę.
- Rogaczu, może rzeczywiście już nie irytuj Evans, bo
wygląda jakby miała rzucić naprawdę paskudną klątwę – wyszeptał Syriusz,
spoglądając na zaczerwienioną ze złości dziewczynę.
***
Alicja wstała skoro świt i
niczym skowronek, zaczęła nucić pod nosem hymn szkoły.
- Lily, wstawaj, mamy dziś piękny dzień! – zawołała i
pociągnęła przyjaciółkę za duży palec u stopy, który wystawał spod kołdry,
którą to rudowłosa przykryła całą swoją osobę.
- Nieee – jęknęła głośno, przewracając się na drugi bok,
i dla bezpieczeństwa chowając stopę pod kołdrę. – Co dziś mamy pierwsze?
- Eliksiry – odparła Alicja, czesząc sobie włosy.
- A, to wstaję – powiedziała Lily i wychynęła spod
kołdry. Usłyszała radosny śmiech Alicji. – Co jest?
- O kurczę, Lily, przejrzyj się lepiej – powiedziała
Dorcas Meadowes, jedna ze współlokatorek.
Lily szybko wstała i
podeszła do lustra.
- O Merlinie, wyglądam prawie jak Potter! Zrobiło mi się
jakieś gniazdo – stwierdziła, śmiejąc się ze swojego odbicia. Złapała za
szczotkę i szybko zaczęła rozczesywać włosy.
- Tak a propo Pottera, to strasznie dużo czasu zajął im
ten szlaban… O której wróciłaś? – zapytała Alicja.
- Po pierwszej, miałam jeszcze patrol z prefektem
Ravenclawu – odparła Lily, wyjmując z szafy świeży mundurek. – Zupełnie się nie
wyspałam – dodała.
***
Eliksiry zaczęły się dla
Lily całkiem przyjemnie. Zarobiła pięć punktów u profesora Slughorna, dobrze
odpowiadając na zadane przez niego pytanie, oraz zajęła najbardziej oddaloną
ławkę od Pottera i Blacka.
- Moi drodzy, dzisiaj będziemy warzyć eliksir o
wdzięcznej nazwie Amortencja. Najpierw niech nam ktoś powie, co to tak
właściwie jest ta Amortencja! – zawołał profesor Slughorn, rozglądając się po
klasie. – Tak, panno Evans?
- Amortencja – zaczęła Lily. - to najsilniejszy eliksir
miłosny na świecie. Wywołuje on silne zauroczenie lub nawet obsesję na punkcie
osoby podającej eliksir, jednak nie prawdziwą miłość.
- Zgadza się, pięć punktów panno Evans! – powiedział
Slughorn. – Macie godzinę na uwarzenie eliksiru. Do dzieła!
Po godzinie, spocona, ale
zadowolona z siebie Lily spoglądała z dumą na swój eliksir. Miał książkowy
kolor – wyglądem przypominał masę perłową i miał miły zapach.
- Jak ty to zrobiłaś? – wyjęczała Alicja, spoglądając z
obrzydzeniem na swój glutowaty, szarawy wywar. – Co zrobiłam źle? – zapytała,
widząc, że Lily aż się powstrzymuje od uwag.
- Musiałaś pomieszać za dużo razy, po dodaniu płatków
werbeny – odparła rudowłosa i zaczęła przelewać eliksir do fiolki, podpisanej
jej imieniem i nazwiskiem.
- Co ty tu robisz, Black? – zapytała podejrzliwie, gdy
wróciła do stolika. Syriusz zaglądał do jeszcze nie opróżnionego kociołka,
Lily.
-
Nie bądź taka podejrzliwa, Evans. Chciałem popodziwiać twój doskonały eliksir –
odparł, nie szczędząc ironicznego tonu. Nieśpiesznym krokiem wrócił do swojej
ławki i przelał eliksir do fiolki. Lily wzruszyła ramionami i czekała na ocenę.
***
-
Doskonały, panno Evans! Najwyższa ocena, Wybitny! – powiedział podekscytowany
nauczyciel, z każdej strony oglądając eliksir.
Wdzięcznie zarumieniona
dziewczyna, uśmiechnęła się.
***
- Trzymaj, stary! – powiedział Syriusz i wręczył Jamesowi
małą fiolkę z perłowym płynem.
- Nie! – odparł James, oglądając „prezent”. – Skąd to
masz?
- Wziąłem z kociołka Evans – odparł beztrosko Syriusz i
spojrzał z błyskiem w oku na przyjaciela. – Wiesz, co masz z tym zrobić? Będzie
niezły ubaw…
James kiwnął głową i
uśmiechnął się. Ooo, tak, słodka Evans już niedługo będzie jego…
***
10 stron w Wordzie. Chyba nie jest tak źle, prawda? Mam już plan opowiadania, co prawda, na razie do zakończenia szóstej klasy, ale i tak jest dobrze :) Następny rozdział, hm, w piątek?
Po pierwsze i najważniejsze:
OdpowiedzUsuńJeżeli ich zabijesz to ja obiecuje że cie znajde i nie patrząc na to że trafie do azkabanu użyje tylu cruciatusów że nie będziesz w stanie nic więcej napisać
Po drugie:
o boże jak ja się ciesze z nowego rozdziału, bardzo mi się podoba xD ale prosze niech Potter nie pogarsza swojej sytuacji i niech nie daje jej tej amortencji :D
to do piątku xx
No to nasza Evans dała Huncwotom popalić na szlabanie. Biedni musieli tak ciężko pracować. Nie Rogasiu nie rób tego. Nie podwaj jej amortencji. Jak to zrobisz ona ci tego nie wybaczy. Świetny rozdział.
OdpowiedzUsuń