wtorek, 28 kwietnia 2015

Rozdział 17



Leżałam w skotłowanej pościeli i nie mogłam w to uwierzyć. Ten sen był taki realistyczny!
Chociaż może nie do końca… 
Z pewnością nie zachowywałam się jak Lily ze snu. Nie zrobiłabym pierwszego kroku, z całą pewnością, nie.
I muszę przyznać, że niektóre jego momenty naprawdę mi się podobały. Jak chociażby lekcja OPCM na której w końcu wyczarowałam cielesnego patronusa.
Jedyne co wywnioskowałam z tego snu to, to, że po pierwsze: być może mam za słabe szczęśliwe wspomnienie, aby wywołać cielesnego patronusa.
Po drugie: gdzieś w głębi mojej podświadomości, błąka się mała, coraz bardziej dręczą mnie myśl. Czy ja naprawdę coś czuję do Jamesa Pottera, czy to tylko moja bujna wyobraźnia?
I po trzecie: wyczarowanie patronusów przez naszą dwójkę, bardzo wiele by wyjaśniło.
O ile nie wszystko.


***


Obrona przed Czarną Magią była naszym ostatnim przedmiotem tego dnia. Dwugodzinna męka.
Nie wiedziałam co mam robić. Bo co by było, gdyby ten sen jednak był w pewnym sensie prawdą? Bo skąd mi się wzięła ta para zwierząt, jeleń i łania? W żadnym wypadku na co dzień nie myślę o zwierzętach zamieszkujących lasy. W ogóle rzadko myślę o czymś innym, niż o nauce i sprawach prefekta. Chociaż nie, czasami dręczą mnie też inne sprawy…
            - Dzisiaj mi się uda – powiedział James, puszczając do mnie oko. – Pomyślę o tym co się stało po rance – dodał szeptem.
Niemrawo kiwnęłam głową i patrzyłam jak profesor przygotowywał klasę do zajęć.
            - Dzisiaj albo nigdy – stwierdził Syriusz, wyjmując różdżkę z kieszeni szkolnej szaty.
Widziałam nastawienie moich przyjaciół. Wojownicze i zaprogramowane na sukces. A ja?
Bałam się nawet wyciągnąć różdżkę. Bałam się, bo jeżeli ten sen miał w sobie choć ziarenko prawdy, mogła się ona w każdej chwili wydać. A nie wiem, czy miałam w sobie dość siły, żeby temu stawić czoła.
            - Panie Black, proszę zacząć! – zawołał profesor Galbraith, gdy wypuścił z szafy bogina – dementora.
Co prawda Syriusz nie osiągnął pełnego sukcesu – wyczarował zaledwie mglistą postać jakiegoś zwierzęcia. Ale w końcu, po tylu próbach, coś zaczęło się dziać.
Kolejne osoby przybliżały zarówno mnie, jak i Jamesa do próby. I gdy nadeszła kolej chłopaka, czułam przyśpieszone bicie serca. Wytarłam spocone dłonie o szatę i obserwowałam skupienie, malujące się na jego twarzy. Spojrzał na mnie przelotnie i powiedział:
            - Expecto patronum!
I zobaczyłam go. Potężnego jelenia. Takiego samego jak z mojego snu.
            - Piękny – usłyszałam szept Marleny, stojącej obok mnie.
Kiwnęłam głową i jeszcze raz spojrzałam na jelenia. Czułam, jak przeszywa mnie wyzywającym spojrzeniem. Popatrzyłam  na dumnego z siebie chłopaka, a w następnej zrobiło mi się ciemno przed oczami. Poczułam, że osuwam się w nicość.


***


W życiu nie nazwałabym się osobą delikatną. Taką typową dziewczyną, wrażliwą, skłonną do ciągłych wzruszeń. I taką, która jest zdolna do tak wielkich emocji, które doprowadzają ją do zemdlenia.
Jednak właśnie to mi się przytrafiło. Normalnie jak jakiejś panience z dobrego domu, z tych XIX- wiecznych powieści, w których tak lubiłam się kiedyś zaczytywać.
Gdy otworzyłam powieki, które okropnie mi ciążyły i zobaczyłam nad sobą idealnie biały sufit, nie wiedziałam gdzie się znajduję. Mogłam się tylko domyślać.
            - Witaj wśród przytomnych – usłyszałam i rozejrzałam się po pustej sali szpitalnej.
Albo oszalałam, albo miałam jakieś omamy słuchowe.
            - Wariuję – wyszeptałam, ale usłyszałam cichy śmiech. – Merlinie – wyjęczałam, widząc wiszącą w powietrzu głowę Pottera. – Oszalałam!
Gdy zobaczyłam całą sylwetkę chłopaka, przypomniałam sobie o Pelerynie – Niewidce. 
I trochę oprzytomniałam, widocznie Pomfrey podała mi eliksir nasenny, czy coś równie otumaniającego.
            - Nie oszalałaś – stwierdził James patrząc na mnie z troską. – Jak się czujesz?
            - Dobrze – odparłam, marszcząc czoło. – Długo tu leżę?
            - Już jest dobrze po 23 – powiedział, spoglądając na zegarek. – Lily, nieźle nas wystraszyłaś! Wiesz jak się czułem, gdy zobaczyłem jak padasz na ziemię bez ruchu? Nie rób tak więcej…
Kiwnęłam głową, ale cóż, nie mogłam tego obiecać. To nie było zależne ode mnie. Raczej.
            - Pomfrey powiedziała co mi było? – zapytałam ciekawa. 
Bo czy zobaczenie widmowego jelenia aż tak na mnie zadziałało? Musiało być jakieś lepsze wytłumaczenie! Może jakaś tajemnicza choroba? Cokolwiek!
            - Powiedziała, że to stres – odparł, przysuwając krzesło bliżej łóżka na którym leżałam. – Aż tak się stresujesz owutemami? Lily, musisz wyluzować, bo inaczej nie dożyjesz dwudziestki!
Genialne wytłumaczenie mojego zemdlenia. Dzięki ci, Jamesie Potterze!
            - Taa, chyba za bardzo się stresuję – wymamrotałam. – Gratuluję.
            - Czego? – zapytał James, marszcząc czoło.
            - Cielesnego patronusa – odparłam. – Ktoś jeszcze wyczarował?
            - Nie – powiedział James, nie kryjąc dumy. – Zarobiłem 30 punktów dla Gryffindoru.
            - Tak? A ile już dzisiaj straciłeś? – zapytałam z uśmiechem.
            - Ej, ani jednego! – odpowiedział i dodał poważnym tonem, takim, jakiego u niego jeszcze nie słyszałam. - Lily, nigdy więcej mi tak nie rób. Ja… nawet nie chcę myśleć, co bym zrobił, gdyby to było coś poważniejszego, niż zwykłe omdlenie. Nie mogę cię stracić jeszcze przed tym, nim cię zdobyłem.
Poczułam łzy zbierające się pod powiekami.
            - Nie stracisz – odparłam, dotykając jego dłoń, leżącą na kołdrze.
Byłam tego całkowicie pewna.


***


Wrzesień chylił się ku końcowi. Szkolne drużyny coraz zawzięciej trenowały przed pierwszym meczem, który miał się odbyć podczas nadchodzącego weekendu.
Drużyna Gryffindoru, pod wodzą Jamesa robiła podobno niewiarygodne postępy. Oczywiście wiedziałam o tym z pierwszej ręki – Potter nie byłby sobą, gdyby chociaż trochę się nie puszył.
            - Moore nie dorasta mi do pięt – stwierdził James, zwalając się z miotłą na kanapę. – Nie wiem co ty w nim widziałaś… - dodał, zaglądając mi przez ramię.
            - Nie muszę dostrzegać w ludziach jakiś niewiarygodnych umiejętności, aby ich polubić – odparłam, nawet nie odrywając wzroku od pisanego wypracowania na Eliksiry.
            - Co nie zmienia faktu, że Moore był zwykłym leszczem, jeżeli chodzi o quidditcha – powiedział James.
Westchnęłam i odłożyłam skończone wypracowanie.
            - Jesteś bardzo pewny siebie – zauważyłam, chowając książki do torby. – Ale przekonamy się o twoich doskonałych, kapitańskich umiejętnościach na meczu przeciwko Krukonom, prawda? Ale oczywiście, życzę powodzenia – dodałam z kpiącym uśmiechem.
Zarzuciłam torbę na ramię i poszłam do dormitorium.


***


Ostatni weekend września miał zapewnić uczniom Hogwartu ciekawsze przeżycia, niż ślęczenie nad zakurzonymi księgami, lub pisanie kolejnych partii wypracowań.
To był weekend inauguracyjny.
Quidditcha, czyli czegoś, co zupełnie mnie nie pociąga, ani tym bardziej nie interesuje. Oczywiście, jako Gryfonka kibicuję naszej drużynie –  jeszcze biorąc pod uwagę, że trójka graczy, w tym kapitan tejże drużyny to moi przyjaciele, to cóż, nie wypadało by nie przyjść na mecz.
Ale co poradzę, że jestem jedną z tych osób, które wolą siedzieć w ciemnej bibliotece nad starą księgą? I które wolą pisać kolejne wypracowanie, niż udawać przesadny entuzjazm na trybunach? Nigdy nie widziałam siebie w roli cheerleaderki.
Jednak nie miałabym sumienia oznajmić Dorcas, Jamesowi czy też nawet Syriuszowi (nie no, w tym przypadku kłamię!), że nie przyjdę na ich pierwszy mecz w tym sezonie.
Dlatego ciepło ubrana w czerwoną kurtkę, zaopatrzona w gryfoński szalik, oraz przylepiony uśmiech na twarzy, kierowałam się wraz z przyjaciółmi w stronę boiska.
            - I jak myślicie, wygramy? – zapytała Marlena, czym wywołała istną burzę.
            - Że my nie wygramy?! – zapytał oburzony Frank.
            - Gryfoni górą! – krzyknął Peter i zadął w wuwuzele.
            - Jasne, że wygramy – stwierdził Remus.
            - Jak możesz zadawać takie pytania?! – zapytała Alicja.
            - No nie wiem, Krukoni są chyba nieźli, prawda? – zapytałam.
Oczywiście nastąpiła zupełna cisza. Bo jak Gryfonka może myśleć, że ktoś z innej drużyny jest niezły? Przecież to zdrada!
            - Lepiej nie mów tak przy Jamesie – powiedział Remus, mając jak zwykle rację.
            - Faceci i quidditch – westchnęłam do Marleny, gdy zaczęliśmy się wspinać na wysokie trybuny.
            - W Beauxbatons też mieliśmy mecze, ale chyba nie były brane aż tak na poważnie – powiedziała Marlena, gdy w końcu znaleźliśmy dobre miejscówki.
            - W Hogwarcie quidditch jest bardzo ważny – odparł Frank, pożyczając od Petera wuwuzelę, żeby sobie w nią zadąć. Faceci… – A gracze są niemalże czczeni. Nawet McGonagall często zwalnia ich z lekcji, żeby mogli poćwiczyć.
            - Wyobrażacie sobie? James będzie się jeszcze bardziej puszyć, jeżeli wygrają ten mecz – zauważyłam, gdy panna Hooch, nowa pani profesor zajmująca się nauką latania, oraz szkolnymi drużynami, dmuchnęła w gwizdek, co zasygnalizowało rozpoczęcie meczu.
            - A to by ci strasznie przeszkadzało, prawda? – zapytała Marlena, puszczając mi oko.
Że co? Oczywiście, że by mi przeszkadzało! Bo co ma do rzeczy fakt, że ok, Potter trochę wydoroślał? Czasami nadal zachowuje się jak jego sowa – Hades – tak zabawnie się nadyma. Tylko pytanie – kto od kogo się tego nauczył? Sowa od Pottera, czy Potter od sowy?
            - Jasne, że by mi przeszkadzało, Mar – odparłam przez zęby, używając skrótu na który blondynka zawsze źle reagowała.
            - Ej, no, Lily – odparła. – Wiesz, że nie lubię „Mar”. Brzmi prawie jak mara…
            - To mi nie dokuczaj – odpowiedziałam niczym dzieciak. 
Biedne dziecko, któremu ciągle dokuczają…
            - Wcale ci nie dokuczam, tylko chcę żebyś w końcu zobaczyła to, co robisz – powiedziała patrząc na latających na miotłach zawodników.
            - A co ja takiego robię? – zapytałam oburzona.
            - No właśnie nic – odparła Marlena, czym mnie załamała.
A co ja niby miałabym robić?
            - A co niby Lily miałaby robić? – zapytała Alicja, która przysłuchiwała się naszej wymianie zdań.
No, czyta mi w myślach!
            - Jak to co? – zapytała Marlena. – Oczywiście, że powinna złapać Jamesa i nie wypuszczać z objęć niczym Diabelskie Sidła… Bo w końcu inna go złapie – dodała.
Skrzywiłam się i spojrzałam na Pottera lewitującego nad boiskiem. Zapewne wypatrywał znicza… Zresztą, nieważne. Spojrzałam na niego i zastanowiłam się, która niby chciałaby go łapać?
Dobra, całował wyśmienicie. Serce mi wtedy tak zabawnie podskakiwało, a następnie się roztopiało… Ale czy to o czymś świadczyło? Chyba tylko o tym, że zapewne umrę na przedwczesny zawał, czy coś takiego.
            - Hehehe – wyrwało się Alicji.
Spiorunowałam ją wzrokiem.
            - Przepraszam, wyobraziłam sobie jak łapiesz Jamesa i go nie wypuszczasz z objęć – wyjaśniła swoje rozbawienie.
Przewróciłam oczami i wróciłam do oglądania meczu.
Cholera, czemu on się nie rusza, jeżeli za nim lata ten głupi znicz?
            - Potter, za tobą!! – wrzasnęłam, nim cokolwiek przemyślałam.
Ale cóż, przyczynić się do zwycięstwa Gryffindoru? Bezcenne…
Po zaledwie paru sekundach (okazało się, że mam całkiem mocne płuca, a Potter nie jest głuchy i ma dobry refleks) boisko ogarnął głośny wrzask radosnych Gryfonów.
Wygraliśmy mecz! Z moją, jakże nieodzowną pomocą! O Merlinie, chyba zaczynam się puszyć! Ale co poradzić, brałam lekcje u najlepszego…


***


Więc jakież było moje zdziwienie, gdy stało się coś co zatrzęsło posadami mojego poukładanego życia.
Szybko zeszliśmy z trybun, ciesząc się niczym szaleńcy, aby jak najszybciej pogratulować naszej złoto-czerwonej, zwycięskiej drużynie. Skierowaliśmy się ku wejściu do szatni, ulokowanych niedaleko wyjścia ze stadionu.
I to co się tam zdarzyło…
W jednej chwili, widziałam tak głupio ucieszonego Jamesa, który szedł w naszą stronę, a w następnej, jakąś brunetkę, rzucającą mu się w ramiona.
Jeszcze zrozumiałabym to, gdyby to była ucieszona Dorcas, lub Alicja.
Ale żadna z nich, nie pocałowałaby go w taki sposób, na oczach… wszystkich.
W tym moich.
I jasne. W końcu ją od siebie odepchnął. Ale jak dla mnie za późno.
            - Dobrze się bawisz? – wysyczałam, swoim najjadowitszym tonem, na jaki mogłam sobie pozwolić w takiej chwili. Bo walczyłam z łzami, które bardzo chciały wypłynąć właśnie w tej chwili.
Pieprzona Jane McClusky! Dziwka z szalonym błyskiem w oku!
            - Ale… - zaczął James, wycierając sobie usta. Fu, zapewne z jej obrzydliwej śliny. - To ona…
            - Och, ona? – zapytałam histerycznie. – A ty to co, kukiełka?! – wrzasnęłam.
Tłum wokół nas mruknął. No dobra, może nie mruknął. Wydał taki dziwny odgłos. Zszokowania? Zniesmaczenia? Podniecenia?
            - Nie, ale chwila… – powiedział James, nagle robiąc dziwną minę. Wcale nie przepraszającą. Nie błagającą o przebaczenie. – Nie jesteśmy razem, i naprawdę nie możesz mi robić… - nie skończył,  bo jak zwykle weszłam komuś w zdanie.
            - Och, więc ja też mogę się z każdym całować? – zapytałam i nie czekając na odpowiedz, dodałam: - Nawet z nim?
I zrobiłam najobrzydliwszą rzecz w całym swoim życiu. I najpodlejszą. Pocałowałam Syriusza Blacka. 
Na oczach całej szkoły.


***


W damskim dormitorium panowała cisza. Przerywana moim szaleńczym szlochem.
            - Co jest ze mną nie tak, Marlena? – zapytałam blondynkę.
Po moim pocałunku z Blackiem (ohyda), zapanowała okropna cisza. Właściwie chyba każdy był zdziwiony moim zachowaniem. Ba! Ja sama byłam zdziwiona moim zachowaniem.
Dorcas obrzuciła mnie naprawdę rozgniewanym spojrzeniem.
Syriusz nie mógł dojść do siebie. W końcu zaatakowałam niewinnego, niczego się nie spodziewającego chłopca…
Jednak najgorsza była reakcja Jamesa. Po prostu sobie poszedł. Puff i nie ma chłopaka! I jego miotły.
            - Marlena, jestem taa – aaką świnią! – zawołałam. – Biedna Do-oo-rcas!
            - Jesteś prawdziwą świnią – potwierdziła Marlena.
Szybko zamrugałam. Ok, nie myślałam, że powie, iż wcale nie jestem świnią. Jak najbardziej nią byłam.
Ale serio? Musiała to jeszcze potwierdzać?
            - I co ja mam zrobić? – zapytałam.
Miałam parę opcji. Mogłam się spalić ze wstydu. Mogłam popełnić seppuku. Ale raczej byłam winna… Mogłam też przeprosić? Ukorzyć się przed nimi? I powiedzieć, że jestem świnią? Którą zalała fala… Uch, okropnej zazdrości? Bo być może, jest tak pochrzaniona, że nie wie, że osobom które się kocha (chyba), mówi się to?
            - Dzisiaj nie rób nic – odparła Marlena, wycierając mi z policzków rozmazany tusz do rzęs. – Pogadam z Jamesem… Na pewno zrozumie.
            - Zrozumie to, że jestem idiotką? – zapytałam, znowu zalewając się łzami.
            - Że jesteś zakochaną idiotką – poprawiła blondynka, zostawiając mnie w pokoju samą, ze wszystkimi moimi wątpliwościami.


***


James Potter był wściekły. Tak jak jeszcze nigdy. Bo nigdy nie sądził, że zobaczy na własne oczy, coś tak okrutnego. Raniącego jego uczucia i rujnujące postrzeganie ukochanej. Która okazała się jakże okrutną istotą.
Wabiła go niczym syrena, swoim wyglądem, charakterem, ślicznym uśmiechem…     I tak jak prawdziwa syrena, która wabiła piratów swym pięknym śpiewem, a następnie bezlitośnie zabijała, tak Lily, jego śliczna, kochana Lily, zabiła go tym, co zrobiła.
Z jego najlepszym przyjacielem.
Który wcale się przed tym nie bronił.
            - Cholera! – wrzasnął i kopnął spory kamień, leżący obok jeziora.
Rzucił miotłę na ziemię i usiadł na chłodnej ziemi.
Gdyby nie Jane McClusky (Tak swoją drogą, to co jej odbiło? – pomyślał James) nic takiego by się nie zdarzyło. Widział, że Lily do niego szła. Chciała mu pogratulować, albo chociaż powiedzieć, że całkiem nieźle sobie poradził…
I skończyło się tak okropnie.
            - Hej – usłyszał ciche powitanie za plecami. Obejrzał się i zobaczył Marlenę, nerwowo gniotącą w rękach szalik. – Mogę usiąść?
            - Jeżeli musisz – odparł James obojętnie.
            - Wiesz, James – zaczęła ostrożnie Marlena. – Lily nie chciała – wydusiła, gdy chłopak obrzucił ją złym spojrzeniem.
            - No pewnie, że nie chciała – powiedział kpiąco James. – Tylko przelizała się na moich oczach z moim najlepszym przyjacielem. Ale to nic, prawda?
            - Uch, popracuj nad słownictwem, co? – odparła oburzona blondynka. – Była zwyczajnie zazdrosna, nie kapujesz? Jak myślisz, co mogła sobie pomyśleć zakochana dziewczyna, gdy zobaczyła, że chłopak do którego coś czuje, liże się, jak to ładnie określiłeś, z największą, szkolną dziwką? Więc taka dziewczyna, która ma całkiem wybuchowy temperament, robi rzecz, której okropnie żałuje… Całuje pierwszego faceta, który jej się nawinie… I którym całkiem przypadkowo jest facet, na którym zależy jej przyjaciółce.
James spojrzał na dziewczynę.
            - Czy ty chcesz powiedzieć, że Lily jest we mnie zakochana? – zapytał z powątpiewaniem. – To fajnie to pokazała…
            - Jasne, totalnie zawaliła – odparła Marlena, wstając z trawy. – Ale wiesz co, ty też od razu nie odepchnąłeś tej obleśnej panny.
            - Zaskoczyła mnie! – zawołał James, idąc za blondynką. – Więc twierdzisz, że powinienem o tym zapomnieć i im to wybaczyć?
            - Sam sobie odpowiedz na to pytanie – powiedziała Marlena. – Ale przez głupie zachowanie tej brunetki, cierpią cztery osoby… I pewnie tak, gdy Dorcas zobaczy w jakim okropnym stanie jest Lily, przebaczy jej ten pocałunek z Syriuszem. I Syriusz pewnie też o tym zapomni, w końcu jak to ciągle podkreśla, całował się z prawie każdą dziewczyną z roku… Jednak, czy wy z Lily zapomnicie, jak siebie całkiem niechcący zraniliście?
James Potter w tej chwili nie znał odpowiedzi na pytanie zadane przez Marlenę.



 ***

Ekhm xD Haha. Przepraszam, nie mogłam się opanowac. Ale coś się dzieje, prawda? I dodaję tak szybko, bo nie mogłam się doczekac waszej reakcji... Taa, jestem dziwakiem. 
Osobo Anonimowa - taaak, całowanie się na szlabanie, nie było snem :)
Następny rozdział, hmm, kiedy chcecie? Piątek?

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

Rozdział 16



Poniedziałek zaczął się nieciekawie. Obudziłam się w doskonałym nastroju, jednak zupełnie zniszczyła go profesor McGonagall po Transmutacji. Oznajmiła, że cały wieczór będę musiała pilnować dwóch osób, które zarobiły szlaban. Tym większe było moje zdziwienie, kiedy dowiedziałam się których.
            - Kiedy zdążyłeś dostać szlaban? – zapytałam Jamesa, myśląc o tym, że rozstaliśmy się w Pokoju Wspólnym chwilę po dwudziestej. Więc kiedy?
            - Filtch nas złapał na korytarzu po 21 – odparł beztrosko James.
Przewróciłam oczami i spojrzałam na Blacka.
            - Co robiliście?                 
            - Rudzielcu, nie twoja sprawa – odparł jakże miło. – Masz nam tylko zadać jakąś okrutną karę na ten wieczór, i pilnować czy to robimy.
Od razu zaczęłam wymyślać coś, czego Black bardzo, ale to bardzo nie lubi.


***


            - Pomożesz pani Pince układać na półkach nowe książki – powiedziałam do Syriusza i spojrzałam na zegarek.
Była 18, a szlaban mógł trwać maksymalnie do 21.
            - Przyjdziemy po ciebie równiutko o 20:30 – dodałam, i uśmiechnęłam się na widok przerażenia, malującego się na twarzy Blacka. – Poradzi sobie pani z nim, pani Pince?
            - Oczywiście, już ja mu dam wycisk – odparła wojowniczo bibliotekarka.
Z triumfalnym uśmiechem wyciągnęłam zaskoczonego Jamesa z biblioteki.
            - Dla ciebie mam inne zadanie – wyjaśniłam.
            - Trochę to dziwne – zauważył James. – Zazwyczaj mamy razem szlabany…
            - Widzisz, pilnowanie Blacka na szlabanie zdecydowanie nie jest moim ulubionym zajęciem – odparłam. – Dlatego wymyśliłam coś innego. Masz, zakładaj – dodałam, gdy dotarliśmy do drzwi wyjściowych prowadzących na szkolne błonia.
            - Wychodzimy z zamku? I skąd masz mój sweter? – zapytał James, posłusznie wkładając sweter przez głowę.
            - Idziemy do schowka na miotły, wiesz tego obok szatni przy boisku do quidditcha – odparłam, oświetlając różdżką drogę. – McGonagall już jakiś czas temu zleciła prefektom doprowadzenie tego miejsca do jako takiego ładu. A biorąc pod uwagę, że znasz się na miotłach, to będzie odpowiednie zadanie dla ciebie – wyjaśniłam.
            - Lily, ale wiesz, że dla mnie to wcale nie jest kara? – zapytał ostrożnie.
            - Wiem – odparłam.


***


            - Wow – wyszeptał James, gdy przekroczyliśmy próg szkolnego schowka na miotły.
            - Na gacie Merlina – powiedziałam, rozglądając się po wnętrzu.
Schowek, a raczej wielki magazyn, był cały zawalony miotłami. Połamanymi, całymi, z powyginanymi witkami, nowszymi i całkowicie starymi.
            - Normalnie eksponat muzealny – powiedział James, biorąc delikatnie do rąk jedną ze starych mioteł. – Chcesz, żebym to dzisiaj ogarnął? Nie dam rady!
            - Uch, nie – odparłam, z niedowierzaniem patrząc na to, w co nas wpakowała McGonagall, oraz ja sama. – Zaczniesz. Zapewne trafią się wam kolejne szlabany…
James się uśmiechnął.
            - To co, zaczynam? – zapytał, zdejmując sweter i podwijając rękawy koszuli.


***


Siedziałam na jedynej nie zawalonej miotłami powierzchni, to jest na stoliku, który tak właściwie nie wiadomo do czego tutaj służył.
Patrzyłam jak James z czułością, lub z radosnym okrzykiem ogląda niektóre miotły i zastanawiałam się, czy na mnie czasami też spogląda z takim uczuciem. Wiem, dziwne przemyślenia, ale cały czas krążyło mi to po głowie.
            - Już dwudziesta – zauważyłam, spoglądając na zegarek.
            - Super szlaban, Lily – skomentował James, odkładając na półkę kolejną całą, nadającą się do latania miotłę. – Te są do wyrzucenia – dodał, widząc gdzie patrzę.
            - Nie uważasz, że coś mi się należy za przydzielenie ci tak fajnego szlabanu? – zapytałam przebiegle, owszem, sporo ryzykując.
James spojrzał na mnie ze zdziwieniem w oczach.
            - Czy ty sugerujesz…?
Skinęłam głową i po chwili utonęłam w słodkim pocałunku.


***


            - To był beznadziejny szlaban – powiedział Syriusz. – Rogaczu, a co ty robiłeś?
„Odebraliśmy” Syriusza spod opieki pani Pince i ruszyliśmy w stronę wieży.
            - Segregowałem miotły – odpowiedział uśmiechnięty James.
            - Co?! – zawołał Syriusz, patrząc na mnie z wyrzutem. – Czemu on segregował miotły, a ja siedziałem z tą starą nietoperzycą, układając jakieś durne książki? – zapytał z typowym dla siebie zachowaniem a’la pięcioletnie dziecko.
            - Bo cię nie lubię – odparłam ze śmiechem.
            - No wiesz co, Rudzielcu – powiedział Syriusz. – A ja cię nawet lubię, zrobiłaś się ostatnio równa babka.
            - Dziękuję za komplement – odparłam. – Bajeczne świecidełka – powiedziałam do Grubej Damy.
            - Dobranoc – dodałam, kierując się w stronę damskich dormitoriów.


***


Siedziałam przy stole w Wielkiej Sali, w której odbywał się obiad i wpatrywałam się w jedno miejsce.
Od wczorajszego szlabanu cały czas myślałam o jednym i tym samym. O chłopaku, którego jeszcze całkiem niedawno nawet nie lubiłam. A teraz nie wiedziałam co do niego czuję. Jedynie byłam pewna tego, że zaczęło mi na nim zależeć.
            - Żyjesz? – zapytała Alicja, machając mi dłonią przed twarzą.
            - Uhm – mruknęłam, skupiając całą swoją uwagę na pełnym talerzu, a nie na żartującym z Syriuszem, Jamesie.
Czy to nie zakrawa na lekką obsesję?
            - Nie jestem głodna – powiedziałam, wstając od stołu. – Zobaczymy się później – dodałam, widząc zaskoczenie malujące się na twarzach przyjaciół.
Nie wiedziałam co mam ze sobą zrobić. Pierwszy raz, od czasu dostania się do Hogwartu, nie mogłam sobie w nim znaleźć miejsca. Zresztą, jako osoba do niedawna zainteresowana jedynie nauką, znałam głównie bibliotekę, klasy w których odbywały się zajęcia, oraz Wieżę Gryffindoru. Niezbyt duży wybór…
            - Dobrze się czujesz? – zapytał James, gdy zrównał ze mną kroki.
            - Raczej tak – odparłam, nadal idąc przed siebie.
            - Hej, przecież widzę, że coś jest nie tak – powiedział, łapiąc mnie za ramię.
Przyszpilił mnie w miejscu spojrzeniem i czekał.
            - Coś jest nie tak, James – odparłam, poważnie na niego patrząc. – I ma to związek tylko i wyłącznie z tobą – dodałam i wyrwałam się z jego uścisku.
Uciekłam jak najzwyklejszy tchórz.


***


Na szczęście w porę przypomniałam sobie o Pokoju Życzeń. To było odpowiednie miejsce na wszelkie przemyślenia i być może, postanowienia.
Rozejrzałam się po wnętrzu, dosyć przypominającym mój pokój w domu i usiadłam na łóżku. Spojrzałam na biały sufit i położyłam się.
Musiałam jakoś sklasyfikować uczucia, którymi niewątpliwie darzyłam chłopaka.
Na początku uzmysłowiłam sobie, że go zwyczajnie lubię.
Za to, że naprawdę się stara. Zmienił się, to było widoczne. Nie zachowywał się jak kiedyś, jak beztroski dupek. Śmierć ojca go niewątpliwie zmieniła, i może zabrzmi to okrutnie, ale wiele go to nauczyło.
Później pomyślałam jak na niego reaguję.
Od jakiegoś czasu wyczuwałam jego obecność, nawet jeżeli jeszcze nie zdążyłam go zobaczyć. To było dziwne, ale miałam przeczucie, że zaraz go zobaczę, albo spotkam. Im bliżej mnie się znajdował, tym bardziej czułam się naprawdę inaczej, niż w obecności chociażby Syriusza, czy Remusa. Serce biło mi szybciej, rumieniłam się niczym pensjonarka, musiałam dokładnie przemyśleć każdą wypowiedz, żeby tylko nie strzelić gafy.
Podobał mi się.
Mogłam się do tego przyznać z czystym sumieniem. James Potter mi się cholernie podobał. Nawet te jego wiecznie potargane włosy, nagle nabrały jakiegoś uroku.
W końcu zaczęłam myśleć, czy to co do niego czuję to tylko zauroczenie. Czy może coś innego.
Coś, do czego nawet sama przed sobą bałam się przyznać.


***


Do Pokoju Wspólnego weszłam z wielkim uśmiechem na ustach i sercem przepełnionym nadzieją.
W końcu wiedziałam co się ze mną działo, i wcale nie musiał mi nikt tego tłumaczyć. Nie musiałam już o tym czytać w książkach, lub czasopismach.
Po prostu to czułam.
            - Rudzielcu, zostałaś mianowana na Super Prefekta Naczelnego, że uśmiechasz się aż tak szeroko? Boję się – powiedział Syriusz, doskonale udając strach.
Pokręciłam głową i usiadłam na oparciu sofy.
            - Stało się coś o wiele lepszego, Black – odparłam.
            - Nazwali twoim imieniem bibliotekę szkolną? – zażartowała Dorcas.
            - Nie powiem – odparłam. – Chociaż to całkiem niezły pomysł, już widzę ten szyld „Biblioteka imienia Lily Evans”. Brzmi fajnie – zauważyłam.
Spojrzałam na obserwującą mnie Marlenę i uniosłam brew.
            - Nie!!? – krzyknęła zrywając się z fotela.
            - Tak – odparłam, śmiejąc się.
Zapewne to James, powinien być pierwszą osobą dowiadującą się o moich uczuciach. Ale hej! Czy to Marlena nie była osobą, która mnie popchnęła w kierunku rozmyślań o możliwości brania pod uwagę osoby Jamesa Pottera, jako tego, którego obdarzę uczuciem? Miała pełne prawo się o tym dowiedzieć. Gorzej, że nadejdzie czas, kiedy powinnam to wyznać samemu zainteresowanemu.
            - Gratuluję Lily, wiedziałam, że do tego dojdziesz – powiedziała, mocno mnie przytulając.
Zaśmiałam się radośnie i odwzajemniłam uścisk.
            - Dzięki, M – szepnęłam.


***


            - Możemy porozmawiać? – zapytałam.
Był środowy poranek, nadal byłam w doskonałym nastroju i po długim przekonywaniu Marleny, w końcu postanowiłam, że to zrobię. Tu i teraz.
Hm, może nie do końca tu, bo stałam w Pokoju Wspólnym. Raczej wolałabym, żeby nie było żadnych świadków tego wiekopomnego wydarzenia.
            - Jasne – odparł James.
            - Ale nie tutaj – dodałam, rozglądając się.
Syriusz wlepiał w nas badawcze spojrzenie, zresztą Dorcas nie była lepsza. Widziałam, że coś jej chodzi po tej bystrej główce.
            - Więc gdzie? – zapytał James, gdy wyszliśmy z Pokoju Wspólnego.
            - Wieża Astronomiczna powinna być teraz pusta, prawda? – zapytałam, na co chłopak skinął głową.
Nie byłam do końca pewna, czy jakiekolwiek wyznania przed śniadaniem, a tym bardziej lekcjami są odpowiednie. Ale już nie chciałam tchórzyć. W końcu z jakiegoś powodu trafiłam do Gryffindoru, domu w którym ceni się męstwo i odwagę.
            - Ja… - zaczęłam, gdy stanęliśmy przy barierce.
I stało się. Zapowietrzyłam się i przyszły wątpliwości. Bo co będzie, jeżeli on nie czuje tego samego co ja? To by było straszne!
            - Ty… - pośpieszył mnie James, patrząc na mnie.
            - Sporo ostatnio myślałam – odparłam. – O tym co się ostatnio działo – dodałam, nakierowując bruneta na temat moich rozmyśleń.
            - Chyba rozumiem – powiedział James, smutniejąc. – Nie przejmuj się, całkowicie cię rozumiem – dodał.
Zamrugałam.
            - O czym ty mówisz? – zapytałam.
            - Nie chcesz kolejnych randek, chcesz mi delikatnie oznajmić, że do siebie nie pasujemy i…
            - Chciałam powiedzieć coś zupełnie odwrotnego niż myślisz – przerwałam mu, nie mogąc słuchać tego, co mówi.
            - Odwrotnego? – zapytał, patrząc na mnie z nadzieją. – W sensie…?
            - Jeżeli chociaż raz myślimy o tym samym, to właśnie w tym sensie – odparłam z nieśmiałym uśmiechem.
I oczywiście czerwonym licem.
            - To chyba za dużo jak na tak wczesną porę – powiedział James, czym mnie zupełnie zaskoczył. – Więc przejdziemy od razu do rzeczy. Hm, nie zabrzmiało to romantycznie, przepraszam.
            - W gruncie rzeczy, jestem dosyć pragmatyczna – odparłam, teraz nie mogąc się doczekać tego, co powie. Czy może to ja powinnam pierwsza powiedzieć?
            - Kocham cię, Lily – powiedział, delikatnie dotykając dłonią mój zarumieniony policzek. – I może nie usłyszę od razu jakiś deklaracji z twojej strony…
            - Ja ciebie też – przerwałam.
Czemu, ale to czemu zawsze muszę się komuś wcinać w zdanie?
            - Nic nie powiesz? – zapytałam, gdy chłopak zamilkł.
            - Jest to najszczęśliwszy moment w moim życiu, więc chociaż na chwilę mogłem zamilknąć – odparł i mocno mnie objął.
Po chwili tonęłam w najcudowniejszym pocałunku w całym swoim życiu. Wyrażał tak wiele…


***


Ominęliśmy lekcje. Wiem. Jest to zupełnie do mnie nie podobne. Ale osoby szczęśliwie zakochane nie myślą trzeźwo.
            - Musieliśmy przychodzić na Obronę? Wiesz co się zaraz zacznie? – zapytał James, rysując kciukiem jakieś wzorki na mojej dłoni.
            - Chcę w końcu wyczarować tego Patronusa – odparłam wojowniczo. – I mam wrażenie, że w końcu zdobyłam najszczęśliwsze wspomnienie – dodałam.
James uśmiechnął się z satysfakcją i pochylił nad moją twarzą. Akurat w tym momencie przerwał nam szkolny dzwonek.
            - Później – powiedziałam, trochę odsuwając się od chłopaka. Chociaż on zaraz się przysunął. 
Wyglądało to tak, jakbyśmy byli połączeni elastycznym sznurkiem, który zbyt długo nie może być naprężony i powoduje stykanie się dwóch końców. My, byliśmy takimi końcami.
            - Macie się wytłumaczyć i to natychmiast – wysyczała Dorcas, gdy tylko nas zobaczyła czekających pod klasą. – Opuściłaś Eliksiry!
            - Zdaję sobie z tego sprawę, Dorcas – odparłam beztrosko.
            - Rudzielcu, prefekci naczelni nie uciekają z lekcji z facetami – powiedział Syriusz, pouczającym tonem. – Gdzie byliście i co robiliście? A raczej, Rogaczu, co ty z nią zrobiłeś? Chyba nie napoiłeś Evans żadnym eliksirem, powodującym jakieś dziwne uzależnienie i zmianę zachowania?
            - Oczywiście, że nie! – odparł oburzony James.
            - Wchodzimy – powiedziałam, słysząc wybawiający nas od wszelkich wyjaśnień, dzwonek.
            - Ćwiczymy dalej! – powiedział profesor Galbraith, gdy ustawiliśmy się tak jak na każdej lekcji, już od zeszłego tygodnia.
Tylko ta lekcja różniła się wszystkim. Byłam pewna, że wyczaruję prawdziwego, cielesnego patronusa. Bo czy mogłabym mieć jakieś szczęśliwsze wspomnienie, niż dzisiejszy poranek?
Więc gdy w końcu nadeszła moja kolej, z całych sił skupiłam się na przypomnieniu sobie wyrazu twarzy Jamesa, gdy powiedział, że mnie kocha.
I po chwili z mojej różdżki wystrzeliła srebrzysto – biała łania.
            - Ooo – westchnęła klasa, gdy zwierzę przebiegło koło nas i rozpłynęło się.
            - Doskonale, panno Evans! – zawołał profesor. – 30 punktów dla Gryffindoru!
Uśmiechnęłam się i wycofałam pod okna, żeby oglądać starania innych osób.
Gdy w końcu nadeszła kolej Jamesa, z całych sił trzymałam kciuki, żeby jemu też się udało. Bo gdyby było inaczej, mogłoby się okazać, że nasza wspólna chwila, nie znaczyła dla niego tyle, ile dla mnie. Nie była wystarczająco szczęśliwa.
            - Expecto patronum! – zawołał pewnie, a z jego różdżki wyłonił się dumny jeleń z gigantycznym porożem.
            - Bratnie dusze – powiedział zaskoczonym tonem profesor, spoglądając to na mnie, to na Jamesa.


Nie zdążyłam niczego przemyśleć, bo poczułam mocne szturchanie w ramię.
            - Lily, Lily, wstawaj! – zawołała Dorcas, mocno potrząsając moim ramieniem. – Za pół godziny zaczynają się lekcje!
Otworzyłam oczy. I zamarłam.
To był tylko sen.


 ***

Huehuehuehue, nie! Przepraszam, wiem, okropny rozdział. Ale wiecie, to nie może się tak od razu stać :) Wydaje mi się, że następny rozdział będzie lepszy, więc szybciej go dodam. 
Także przyznaję się, jak zwykle chciałam, żeby tak szybko byli razem, a w ostatniej chwili pomyślałam: "Co ty robisz? Już? Nie ma mowy!" i zmieniłam koniec. W następnym będzie lekki dramat, ot, taki spojler ;)