Sierpień
1977
W drugiej połowie wakacji
pogoda uległa zdecydowanemu pogorszeniu. Równo od tygodnia padał ulewny deszcz,
który powodował znaczące utrudnienia w ruchu drogowym, oraz życiu dwóch,
młodych czarodziei, którzy pilnowali mugolskiej ekipy budowlanej.
- Szefuniu, skoczymy na lunch, okej? – zapytał wąsaty
jegomość, i nie czekając na zgodę wydaną przez „szefunia”, wyszedł ze swojego
miejsca pracy.
- W życiu nie myślałem, że będę skazany na mękę z takimi
mugolami… - westchnął Syriusz, rozglądając się po domu.
Ekipa budowlana w miarę
sprawnie poradziła sobie z piętrem – pokoje należało jedynie odświeżyć, oraz
usunąć wszędobylskie koronki. Problem natomiast wystąpił przy gruntownym
remoncie kuchni, łazienki oraz salonu.
- Nie przejmuj się stary, kto by pomyślał, że trafią się
tacy dziwni ludzie? – odparł James, otwierając mugolskie piwo, które jak się
niedawno okazało, całkiem nieźle trzepało. – Lily wpadnie za godzinę – oznajmił
z uśmiechem.
- Uhm – odparł zupełnie niezainteresowany tym faktem
Syriusz, zeskrobując z parapetu przyklejoną do niego wyżutą gumę. – Brudasy
pieprzone. Czemu nie wziąłem czarodziejskiej ekipy? Nie dość, że już nic nie
robią, to jeszcze brudzą…
- Ostatnio często tu wpada, nie? – trwał przy swoim
James.
- Kto wpada? – zapytał Syriusz, z obrzydzeniem odklejając
od paznokcia mały kawałek gumy.
- Jak to kto? Lily! A o kim niby gadamy?
- Wiem, że masz lekką obsesję na punkcie rudzielca, ale
czy możemy od czasu do czasu pogadać o czymś, a raczej o kimś innym? – odparł
czarnowłosy, biorąc od przyjaciela butelkę z zimnym napojem.
- Tylko chciałem powiedzieć, że w mugolskim świecie
zachowuje się inaczej – powiedział James i lekko się zamyślił.
- Nie ma się czemu dziwić, w takim się wychowała.
Zresztą…
- Jestem! – powiedziała Lily, wchodząc do kuchni ze
sporym kartonem. – Jesteście głodni? Zahaczyłam o pizzerię.
- Coś w tym jest – odparł teatralnym szeptem Syriusz. –
Jest niepokojąco miła.
***
- Jesteście pewni, że powiedzieli, że dzisiaj wrócą? –
zapytała Lily, spoglądając na zegar.
Było już dobrze po 16, więc
panowie fachowcy od dobrych czterech godzin byli poza swoim miejscem pracy.
- Powiedzieli, że skoczą na lunch – odparł James,
dyskretnie przyglądając się nogom dziewczyny, dobrze widocznym w tak wąskich spodniach.
- Ale wy jesteście naiwni – westchnęła z politowaniem. –
Gdy wrócą, ja z nimi wszystko załatwię, dobrze?
- Evans, rób z nimi co chcesz – odparł Syriusz, zrywając
w przedpokoju okropną tapetę w różyczki.
***
Około 18, gdy Syriusz
skończył litanię przekleństw, po uderzeniu się młotkiem w palec wskazujący, nareszcie
wróciła ekipa remontowa.
- Szefunciu, trochę się nam przedłużyło – wytłumaczył
rozbrajająco kierownik ekipy.
- Od dzisiaj, to ja jestem waszym szefem – oznajmiła
poważnie Lily, na co Syriusz uniósł brew. – I ustalamy wyraźne granice.
Jesteście tutaj jutro o 9 rano. Jeżeli was nie będzie, nie dostaniecie zapłaty
za wykonaną do tej pory pracę. Przerwę macie o 12, półgodzinną. I pracujecie
równo do 16. Rozumiemy się?
- Jak najbardziej rozumiemy, szefowo! – zawołał majster i
skierował się do wyjścia.
- Teraz rozumiecie? – zapytała Lily, spoglądając na
chłopaków. – Stanowczo, panowie – dodała wychodząc.
- Jest niesamowita – westchnął James, spoglądając za
oddalającą się rudowłosą.
***
Po zmianie szefa remont
szedł gładko. Z każdym dniem dom Syriusza nabierał nowego, lepszego wyglądu.
Zdecydowanie bardziej męskiego. Przytłumione kolory, skórzane sofy, ciemne
drewno.
- Jest nieźle – powiedział James, rozglądając się po
wyremontowanej kuchni. – A gdzie Lily?
- Drze się na faceta od podłóg – odparł Syriusz,
wieszając plakat z najnowszą Hondą w salonie, jego marzeniem i zapewne
pierwszym motorem. – Trzeba przyznać, że rudzielec zna się na rzeczy…
- O taak – westchnął James. – I w dodatku nie krzyczy na
nas, tylko na pracowników! To takie fajne uczucie.
Syriusz skinął głową i
ocenił efekt swojej żmudnej pracy z nieznośną taśmą klejącą.
- To co, przydałaby się parapetówka, nie? – zaproponował.
***
Zamyślona Lily wyglądała
przez okno w swojej sypialni. Spoglądała na ciemny ogródek, pokryty warstwą
rozmokniętej trawy i sporymi plackami błota. Westchnęła i lekko podskoczyła,
gdy czarny cień padł na parapet.
- Wchodź – mruknęła do przemokniętej sowy i odwiązała od
jej nóżki wilgotną kopertę.
Gdy zobaczyła nadawcę,
zacisnęła wargi i szybko otworzyła kremową kopertę.
- Och – westchnęła. Spojrzała na list, schowała go do
kieszeni dżinsów i szybko wyszła z pokoju.
- Skoczę do kolegów – powiedziała do sprzątającej kuchnię
mamy i założyła kurtkę przeciwdeszczową.
W szybkim tempie przeszła
ulicę, dzielącą jej dom od lokum Blacka i zapukała w mahoniowe drzwi.
- Hasło?
- Black jest kretynem, otwieraj! – zawołała.
- No, witaj nieznajoma – mruknął Syriusz, spoglądając na
zadowoloną rudowłosą. – Co cię sprowadza w me skromne progi?
- Lily? – zapytał James. – Wchodź! Coś się stało? –
dodał, odbierając od dziewczyny kurtkę.
- Zostałam prefektem naczelnym – odparła rudowłosa.
- O Merlinie, będzie wlepiać jeszcze więcej szlabanów! –
zawołał Syriusz, kierując się do kuchni, po szklaneczkę czegoś mocniejszego,
tak dla kurażu. Już sobie wyobrażał okropne szlabany u panny E.
- Gratulacje, to wspaniale! – powiedział James, ciesząc
się z sukcesu dziewczyny, jakim niewątpliwie było mianowanie na prefekta naczelnego. W końcu nie każdy nadaje się na tak odpowiedzialne stanowisko. –
Kiedy dostałaś sowę?
- Przed chwilą – odparła Lily.
- I przyszłaś z tą wiadomością do nas? – zapytał James,
czując się wyróżnionym ponad przyjaciółki dziewczyny. Tak, jakby był dla niej
ważny…
Lily skinęła głową i cicho
westchnęła.
- Mam wątpliwości. Nie wiem czy sobie poradzę, to duża
odpowiedzialność! Trzeba układać plany patroli, pomagać nauczycielom, uczniom,
nie jestem pewna czy jestem odpowiednią osobą na to stanowisko. Remus na pewno
lepiej by się sprawdził…
- Lily, nie wmawiaj sobie, że czemuś nie podołasz. Jesteś
we wszystkim najlepsza. Chociaż nie, w dowcipach my jesteśmy lepsi, ale wiesz o
co mi chodzi! Jesteś sumienna, wytrwała, poukładana, potrafisz się z każdym
dogadać, nawet z McGonagall! Poradzisz sobie – zapewnił ją James.
Rudowłosa zagryzła wargę i
otoczyła kark chłopaka ramionami.
- Dziękuję, właśnie tego potrzebowałam – wyszeptała mu do
ucha.
***
Sierpień nieuchronnie
zbliżał się ku końcowi. Został jego ostatni tydzień, który miał zostać
przeznaczony na parapetówkę u Syriusza, oraz wspólne zakupy na Pokątnej.
I to właśnie w
poniedziałkowy poranek, gdy James smacznie spał rozwalony w pokoju gościnnym, do okna
jego tymczasowego pokoju zastukała jedna ze szkolnych sów.
Miała dla niego list, na
który chłopak czekał z wielką nadzieją i utęsknieniem. List, który miał mu
zapewnić wieczną chwałę (ta, jasne) oraz zazdrość facetów (to by się zgadzało).
List, który oznajmiał, że
został Kapitanem drużyny Gryffindoru.
Więc gdy James w końcu
dosłyszał coraz bardziej natarczywe stukanie sowiego dzioba w szkło, a
następnie w metalowy parapet (całkiem cwane te sowy!), z jękiem prawdziwego
cierpienia (bo to mugolskie piwo nieźle poniewiera) uchylił powiekę i od razu
ją zamknął.
Słońce, niewidoczne już od
prawie dwóch tygodni, swym radosnym błyskiem obdarzyło orzechowe oko chłopaka.
- Cholera – wymamrotał James, robiąc na swojej głowie
jeszcze większy bałagan i wstał z łóżka. Podciągnął zsuwające się ze szczupłych
bioder dżinsy, i mrużąc oczy przed ostrym słońcem, podszedł do okna.
- No, właź – mruknął chrapliwie, i odwiązał list od nóżki
niecierpliwiącej się sowy. – Leć – dodał, gdy uporał się z upierdliwym
sznureczkiem.
Usiadł na łóżku, podrapał
się po głowie i wtedy go olśniło.
- O brachu, to twoja chwila – wyszeptał sam sobie
kibicując i rozerwał beżową kopertę, tak podobną do innych, które już dostawał
z Hogwartu.
- Szanowny panie
Potter… bla bla bla… został pan
mianowany nowym Kapitanem drużyny Gryffindoru – przeczytał na głos. –
Zostałem kapitanem… Zostałem KAPITANEM! Na gacie Merlina, wiedziałem! Bo, niby
kto by się lepiej nadawał?! – krzyknął, wychodząc z pokoju, jeszcze wyjmując z
koperty przypinkę z dużą literą „K”.
- Czego się drzesz od rana? – zapytał Syriusz, który
owszem, dosyć polubił ciemnego Guinness’a, jednak zupełnie nie równał się on z Whisky
Ogdena. A Syriusz był ryzykantem, więc
zmieszał oba trunki. I tak powstał kac gigant, który nakazywał mu
zabicie najlepszego przyjaciela za jego krzyki, o tak okrutnej godzinie jak…
hm, 15.
- Zostałem kapitanem! – krzyknął James, pokazując
Syriuszowi błyszczącą odznakę.
- No gratulacje, stary! Ale tak się drzeć? Litości,
przyjacielu – westchnął Syriusz, kierując się po schodach do pachnącej nowością
kuchni. – Kawy? – zapytał, nastawiając czajnik.
- Chyba mi niepotrzebna – odparł James, czując
niewiarygodną radość.
Quidditch towarzyszył mu od
zawsze. Swoją pierwszą, dziecięcą miotełkę, dostał w wieku dwóch lat. Tata,
były kapitan szkolnej drużyny, z radością uczył maleńkiego synka latania na
miotle. A James, to trzeba było przyznać, miał wrodzony talent.
Więc gdy w końcu spełniło
się jego marzenie, zupełnie nie potrafił sobie poradzić z buzującymi w nim
emocjami.
- No, tak – mruknął Syriusz, obserwując miotającego się
po kuchni Jamesa, który coś mamrotał pod nosem i co chwilę wymachiwał ręką, w
geście zwycięstwa. – Wiesz kto ucieszy się z twojego sukcesu? – zapytał, a gdy
James pokręcił głową, dodał: - Rudzielec! Idź pod prysznic, a później leć do
szefa remontu, inaczej zwaną Evans. A ja w tym czasie zwalczę kaca – dodał już
do siebie, bo Rogacz w przysłowiowych podskokach, ruszył do toalety.
***
- Dzień dobry – powiedziała pani Evans, widząc
uśmiechniętego, przystojnego młodzieńca na progu domu. Od razu zaczęła się
domyślać, że to jeden z tych tajemniczych kolegów, do których ostatnio tak
często chodziła jej młodsza córka. – W czym mogę ci pomóc?
- Dzień dobry! – odparł entuzjastycznie James,
przyglądając się rudym włosom, gdzieniegdzie poprzetykanymi siwizną i piegom na
lekko zadartym nosie. Jakby widział Lily za 30 lat! – Przyszedłem do Lily.
Zastałem ją?
- Oczywiście, łapie resztki słońca w ogrodzie – odparła pani Evans, otwierając szerzej drzwi. – Zapraszam do środka, już ją wołam –
dodała i skierowała się w głąb domu.
James, znając już
rozmieszczenie domu, pewnym krokiem wszedł do salonu i lekko zamarł widząc w
nim chudą blondynkę, która szczupłymi palcami, przewracała kolejne strony
kolorowego pisma.
- Cześć – mruknął James, gdy dziewczyna w końcu go
zauważyła i lekko rozchyliła usta. – Jestem znajomym Lily ze szkoły – dodał
czując, że musi jakoś wytłumaczyć swoją obecność w pokoju.
- Uch, kolejny dziwoląg – powiedziała Petunia, zrywając
się z kanapy i szybko wyminęła chłopaka. – Musisz wiedzieć, że moja siostra ma
problemy psychiczne. Ale jeżeli chodzicie do tej samej „szkoły”, pewnie
jesteście tak samo… nienormalni – dodała po dramatycznej pauzie i zadowolona ze
zdziwienia, malującego się na twarzy chłopaka, opuściła salon.
- Jestem – powiedziała Lily, wchodząc przez drzwi
tarasowe do chłodnego wnętrza. – Co cię tu sprowadza? – zapytała podejrzliwie,
na co jej mama ciężko westchnęła.
James uśmiechnął się lekko
na widok czerwonego nosa Lily, który to zapewne przypiekł się w ostatnim tak
słonecznym dniu tego lata.
- Chciałem cię zaprosić na spacer – odparł James. – Jest
taka ładna pogoda… - dodał.
Lily spojrzała na mamę i
kiwnęła głową.
- Więc chodźmy.
***
Szli w ciszy już kolejną
przecznicę. Lily myślała o powodzie, dla którego została zaproszona na taki
cichy marsz, a James upajał się cichą, niekrzyczącą obecnością dziewczyny.
- Więc… - zaczęła Lily, gdy weszli do parku, który oddzielał
bogatszą część Little Whinging, od tej skromniejszej. – Idziemy w konkretne
miejsce, czy może po prostu, pospacerujemy?
- A masz jakieś ulubione? – zapytał James, rozglądając
się po gęsto zadrzewionym parku i spojrzał na oddalony plac zabaw.
- Mam – odparła Lily i lekko zagryzła wargę.
Owszem, miała takie miejsce.
Tylko, że ono nie należało tylko do niej… Ale czy ostatnimi czasy, James Potter
nie okazał się osobą godną podzieleniem się tym miejscem? Bowiem w krótkim
czasie, James Potter osiągnął coś, czego tak bardzo pragnął przez parę lat.
Uwagę i przyjaźń. Jednak tylko przyjaźń.
- Pokażę ci coś – powiedziała, podejmując decyzję.
Złapała ciepłą dłoń chłopaka
i pociągnęła go w tą bardziej zarośniętą i dziką część parku. Po chwili
przedzierania się przez bujną roślinność, drapiące krzaki i wysokie trawy,
dotarli do wysokiej wierzby, rosnącej tuż nad ciemną wodą.
- To tutaj spędzałam najwięcej czasu podczas powrotów do
domu.
- Z…? – zaczął James, ale szybko ugryzł się w język. Z
całą pewnością nie chciał poruszać tego zakazanego tematu.
- Tak, z Severusem – odparła Lily, siadając na rozgrzanej
ziemi i oparła się o pień drzewa. – Potrafiliśmy spędzać tutaj całe dnie, coś
sobie opowiadając, planując. To tutaj Snape opowiadał mi o Hogwarcie, o świecie
czarodziei… A ja tak bardzo lubiłam tego słuchać, i wyobrażać sobie…
- Co? – zapytał zaciekawiony James.
- Idealną przyszłość – odparła Lily, gorzko się śmiejąc.
– Wiesz, ukończenie szkoły ze wszelkimi zaszczytami, następnie świetną pracę w
tym niewiarygodnym Ministerstwie, o którym tyle słyszałam… I wreszcie cudownego
męża, mężczyznę doskonałego. Marzenia jedenastolatki...
- To całkiem możliwa przyszłość – powiedział James,
siadając ramię w ramię z rudowłosą. – Masz najlepsze oceny na roku, zostałaś prefektem naczelnym, Ministerstwo będzie się zabijać o ciebie, z twoimi
umiejętnościami…
Lily uśmiechnęła się.
- Widzę, że chcesz to powiedzieć – powiedziała i ze
śmiechem szturchnęła Jamesa w ramię. – „Cudownego męża też możesz mieć, patrz
na mnie” – przedrzeźniła go, zabawnie grubym głosem.
- Ej, ja tak nie mówię! – zawołał James i wesoło się
roześmiał. – Ale masz rację, chciałem to powiedzieć, ale się opanowałem…
- Doceniam – odparła Lily i westchnęła. – Ale mów, jestem
ciekawa co się kryje za tym spacerem. Jeszcze nigdy po mnie nie przyszedłeś,
chociaż mieszkacie w domu Syriusza już prawie
od miesiąca.
- Zostałem kapitanem drużyny – powiedział James.
- James, to cudownie! – krzyknęła Lily i lekko objęła
chłopaka. – Oczywiście wiesz, że wiąże się to z wzmożoną pracą i
odpowiedzialnością…
- Jasne, już mam cały plan, co zrobić, żeby Gryffindor
zdobył puchar – odparł James, rozkoszując się uściskiem, który o wiele za
szybko się skończył. – Mam nadzieję, że będziesz wpadać na mecze?
Lily uśmiechnęła się i
kiwnęła głową.
***
Spotkanie na Pokątnej
zupełnie nie wypaliło. Okazało się, że Alicja z Frankiem zrobili zakupy już
wcześniej, i chcieli ukraść parę chwil tylko dla siebie (przez całe wakacje
widzieli się tylko tydzień, zresztą spędzony z resztą przyjaciół). Peter z
Remusem, wybrali się na krótki wypad survivalowy - szkolne zakupy miała załatwić
pani Lupin. A znowu Syriusz umówił się na od dawna zapowiadającą się randkę z
Dorcas.
- Gotowa? – zapytał James, dyskretnie wyciągając przed
siebie rękę z różdżką.
- Gotowa – odparła Lily.
I po chwili stał przed nimi
wściekle fioletowy autobus.
- Witamy na pokładzie Błędnego Rycerza! Nazywam się Mark
Lawson i będę waszym konduktorem. Dokąd?
- Londyn, Dziurawy Kocioł – odparł James, przepuszczając
Lily w wejściu do pojazdu.
- Stare śmieci, co? – powiedział Mark, wyciągając rękę po
pieniądze. – To ruszamy, usiądźcie! – krzyknął.
Autobus ruszył niczym
rozwścieczony byk na machającego czerwoną płachtą torreadora.
- Chyba nigdy nie polubię tego środka lokomocji – mruknęła Lily,
gdy krzesła na których usiedli z Jamesem, gwałtownie poleciały do tyłu, gdy autobus
ruszył.
- Mogliśmy się teleportować – odparł James.
- Jeszcze nie ćwiczyłam teleportacji łącznej, więc to
chyba nie było wskazane – odparła Lily i odetchnęła z ulgą, gdy autobus
gwałtownie zahamował obok wejścia do Dziurawego Kotła.
Weszli do ciemnego wnętrza,
i próbując nie zwracać na siebie uwagi ruszyli do przejścia na Pokątną.
- Okropnie teraz jest – zauważył James, spoglądając na
przestraszonych ludzi, szybko załatwiających swoje sprawy na najsłynniejszej
londyńskiej ulicy wśród czarodziei.
- Strach robi swoje – odparła Lily i spojrzała na
chłopaka. – Najpierw skoczymy do Gringotta, muszę wymienić pieniądze.
James kiwnął głową i uważnie
rozglądając się na boki, ruszył za Lily niczym bodyguard.
***
- Kupiliśmy już prawie wszystko – powiedziała Lily,
spoglądając na swoją listę zakupów. – Została już tylko apteka i parę
składników, które mi się pokończyły...
- Nie wydaje ci się, że jest podejrzanie spokojnie? –
zapytał James, patrząc na uśmiechnięte twarze przechodniów oraz wyróżniających
się z tłumu uczniów Hogwartu, niosących spore paczki.
- Spokojnie? – zapytała Lily, lekko marszcząc brwi. –
Chyba…
- Śmierciożery! – rozległ się głośny krzyk.
Nagle na spokojnej ulicy
zapanował istny amok. Ludzie rzucili się do ucieczki, niektórzy ukrywali się w
sklepach, inni w wąskich uliczkach, osłaniając się zaklęciem tarczy przed
latającymi wszędzie zaklęciami.
Białe, czerwone i zielone
promienie latały w każdym możliwym kierunku. Bezwładne ciała padały na ulicy,
niczym marionetki, którym ktoś odciął sznurki. Postacie w czarnych szatach
wzięły się znikąd.
- Chodź! – krzyknął James i pociągnął Lily w boczną
uliczkę. Z pod kurtki wyciągnął lejący się materiał i zarzucił na ich głowy. –
Cicho – wyszeptał.
- Widziałem, że ktoś tu wbiega – odezwał się zachrypnięty
głos.
Oczom przerażonej dwójki,
ukazał się rosły mężczyzna, odziany w długą, czarną szatę z białą maską na
twarzy.
- Travers, nikogo tu nie ma – mruknął inny śmierciożerca.
Mężczyzna nazwany Travers’em
kiwnął głową i zawrócił.
James złapał Lily za rękę i
po chwili oboje poczuli to znajome, dziwne uczucie w okolicy pępka.
***
- Ten chłopiec… On… I… Och, to było takie straszne! –
płakała Lily.
Prosto z zaatakowanej
Pokątnej, James dzięki teleportacji łącznej zdołał przenieść ich we względnie
bezpieczne miejsce, jakim niewątpliwie był dom Syriusza Blacka.
- Ciii – wyszeptał James, mocniej obejmując płaczącą
dziewczynę.
Gdy wylądowali w kuchni,
zakupy z głośnym hukiem opadły na podłogę, a Lily uwolniła targające nią emocje
w niezbyt dobrze sobie znany sposób. Zaczęła płakać.
- Ja… Merlinie, zamarłam! James, gdybyś nie… To ja… -
mamrotała Lily, wycierając załzawione oczy. – Nie było by mnie tutaj –
wyszeptała po chwili.
- Lily, nie mów tak.
- James, taka jest prawda – odparła dziewczyna i głośno
pociągnęła nosem. – Uratowałeś mi życie – dodała, łamiącym się głosem.
James usadził znowu szlochającą
dziewczynę na kanapie i poszedł po chusteczki.
- Proszę – powiedział, siadając obok rudowłosej.
- Nigdy ci tego nie zapomnę, James. Nigdy – wyszeptała
Lily, gdy trochę się uspokoiła i przestała naprzemiennie płakać i wycierać nos.
Niezdarnie przysunęła się bliżej chłopaka i utonęła w jego ciepłych objęciach.
Czuła się w nich wyjątkowo bezpiecznie.
***
Od następnego rozdziału narracja będzie należeć do panny E :) Mam do Was pytanie, kiedy chcecie, żeby nasza (a przynajmniej moja) ulubiona para była razem? Aktualnie opisuję koniec września, i cóż, zupełnie nie wiem kiedy to ma nastąpić. Więc, pytanie brzmi, czy chcecie, żeby Lily dłużej się nad wszystkim zastanawiała i poświęcała mnóstwo czasu na przemyślenia typu: "No kiedyś go nie znosiłam, ale się zmienił, i może w końcu coś czuję do tego palanta?", czy wolicie żeby James powoli zdobywał jej uczucie? W tamtym opowiadaniu wszystko wydarzyło się tak szybko, więc w tym chcę żeby było trochę inaczej... Ale znowu nie chcę wszystkiego rozciągać w czasie, bo cóż, nie jestem z tych co piszą 150 rozdziałów, a oni nadal na siebie tylko burczą. Czekam na opinie :)
Rozdział jest świetny. Lily świetnie poradziła sobie z tymi fachowcami. Czyżby Lily polubiła 1/2 huncwotow ? Oooo Śmietciojadki na Pokątnej ? Dobrze że James szybko zareagował. Hmm chyba wolę żeby Rogacz zdobył jej uczucia powoli.
OdpowiedzUsuńO boziu czadd!!! xDD co do związku Niech Jim powoli zdobywa jej uczucia <3 kocham normalnie ten rozdział był taki uroczy haha do następnego xx
OdpowiedzUsuń