niedziela, 30 sierpnia 2015

Miniaturka numer 16



      Nigdy nie myślałam o śmierci. Chociaż żyliśmy w naprawdę niebezpiecznych czasach, nigdy tak naprawdę nie myślałam, co się dzieje z duszą po śmierci. Z ciałem – wiadomo, odbywa się pogrzeb, ciało jest po prostu pochowane, i czeka na swoją kolej zjedzenia przez robaki i rozłożenia się; zależy co nastąpi najpierw. Dosyć nieprzyjemna myśl, ale chyba musiałam się z tym pogodzić. Jak już trafia cię niewybaczalne zaklęcie, masz świadomość, że to już twój cielesny koniec. Jednak dusza… Dusza nie umiera.
      Wiedziałam, że można wrócić. Oczywiście, że to wiedziałam, w końcu w Hogwarcie roiło się od duchów. Ale nigdy nie myślałam, jak to będzie bez ciała. Jak to jest być istotą niecielesną, nieczującą fizycznego bólu.
A muszę przyznać, że było dziwnie. Naprawdę dziwnie. A co gorsza, tak już miało zostać na zawsze.
Miałam dwa wyjścia – iść dalej, albo powrócić jako duch. Wybrałam bramkę numer 1 – poszłam dalej. A raczej, przefrunęłam, nie zapominajmy o tym, że moje ciało zostało w rozwalonym domu w Dolinie Godryka, a ja znajdowałam się…
Właśnie, gdzie ja się znajdowałam?
            - Cholerny dworzec King’s Cross – westchnęłam pod nosem, rozglądając się dookoła, po dziwnie uporządkowanym i całkiem nieźle pachnącym wnętrzu, zupełnie odmiennym od tego, jakie zapamiętałam.
            - Lily Evans? – usłyszałam pytanie.
Odwróciłam się i spojrzałam na uśmiechającą się istotę. Tak samo przejrzystą jak ja, tak samo nie materialną.
            - Tak – odparłam, przyglądając się niepokojąco pięknej istocie. – Gdzie jestem?
Uśmiechnął się i rozejrzał dookoła.
            - To nie jest twoje miejsce przeznaczenia – odparł, zupełnie olewając moje pytanie. – Myślę, że chciałabyś kogoś zobaczyć…
Spojrzałam na niego z nadzieją. Były dwie osoby, które tak bardzo chciałabym zobaczyć. Z tego co czułam, jedna z nich znajdowała się tutaj, w tej dziwnej poczekalni, czy jak mi się wydawało – dworcu.
            - Twój mąż czeka tam – dodał, wskazując na drzwi, które nagle się przede mną ukazały. – Czeka na was niespodzianka, Lily Evans.
Zamrugałam oczami i popchnęłam drzwi.
            - James – westchnęłam z ulgą, gdy zobaczyłam męża.
Wyglądał zupełnie inaczej, niż żywy James. Ten wydawał się jakiś taki… wyblakły. Ale nie miałam się czemu dziwić. Wiedziałam, że umarł przede mną, próbując go zatrzymać. A poza tym, nie zapominajmy o tym, że też nie miał ciała.
            - Lily – powiedział, wyciągając do mnie rękę. – Tak mi przykro, Lily, proszę, wybacz mi – poprosił, patrząc na mnie błagalnie.
Lekko się uśmiechnęłam i pogładziłam go po policzku.
            - Harry żyje, to najważniejsze – odparłam i rozejrzałam się po pomieszczeniu. – Jesteśmy w… kinie? – zapytałam, ale raczej samej siebie. James był ignorantem w sprawach mugolskich, a to pomieszczenie wyglądało jak nieduże, dwuosobowe kino – naprzeciwko wielkiego ekranu, stały dwa fotele.
            - Usiądźmy – zadecydował.
Gdy tylko to uczyniliśmy, ekran rozświetlił się na biało, a następnie wyświetlił obraz.
Klatka po klatce, widzieliśmy to, co działo się po naszej śmierci.
Syriusza, lamentującymi nad naszymi martwymi ciałami.
Harry’ego płaczącego wśród gruzów, leżącego obok mojego bezwładnego ciała.
Hagrida, zabierającego naszego syna z tego, co zostało po naszym przytulnym domu.
Dzieciństwo Harry’ego, tak okropne… Nie takie, jakie dla niego zaplanowaliśmy.
Moją siostrę i jej rodzinę, traktujące nasze dziecko jak popychadło, jak najgorszego skrzata domowego.
Ale widzieliśmy też Harry’ego - odważne, miłe dziecko, próbujące dopasować się do sytuacji, cierpiące w samotności.
Aż nadszedł list. I wszystko zmienił.
            - Nie mogę – wyszeptałam, przymykając oczy i łapiąc dłoń Jamesa.
To my powinniśmy go zabrać po raz pierwszy na Pokątną! My, nie Hagrid! To my powinniśmy mu pokazać, jak się dostać na peron 9 i ¾, a nie Molly Weasley!
            - Smarkerus – usłyszałam cichy głos Jamesa, i spojrzałam ponownie na ekran.
Severus Snape, mój były przyjaciel, traktował mojego syna, jak najobrzydliwszego robaka, traktował go jak… Jak Jamesa.
            - Nie chcę tego oglądać! – zawołałam wyprowadzona z równowagi, i wstałam z fotela. – Słyszysz mnie?! Nie chcę! Chcę wrócić, chcę wrócić, rozumiesz?! – wołałam do tego, który mnie tutaj przyprowadził.
            - Chcę wrócić… - wyszeptałam, płacząc.


***


            - Lily… - usłyszałam i uśmiechnęłam się lekko. – Lily, to tylko zły sen, słyszysz?
Otworzyłam oczy i spojrzałam prosto w orzechowe tęczówki Jamesa.
            - To był zły sen, wszystko jest dobrze – wyszeptał, gładząc mnie po plecach.
Zmarszczyłam czoło i rozejrzałam się po pomieszczeniu. Które tak dobrze znałam… Byliśmy w domu.
            - Harry – powiedziałam i od razu się rozbudziłam. – Gdzie jest Harry?
            - Jest tutaj, śpi – odparł James, wskazując na łóżeczko, stojące obok naszego łóżka. – Lily, co ci jest? – zapytał, gdy szybko podbiegłam do mebelka i porwałam dziecko na ręce.
            - Który dzisiaj? – zapytałam, podchodząc do męża.
            - 31 października, Halloween – odparł James.
Jednego byłam pewna. Zdarzyło się coś, co miało zmienić bieg historii. Może była to wizja, proroczy sen, lub nawet halucynacje, to było zupełnie nieważne.
            - Zapakuj najważniejsze rzeczy, i zawiadom Syriusza, że się do niego teleportujemy. Niech zawiadomi Dumbledore’a i… - spojrzałam Jamesowi w oczy, i lekko się uśmiechnęłam.
            - James, nawet nie wiesz, jak wspaniale znowu tutaj być.
I w tym momencie, mógł mnie nie rozumieć, i uważać za wariatkę. Ale zdarzył się cud.
Wróciłam. 


***


Hm, takie coś mi wyszło, to sobie myślę - dodam, jako taką zapchaj dziurę ;)
Mam problem z rozdziałem 41, niby wiem co powinnam napisać, ale gdy otwieram Worda, zupełnie się blokuję i gapię na pustą kartkę, aż wreszcie zamykam i myślę, że następnego dnia, będzie lepiej. A niestety, nie jest.
 Tak sobie myślę, czy po prostu nie wyrosłam z tego typu opowiadań. Właściwie, czas najwyższy...

czwartek, 27 sierpnia 2015

Rozdział 39



            - Dorcas – wyszeptał Syriusz, patrząc na zamyśloną dziewczynę. – Dor – powtórzył, wyrywając ją z zamyślenia.
            - Tak? – zapytała, nieprzytomnym wzrokiem patrząc na czarnowłosego.
            - Odpłynęłaś, kotku – zauważył, wpatrując się w błękitne tęczówki dziewczyny. – Mam nadzieję, że nie myślałaś o nim? – zapytał, czując pewien niesmak.
Nigdy nie przypuszczał, że będzie mu zależało na jakiejkolwiek dziewczynie, tak bardzo, jak na Dorcas. Do pewnego momentu, dziewczyny, w życiu Syriusza Blacka stanowiły miłą odskocznię od rzeczywistości. Mógł w nich przebierać; blondynki, brunetki, rude, młodsze, starsze, dotąd nie miał ustalonego typu. Dopóki nie pojawiła się ona…
Jedyną przeszkodą, w miarę spokojnym i ustabilizowany związku z panną Meadowes, była ciągle czająca się gdzieś postać jego brata.
            - O Regulusie? – zapytała, rumieniąc się lekko. – Wcale o nim nie myślę, przecież wiesz, że zawsze myślę o tobie.
Syriusz odwrócił głowę. Nie chciał dać po sobie znać, jak bardzo zabolało go kłamstwo dziewczyny.


***


            - Paskudnie to wygląda – mruknęłam, oglądając swoje plecy.
Zapomniałam, jak bardzo lubiłam łazienkę prefektów. To wielkie pomieszczenie, przypominające bardziej basen, niż typową łazienkę, było cudownym miejscem do przemyśleń. Jedynie nie wpadłam na to, że w gigantycznym lustrze, w końcu dokładnie zobaczę wszystkie swoje obrażenia.
Tak, szramy nadal zdobiły moje ciało i przypominały mi o tym, że nigdy nie można czuć się bezpiecznie. Bo gdy już oblewa cię słodkie uczucie bezpieczeństwa, dzieje się coś takiego.
            - Okropne – wyjęczałam, wyżej podnosząc ręcznik, aby obejrzeć uda.
Popatrzyłam na nogi, uniosłam wzrok i głośno wrzasnęłam.
            - Potter! – zawołałam, ciasno obwiązując się ręcznikiem. – Oszalałeś? – zapytałam, próbując zachować zimną krew.
            - Tylko na twoim punkcie – odparł, podchodząc do mnie. – I zapamiętaj sobie jedno, nic co twoje nie jest okropne. Nawet to – dodał, przejeżdżając palcem po jednej z zagojonych pręg po zaklęciu.
            - Naprawdę? – zapytałam, czując przyjemne ciepło, rozchodzące się w miejscu, którego dotknął.
            - Myślisz, że mógłbym cię okłamać? – zapytał, sunąc dłonią po moim ramieniu.
            - N-nie – odparłam, widząc gęsią skórkę, w tych miejscach które dotknął.
            - To cudownie – wyszeptał, wpijając się w moje wargi.
O ile sobie przypominam, to nikt mnie nigdy tak nie całował.


***


            - Nadal nic nie wiemy – powiedziałem, patrząc na przyjaciół.
Siedzieliśmy we trójkę w dormitorium i nadal dyskutowaliśmy o tym samym – ataku na Lily.
            - Ja ci mówię, Rogaczu, że to któryś z tych parszywych Ślizgonów – odparł Syriusz, zakładając ręce na piersi. – Jestem tego pewien, i nie, nawet nie próbujcie mnie przekonywać, że się mylę.
            - Remusie? – westchnąłem, patrząc na skupionego blondyna.
            - Tak jak zazwyczaj nie we wszystkim zgadzam się z Syriuszem, tak teraz muszę przyznać mu rację – powiedział. – Myślę, że to ktoś ze Slytherin'u. Musimy pomyśleć, kto chciałby skrzywdzić Lily i dlaczego.
Skrzywiłem się. Kto mógłby chcieć skrzywdzić Lily?! Przecież to najsłodsza, najmądrzejsza i najodważniejsza dziewczyna jaką znam! Co prawda, mogę być trochę nie obiektywny, ponieważ jest moją żoną, ale przecież nie ożeniłbym się z przeciętną dziewczyną, prawda?
            - Nie rozumiem, czemu Dumbledore nie robi nic więcej – powiedziałem, przerywając ciszę. – Prawie w ogóle nie ma go w zamku, a jak już jest i próbuję go gdzieś dopaść, znowu gdzieś znika! A myślałem, że w zamku nie można się teleportować…
            - Dumbledore to największy czarodziej naszych czasów, na pewno zna zaklęcia, o których nie mamy pojęcia – odparł Remus. – Ale to dziwne, zazwyczaj był na miejscu, w szkole…
            - Teraz nawet nie mamy żadnych dojść do Zakonu – wtrącił Syriusz, i spojrzał na mnie przepraszająco. – Sorry, stary, nie chciałem, żeby to zabrzmiało okrutnie.
            - Nie zabrzmiało – odparłem.
Bo co innego miałem powiedzieć? W pewnym sensie, pogodziłem się z faktem, że moi rodzice nie żyją. W dodatku, ostatnie wydarzenia zupełnie wyparły myśli o zmarłych rodzicach z mojej głowy. Musiałem martwic się żywymi.
            - Powinniśmy mieć wtyki – powiedział Remus, spoglądając na Syriusza.
Popatrzyłem na Łapę proszącym wzrokiem.
            - Ooo, nie! – zawołał, wykrzywiając usta. – Nie pójdę do mojego brata, tej łajzy, podrywającej moją dziewczynę!
            - O czym ty mówisz? – zaśmiałem się.
Dorcas i Regulus? To śmieszne!
            - Nieważne – wyburczał Syriusz, kopiąc kolumienkę swojego łóżka. – Nie pójdę do tego podlizującego się mamusi, dupka. Nie i koniec – zapowiedział.
            - Łapoo – wyjęczałem. – Błagam – dodałem, ale widząc upartą minę Syriusza, wiedziałem, że muszę wytoczyć ciężkie działa. – Chcesz, żebym przypadkowo powiedział Dorcas co urządziłeś sobie w piwnicy?
Łapa zbladł i okropnie zaklął.
            - Jesteś okrutny, przyjacielu – odparł.


***


            - Czy nie mogę iść sama do łazienki? – zapytałam, nawet się nie odwracając.
Była przerwa, za chwilę miała zacząć się ostatnia tego dnia lekcja – Obrona przed Czarną Magią.
            - No wiesz, Lily… - odparła Marlena, obserwując jak myję ręce. – Gdybym to ja została zaatakowana, dałabym sobie różdżkę złamać, że też byś za mną chodziła.
Spojrzałam na blondynkę i z niechęcią kiwnęłam głową.
            - Pewnie tak – odparłam, łapiąc torbę z książkami. – Marlena…
            - Tak? – zapytała.
            - James was prosił?
            - A jak myślisz? – odparła, przewracając oczami.
Uśmiechnęłam się lekko i tanecznym krokiem wyszłam z łazienki. To przemiłe uczucie, gdy ktoś tak bardzo się o ciebie martwi.


***


            - Wstając dzisiejszego poranka, nie myślałem, że spotka mnie taki zaszczyt – usłyszałem ironiczny ton.
Odwróciłem się i zobaczyłem nadchodzącego Regulusa.
            - Chodźmy w głąb Zakazanego Lasu, wolałbym, żeby żaden z moich kumpli nie zobaczył nas razem – dodał, kierując się wzdłuż granicy błoni i lasu, aż wszedł pomiędzy drzewa. – Nie myśl, że nie domyślam się o co ci chodzi.
            - Doskonale – odparłem wyniośle. – Jeżeli wiesz o co mi chodzi, to pewnie też wiesz, czego od ciebie chcę.
Regulus stanął pod drzewem i wyciągnął z kieszeni paczkę papierosów.
            - Palisz? – zapytał.
Westchnąłem i podpaliłem papierosa różdżką.
            - Muszę cię rozczarować, ale jeszcze nic się nie dowiedziałem – odparł po chwili.
Uniosłem brew.
            - Co, Dorcas nic ci nie powiedziała? – zapytał, unosząc jeden kącik ust w ironicznym uśmiechu. – Ach, rozumiem. Pewnie niedużo rozmawiacie… - dodał z obleśnym uśmieszkiem.
            - Odwal się od Dorcas – odparłem, podchodząc bliżej do brata. – I to nie twoja sprawa, co ze sobą robimy.
Westchnął i cicho się zaśmiał.
            - Nie mów, że jesteś zazdrosny… - powiedział, a po chwili ciszy, otworzył szerzej oczy. – Naprawdę, Syriuszu? No, no, kto by pomyślał. Przecież to zawsze ja byłem zazdrosny o starszego, lepszego brata. Co prawda, do pewnego momentu lepszego… Matka nadal nie jest zadowolona z lwa na twojej piersi – dodał, spoglądając na moją szatę.
            - Wróćmy do sprawy – przerwałem, mając dość rozmowy z Regulusem o Dorcas, a tym bardziej o matce. – Zdziałasz coś w sprawie Lily?
            - Gdybyś czasem jednak rozmawiał ze swoją dziewczyną, to wiedziałbyś, że już od jakiegoś czasu działam w tym kierunku – odparł, gasząc papierosa.
Patrząc za odchodzącym w kierunku błoni Regulusem, czułem, że coś się zmieniło. Właściwie, nie coś, a ktoś. I wcale nie byłem pewien, czy na lepsze.


***


Pisałam kolejne, zaległe wypracowanie. Przede mną leżał stos grubych ksiąg, oraz podręczników, a obok mnie leżał śpiący James.
Drużyna Gryffindoru, zaliczyła dzisiejszego dnia ciężki, ostatni trening przed meczem. W tę sobotę miał się odbyć finał rozgrywek, Gryffindor kontra Slytherin.
I nie wiem czemu, ale ten temat o wiele bardziej zaprzątał moją głowę niż pisanie wypracowania o transmutacji kruka w kapę na łóżko.
            - James – szepnęłam, pochylając się nad chłopakiem. Lekko się skrzywiłam, gdy poczułam nadal pobolewające rany na plecach, które wcale tak szybko się nie goiły, jakbym chciała. Ciągnęły, a poza tym naprawdę paskudnie wyglądały. Pani Pomfrey już drugi tydzień szykowała mi maść wybielającą. Co prawda szramy miały już jasny odcień różu, ale na moim bladym ciele były bardzo widoczne.
            - Nie śpię – wymruczał, przekręcając się z boku na plecy, tak że o mało co na niego nie upadłam. – Miło – dodał, widząc moją twarz nad sobą.
            - Powinieneś iść do dormitorium, jesteś zmęczony – powiedziałam, wracając na swoje miejsce w kącie kanapy.
Od pocałunku w łazience prefektów, który miał miejsce już trzy dni temu, do tej pory między nami nic się nie wydarzyło. Nawet nie dlatego, że James nie próbował, bo próbował i to nie raz. Ale… Nadal nic nie pamiętałam! Mogłam sobie mieć obrączkę na palcu, mogłam widzieć nasz akt ślubu, słyszeć od wszystkich zapewnienia, jak to bardzo się kochaliśmy, ale nadal było dziwnie.
Westchnął, siadając obok i złapał mnie za brodę. Patrzyłam mu w oczy.
            - Będziesz mi kibicować? – zapytał.
Uśmiechnęłam się i skinęłam głową.
            - Przecież wiesz, że będę – odparłam.
Bo, chyba dotąd właśnie to robiłam, prawda?
            - Ale będziesz bo chcesz, czy będziesz, ponieważ wydaje ci się, że musisz? – zapytał.
Gdybym nie wiedziała, to bym pomyślała, że mi czytał w myślach.
            - Wydaje mi się, że wcześniej to robiłam – odparłam po zastanowieniu. – Ale najważniejsze jest to, że chcę – dodałam.


***


            - Zjedz coś – poprosiłam.
Do meczu została tylko godzina – cała drużyna Gryffindoru nadal siedziała przy stole i wpatrywała się w jedzenie.
            - Chociaż tosta, chcesz spaść z miotły? – zapytałam, zsuwając z półmiska na talerz Jamesa, przypieczonego tosta.
            - Dobrze, zjem – westchnął. Trochę skojarzył mi się z dzieckiem robiącym mamie łaskę. Coś w stylu „dobrze, zjem mięso, ale warzywa zostawię”.
            - Doskonale – powiedziałam, gdy bez entuzjazmu przeżuwał chrupiący chleb. – Jesteście w świetnej formie, jestem pewna, że zdobędziecie medal.
            - Puchar, Rudzielcu – poprawił mnie Syriusz, który też się przekonał do śniadania. – Rogaczu, zacznij ty edukować swoją ukochaną, masz do tego świetne możliwości. W końcu mało co pamięta.
            - Syriuuuusz – wyjęczała Dorcas. – Merlinie, jaki ty jesteś nietaktowny.
Black wyszczerzył swoją idealną gablotę, białych zębów i wrócił do śniadania.
            - W każdym razie, na pewno zdobędziecie puchar – powiedziałam i poklepałam bladego Jamesa po dłoni.
            - Lily, musimy już iść zając miejsca – powiedziała Alicja, siłą odciągając mnie od stołu.
            - Powodzenia! – zawołałam jeszcze i ruszyłam za znajomymi.
            - Masz Lily – powiedział Remus, dając mi wuwuzelę. – Pamiętajcie dziewczyny, głośno kibicujcie – dodał, podając kolejną swojej dziewczynie, Amy.
            - Taa – westchnęła Marlena, z uwagą obserwując Thomasa, który zawzięcie dął w sprzęt dany nam przez blondyna. – Faceci są tacy dziecinni – skomentowała, gdy po chwili Frank z Thomasem zaczęli się kłócić o kapelusz z ruchomym lwem.


***


Było już 100-70 dla Gryffindoru. Według mnie (ale co ja się tam znam), był to doskonały moment na złapanie złotego znicza.
            - Łap go, James – pomyślałam, patrząc jak brunet rozgląda się po boisku, szukając piłeczki ze skrzydełkami.
Latając ramię w ramię ze Smith’em – kapitanem i za razem szukającym Ślizgonów, w końcu to dostrzegł. Złoty błysk nad trybunami Krukonów.
            - Dajesz James! – krzyczał Remus, zawzięcie wymachując flagą Gryffindoru.
            - Gry-ffin-dor! – słyszałam skandowanie z trzech trybun.
Smith cały czas trzymał się ogona miotły Jamesa, i nie popuszczał. Aż…
            - Proszę państwa, James Potter złapał znicz!! – wrzasnął komentator. – Gryffindor wygrywa przewagą 180 punktów! Gratulacje!
Z wzruszeniem patrzyłam na szczęśliwą drużynę Gryffindoru, podskakującą i gratulującą sobie wygranej.


***


            - Lily! – zawołał James, gdy udało nam się dopchać do drużyny po odebraniu pucharu, wręczonego przez Dumbledore’a.
            - Gra… - zaczęłam, ale przerwał mi gorący pocałunek chłopaka. – Gratulacje – powiedziałam, gdy w końcu się od siebie odsunęliśmy.
Czerwona jak piwonia, patrzyłam na szczęśliwego chłopaka i czułam, że zalewa mnie to cudowne uczucie.
Kochałam go.
I wcale nie czułam, że jest to coś niewłaściwego. Mogłam nie pamiętać wielu wydarzeń z mojego życia, mogłam go nawet zapomnieć, ale moje serce go znało.
Brzmi to trochę jak z kiepskiej telenoweli, ale czasami trzeba zaufać uczuciom, a nie rozumowi.
            - Kocham cię – szepnęłam mu do ucha.
Przez chwilę myślałam, że nie usłyszał. Wokoło panował istny harmider, co chwilę ktoś go poklepywał po plecach i gratulował wygranej.
            - Ja też cię kocham – powiedział, łapiąc mnie za rękę, gdy chciałam odejść.
Z pucharem pod pachą, pociągnął mnie w kierunku zamku.


***


Obserwował ich, wolno obracając różdżkę w niecierpliwych palcach.
            - Zemsta, Potter, będzie słodka – powiedział, spoglądając na uśmiechniętą rudowłosą.
Już on się postara zetrzeć, te szczęśliwe uśmiechy z ich twarzy…


***

Jest :)  Następny rozdział dodam we wrześniu - zaczęłam dosyc intensywny kurs i na nic nie mam czasu. Przychodzę do domu i padam, nie mam głowy, a tym bardziej siły do pisania.
W tekście na pewno są błędy i literówki - wybaczcie, nawet nie chciało mi się ich szukać i poprawiać. 
Jak się czujecie z tym, że to już koniec wakacji? ;) Współczuję powrotu do szkoły, jak dobrze, że mam to już za sobą.

sobota, 22 sierpnia 2015

Rozdział 38



Spędzałem przy szpitalnym łóżku Lily całe dnie. Nie chodziłem na zajęcia, opuszczałem większość posiłków, oraz przestałem przejmować się treningami quidditcha, czy sprawami prefektów.
Liczyło się dla mnie tylko to, aby Lily w końcu otworzyła oczy, i zapewniła mnie, że wszystko jest z nią dobrze.
Od zajścia, ataku, zwał jak zwał, minęło już sześć dni, a Lily nadal nie wybudzała się ze śpiączki, w którą wprowadziła ją pielęgniarka. Pani Pomfrey twierdziła, że wtedy organizm lepiej sobie radzi z leczeniem obrażeń.
Obrażenia… Obrażenia były poważne. Z tego co wywnioskowała pielęgniarka, Lily zaatakowały najpaskudniejsze zaklęcia, jakich można się nauczyć z książek z Działu Ksiąg Zakazanych.
Pani Pomfrey wysnuła teorię, że najpierw została sparaliżowana. Następnie napastnik użył chyba większości zaklęć pojedynkowych, a nawet jednego niewybaczalnego.
Najgorsze były skutki Sectusempry – pielęgniarka co parę godzin musiała zmieniać przesiąknięte krwią bandaże. Rany po zaklęciu nie chciały się goić – Lily przeszła już dwie transfuzje.
A napastnik? Nieodnaleziony. Nieznany.
Dumbledore przebadał różdżkę Snape’a – to nie on torturował Lily.
W szkole już nikt nie czuł się bezpiecznie. Po złapaniu Avery’ego i jego pomocnika, Pettigrew w szkole panował idealny spokój. Teraz, każdy się bał, że atak znowu się powtórzy, że to on będzie następny.
Nauczyciele, szkolne duchy oraz nawet skrzaty domowe, zostali postawieni w stan gotowości. Wszyscy spodziewali się kolejnego ataku. Tylko ja, byłem dziwnie pewny, że jest to wymierzone w nas, we mnie i w Lily. Albo po prostu chciałem wierzyć w to, że wcale niebezpieczeństwo nie czaiło się za rogiem.
            - James, zejdź na kolację, stary, wyglądasz okropnie – powiedział Syriusz, łapiąc mnie za ramię. – Nie pomożesz Lily zwyczajnie się głodząc.
            - Później zjem – odparłem, cały czas patrząc na spokojną twarz rudowłosej. To było jedyne miejsce, bez żadnego zadrapania, siniaka, czy rany.
            - Rogaczu…
            - Później.


***


Czułam, że ktoś trzyma mnie za rękę. Nie chciałam tego, wszystko tak bardzo mnie bolało…
            - Lily – usłyszałam, powtarzające się co chwilę imię. – Budzi się!
Walcząc z ociężałymi powiekami i bólem paraliżującym całe moje ciało, w końcu coś zobaczyłam.
            - Zostaw mnie – wyszeptałam, patrząc ze strachem. – Nie dotykaj! – dodałam, gdy chłopak się nade mną pochylił.
            - Lily, to ja, James – powiedział, patrząc na mnie z niepokojem.
            - Panie Potter, proszę opuścić salę, muszę zbadać pacjentkę – powiedziała pielęgniarka. – Już, proszę iść, może jeszcze pan zdąży na kolację.
Widząc, że chłopak wychodzi z sali, odetchnęłam z ulgą.


***


            - Jak to, nie poznała? – zapytała Dorcas, spoglądając z przejęciem na miotającego się po dormitorium Jamesa.
            - Bała się, nie wiem, może po prostu myślała, że… - przerwał. – Może się bała, że ją skrzywdzę.
            - James – wyszeptała Marlena, delikatnie dotykając ramienia przyjaciela. – Na pewno nie chciała cię skrzywdzić, ktoś ją zaatakował, leżała przez tydzień w śpiączce, na pewno nie zorientowała się, że to ty.
            - Marlena ma rację, Rogaczu, nie martw się – powiedział Syriusz. – Rano pójdziesz do Skrzydła i wszystko się wyjaśni. Będzie jak dawniej, zobaczysz…


***


Leżałam z szeroko otwartymi oczami, wpatrując się w biały, delikatnie popękany sufit. Lekko poruszałam każdą kończyną, czując promieniujący z niej ból. Westchnęłam i popatrzyłam na pełne szram ręce.
            - Lily – usłyszałam i spojrzałam w stronę drzwi. – Jak się czujesz?
            - Dobrze – wyszeptałam, nerwowo spoglądając na chłopaka. – Po co tu przyszedłeś? – zapytałam.
Wyglądał, jakby zabolało go to pytanie.
            - Jak możesz o to pytać? – odparł. – Kocham cię, jak mogłoby mnie tu nie być?
Otworzyłam szerzej oczy i trochę podniosłam się na posłaniu.
            - Ja… - zaczęłam nerwowo, po czym głośno zaczerpnęłam tchu. – Nie wiem kim jesteś.


***


Ciężko usiadłem na krześle i patrzyłem na nerwowo bawiącą się prześcieradłem Lily.
            - Straciłaś pamięć? – zapytałem, bacznie się jej przyglądając.
            - Pani Pomfrey twierdzi, że tak – odparła spokojnie. – Ale nie wie, czy sobie wszystko przypomnę. Czuję się okropnie, niektóre osoby, sytuacje doskonale pamiętam, ale… - przerwała, przypatrując mi się uważnie. – Nie pamiętam cię. Czy… my jesteśmy parą? – zapytała, lekko się rumieniąc.
Delikatnie złapałem jej lewą dłoń i potarłem palcem cienką obrączkę.
            - Jesteśmy małżeństwem – odparłem, przypatrując się jej reakcji.
            - Małżeństwem – powtórzyła, spoglądając na mnie z zaciekawieniem. Zmarszczyła czoło. – Nie za wcześnie? Mamy tylko osiemnaście lat, sprawdziłam w karcie, nawet tego nie pamiętałam – dodała, zakrywając dłonią oczy.
            - Czekałem na ten moment dwa lata, więc na pewno nie za wcześnie, przynajmniej jak dla mnie – odparłem, walcząc z chęcią rozwalenia czegoś. Nie pamiętała mnie! – Pobraliśmy się w dniu pogrzebu mojej matki, widziałaś moje cierpienie, chciałaś, żebym nie czuł się taki samotny. Wcześniej zmarł ojciec – dodałem, widząc jej minę.
            - Więc to nie było zaplanowane? – zapytała zamyślona. – A moi rodzice? Wiedzą o tym?
Pokręciłem głową.
            - Planowaliśmy, że pojedziemy do twoich rodziców zaraz po zakończeniu szkoły – odpowiedziałem. – Obawiałaś się, że będą na nas wściekli, ale wtedy zaproponowałem, że możemy wziąć drugi ślub, mugolski.
Skinęła głową i spojrzała mi w oczy.
            - Potrafię zrozumieć, czemu coś takiego zrobiłam – powiedziała, wdzięcznie się rumieniąc. – Jesteś całkiem przystojny.
Zaśmiałem się uszczęśliwiony. Nawet jeżeli Lily mnie nie pamiętała, nadal była sobą. A ja byłem na tyle uparty, żeby ponownie ją zdobywać, jeżeli zajdzie taka potrzeba. Nigdy jej nie opuszczę.


***


Minęły dwa dni, od chwili odzyskania świadomości. Co chwilę ktoś do mnie wpadał, niektóre osoby pamiętałam, niektóre kojarzyłam, inne zupełnie zapomniałam.
Najczęściej siedział u mnie James. Pomagał pani Pomfrey zmieniać moje opatrunki, co prawda, było to dla mnie trochę krępujące, niektóre znajdowały się w miejscach, których wolałabym żeby nie widział, ale on po wyjściu pielęgniarki zmierzył mnie spojrzeniem i oznajmił, że zaznajomił się z każdą częścią mojego ciała.
Niegojące się rany nadal bolały. Nie był już to taki ból, jak przy chwili przebudzenia, był lekko uśmierzony eliksirem przeciwbólowym, ale nadal się czaił. Czasami, gdy zbyt szybko się podnosiłam, znacząco dawał o sobie znać. Nocami potrafiłam leżeć i jęczeć z bólu, dopóki nie przybiegała pani Pomfrey, z kolejną dawką silnych eliksirów.
Jednak, w tym wszystkim nie to było najgorsze. Ból mogłabym wytrzymać. Najstraszniejsza była świadomość tego, że wielu momentów oraz osób ze swojego życia, zwyczajnie nie pamiętałam.
Jak mogłam zapomnieć Jamesa, oraz wszystkie wspomnienia z nim związane, jeżeli pamiętałam koleżankę z podstawówki, z którą, mogłam się założyć, nie widziałam się już parę lat?
Jak mogłam nie kojarzyć Marleny, jeżeli już prawie od roku dzieliłam z nią dormitorium?
Czemu pamiętałam chłopaka imieniem Peter Pettigrew, a nie wiedziałam kim on jest?
Czułam, że te wspomnienia nie są stracone, że jeszcze kiedyś sobie wszystko przypomnę. Jedynym dręczącym mnie pytaniem, było: kiedy?


***


            - Witaj w domu! – zawołała Dorcas, wprowadzając mnie do dormitorium.
Rozejrzałam się po znajomym pomieszczeniu i odetchnęłam z ulgą. Chociaż tego nie zapomniałam.
W Skrzydle Szpitalnym, łącznie, spędziłam dwa tygodnie. Była już połowa kwietnia, wielkimi krokami zbliżały się egzaminy końcowe, oraz powrót do domu.
Tylko, co było moim domem? Little Whinging, w którym się wychowałam i mieszkałam całe życie, czy jak twierdził James, Dolina Godryka, w której mieliśmy osiąść po zakończeniu Hogwartu. Nie wiedziałam.
            - Miło coś pamiętać – mruknęłam, siadając na swoim łóżku.
Lekko się skrzywiłam. Niektóre rany nadal się nie zagoiły, chociaż dyrektor sprowadził ze Świętego Munga magomedyka, znającego się na klątwach i urokach. Nadal musiałam zażywać eliksiry przeciwbólowe, oraz aplikować na rany maści gojące i oczyszczające. Nie było to najprzyjemniejsze, chociaż może wygląd tych szram był gorszy, niż ból.
            - Robiłyśmy dla ciebie na bieżąco notatki – powiedziała Alicja, kładąc mi obok łóżka stos gęsto zapisanych pergaminów. – Nauczyciele znają twoją sytuację i na pewno będziesz miała lżej.
Kiwnęłam głową. Wcale nie chciałam mieć taryfy ulgowej, ale nawet nie wiedziałam co wiem. Przerażało mnie to. A jeżeli zapomniałam nawet najprostsze zaklęcia?
            - Rozmawiałaś z Dumbledore’m? – zapytała Dorcas, siadając obok mnie. – Czy już wykrył sprawcę?
            - Rozmawiałam – przytaknęłam, przypominając sobie rozmowę z dyrektorem, gdy opuszczałam Skrzydło Szpitalne. – Pytał, czy coś pamiętam z tego zajścia, ale mam zupełną pustkę. Nie pamiętam nic, nie wiem skąd wracałam, ani czy z kimś przebywałam na tym korytarzu. Ciemność.
Dorcas cicho westchnęła. Pogładziła mnie po ramieniu i uśmiechnęła się pocieszająco.
            - Nie martw się, na pewno sobie wszystko przypomnisz…
            - Nie wiem tylko, czy chcę wszystko pamiętać – odparłam szeptem.
Bałam się, że przypomnę sobie moment ataku, a tego jednego wspomnienia nie chciałam odzyskać.

***


Połowę niedzieli spędziłam z dziewczynami w dormitorium. Było naprawdę miło, jedynie w chwilach gdy o czymś mówiły, a ja nie wszystko pamiętałam czułam się tak dziwnie. Patrzyły na mnie takim wzrokiem, jakby chciały mi powiedzieć, że powinnam wiedzieć o co chodzi. Czułam się przez to naprawdę źle, ze świadomością, że tak wiele tracę.
Po popołudniowej zmianie opatrunków, w której pomogła mi Marlena, zeszłyśmy do Pokoju Wspólnego. I tu też nie było lepiej. Czułam na sobie spojrzenia uczniów, z każdego kąta dobiegał szmer rozmów. Wiedziałam, że mówią o mnie.
            - Nie gap się – warknęła Dorcas na jedną z szepczących dziewczyn. – Zobacz Lily, idzie James – dodała, spoglądając na schody prowadzące do męskich dormitoriów.
Uśmiechnęłam się lekko na widok chłopaka. Przez ten tydzień spędzony w Skrzydle Szpitalnym naprawdę zdążyliśmy się zaprzyjaźnić. Był naprawdę miły, troskliwy, i właściwie przestałam się dziwić tej obrączce na moim palcu.
            - Cześć – powiedział zwracając się do dziewczyn, po czym na mnie spojrzał. – Witaj, Lily.
Zarumieniłam się. Był naprawdę przystojny. Ciemne, lekko rozczochrane włosy wdzięcznie opadały mu na czoło. Okrągłe okulary nieznacznie zsunęły się po prostym nosie, a pełne usta były wygięte w przyjaznym uśmiechu.
            - Cześć – odszepnęłam. Rozejrzałam się po pokoju i widząc zaciekawione spojrzenia uczniów, dodałam: - Czy możemy się przejść?
Skinął głową i złapał mnie za rękę. To było całkiem miłe, pomógł mi przejść przez obraz i skierowaliśmy się po schodach na piętro.
            - Miałam dość tych ciekawskich spojrzeń – wytłumaczyłam się od razu, gdy doszliśmy do drzwi wiodących na Wieżę Astronomiczną.
            - Wcale ci się nie dziwię – odparł, prowadząc mnie do barierki.
Spojrzałam na rozległy krajobraz. Było już w miarę ciepło, ale przez luźne sploty swetra czułam przeszywający wiatr.
            - Nie chciałabym zapomnieć tego widoku – powiedziałam, opierając się o barierkę.
Woda w jeziorze, delikatnie połyskiwała w promieniach zachodzącego słońca. Drzewa w Zakazanym Lesie lekko się chwiały pod naporem wiatru, a boisko do quidditcha świeciło pustkami.
            - Już nic nie zapomnisz – odparł.
Czułam, jakby składał mi jakąś przysięgę. Spojrzałam na jego poważną twarz.
            - Mam nadzieję – wyszeptałam i znowu popatrzyłam na jezioro. – Pomożesz mi w nauce? Nawet nie wiem co umiem, jeszcze nie używałam różdżki, a egzaminy już pod koniec maja!
Zaśmiał się.
            - Wszyscy ci pomożemy – zapewnił.


***


            - Mówiłeś, że rzucisz – powiedziała z pretensją dźwięczącą w głosie.
Popatrzyła z irytacją na żarzącą się końcówkę papierosa, po czym przeniosła wzrok na twarz chłopaka.
            - Meadowes, jesteś łatwowierna – odparł, wydmuchując dym. – Mówiłem, że spróbuję, a nie, że rzucę.
Usiadła obok przyjaciela.
            - Dowiedziałeś się czegoś? – zapytała, patrząc na jego poważną twarz. – My nadal nic nie wiemy, a Dumbledore…
            - Dumbledore jest miękki – odparł Regulus, gasząc papierosa czubkiem buta. – Powinien przebadać każdą różdżkę, znajdującą się w zamku, a szczególnie różdżki moich… znajomych – dodał, krzywiąc się.
            - Myślisz, że to Ślizgoni? – dopytała. – James z Syriuszem są tego pewni, ale…
            - Och, mój braciszek z całą pewnością się nie myli, myślę, że to robota Śmierciożerców – odparł brunet beztrosko. – Nazywaj ich po imieniu, Dorcas. To nie są zwykli uczniowie, to zwyrodnialcy, mający za nic takie osoby jak Evans. Tępienie szlam to ich ulubione zajęcie. Co prawda, jeszcze tego nie dopracowali, tak jak ich ojcowie, ale zaczynają. I musisz przyznać, że z zamierzonym skutkiem. W szkole panuje panika.
Dorcas pokręciła głową.
            - Reg, ale ty do nich nie…? – zapytała, rumieniąc się lekko.
            - Czy do nich dołączę? – zapytał, uśmiechając się kpiąco. – A jak myślisz, Meadowes?
            - Myślę, że tego nie zrobisz – odparła.
Zaśmiał się.
            - Meadowes, ja to już zrobiłem.
            - Co? – wyszeptała, rozglądając się. – Coś ty zrobił?!
            - Chcieliście mieć szpiega? – zapytał po chwili milczenia. – To będziecie go mieli… - dodał, odpychając się od pnia drzewa. – Nie kontaktuj się ze mną, bo zaczną coś podejrzewać. Przecież porządny Śmierciożerca nie zadaje się z Gryfonami.



***


            - Dobrze, Lily! – zawołał James.
Od tygodnia, codziennie ćwiczyliśmy zaklęcia, oraz sprawdzaliśmy moją wiedzę.
            - Dziękuję – odparłam radośnie.
Miałam problemy z niektórymi zaklęciami, czy urokami, ale nie było tak źle, jak się obawiałam. Widocznie mój mózg działał tak dziwnie, że pozapominał niektóre osoby, miejsca, oraz wspomnienia, ale nie to, czego się nauczyłam.
Spojrzałam na rozpiskę zaklęć, którą powinien znać każdy uczeń, kończący Hogwart.
            - Expecto patronum jest nadobowiązkowe, ale może spróbujemy? – zapytałam, uśmiechając się.
Nagle James spoważniał.
            - Do tego zaklęcia potrzebne są szczęśliwe wspomnienia – odparł. – Czujesz, że masz takie najszczęśliwsze?
Zamyśliłam się. Wiadomość, że dostałam się do Hogwartu? A może to, jak Severus oznajmił mi, że jestem czarownicą? O, albo to jak byliśmy całą rodziną na wakacjach w Dorset, wtedy, gdy jeszcze Petunia mnie lubiła? Albo zaprzyjaźnienie się z Alicją?
            - Mówiłam ci o tym najszczęśliwszym wspomnieniu? – zapytałam, nie mogąc się zdecydować, które wybrać.
James uśmiechnął się, chociaż wyglądał na smutnego.
            - Mamy wspólne wspomnienie – odparł.
            - Och – westchnęłam.
Jeżeli nie pamiętałam Jamesa, to tym bardziej nie pamiętałam tej chwili, stanowiącej moje najszczęśliwsze wspomnienie.
            - Ale oczywiście, możesz spróbować – zaproponował.
            - Racja – odparłam i uniosłam różdżkę. – Expecto patronum!
Nic się nie wydarzyło. Skrzywiłam się lekko i spojrzałam na bruneta. Widząc jego minę, szeroko otworzyłam oczy.
            - Ty się cieszysz, że nie wyczarowałam patronusa! – zawołałam oskarżycielsko.
            - Wybacz – mruknął, podchodząc do mnie. – To nie jest radość, tylko ulga.
Spojrzałam na niego, nic nie rozumiejąc.
            - Lily, od piątej klasy pragnąłem, żebyśmy byli razem. I gdy to się wreszcie udało, po tych wszystkich perypetiach, byłem najszczęśliwszym facetem na ziemi. A wiedząc, że możesz wyczarować patronusa, myśląc o tym, co nas łączy… To było coś niesamowitego. Więc nie dziw się, że odetchnąłem, wiedząc, że bez tego wspomnienia nie potrafisz wyczarować swojej łani.
            - To chyba najmilsza rzecz, jaką usłyszałam – powiedziałam.
            - Wcześniej, mówiłem ci równie miłe rzeczy, zapewniam – odparł z psotliwym uśmiechem.
            - Może powinniśmy tworzyć nowe, miłe wspomnienia? – zapytałam i wspięłam się na palce.
Całowanie Jamesa, z pewnością było czymś bardzo przyjemnym.



 ***


Ha, wyrobiłam się wcześniej! I nawet mam dwa rozdziały w zapasie, jest nieźle :)

Paczajcie na to:



Koleżanka przesłała mi tę okładkę z pytaniem: "Natala, kogo on ci przypomina?"
No i wiecie, najpierw się uśmiałam, bo kogo może mi przypominać jakiś dziwny facet z okładki jakiegoś romanisdła, a później tak patrzyłam i mnie olśniło!
Umięśniony Snape, z czystymi włosami, spoglądający na dziwnie wyglądający Hogwart z formującym się patronusem nad... kroczem.
I wtedy zaśmiałam się jeszcze bardziej ;)
Ale powiedzcie, widzicie to, czy ja mam jakieś odchyły? xD