wtorek, 30 grudnia 2014

Miniaturka numer 3 Sylwester



- Lily! Lilyyy, no nie daj się błagać, proszę, proszę, proszę, chodź z nami do Huncwotów! – wołała Dorcas pod drzwiami łazienki.
Był 31 sierpnia 1977 roku, Sylwester.
Moimi jedynymi planami na tą noc była nauka Numerologii, jednak Dorcas skutecznie mi ją utrudniała. Aż musiałam się zabarykadować w łazience.
- Lily? Żyjesz? Uch, słyszę, że bazgrzesz piórem! Więc albo piszesz w pamiętniku, albo odwalasz jakieś wypracowanie – stwierdziła brunetka i walnęła pięścią w drzwi – Ruda, niektórzy chcą się wyszykować! Nie karz mi iść do Łapy, wyglądając jak wiedźma, ten związek jest zbyt świeży na taki szok – dodała jękliwie Dor, czym mnie skutecznie rozśmieszyła.
Wstałam z podłogi, wsunęłam pamiętnik pod pachę i wyszłam z toalety.
- Idziesz?! – zapytała Dor, patrząc na mnie z nadzieją – Zostanę twoją biblioteczną niewolnicą na tydzień, będę nosiła za ciebie wszystkie książki, tylko proszę, chodź ze mną! – zawołała brunetka.
Spojrzałam na nią kpiąco.
- Aż tak ci zależy, żebym tej nocy popełniła morderstwo? – zapytałam, na co przyjaciółka pokiwała głową.
- Uch, nie, zależy mi, żebyś z nami poszła. Zobacz, Mary jest już gotowa – dodała, wskazując palcem, na leżącą na łóżku blondynkę.
- Fiu, fiu, ale się odstawiłaś! – powiedziałam, patrząc na odzianą w dosyć kusą, czarną sukienkę, Mary.
- Dzięki, mam nadzieję, że to doceni – odparła Mar – To co, pomóc ci dobrać ciuchy? – zapytała.
- Ugh, nie licz na to, idę w tym! – odparłam. Dziewczyny spojrzały na mnie krytycznie – No dobra, ale na pewno nie włożę sukienki! Do dzisiaj moja dłoń odczuwa skutki walnięcia Pottera w twarz – dodałam, przypominając naszej trójce o pewnej sytuacji spódniczkowej.
Najzwyczajniej w świecie, Potter, jak to Idiota Gryffindoru, idąc za nami zawiewał nam odpowiednim zaklęciem spódnice od mundurku i jak to stwierdził „podziwiał śliczne krągłości”. Palant!
- To załóż te czarne, obcisłe dżinsy, wyglądasz w nich obłędnie! – powiedziała Dor i zniknęła w łazience.
- Nie wiem, czy chcę wyglądać obłędnie… - wyjęczałam, ale pod groźnym spojrzeniem Mary – skapitulowałam.


- Co ja tu robię? – takie pytanie zadałam sobie w myślach po przekroczeniu progu sypialni Huncwotów.
Chociaż jedno muszę przyznać – posprzątali w pokoju.
Nie no, to nie jest tak, że tu często przebywam, co to, to nie! Niestety raz zostałam tu zaniesiona przez pewnego Kretyna…
- Kogo moje piękne oczy widzą?! Evans we własnej osobie! Fiu, fiu, a skąd to mamy takie obcisłe spodnie? – powiedział Syriusz Black, Kretyn Gryffindoru numer 2 i nowy chłopak mojej najlepszej przyjaciółki.
- Kupione w tym samym sklepie, co twoje – odparłam i przejechałam spojrzeniem, po serio, baaardzo obcisłych spodniach bruneta.
- No, Łapo, to cię Evans załatwiła – powiedział pewien irytujący Osobnik – Cześć Evans, rozumiem, że przyszłaś tu po to, aby spędzić ze mną jedną z pierwszych, wspólnych, niesamowitych nocy?
O Morgano. Już rozumiecie? On jest nienormalny.
- Cześć Potter, przyszłam tutaj tylko dlatego, że słyszałam, że macie zapas mugolskich żelek. A nie wiem czy wiesz – zaczęłam mówić, przysuwając się do chłopaka – ale uwielbiam mugolskie żelki – skończyłam zdanie i sięgnęłam ręką do miski znajdującej się za chłopakiem.
Odchodząc z miejsca spięcia, usłyszałam głośne „Uuuu” wydane przez Blacka i odgłos walnięcia. Taaa.


- Nikogo więcej nie będzie? – zapytałam Remusa, rozglądając się po pokoju.
Sytuacja nie wyglądała najlepiej.
Dorcas cały czas siedziała z Blackiem, albo raczej na Blacku i wydawała odgłosy mlaszcząco – ssąco – ohydne (bo z Blackiem?! Fu!).
Peter przygruchał sobie jakąś młodszą Krukonkę – siedzieli obok siebie na podłodze i przekomarzali się, oraz zajadali paszteciki dyniowe.
Mary stanowczo zagięła parol na Remusa i ciągle go kokietowała –  jednak w tym momencie poszła do toalety.
I w końcu ostatni ludzie tej imprezy – ja i Osobnik. Ugh.
- Cóż… Nie – odparł Remus i uśmiechnął się do wychodzącej z toalety Mary.
Taa i skończyła się rozmowa.
- Co ja tu robię? – wyszeptałam, stając przy stole z alkoholem.
Wiecie, raczej jeszcze nigdy nie przesadziłam z alkoholem. Tak w zasadzie, to nigdy nie piłam nic mocniejszego niż Piwo Kremowe.
- Raz się żyje! – pomyślałam i na raz wypiłam szklaneczkę Ognistej.
Od razu łzy stanęły mi w oczach i zaczęłam kaszleć.
- No, no, Evans, w życiu bym nie pomyślał, że zobaczę taki widok – powiedział Potter, poklepując mnie po plecach.
- Wystarczy – wykrztusiłam, Merlinie chyba obił mi płuca – Co ty robisz z tą łapą? – wysyczałam, gdy poczułam jego rękę niebezpiecznie blisko pośladków.
- Zdejmuję ci jakiś włos, a co ty pomyślałaś? – odparł i spojrzał mi w oczy – Czekaj, niech zgadnę, że zacznę cię molestować na środku pokoju pełnego ludzi? – zapytał ironicznie i przybliżył się do mnie – Jednak możesz być pewna, że poczekałbym aż pokój się opróżni – dodał.
Głośno prychnęłam i złapałam za następną szklankę z Ognistą. Tym razem byłam mądrzejsza i popijałam ją małymi łyczkami.
I cóż, jeszcze wtedy nie przypuszczałam co się stanie po parunastu takich szklaneczkach…


- Evans! Evans! Evans! – skandował podchmielony Black i po chwili dołączyła do niego Dorcas, oraz Peter.
Przez chwilę, przeleciała mi pewna myśl – „Co ja robię na tym stole?”, ale zupełnie ją zignorowałam.
Kolejną, w miarę trzeźwą myślą była – „Tak właściwie to jak ja się zaplątałam w tą bluzkę?”.
Bo cóż, stałam na stole i robiłam pijacki striptiz.
Gdy teraz o tym myślę, jest mi słabo. I wstyd.
Bo JA!
Ech.
- Dobra, starczy – powiedział ktoś i ściągnął mnie ze stołu.
- Nie bądź takim sztywniakiem, Potter – powiedziałam śmiejąc się – Gdzie mnie niesiesz? Ejjj – dodałam, waląc go plecach.
- Cicho bądź – odparł, gdy wyszliśmy z Wieży Gryffindoru.
- Możesz mi powiedzieć, czemu łazisz pod pustą ścianą? – zapytałam. Kurcze, wiszenie głową do dołu, po spożyciu alkoholu nie jest dobre – Weź mnie postaw! – dodałam, gdy weszliśmy do jakiegoś pomieszczenia.
Drzwi głośno się za nami zatrzasnęły i zniknęły.
- Uwięziłeś mnie tu? – zapytałam i od razu głośno się zaśmiałam. Alkohol…
- Upiłaś się – stwierdził Idiota i idiotycznie się uśmiechnął (jak to idiota).
- Jestem jak najbardziej trzeźwa – odparłam. Cóż, zawsze byłam uparta.
- Udowodnij. Stań na jednej nodze – powiedział.
Spojrzałam na niego wrogo (czyli tak właściwie, jak zwykle) i cóż, próbowałam stanąć na tej cholernej, jednej nodze z rozpostartymi na boki ramionami.
- Zaraz mi się uda – zapowiedziałam, i jeszcze raz spróbowałam.
Ostatni raz.
Bo niestety, ale tak mnie przechyliło na bok, że upadłam na Pottera.
- O Boże, James, przepraszam – powiedziałam, śmiejąc się i próbując podnieść z chłopaka.
Zeszłam z niego i zobaczyłam jego zdziwioną minę.
- Co jest? – zapytałam.
- Powiedziałaś: James – odparł z wahaniem.
Zmarszczyłam brwi.
- Przecież tak masz na imię, co nie?
Chłopak głośno się roześmiał.


- Ale po co wracamy do waszego dormitorium? – zapytałam.
Wracaliśmy – a dokładniej, byłam ciągnięta i na wpół niesiona przez Pottera z powrotem do huncwockiej sypialni.
- Bo już jest po 23, zaraz się zacznie Nowy Rok – odparł chłopak i bliżej mnie do siebie przysunął – Możesz mi założyć rękę na kark? Było by mi wygodniej.
Pomyślałam, czemu nie?
- Wiesz co, te twoje włosy nie są takie złe – powiedziałam, gdy moja ręka, jakoś samoistnie wplątała się w gęste włosy bruneta – Są milutkie. Jak sierść kota – dodałam.
- Stanowczo za dużo wypiłaś, Lily – odparł Pan Miłe Włosy. Zaraz co?
- Co? – zapytałam, szeroko otwierając oczy. Potter zmarszczył czoło.
- Co znowu?
- Powiedziałeś: Lily! – zawołałam i od razu zakryłam sobie usta dłonią. W końcu byliśmy na korytarzu, to było tylko kwestią czasu aż trafimy na patrolującego nauczyciela lub ducha!
- Dobra, pogadamy gdzie indziej – dodałam i pociągnęłam chłopaka za rękę z powrotem do Wieży Gryffindoru.


- Więc to tak wchodzicie do damskiego dormitorium? Zaklęcie mrożące? – zapytałam, gdy o dziwo znaleźliśmy się w naszej, damskiej sypialni, a nie huncwockiej.
- Uhmm – odparł Potter i rozejrzał się po wnętrzu – To łóżko jest twoje! – dodał i wskazał na to zasłane.
- Taa – odparłam, nagle onieśmielona.
Bo, cholera, znajdowałam się sama w pokoju z facetem, który od paru lat nie dawał mi spokoju. Skąd mam wiedzieć co mu do tego rozczochranego łba strzeli?
- Rozgość się, jaa… skoczę do łazienki – wymyśliłam szybko i zatrzasnęłam za sobą drzwi.
Spojrzałam na siebie w lustrze i nie mogłam uwierzyć, że ta osoba to ja! Już pominę lekko rozmazany tusz do rzęs, ale te błyszczące oczy? Zarumienione policzki? I w końcu soczyście czerwone usta od ciągłego przygryzania?
- Przecież to Potter – wyszeptałam do siebie i ochlapałam sobie twarz chłodną wodą. Wysuszyłam się różdżką, przeczesałam włosy i wyszłam z łazienki.
- Szczęśliwego Nowego Roku, Lily! – powiedział Potter, to jest James, to znaczy Kretyn.
I nim spojrzałam na stary zegar wybijający północ, poczułam miękkie, ale zarazem stanowcze usta chłopaka na swoich.


- Na Merlina! – usłyszałam. Ale miałam to hm, gdzieś, wtuliłam się w ciepłą poduszkę i powiedziałam:
- Dorcas, śpięęę.
- Widzę – odparła przyjaciółka – Ale czy wiesz z kim? – zapytała. W jej głosie dźwięczała ironia. Ciekawe…
Otworzyłam oczy i zobaczyłam czym, a raczej kim była moja poduszka.
- James?! To znaczy, Potter?! – poprawiłam się i oblałam głębokim rumieńcem. Szybko zlustrowałam swoje ciuchy (jest wszystko, dzięki Morgano!) oraz jego.
- No, no Evans, kto by pomyślał? – powiedział Black.
- Boże, a co ty tu robisz? – zapytałam. Byłam załamana!
Normalnie spełniły się moje najgorsze koszmary senne – leżę w łóżku z hm, Rogaczem i dookoła stoją moi przyjaciele. I mają ten osądzający wzrok!
- Potter, wypad z mojego łóżka! I z dormitorium! – wrzasnęłam.
Wyglądając niczym skarcony piesek, Potter wyszedł z łóżka i skierował się w stronę drzwi.
- To co Lily, kiedy idziemy na randkę? – zapytał z nadzieją, stając w drzwiach.
Zlustrowałam go uważnym spojrzeniem. Następnie spojrzałam na zniecierpliwioną Dorcas i uśmiechającego się ironicznie Blacka.
- Następny wypad do Hogsmeade będzie nasz – odparłam szybko i zatrzasnęłam się w łazience. Poczułam się dziwnie lekko i radośnie.



Jakiś czas później…
- No i widzisz, Rose, tak zaczęła się historia miłosna mamusi i tatusia – powiedziałam do sporego brzucha.
Byłam już w drugiej ciąży – Harry, nasz mały, dzielny trzylatek, z wytęsknieniem oczekiwał narodzin siostry.
- I jak Lily, gotowa? Całe wieki się szykujesz, zobaczysz Syriusz odpali fajerwerki bez nas – powiedział James, wchodząc do sypialni z Harrym w ramionach.
- Przecież dopiero jest 19, spokojnie, zdążymy przywitać Nowy Rok z przyjaciółmi – zapewniłam męża i uśmiechnęłam się do syna – To co, cała rodzina w komplecie?
- Jak zawsze – odparł James i czule pogładził mnie po brzuchu.
Od pamiętnego Sylwestra 1977 roku byliśmy razem (no dobra, nie od samego Sylwestra. Od wypadu do Hogsmeade…). I byliśmy niebywale szczęśliwi!



***


No dobra, rozdział 61 miał być ostatnią notką dodaną w tym roku na blogu - nie wyszło... Ale jakoś tak usiadłam przed pustą stroną Worda i słowa się ze mnie wylały :) Nie wiem, czy jest to dobre, czy nie, ale w temacie Sylwestrowym!  Jeszcze raz życzę wam szczęśliwego Nowego Roku! Więcej życzeń pod rozdziałem 61 :) 
Do napisania w 2015!!

Rozdział 61 Mediolan



Tydzień we Włoszech w niekwestionowanej stolicy mody, którą niewątpliwie jest Mediolan - czy dziewczyna może marzyc o czymś fajniejszym? No jasne, o zakupach w tych wszystkich, niewiarygodnie drogich, dizajnerskich butikach! A skąd ma na to brać pieniądze? Od bogatego męża, oczywiście!
Jasne, nie brzmi to dobrze – ciągnąc kasę od męża na ciuchy i bajeczne dodatki. Więc postąpiłam bardzo ambitnie – całą swoją miesięczną pensję wymieniłam w Gringottcie na mugolskie euro i postanowiłam, że będę tą przysłowiową Zosią-Samosią, mąż nie będzie mnie sponsorował! A, że galeony mają wysoki kurs, trochę tych euro się uzbierało. Więcej niż miesięczne zarobki zwykłego mugola, to na pewno.
Do Mediolanu dostaliśmy się za pomocą świstoklika. Sama wszystko wcześniej organizowałam, co było dużym plusem bo zabukowałam świetny hotel – w samym centrum miasta, w prześlicznej, starej kamienicy. Uwielbiam takie miejsca z duszą, a nie te nowoczesne molochy, z minimalistycznym wystrojem i trawą rosnącą w recepcji. Bo, serio, trawa?
Przybyliśmy późnym niedzielny popołudniem i z zaciemnionego skweru, w który przeniósł nas świstoklik, poszliśmy do hotelu.
- Witam, pokój na nazwisko Potter – powiedział James, uśmiechając się do recepcjonistki.
- Naturalmente, per favore chiavi. Posso aiutarti con qualcosa d'altro? – odparła, kładąc na blacie klucze.
- Eee – wyjąkał James, zdziwiony tym, że recepcjonistka odpowiedziała mu po włosku, a nie jak to zazwyczaj bywało po angielsku. No, ale jeszcze nie ma obowiązku znajomości angielskiego, więc...
- No, grazie. Buona serata! – odparłam i pociągnęłam męża do windy.
- Znasz włoski? – zapytał zdziwiony. Uśmiechnęłam się lekko.
- No co ty, tylko jakieś marne podstawy – odparłam, wciskając przycisk – Typu Buon giorno, Ciao, Arrivederci i jakieś proste zwroty i zdania – dodałam.
- Język włoski w twoim wykonaniu jest bardzo seksowny – powiedział James i szybko zaciągnął mnie do pokoju.


- James! James, wstawaj, za godzinę musimy być w Ministerstwie! James! – stanowczo – poranki nie są ulubioną częścią dnia mojego męża – Jaaames, leniu przebrzydły, wstawaj! – krzyknęłam i pociągnęłam go za ramię wystające spod kołdry.
- Merlinie, nie krzycz, już wstaję – wyjęczał, wystawiając poczochraną czuprynę spod pościeli – Trzeba było powiedzieć, że czekają mnie takie widoki, to nie musiałabyś się wydzierać – odparł, zakładając okulary i patrząc na mnie z podziwem.
- Nie gap się – wysyczałam i się zaczerwieniłam. Ja wiem, jesteśmy już prawie rok (ależ to leci!) po ślubie i J nieraz widział mnie w bieliźnie (a tym bardziej bez niej), ale co ja poradzę? Rudzi tak mają. Wiecznie się rumienią.
James wstał z łóżka, przejechał po całej mojej rudej osobie gorącym spojrzeniem i usatysfakcjonowany poszedł do łazienki. A ja ciężko klapnęłam na łóżku i złapałam się za ciepłe policzki.


- Buongiorno Signora Potter! – powiedział Angelo Coletti, włoski Auror, który miał się zając nami we Włoszech. Miał nas wprowadzić do mediolańskiego oddziału Ministerstwa, oraz był głównym szkoleniowcem włoskich Aurorów.
- Witam, panie Coletti. To mój mąż, James Potter – przedstawiłam Rogacza i patrzyłam jak panowie podają sobie ręce – To co, patrzymy na postępy włoskich Aurorów? – zapytałam, rozsiadając się w pustej Auli, na której to miał się odbyć główny cel naszej delegacji – efekty innowacyjnego szkolenia.
- Oczywiście, inizio! – zawołał i od razu przez drzwi weszli w szeregu czarodzieje, ubrani w obcisłe czarne szaty. Zapowiadał się niezły show!


- To było niewiarygodne! – powiedział nadal podekscytowany James. Pan Coletti zabrał nas na obiad do restauracji, oraz pobieżne omówienie szczegółów dotyczących szkolenia angielskich Aurorów.
- Cieszę się, że się państwu podobało – odparł, patrząc na nas z uśmiechem – Myślę, że szczegóły dogadamy jutro, mam jeszcze sporo papierkowej pracy. Arrivederci!
Spojrzałam za przemiłym Włochem i wróciłam do jedzenia makaronu.
- A teraz mów szczerze, myślisz, że to szkolenie wam się przyda? – zapytałam, patrząc na Jamesa pochłaniającego pizzę.
- Jasne, że tak! Widziałaś jak świetnie przekształcili niektóre zaklęcia? Są o co najmniej 30 procent wydatniejsze. Myślę, że na razie możemy umówić na szkolenie piętnastu Aurorów, zobaczymy jak później będą sobie radzić w terenie – odparł. Pokiwałam głową.
- Moody mnie uprzedził, że w tym roku biuro nie ma na to funduszy. Może umówimy ich na styczeń? – zapytałam. James stwierdził, że to dobry pomysł i zabrał mnie na zakupy. Wreszcie!


Nie wiem jak to zrobiłam, ale przepuściłam całą wypłatę na ubrania, torebki i buty. Jedynym usprawiedliwieniem, może być to, że to nie były rzeczy tylko dla mnie, kupiłam też parę szmatek dla Dorcas i Mary.
- Trzeba się było wyspecjalizować na tragarza, na co mi był kurs Aurorski? – wyburczał James, niosąc mnóstwo toreb i paczek.
- Mówiłeś coś? – zapytałam z przymilnym uśmieszkiem – Mówiłam, że możemy je odesłać czarami.
- Lily, mieszkamy w mugolskim hotelu. Mogliby coś zobaczyć – odparł James, zdziwiony moją bezmyślnością. Hm, no cóż.
- Czekaj, otworzę ci drzwi! – zawołałam i to co powiedziałam – zrobiłam. W recepcji znowu była ta przemiła dziewczyna, która nas witała w hotelu, uśmiechnęłam się do niej szeroko i przywołałam windę.
- Questo uomo è un tesoro! – zawołała do mnie i się uśmiechnęła. Skinęłam głową i wepchnęłam J do windy.
- Co ona powiedziała? – zapytał brunet.
- Ze taki mąż, to skarb – odparłam i przejęłam od Jamesa parę torebek – Nasze piętro! – pociągnęłam uradowanego bruneta do pokoju.


- Jeżeli teraz nie zajdę w ciążę, to już nigdy mi się to nie uda – wyszeptałam do siebie i przejrzałam się lustrze. Czarna, koronkowa bielizna seksownie opinała moje blade ciało. Rude loki i delikatny makijaż dopełniały całości.
Czułam się naprawdę dobrze w takim wydaniu i mówiąc szczerze, modliłam się o to cholerne zapłodnienie! Ale, ufff, trzeba się wyciszyć. Ummm ummmm ummm. OK, idę! Ale jeszcze założę szlafroczek, niech się tak od razu nie obślini – pomyślałam i zaśmiałam się w myślach.
- Lily, może pójdziemy na spa... – zaczął J, ale przerwał i patrzył jak kokieteryjnie rozwiązuję kokardkę, którą sobie zawiązałam przy krótkim, satynowym szlafroczku.
- Może później? – zapytałam, podchodząc do męża i lekko poprawiając sobie pończochy. James lekko wytrzeszczył oczy (robi wtedy taką zabawną minę!) i skinął głową.
- Taa, później – potwierdził i szybko do mnie podszedł.


Następne dni spędzaliśmy głównie w Ministerstwie i oglądaliśmy szkolenie niemieckich Aurorów. Wolne mieliśmy jedynie wieczory – przeznaczaliśmy je głównie na zwiedzanie oraz akcję “Zróbmy sobie dziecko”. Można powiedzieć, że coraz bardziej podobała nam się ta akcja – a ja żyłam nadzieją, okres spóźniał mi się już dwa dni!
- Chodźmy do katedry, obejrzymy “Ostatnią wieczerzę” da Vinci – powiedziałam do Jamesa. Był już piątek, na sobotę mieliśmy zaplanowanego powrotnego świstoklika.
- Znowu oglądanie obrazów? Może chodźmy coś zjeść? – zaczął jęczeć J.
- Odchamisz się trochę – wyburczałam pod nosem i zaciągnęłam męża do starego, wielkiego kościoła.


- W końcu jedzenie – wymruczał James, biorąc do dłoni sztućce. W niektórych miejscach we Włoszech jest naprawdę dziwnie – restauracje, knajpy otwarte są tylko w porze luchowo-obiadowej i kolacyjnej. Dlatego gdy minęła 19 brunet zaciągnął mnie do miło wyglądającej restauracji.
- Jednak nie ma to jak włoskie jedzenie, angielskie się do niego nie umywa – zauważyłam, spoglądając na mój świetnie wyglądający makaron. Wiem, wiem, węglowodany, tycie, te sprawy, ale być we Włoszech i nie zjeść ich wyśmienitej pasty? To tak jak być w Hiszpanii i nie zjeść paelli, w Niemczech wursta, w Polsce pieroga, no i w Szkocji – haggis (tak swoją drogą - blee).
- Taa – odparł James, zajęty głośnym wciąganiem makaronu – To je tak pychne – dodał, z pełnymi ustami. Trochę skrzywiam się na ten widok, bo ok, mąż nie mąż, ale niech przeżuje i połknie zanim coś powie.
Coś tam wymruczałam i zajęłam się jedzeniem.


- Szkoda, że już musimy wracać – powiedział James, gdy oddawaliśmy klucze w hotelowej recepcji.
- Kiedyś tu wrócimy – odparłam i skręciłam w dosyć mrocznie wyglądającą uliczkę – Co miało być naszym świstoklikiem? – zapytałam, rozglądając się po alejce.
- Puszka po farbie. Tam jest – powiedział J i wskazał na starą zardzewiałą puszkę. Spojrzałam na zegarek bruneta.
- Na trzy – wyszeptałam – Raz... Dwa... Trzy.
Po dość nieprzyjemnej chwili staliśmy w naszym salonie.


- Co robisz? – zapytał James w niedzielny wieczór. Skończył oglądanie meczu reprezentacji Anglii w piłkę nożną. Muszę przyznać, że wczuł się w ten sport i ogarniał wszystkie zasady, włącznie ze spalonym, którego w ogóle nie kumam.
- Piszę protokół z delegacji – odparłam, drapiąc się piórem po głowie – Mógłbyś mi przynieść czekoladę? – zapytałam.
James pomamrotał coś o nałogowych wyżeraczach czekoladowych zapasów, ale grzecznie ją przyniósł.
- Dziękuję bardzo – wymamrotałam, wgryzając się w czekoladowy przysmak – A możesz mi jeszcze podać słoiczek konfitury wiśniowej, wiesz tej od twojej mamy? – dodałam, przymilnie uśmiechając się do męża. Dopiero po paru sekundach ogarnęłam, że przede mną leżała różdżka. Cholera, mogłam sobie przywołać...
- Proszę – powiedział J siadając obok mnie na krześle i przysuwając do siebie dokumenty – Ooo, piszesz, że nadajemy się z Syriuszem i Scottem na szkolenie? Miło, może Moody weźmie to pod uwagę – stwierdził, czytając resztę.
Kiwnęłam głową i łyżeczką zaczęłam wyjadać konfiturę. Merlinie, taka smaczna!
- Każde kolejne szkolenie, poprawi wasze umiejętności – dodałam – A to jest bardzo ważne, bierzecie udział w różnych akcjach i misjach, Śmierciożercy nadal są na wolności, nie chciałabym żeby ci się coś stało – wyszeptałam, czując zbierające się łzy w oczach. Kurczę, nigdy aż tak się nie wzruszałam.
James spojrzał mi w oczy i włożył smętnie zwisający lok za ucho.
- Nie martw się, nic mi się nie stanie, zawsze będę do ciebie wracał – powiedział z pewnością w głosie.
I w tym momencie poczułam się jak fontanna, łzy poleciały mi po policzkach i wtuliłam się w ciepłe objęcia męża. 

***

I jest, ostatni rozdział w tym roku. Ależ to zleciało! Pamiętam jak zaczęłam pisać prolog, a następnie pierwszy rozdział - po tym jak mnie siostra wkurzyła... Hm, można powiedzieć, że to jej zawdzięczam pisanie tego opowiadania :) 
No, ale przejdźmy do rzeczy, dziewczyny, życzę wam świetnej zabawy Sylwestrowej, oraz tego, żeby ten nadchodzący 2015 rok był naprawdę udany! Żebyście bez problemów zaliczały wszelkie egzaminy, sprawdziany, kartkówki, żeby spełniały się wasze marzenia. Szczerze mówiąc nie wiem czego mogę wam życzyć, bo was nie znam. Może żebyście trafiły szóstkę w totka? Albo żebyście były zdrowe? Albo żebyście znalazły miłość, ale wiecie taką prawdziwą, do grobowej deski :) (czy coś takiego jeszcze istnieje?)  W każdym razie, każdej z was życzę tego wszystkiego co sobie wymarzycie, oby się spełniło!
Do zobaczenia (napisania? :) w 2015!!

niedziela, 28 grudnia 2014

Rozdział 60 Delegacja? Milano!



I nadeszła. Typowa angielska jesień – zimna, deszczowa i szara. Po wyjrzeniu przez okno odechciewało się wszystkiego – wyjścia na dwór (brrr!), życia (jesienna depresja), a tym bardziej pracy. Człowiek, Wiewiór czy inny Osobnik – najchętniej zakopałby się pod kołdrą, z kubkiem ciepłej herbatki i ciekawą książką.
Jednak już nie było tak łatwo. Nastało nowe, dorosłe życie – byłam mężatką, miałam odpowiedzialną pracę oraz intensywnie starałam się o dziecko. A kiedy najlepiej starać się o potomka? Gdy na dworze jest zimno i człowiek nie chce wyjść spod pierzyny.
- Cholera – wyszeptałam patrząc na kolejny mugolski test ciążowy. Albo one są do tylnej części ciała, albo ja jestem przyczyną. No, albo James.
Jako osoba zapobiegliwa oraz tak zwany kujon – do akcji „Zróbmy sobie dziecko” podeszłam bardzo ambitnie. Przeczytałam przeróżne książki, poradniki – zarówno mugolskie jak i czarodziejskie. Wyliczałam sobie kiedy mam dni płodne i wtedy osaczałam Jamesa w sypialni niczym bluszcz, lub Diabelskie Sidła – nie wypuszczałam go, dopóki nie byłam usatysfakcjonowana i nie miałam pewności, że w końcu coś się wydarzy.
Byłam zdesperowana.
Tą desperację wszyscy wyczuwali, albo nawet ją widzieli.
Tak było w przypadku Blacka, gdy nakrył nas w męskiej łazience w Biurze Aurorów.
Ja wiem, że nie powinniśmy z niej korzystać jak z sypialni, ale miałam dni płodne i odpowiednią temperaturę ciała – idealne warunki do zapłodnienia.
Oczywiście Idiota Roku, jako Stary Plociuch wszystkim rozgadał o naszym małym tete-a-tete w łazience. I gdziekolwiek bym nie poszła i kogo nie spotkała, miałam nieodparte wrażenie, że wie co tam robiliśmy.
Oczywiście po Jamesie to spłynęło jak po kaczce – nawet można powiedzieć, że został bohaterem biura, ale ugh, nie lubię jak ktoś o nas plotkuje, to takie nieuprzejme… 
I w tym przypadku obleśne.
Jedynym plusem jesieni było to, że dni mijały naprawdę szybko. Rano gdy wychodziliśmy do pracy było ciemno – a gdy wracaliśmy po 16 (w końcu J zaczął normalnie kończyć pracę) również było ciemno.
I tak oto nadszedł październik.
- Potter, szykuj się do wyjazdu, organizowałaś tą delegację, więc w niej weźmiesz udział – powiedział Moody, przechodząc przez sekretariat i kierując się do swojego biura. Na chwilę mnie zamurowało, ale ocknęłam się i ruszyłam za szefem.
- Możesz powtórzyć? – zapytałam, wślizgując się za nim do biura.
- Organizowałaś delegację do oddziału włoskiego Ministerstwa Magii w Mediolanie, prawda? – zapytał, na co kiwnęłam głową – Marr nie może jechać, jakieś problemy z dzieciakami… Więc jedziesz ty, znasz tą sprawę, jesteś przygotowana – dodał i zaczął przeglądać dokumenty, które wcześniej skrupulatnie poukładałam na jego biurku. 
W kolejności alfabetycznej. 
Z zakładkami i oznaczeniami kolorowymi karteczkami. 
Nie sądziłam, że doceni takie drobiazgi, ale stwierdził, że dzięki nim łatwiej czyta mu się wypociny „świeżaków”.
- Dziękuję – wyszeptałam, trochę w szoku. Bo wiecie, nie każdego wysyłają w delegację – w końcu taka osoba reprezentuje Anglię, musi mieć rozległą wiedzę na dany temat, oraz hej! szaleje za nie swoje pieniądze!
Już miałam wychodzić z biura kiedy jeszcze Moody mnie zawołał.
- Możesz wziąć jednego z młodziaków, myślę, że powinien to być twój mąż – dodał i mrugnął do mnie okiem. Chwilę pogapiłam się na niego tępo i oblałam gorącym rumieńcem. Czy on sugerował…? Ugh, teraz jestem pewna, że wszyscy o nas plotkują!!


- Mam świetne wieści – zaczęłam, gdy wróciliśmy do domu i wzięłam się za odgrzewanie obiadu – przyniesionego przez Doreę. Mama była naprawdę pomocna, często nie mieliśmy siły nic gotować (przez co cierpiałam) – a ona nam przynosiła obiadki przygotowane przez ich skrzatkę. Może my też powinniśmy sobie sprawić skrzata? Ale zawsze było mi ich tak szkoda! Takie małe, chude, ubrane w jakieś łachy… Nie, to nie dla nas. Znowu odbiegam od tematu…
- Jakie? – zapytał James wyjmując talerze z szafki i ustawiając je na stole.
- Jadę w delegację – odparłam z uśmiechem. James od razu zrobił smutną minę.
- Sama? – zapytał i położył sztućce obok talerzy. Uśmiechnęłam się szeroko.
- Z tobą – wyszeptałam i szybko pocałowałam go w usta.


- Przygotowałem listę miejsc, które zwiedzimy – powiedział następnego dnia, czyli w sobotę (w końcu!), James. Spojrzałam na niego z niezrozumieniem – czytałam nowe romansidło od Dorcas, a była naprawdę ciekawa (w sensie wiadomo jakim…) scena.
- W Mediolanie – dodał, widząc mój pytający wzrok. Usiadł obok mnie na kanapie i pokazał mi przewodnik po mieście.
- Skąd go masz? – zapytałam, przeglądając. Aha, ruszające się obrazki – czarodziejski.
- Od ojca, też kiedyś był tam w delegacji – odparł J i pokazał mi na coś palcem – To katedra Duomo, a tu bazylika Santa Maria Della Grazie, tam jest obraz tego malarza co go tak lubisz, Leonardo da Vinci – dodał – I jest tam wielka galeria handlowa, oraz słynna opera La Scala.
Patrzyłam na te wszystkie ruchome obrazki i już sobie wyobrażałam miły wypad na zakupy. Ale potem sobie coś przypomniałam – nie jechałam tam w celach rozrywkowych, tylko pracować.
- Wieczorami możemy pozwiedzać, ale w dzień będziemy siedzieć w oddziale Ministerstwa – odparłam wtulając się w silne ramiona Rogacza.
- Przecież to będą straszne nudy… Co będziemy robić? – zapytał, zamykając przewodnik i odkładając go na stolik.
- Będziemy oglądać szkolenie włoskich Aurorów i mamy ocenić, czy nasi też powinni je przejść. Podobno jest bardzo innowacyjne – odparłam wdrapując się na kolana męża – Ale teraz to nieważne, zrobimy to co przed chwilą przeczytałam – dodałam i zaczęłam mu rozpinać guziki koszuli.

- Jesteś niewyżyta – stwierdził po jakimś czasie James. Leżeliśmy rozwaleni w salonie – można powiedzieć, że zbudowaliśmy sobie bazę z poduszek i kocy. Jednak nie pełniła ona takiej funkcji jak kiedyś, kiedy to z Petunią bawiłyśmy się w wojnę. O niee.
- Doskonale wiesz czemu – odparłam gładząc dłonią tors Jamesa. Ani jednego włoska! Normalnie można by pomyśleć, że poszedł na depilację do Dorcas, ale wcale tak nie jest!
- Bo chcesz mieć dziecko -  powiedział trochę niedelikatnie. Podniosłam się na ramieniu i spojrzałam mu prosto w oczy.
- To też – wyszeptałam, pochylając się nad jego twarzą – Ale ważniejszym powodem jest to, że jesteś strasznie pociągający, mój drogi mężu – dodałam i pocałowałam go namiętnie.
 
Więc, sobota minęła nam głównie w bazie w salonie – przywołaliśmy sobie prowiant z kuchni i wychodziliśmy tylko jak ktoś musiał skorzystać z łazienki.
- Możesz mi przypomnieć po co zaprosiliśmy na jutro Dorcas i Syriusza? – zapytałam. 
Dopiero teraz, czyli grubo po 23 przypomniałam sobie, że jutro mieli odwiedzić nas nasi przyjaciele, a w lodówce nie było nic sensownego. A zaprosiłam ich na obiad.
- Bo dawno się nie widzieliśmy, ponieważ wszyscy jesteśmy zapracowani? – odpowiedział pytaniem na pytanie J.
- Ech – westchnęłam żałośnie i zamknęłam lodówkę – Myślisz, że będą usatysfakcjonowani jeżeli zamówimy pizzę? Nie mam ochoty od rana biegać po sklepach i gotować dla twojego inteligentnego inaczej przyjaciela.
James uśmiechnął się i jednym machnięciem różdżki usunął z salonu nasz barłóg.
- Pizza będzie dobra – powiedział i objął mnie ramionami – Idziemy spać, wykończyłaś mnie dzisiaj – dodał i pociągnął mnie do sypialni.

Niedziela zaczęła się całkiem nieźle – obudziły mnie promienie słońca, co od razu dobrze wpłynęło na mój nastrój. Wstałam i od razu skierowałam się do łazienki, żeby odprawić mój codzienny rytuał – nasikanie na mugolski test ciążowy.
Niestety ukazał się tylko jeden pasek, co mnie trochę podłamało, ale będę silna! Najwyżej znowu osaczę męża, co zresztą było całkiem przyjemne…
Więc po typowych porannych ablucjach i obsmarowaniu wielkiego pryszcza zielonym korektorem od Dorcas – ukrywającym zaczerwienienia, zadowolona z siebie zeszłam na parter. A czekała na mnie mała niespodzianka.
- Przygotowałeś śniadanie?! – zawołałam, spoglądając na parujące tosty i gorącą kawę w moim ulubionym kubku z hipogryfem.
- Mhmm – odparł J popijając poranną porcję kofeiny – Tak słodko spałaś, że nie miałem serca cię budzić – dodał i usiadł obok mnie na krześle.
Trafiłam na najlepszego z mężów. Chyba powinnam sobie zrobić taką koszulkę – "Mam najlepszego męża na świecie", czy coś.
- Jesteś kochany – stwierdziłam i wzięłam się za jedzenie.

Do 14, czyli godziny na którą mieli przyjść Blackowie byłam zajęta głównie sprzątaniem i układaniem tych wszystkich powyjmowanych niewiadomo skąd przedmiotów. Bo skąd się wzięła moja letnia sukienka pod sofą w salonie? Albo skarpetki upchnięte pod każdym meblem? No dobra, to było łatwe do wytłumaczenia – James.
I wydawać by się mogło, że magia w sprzątaniu jest użyteczna, ba! robi wszystko za ciebie! Cóż, nie w moim przypadku. Tak jak Mary doskonale rzuca te domowe zaklęcia, ja miałam z nimi permanentny problem. I takim to sposobem, zamiast wyczyścić wazon z kurzu, zbiłam go. Oczywiście nic złego się nie stało – zaraz go naprawiłam, ale to tylko pokazywało, że jak sprzątanie to w moim przypadku – tylko mugolskim sposobem.
Równo na 14 wszystko było gotowe, ja przebrana i uczesana, James przebrany lecz jak zwykle nieuczesany i zamówiłam już pizzę. Brakowało tylko Pana Idioty i jego Przedsiębiorczej Żony Czekoladki.
Jednak po chwili rozbrzmiał nasz irytujący dzwonek, James pozdejmował zaklęcia ochronne i otworzył drzwi.
- Witajcie Jeleniowaci! – zawołał Syriusz i przepuścił Dor w drzwiach.
- Heeej! – zawołałam do brunetki i ją uściskałam – Stęskniłam się za tobą, ile się nie widziałyśmy? – zapytałam i poczekałam aż Dor zdejmie płaszcz i niewiarygodnie wysokie kozaki.
- Chyba z miesiąc – odparła – Co słychać? – zapytała po wejściu do kuchni. Facetów zostawiłyśmy w salonie i poszłyśmy poplotkować. Jak to dziewczyny – w kuchni.
- Właściwie nic nowego. W pracy jakoś leci, wybieramy się z Jamesem w delegację. Sprawy rodzinne całkiem nieźle – odparłam i podałam przyjaciółce kieliszek wina.
- A co z wiesz-czym? – zapytała. Westchnęłam ciężko.
- Dalej nic. Codziennie robię testy, chyba codziennie kochamy się z Jamesem, ale dalej jedna kreska – odparłam, krzywiąc się po pierwszym łyku wina.
- Lil, musicie się wyluzować. To tak jest, jak się bardzo chce i próbuje, to nic nie wychodzi. Przestań o tym myśleć, żyj chwilą i na pewno prędzej czy później, będziecie mieli to wymarzone dziecko – powiedziała Dorcas, poklepując mnie po dłoni.
- Taa, to chyba dobry plan. Muszę wyluzować – westchnęłam – Chodź do salonu, zobaczymy co robią nasi faceci.

Po zjedzeniu przez Syriusza połowy dużej pizzy (obżartuch), po jego parunastu sprośnych żartach na nasz temat i sytuacji łazienkowej, oraz po obgadaniu przeze mnie i Dorcas Marleny McKinnon (która jak się okazało zdradzała męża – a który, jak to facet, nic o tym nie wiedział, a każdy dookoła - tak), wrócili do domu.
- Syriusz jest bardzo nietaktowny – powiedziałam, po zamknięciu drzwi i nałożeniu na nich zaklęć ochronnych.
- Taki jego urok – zaśmiał się James i poszedł na piętro. Rozejrzałam się po salonie, machnęłam różdżką – wyrzuciłam karton po pizzy do kosza na śmieci i ruszyłam za mężem.


 ***

Witajcie, i jak wam minęły święta? Mam nadzieję, że dobrze i że dostałyście świetne prezenty :) Pisanie kolejnych rozdziałów jakoś idzie, prawie już przebrnęłam przez jeden wątek, więc jest fajnie. Dziękuję za komentarze i dziewczyny, serio nie musicie mnie przepraszać jeżeli jakiś rozdziałów nie skomentujecie - ja to wszystko doskonale rozumiem, komputery się psują, czasem się nie ma czasu lub chęci, przecież doskonale wiem jak to jest. Jeżeli możecie i chcecie skomentować, to oczywiście bardzo się cieszę i czytam, nawet czasami sugeruję się tym co piszecie (zauważyłyście, że jest mało Sev'a? :), także nie martwcie się, widzę wyświetlenia bloga - więc widzę, że czytacie co mnie bardzo cieszy!
Następny rozdział, może przed Sylwestrem?