- Gratuluję serdecznie
wszystkim absolwentom kursu Aurorskiego organizowanego przez Ministerstwo
Magii! Nie wszyscy zdali, jednak osoby znajdujące się na tej sali, mają te
umiejętności i wiedzę, potrzebną doskonałemu Aurorowi. Gratuluję uczestnikom
przyśpieszonego kursu! Teraz odbędzie się wręczanie dyplomów oraz krótki wykład
końcowy – powiedział pan Abott – nasz hm, nazwijmy go po mugolsku – dziekan.
Tak moi drodzy, ukończyliśmy
kurs Aurorski i to z całkiem niezłymi wynikami! Syriusz, Scott, James oraz ja,
zaliczyliśmy wszystkie testy na ponad 80%, co jest - uwierzcie mi - świetnym
wynikiem.
Dziekan wyczytywał po kolei
wszystkie nazwiska i wręczał dyplomy ukończenia kursu.
- Pani Potter, gratulacje,
uzyskała pani wyśmienite wyniki – powiedział dziekan, mocno potrząsając moją
dłonią.
- Dziękuję – odparłam z
uśmiechem, przyjmując ten wypracowany ciężką pracą, oraz zupełnym brakiem
czasu, dyplom.
Wyszłam z sali i z
chłopakami czekałam na Jamesa.
- To gdzie świętujemy? –
zapytał Syriusz.
- U nas w domu, wpadnijcie
wieczorem – zaproponowałam i pociągnęłam Jamesa w stronę kominków, znajdujących
się w Atrium. Dzięki sieci Fiuu, szybko dostaliśmy się do domu.
- Serio? Oprawiłaś dyplom w
ramkę? – zapytał James, patrząc jak wieszam dyplom nad kominkiem.
- Oczywiście, wymęczyłam się
żeby go zdobyć, więc będzie wisiał na honorowym miejscu – odparłam – Zresztą
twój też zaraz tu zawiśnie.
Rogacz pokręcił głową i
poszedł do kuchni.
- Mamy wszystko? – zawołał.
- Taak! – wydarłam się,
próbując nie wypluć gwoździ, które trzymałam w ustach – Panna- Zrób-To-Sam,
wita was!
- Może ci pomóc? – zapytał,
widząc moje wysiłki i chwianie się na drabinie.
- Możesz mi pomóc –
odparłam, wypluwając gwoździe i odwracając się do J – Ale nie gapiąc się na mój
tyłek! – dodałam, widząc że gapi się na moją tylną część ciała, a nie na to
czy prosto zawieszam ramkę. Faceci...
- Przepraszam – powiedział,
chociaż widziałam, że wcale nie było mu przykro – Jest prosto – dodał i
ściągnął mnie z drabiny.
- No – powiedziałam z
satysfakcją – Ależ jestem zdolna – dodałam, jakże skromnie i poszłam do kuchni,
szykować jakieś przekąski na wieczór.
Mamy teraz mały problem z
zapraszaniem znajomych. Po rozstaniu Mary i Remusa, panuje między nimi dziwna
atmosfera (wcale się nie dziwię…), także najczęściej spotykamy się tak: faceci
razem – dziewczyny razem. Jednak teraz mieliśmy małą zagwozdkę. Bo co, nie
zaprosić Mary? Czy Remusa? Czy może olać ich zerwanie i zachowywać się tak,
jakby nic się nie stało? Jednak problem sam się rozwiązał – Remus przysłał
patronusa – stwierdził, że musi coś załatwić, oczywiście gratuluje nam
ukończenia kursu, ale niestety nie może z nami świętować. James zrobił trochę
oskarżycielską minę – zapewne myślał wtedy o Mary.
Dzwonek do drzwi przerwał
moje rozmyślania – przyszli państwo Blackowie z Regulusem.
- Cześć, wchodźcie! –
powiedziałam, szeroko otwierając drzwi i wpuszczając przyjaciół do domu.
- Lily, gratulacje! –
krzyknęła Dorcas i mocno mnie przytuliła – James, gratuluję! – dodała, widząc
bruneta wchodzącego do salonu.
- Dzięki, Dor –
odpowiedziałam, wykręcając się z mocnego uścisku przyjaciółki.
Trójka Blacków zasiadała w
salonie i znowu rozbrzmiał dzwonek do drzwi.
- Mary! Wchodź –
powiedziałam, uśmiechając się do blondynki.
- Gratuluję Lily, James,
bardzo się cieszę – odparła, zwracając się do naszej dwójki – Syriuszu,
gratuluję, nie byłam pewna czy zdasz! – zawołała. Regulus zaczął się śmiać z
obrażonej miny Łapy, a zadowolona z siebie blondynka przywitała się z Dorcas.
Nawet nie zdążyłam zamknąć
drzwi, gdy teleportował się przed nimi Scott.
- Właź, stary – powiedział
James.
Bawiliśmy się naprawdę
dobrze. O dziwo, nie było sztucznej atmosfery, której się trochę obawiałam.
Mary nawet nie zająknęła się o Remusie – ale bądźmy szczerzy, nikt jej o nic
nie wypytywał. Wznieśliśmy niezliczoną liczbę toastów i cieszyliśmy się
nadchodzącymi wakacjami.
Czerwiec już się kończył, a
ja planowałam nasze wakacje. Niestety, ale nie wyjazd całą paczką – każdy miał
inne plany. Mary nadal miała kurs na uzdrowiciela, Dorcas wynajęła już lokal i
go urządzała na „najlepszy gabinet magismetyczny na świecie – a przynajmniej na
Pokątnej”, Remus odciął się od nas – widywaliśmy się czasami i to głównie gdy
odwiedzaliśmy bank – Remus dostał tam pracę. Syriusz złożył papiery w Biurze
Aurorskim i czekał na odpowiedz – był pewien, że go tam przyjmą.
Więc wyjazd wakacyjny
zaplanowałam tylko dla naszej dwójki.
Postanowiliśmy z Jamesem, że
te wakacje spędzimy w Szkocji – jako bazę wypadową uznaliśmy nasz domek, który
to dostaliśmy od rodziców na Święta.
- Uwielbiam ten dom –
powiedziałam, po przekroczeniu progu naszej chatki (http://architekturawnetrz.pl/artykuly/architektura-wnetrz/ackling-cook-bothy/
chodzi mi o coś takiego – z zewnątrz :).
- Jest przytulny – odparł
James. Wiem, że on woli większe pomieszczenia, jednak dla mnie ten dom był
cudowny i właściwie mogłabym w nim zamieszkać. No, może wtedy, gdyby nie stał
na takim odludziu i był bliżej sklepów…
- To co, dzisiaj słodkie
lenistwo, a od jutra zaczynamy zwiedzanie Szkocji? – zapytałam. Wstyd się
przyznać, ale nie znałam zbytnio tego kraju. Dobra, znajduje się tu Hogwart,
Hogsmeade, mieszka tu potwór z Loch Ness, oraz jest dużo owiec. I to by było na
tyle…
- Lenistwo zdecydowanie taak
– potwierdził James i wniósł bagaże do sypialni.
- Więc przygotuję obiad –
powiedziałam, cóż, do siebie. Gadanie ze sobą – pierwsze objawy dziwactwa…
Z
dziennika Jamesa Pottera
Dzisiaj stało się coś
nieoczekiwanego i bardzo dziwnego – obudziłem się przed swoją żoną! W naszym
związku to ja jestem śpiochem numer 1, jednak tego poranka było zupełnie
inaczej. Nie wiem, może to Szkocja tak na mnie działa?
Obudziłem się i popatrzyłem
na śpiącą rudowłosą. Wyglądała tak rozkosznie, że aż nie chciało mi się jej
budzić.
Stwierdziłem, że dobrym
pomysłem będzie przygotowanie śniadania do łóżka, więc najciszej jak umiałem,
zszedłem do kuchni.
Obudziło mnie dziwne uczucie
– wlepiały się we mnie spojrzeniem orzechowe tęczówki mojego męża.
- Dzień dobry –
powiedziałam, przeciągając się – Śniadanie do łóżka? – zapytałam, robiąc
zdziwioną minę. Przy łóżku stał James z tacą z przyjemnie pachnącym
śniadankiem.
- Dla mojej księżniczki,
wszystko – odpowiedział Rogacz, stawiając na moich nogach tacę i uwalając się
koło mnie.
- No, no, ktoś tu się
postarał – powiedziałam, spoglądając na naleśniki oraz świeżo wyciśnięty sok z
pomarańczy – Czy ktoś coś ode mnie chce, hm?
James spojrzał na mnie spod
zmrużonych oczu.
- Od razu coś chce – przedrzeźnił
mnie – Czy sprawienie przyjemności ślicznej żonie, to mało? – zapytał i
wpakował sobie naleśnika do ust.
Westchnęłam i z uśmiechem
wzięłam się za jedzenie.
- Jakieś takie… hm, takie
zwykłe jest to jezioro – powiedziałam.
Staliśmy przy Loch Ness i
cóż, byłam zawiedziona! Te wszystkie opowieści o potworze pływającym w tym
jeziorze, zdjęcia i inne poszlaki – gdy patrzyłam na spokojną wodę jeziora
zupełnie nie mogłam sobie wyobrazić, że gdzieś tam ma żyć wielki gad, czy inny
stwór.
- Widzisz, to jest tak jak z
nami - czarodzieje muszą się ukrywać, ale to nie znaczy, że nie istnieją –
odparł James, ciągnąc mnie za rękę w stronę zamku – Z baszty zamku będziemy
mieli lepszy widok.
Więc poszliśmy zwiedzać
zamek, a właściwie jego ruiny.
- Zapomniałam, że mam lęk
wysokości – wyszeptałam, szeroko otwierając oczy. Staliśmy na zamkowej baszcie,
niby niewysokiej, ale przez mój irracjonalny lęk, napięłam całe ciało i nie
chciałam się dalej ruszyć.
- To może zejdźmy? –
zaproponował J, widząc moje przerażenie.
- Chyba nie mogę się ruszyć –
odparłam i zaczęłam z lekka panikować.
- Zamknij oczy – powiedział
Rogacz. Zrobiłam to, o co poprosił. Po chwili poczułam, że jestem znoszona po
schodach.
- Jesteś moim rycerzem –
wyszeptałam, do zadowolonego z siebie Jamesa.
Następnym miastem, które
odwiedziliśmy było Inverness. Było to nieduże miasto, przez które przepływało
jezioro Ness, czyli można powiedzieć, że podążaliśmy szlakiem „potwora”.
- Jest tu coś ciekawego? – zapytałam
Jamesa, zakładając okulary przeciwsłoneczne. Słońce grzało mocno, trochę byłam
tym zdziwiona – w końcu wiadome jest to, że w Szkocji jest zazwyczaj
pochmurnie.
- Zamek – odparł J.
- Więc ruszajmy zwiedzać
kolejny zamek – powiedziałam, łapiąc męża za dłoń i kierując się w stronę tego
odrestaurowanego przybytku.
Codziennie odwiedzaliśmy
inne miasto, jednak zawsze wracaliśmy na noc do naszego domku.
- Może dzisiaj zostaniemy w
domu? – zapytałam – Jest brzydka pogoda, nie chce mi się ruszać z łóżka –
dodałam, widząc, że za oknem mocno zacina deszcz. I skończyła się sielankowa
pogoda! Ech, Szkocja…
- I to jest bardzo dobry
pomysł, pani Potter – powiedział James i wtulił twarz w moją klatkę piersiową.
OK, no w cycki, chciałam, żeby to brzmiało lepiej, ale i tak każdy się domyśla
gdzie.
- Ja to mam same świetne
pomysły – odparłam i naciągnęłam na nas koc.
Kolejnymi miastami w naszym
planie zwiedzania były: Glasgow, Edynburg oraz Stirling.
Edynburg – stolica Szkocji,
przywitała nas ładną pogodą, korkami na ulicach oraz tłumem ludzi.
- Co jest? – zapytał James,
widząc tych wszystkich podekscytowanych ludzi.
Rozejrzałam się po centrum i
po chwili zrozumiałam.
- Merlinie, dzisiaj daje
koncert Queen! James, musimy zdobyć bilety! – zawołałam.
James spojrzał na mnie jak
na nienormalną.
- To taki zespół mugolski,
pamiętasz, ostatnio puszczałam ci ich płytę… Pamiętasz, Bohemian Rhapsody? –
dodałam. W tym momencie J załapał o co mi chodzi.
- Tak się cieszę, że
jesteśmy czarodziejami – oznajmiłam. Zdobycie biletów graniczyło z cudem.
Nigdzie w Edynburgu nie było dwóch wolnych biletów, nawet na jakieś najgorsze
miejsca.
- No nie wiem, wydaje mi
się, że łamiemy prawo – odparł James. Się znalazł przestrzegający prawa osobnik.... Chyba nie muszę przypominać, że w Hogwarcie złamał wszystkie zasady i regulaminy?
Niestety, ale właśnie to
robiliśmy. Wślizgiwaliśmy się na stadion, na którym miał się odbyć koncert
dzięki Zaklęciu Kameleona – bez biletów. Wiem, jesteśmy źli… Ale to Queen!
- Raz w życiu można zaszaleć
– wyszeptałam, gdy przedzieraliśmy się jakimiś korytarzami – Chyba już jesteśmy
blisko – dodałam, słysząc hałas, który robili ludzie na widowni.
- I to całkiem blisko –
powiedział James, zatrzymując się w drzwiach prowadzących na „płytę” przed
sceną. Zdjął z nas zaklęcie.
- Udało się – wyszeptałam,
gdy stanęliśmy całkiem niedaleko sceny, trzymając się za ręce. Był taki tłok,
że wolałam trzymać się jak najbliżej bruneta.
- Udało – potwierdził J i
patrzył jak Freddy Mercury wybiega na scenę.
W Szkocji spędziliśmy całe
dwa tygodnie. Był to naprawdę świetny czas – zwiedziliśmy sporo ciekawych
miejsc, zaliczyliśmy koncert i odpoczęliśmy po nauce. Jednak był już najwyższy
czas wracać do szarej rzeczywistości. Chociaż, czy w naszym przypadku mogę
mówić – szarej? Chyba jednak nie, ciągle coś się dzieje i mam nadzieję, że tak będzie
jeszcze długo.
Na razie czekało nas składanie podań o pracę w Biurze Aurorów –
Syriusz wysłał patronusa, że zarówno on jak i Scott dostali się – będą pracować
w biurze. Z miny Jamesa mogłam wywnioskować jedno – był pewny że i my
wylądujemy wśród stert papierów i dokumentów. Nie byłam tym zbytnio zaskoczona,
w końcu nie wyślą na misje takich świeżaków! James był odmiennego zdania - on
chciał łapać podejrzanych i uczestniczyć w misjach jak jego ojciec.
Nasze podania wysłaliśmy od
razu po powrocie do domu i powiem szczerze - mam nadzieję, że na razie
uziemią nas w biurze. Na tyle dobrze znam Jamesa i Syriusza, że wiem, a nawet
jestem tego pewna, że byliby wszędzie pierwsi i szarżowali, narażając się. A
wiecie, jeszcze nie nacieszyłam się J na tyle, żeby pozwolić mu się ranić, ani
tym bardziej umierać. A ilu jeszcze jest Śmierciożerców na wolności? Tego tak naprawdę
nikt nie wie, ukrywają się, jednak nie wiadomo kiedy ponownie uderzą.
fajny rozdział ;) do następnego :D
OdpowiedzUsuńCo ja mam ci powiedzieć?? Mam wrażenie że ciągle cie powtarzam no ale co zrobie jak z dnia na dzień rozdział jest lepszy :D taki słodki ^^ i wgl chciałabym pojechać do Szwecji :) czekam na 56 :**
OdpowiedzUsuńNadrobiłam! Rozdział świetny, boski, cudowny! Życzę weny i czekam na next *u*
OdpowiedzUsuń