Może zacznijmy od paru
faktów. Mistrzostwa Świata w Quidditch’u odbywają się co cztery lata – coś jak
mugolska olimpiada. Mecze rozgrywane są przez drużyny z każdego kraju świata,
więc ta impreza ciągnie się dobre dwa miesiące. Do finału – czyli wydarzenia na
które mamy bilety – w tym roku przeszły drużyny Anglii oraz Niemiec. Finały
odbywają się w krajach losowanych specjalną maszyną – nazwaną Fatesport – z
łaciny oznacza to dokładnie – Sportowy Los.
Tak jak wcześniejsze mecze
nie są rozgrywane na zbyt dużą skalę – no ok, mają swoją widownię, wiecie
istnieją mega zafiksowani fani – ale finał, to coś zupełnie innego.
W tym roku nie dość, że
Anglia przeszła do finału, to jeszcze została wylosowana jako gospodarz
spotkania.
Mecz finałowy miał się odbyć
pod miasteczkiem Whitby – są tam rozległe pola namiotowe oraz duże, wolne
przestrzenie – czyli wszystko to, co jest potrzebne dla wielkiej zgrai ludzi
oraz monumentalnego stadionu (oczywiście niewidzialnego dla mugoli).
Finał miał się odbyć 5
sierpnia, więc James z Syriuszem ustalili, że dostaniemy się tam wcześniej za
pomocą świstoklika – na spokojnie znajdziemy miejsce na namioty, rozłożymy się,
oraz faceci będą dłużej żyć tą sportową atmosferą, bo nie łudźcie się – ani ja,
ani tym bardziej Dorcas, nie byłyśmy aż tak zainteresowane Quidditchem.
- Gotowa? – zapytał James.
Był 3 sierpnia, godzina 7 rano. Jak mogłam być gotowa o tej porze? Albo inne
pytanie, jak mogłam być przytomna?
- Taaa – wymruczałam i
zarzuciłam sobie plecak na ramiona. Pogoda dopisywała – lato w tym roku było
naprawdę ciepłe. Ubrałam się w dżinsowe szorty, czerwony t-shirt, oraz czarne
trampki i założyłam okulary przeciwsłoneczne na nos.
- Finale, nadchodzimy! –
krzyknął jeszcze James, zanim dotknęliśmy świstoklika.
Z Dorcas i Syriuszem
spotkaliśmy się na miejscu, czyli na polach namiotowych pod niedużą mieściną –
Whitby.
- Ale dziś upał – zauważyła Dor
i zaczęła się wachlować. Stałyśmy na już zatłoczonym polu namiotowym i
popijałyśmy chłodny sok dyniowy. Nasi mężowie, jak przystało na prawdziwych
facetów, zajęli się rozkładaniem namiotów. Jamesowi szło naprawdę sprawnie, w
końcu nawet całkiem niedawno rozkładał namiot - gdy byliśmy na naszym
króciutkim, weekendowym wypadzie.
Jednak Syriusz, cóż, to
odosobniony przypadek. Poplątał sznurki, nie radził sobie z rozłożeniem
materiału i ciągle stękał (nie chcę być niemiła, ale brzmiał jakby siedział na
kiblu i robił wiadomo co).
- Syriuszu, użyj różdżki –
zaproponowałam, siadając w cieniu pod drzewem. Wiem, to niemiłe – my sobie
siedzimy, a oni pracują w tym upale. No, ale tak to bywa – to oni chcieli
nocować na polu namiotowym, a nie w jakimś przytulnym pensjonacie.
- Nie wpadłem na to –
wymamrotał pod nosem i wyjął z tylnej kieszeni spodni różdżkę.
Po chwili oba namioty stały
i wyglądały dosyć stabilnie. Poradzili sobie!
- W rekordowym tempie –
powiedziałam do męża, dałam mu całusa i weszłam do chłodnego wnętrza.
Wieczorem, gdy już było
mnóstwo porozkładanych namiotów i jeszcze więcej ludzi, usiedliśmy przed
namiotami.
- Piękny wieczór –
powiedziałam, kładąc się na kocu i spoglądając na gwiazdy. Dor uwaliła się koło
mnie i poczęstowała mnie czekoladą.
- Co tam pogoda, mecz,
niesamowita atmosfera, kibicowanie, to jest to! – krzyknął Syriusz, znad
butelki piwa kremowego.
- Apropo kibicowania,
kupiłyśmy sobie koszulki – Dorcas wyjęła krótkie, do połowy brzucha koszulki z
wielkim napisem ENGLAND na wysokości biustu.
Łapa spojrzał na te skrawki
materiału i głośno gwizdnął.
- Chyba będziemy musieli
uważać na nasze żony – powiedział do Jamesa.
4 sierpnia można było wyczuć
atmosferę oczekiwania i wielkiego podekscytowania. Dzieciaki latały puszczone
samopas po obozie, ludzie już zaczęli świętowanie(po prostu ostro chlali),
kibice przeciwnych drużyn wykłócali się kto wygra, a my zachowaliśmy spokój w
tym całym szaleństwie.
Oczywiście, James i Syriusz
byli podekscytowani – kupili już cztery pary omnikularów oraz zapas chorągiewek
z flagą Anglii, które wszędzie powbijali dookoła naszych namiotów (w jedną
nawet udało mi się wleźć – zrobiła mi wielką szramę na łydce – ała!).
- Drugi dzień jemy tylko
czekoladę i chipsy, może przejdziemy się do miasteczka i zobaczymy czy jest tam
jakaś knajpa? – zapytałam. Serio, ja wiem że Dorcas uwielbia czekoladę, a Black
znowu podjada chipsy, ale ile można?
- Zgadzam się z Lily, jestem
głodny – dodał James, poklepując się po brzuchu.
- Spoko – odparła
lakonicznie Dorcas i weszła do namiotu – Tylko wezmę torebkę! – krzyknęła z
wnętrza.
Wsadziłam do plecaka różne
przydatne przedmioty – takie jak puder, błyszczyk, krem z filtrem UV, aparat
fotograficzny, oraz portfel Jamesa i ruszyliśmy.
- Nie uważacie, że szybciej
by było gdybyśmy się teleportowali? – zapytał po jakiś 10 minutach marszu
Syriusz. Pole namiotowe było oddalone od miasteczka o jakieś 5 kilometrów – dla
takiego arystokraty jak pan B. to pewnie bardzo daleko.
- Zrobimy sobie spacer oraz
spalimy te niezdrowe żarcie – odparłam, wyciągając aparat z plecaka – Uśmiech!
– zawołałam i strzeliłam zdjęcie.
Znajdowali się na nim –
uśmiechnięty James, skrzywiony Syriusz oraz umazana rozpuszczoną czekoladą
Dorcas.
- Będzie ładna pamiątka dla
dzieci – skomentowałam to, wyszczerzając zęby. Syriusz tylko coś burknął
niezadowolony.
Z
dziennika Syriusza Blacka
Szliśmy, szliśmy i szliśmy –
droga prowadząca przez las wydawała mi się najgorszą karą, pewnie była to kara
za moje grzechy – świetny wygląd i niesamowite włosy!
- Jestem wy-koń-czony! –
krzyknąłem. Serio, idźcie tak w skwarze, czujcie pot spływający po plecach i co
jakiś czas odklejajcie koszulkę od torsu. Czułem się okropnie, czułem, że
śmierdzę i że nogi włażą mi w moje idealne pośladki. Było źle.
- Ma ktoś coś do picia? –
wycharczałem, czując że me ponętne usta są wyschnięte niczym studnia na
pustyni. Lub niczym wiórki kokosowe.
- Łap, Łapo – powiedziała
Ruda Istota i rzuciła mi butelkę z jakąś dziwną wodą. Spojrzałem na nią z
wdzięcznością i napiłem się.
- Pfff, bleh, ugh, co to
jest?! – zapytałem, gdy oplułem sobie moją ulubioną koszulkę.
- Zielona herbata, jest
świetna na upał – odparła Wiewóra, zacieszając twarz – Chyba się trochę
uświniłeś – dodała, spoglądając na moją oplutą koszulkę. Spojrzałem jeszcze
niżej i się załamałem.
- Syriuszu, wyglądasz jakbyś
się zsikał – powiedziała moja żona, głupio się uśmiechając. Z męża się śmiać,
to nieładnie!
- Ughhh – wyjęczałem i
wysuszyłem sobie garderobę różdżką.
- Patrzcie, widać miasteczko
– powiedział James. Wszyscy jak jeden mąż, spojrzeliśmy we wskazanym kierunku.
- Alleluja! – zawołała
Dorcas i przyśpieszyła.
Z
różowego notatnika Dorcas Meadowes-Black
Miasteczko było naprawdę
urokliwe. Niska zabudowa, stare domy i śliczny rynek. Strzeliliśmy sobie
paręnaście pamiątkowych fotek (jak to mówi Lily – dla potomnych) i znaleźliśmy
mugolski pub ze smacznym jedzeniem.
- Najadłam się – oznajmiłam
i napiłam mugolskiego piwa. Było dziwne – jednak co piwo kremowe to dobre piwo.
Hm, co ja napisałam, jakieś masło maślane. No nic!
- Co robimy? – dodałam.
Spojrzałam na moich kompanów i się z lekka załamałam.
Mój mąż siedział skrzywiony
– bolały go nogi, Lily czytała ulotki znalezione przy barze, a James przysypiał
oparty na dłoniach.
- Ludzie, ruszmy się gdzieś!
– zawołałam, spoglądając na nich – Wracamy na pole namiotowe, czy robimy coś
innego?
- Wracamy? – odpowiedziała
pytaniem na pytanie Lily.
- Merlinie, teraz naprawdę
nogi wejdą mi w tyłek – wyszeptał Syriusz, gdy ruszyliśmy w drogę powrotną.
Na piechotę.
Z
dziennika Jamesa Pottera
Powrót do namiotów trwał
dosyć długo – Syriuszowi zrobił się odcisk na stopie i szedł podpierając się
masywnym kijem, który to znalazł po drodze. Wyglądał jak kaleka, ale nie
chciałem mu tego mówić – jeszcze by się obraził.
- Fajnie, że w
czarodziejskich namiotach są łazienki, ale szkoda, że takie małe – powiedziała
Lily, wchodząc do rzeczywiście niedużej kabiny prysznicowej – Oo, jak dobrze,
zimna woda – dodała.
Cóż, słysząc te odgłosy,
zdjąłem z siebie przepocone ciuchy i jakimś cudem zmieściłem się do kabiny.
5 sierpnia wszyscy chodzili
podekscytowani. Nawet ja i Dorcas, w końcu złapałyśmy sportowego bakcyla – od trzasnęłyśmy się w nasze koszulki, wzięłyśmy po jednej chorągiewce, parze
omnikularów i czekałyśmy na naszych facetów – mieliśmy iść na stadion.
- Co oni robią? – zapytała
Dorcas, chodząc w kółko i co chwilę poprawiając sobie włosy – Szykują się
dłużej niż my – dodała.
Zaśmiałam się i spojrzałam
na namiot.
- James, pośpiesz się! –
krzyknęłam, jednak niepotrzebnie. Naszym oczom ukazali się nasi mężowie – mieli
pomalowane twarze w angielską flagę.
- No nieźle – skomentowałam
ten widok – Idziemy?
- Oczywiście, że tak. Nie
możemy się spóźnić, Wiewióro – odparł Black i szybko przeszedł obok mnie,
ciągnąc Dorcas za rękę i prawie biegnąc w stronę stadionu.
Mieliśmy całkiem niezłe
miejscówki – dobra, nie była to loża VIP, ale prawie na samej górze stadionu,
gdzie wszystko było doskonale widać. Siedzieliśmy już od dobrej godziny,
rozpoczęcie, czyli te wszystkie ceremonie – wychodzenie na stadion zwycięzców sprzed
czterech lat, jakieś dzieci latające na miotłach, smoki oblatujące stadion –
czyli te wszystkie „atrakcje”, które zazwyczaj zapowiadają mecz/rozgrywki/dobrą
zabawę – niepotrzebne skreślić, trwały długo.
- Ależ jestem
podekscytowana! – krzyknęła Dorcas i zaczęła jakoś tak dziwnie podskakiwać na
plastikowym krzesełku – Te smoki były zajebiste!
- Te dzieci na miotełkach
były rozkoszne – dodałam, przypominając sobie maluchy przebrane za drużyny
Anglii i Niemiec, oblatujące stadion.
- Drużyna Brazylii była
lepsza, Batista to ich najlepszy zawodnik, co tam jakieś dzieciaki! – odparł
Syriusz, spoglądając w omnikulary i zapewne powtarzając sobie wejście drużyny
Brazylii.
- Dzieci były całkiem fajne
i miały małe Nimbusy 1900, to było czaderskie – powiedział James.
- Drodzy widzowie, zaczynamy
mecz! Na boisko wchodzą drużyny Anglii i Niemiec, powitajcie je gromkimi
oklaskami! – zawołał komentator.
Na trybunach wybuchła
prawdziwa euforia i wrzawa. Wszyscy krzyczeli i machali chorągiewkami. Mecz
czas zacząć!
Anglia przegrała mecz. Po
tym fakcie nastąpiła całkowita żałoba – angielscy kibice pozamykali się w
namiotach, albo od razu spakowali i wrócili do domów. Za to Niemcy głośno
świętowali i cóż, trochę się z nas wyśmiewali.
- Taaka porażka – mruczał co
jakiś czas pod nosem James. Siedzieliśmy we dwójkę w namiocie i otrząsaliśmy
się z tego wydarzenia. Może źle powiedziane – James się otrząsał, a ja miałam
to ogólnie rzecz biorąc gdzieś. Ale wiecie, jestem patriotką – było mi po
prostu przykro, że nasza drużyna przegrała. Niby niedużo, bo było 350 – 320 dla
Niemiec.
- Nie mogę w to uwierzyć –
dodał i na mnie spojrzał – Widziałaś to? – zapytał.
Ekhm, no taa.
- Oczywiście, że tak kotku,
siedziałam obok ciebie – odparłam, przysiadając na podłodze obok męża – Nie
martw się, za cztery lata im się uda – dodałam pewnym głosem, próbując go
pocieszyć.
- Może – odparł smutnym
głosem – Pratt tak zawiódł Anglię, jak mógł nie złapać znicza, jeżeli ten przeleciał
mu koło ręki? Ja bym złapał… - dodał, spoglądając na mnie pewnie.
- No jasne, że byś złapał,
jesteś najlepszym szukającym jakiego znam – odparłam. Już nie dodawałam, że
jest jedynym szukającym jakiego znam…
- Nie chcę tu dłużej siedzieć,
wracajmy do domu – powiedział, wstając z podłogi.
- Uh, James, jest dobrze po
1 w nocy, prześpijmy się i z samego rana wrócimy do domu, dobrze? – zapytałam,
głaszcząc załamanego Rogacza po dłoni. Spojrzał na mnie i kiwnął głową.
- Możesz mnie przytulic? –
zapytał smutnym głosem. Objęłam go mocno ramionami i uśmiechnęłam się pod
nosem. Co ten sport wyprawia z facetami?
Z
dziennika Syriusza Blacka
Byłem załamany.
Pokonany.
Zdeptany.
Pobity.
Złamany.
Zmiażdżony.
Jak?!
Jak mogli przegrać ten
mecz?!?
A tak mocno im kibicowałem!!
Podskakiwałem, machałem
chorągiewką, krzyczałem: Anglia! Anglia! Anglia!
A oni?!
Przegrali…
Moje życie nie ma sensu.
- Żegnaj, smutny świecie –
wyszeptałem i wstrzymałem oddech.
5 sekund.
10 sekund.
30 sekund.
60 sekund.
- Syriuszu, co ty
wyprawiasz? Czemu włożyłeś sobie waciki do nozdrzy? – zapytała Dorcas, moja
słodka Czekoladka.
Przecież mam dla kogo żyć!
Czekoladka, ma piękna, boska
żonka!
Wyjąłem płatki kosmetyczne z
nosa i głęboko wciągnąłem powietrze w płuca.
- Chciałem się udusić –
wyjaśniłem, tragicznym głosem – Ale przypomniałem sobie, że mam ciebie –
dodałem i przytuliłem się do Dorcas. Twarz wcisnąłem w jej brzuch i gorzko
zaszlochałem.
Przegraliśmy.
Z
różowego notatnika Dorcas Meadowes- Black
Usypiałam Syriusza dobre dwie
godziny – ciągle budził się i miał koszmary. Nawet mówił przez sen: „Nie… nie!
Przegrali… Angliaaaa! Angliaaaa!”. To była masakra, musiałam wyciszyć nasz
namiot zaklęciem, jeszcze ludzie by pomyśleli, że mieszka tu ktoś chory
psychicznie. Zostawiłam męża śpiącego w śpiworze i wyszłam przed namiot.
- I jak się trzyma James? –
zapytałam siedzącą przy ognisku Lily. Spojrzała na mnie i się skrzywiła.
- Załamany – odparła i
poruszyła patykiem palące się drewno.
- Syriusz chciał się udusić
– powiedziałam, poważnym tonem. Lily spojrzała na mnie z szeroko otwartymi
oczami.
- Jak?
- Wsadził sobie waciki do
nosa i wstrzymywał oddech.
Spojrzałyśmy na siebie i
zaczęłyśmy się głośno śmiać. Nasi mężowie są niepoprawni, ale czy to nie za to
ich tak kochamy?
***
Ja to jestem - podekscytowana dodaniem pierwszej miniaturki, zapomniałam, że miałam dodać dzisiaj rozdział! Taaa, za mało kawy dziś wypiłam, oj za mało!
Wracając do miniaturki - wiem, że tam akcja jest bardzo szybka, ale jak to nazwa wskazuje, jest to miniaturka - czyli krótka forma, więc nie mogłam się bardziej rozpisać. Oczywiście są to jakieś moje dziwne wymysły, więc niech nic was nie zdziwi!
Tak apropo dziwnych wymysłów - ostatnio znalazłam opowiadanie drapple - no czego to ludzie nie wymyślą!! Albo drarry... Internet to ciekawe miejsce ;)
Napisałam już miniaturkę świąteczną (mam nadzieję, że lepszą :), którą to dodam przed Świętami. I nadal nie mogę się wziąć do rozdziału 67, ech! Niby jestem do przodu z rozdziałami, ale jak zaraz nie napiszę tego cholernego rozdziału, to chyba nigdy tego nie zrobię...
Hasła waciki w nozdrzach :) na pewno dasz radę napisać kolejny rozdział. Trzymam kciuki :) nie mogę się doczekać kolejnej miniaturki ;**
OdpowiedzUsuńhahaha leże (znowu) xDD SUPER HIPER MEGA FAJNE :DDD biedni chłopcy :( jak ci frajerzy mogli przegrać mecz?!?! a tak wgl to pamiętaj że wierzę w ciebie i wiem że niedługo napiszesz 67 ;) do napisania :*
OdpowiedzUsuń