wtorek, 16 grudnia 2014

Rozdział 57 Mistrzostwa Świata w Quidditch’u



Może zacznijmy od paru faktów. Mistrzostwa Świata w Quidditch’u odbywają się co cztery lata – coś jak mugolska olimpiada. Mecze rozgrywane są przez drużyny z każdego kraju świata, więc ta impreza ciągnie się dobre dwa miesiące. Do finału – czyli wydarzenia na które mamy bilety – w tym roku przeszły drużyny Anglii oraz Niemiec. Finały odbywają się w krajach losowanych specjalną maszyną – nazwaną Fatesport – z łaciny oznacza to dokładnie – Sportowy Los.
Tak jak wcześniejsze mecze nie są rozgrywane na zbyt dużą skalę – no ok, mają swoją widownię, wiecie istnieją mega zafiksowani fani – ale finał, to coś zupełnie innego.
W tym roku nie dość, że Anglia przeszła do finału, to jeszcze została wylosowana jako gospodarz spotkania.
Mecz finałowy miał się odbyć pod miasteczkiem Whitby – są tam rozległe pola namiotowe oraz duże, wolne przestrzenie – czyli wszystko to, co jest potrzebne dla wielkiej zgrai ludzi oraz monumentalnego stadionu (oczywiście niewidzialnego dla mugoli).
Finał miał się odbyć 5 sierpnia, więc James z Syriuszem ustalili, że dostaniemy się tam wcześniej za pomocą świstoklika – na spokojnie znajdziemy miejsce na namioty, rozłożymy się, oraz faceci będą dłużej żyć tą sportową atmosferą, bo nie łudźcie się – ani ja, ani tym bardziej Dorcas, nie byłyśmy aż tak zainteresowane Quidditchem.
- Gotowa? – zapytał James. Był 3 sierpnia, godzina 7 rano. Jak mogłam być gotowa o tej porze? Albo inne pytanie, jak mogłam być przytomna?
- Taaa – wymruczałam i zarzuciłam sobie plecak na ramiona. Pogoda dopisywała – lato w tym roku było naprawdę ciepłe. Ubrałam się w dżinsowe szorty, czerwony t-shirt, oraz czarne trampki i założyłam okulary przeciwsłoneczne na nos.
- Finale, nadchodzimy! – krzyknął jeszcze James, zanim dotknęliśmy świstoklika.


Z Dorcas i Syriuszem spotkaliśmy się na miejscu, czyli na polach namiotowych pod niedużą mieściną – Whitby.
- Ale dziś upał – zauważyła Dor i zaczęła się wachlować. Stałyśmy na już zatłoczonym polu namiotowym i popijałyśmy chłodny sok dyniowy. Nasi mężowie, jak przystało na prawdziwych facetów, zajęli się rozkładaniem namiotów. Jamesowi szło naprawdę sprawnie, w końcu nawet całkiem niedawno rozkładał namiot - gdy byliśmy na naszym króciutkim, weekendowym wypadzie.
Jednak Syriusz, cóż, to odosobniony przypadek. Poplątał sznurki, nie radził sobie z rozłożeniem materiału i ciągle stękał (nie chcę być niemiła, ale brzmiał jakby siedział na kiblu i robił wiadomo co).
- Syriuszu, użyj różdżki – zaproponowałam, siadając w cieniu pod drzewem. Wiem, to niemiłe – my sobie siedzimy, a oni pracują w tym upale. No, ale tak to bywa – to oni chcieli nocować na polu namiotowym, a nie w jakimś przytulnym pensjonacie.
- Nie wpadłem na to – wymamrotał pod nosem i wyjął z tylnej kieszeni spodni różdżkę.
Po chwili oba namioty stały i wyglądały dosyć stabilnie. Poradzili sobie!
- W rekordowym tempie – powiedziałam do męża, dałam mu całusa i weszłam do chłodnego wnętrza.

Wieczorem, gdy już było mnóstwo porozkładanych namiotów i jeszcze więcej ludzi, usiedliśmy przed namiotami.
- Piękny wieczór – powiedziałam, kładąc się na kocu i spoglądając na gwiazdy. Dor uwaliła się koło mnie i poczęstowała mnie czekoladą.
- Co tam pogoda, mecz, niesamowita atmosfera, kibicowanie, to jest to! – krzyknął Syriusz, znad butelki piwa kremowego.
- Apropo kibicowania, kupiłyśmy sobie koszulki – Dorcas wyjęła krótkie, do połowy brzucha koszulki z wielkim napisem ENGLAND na wysokości biustu.
Łapa spojrzał na te skrawki materiału i głośno gwizdnął.
- Chyba będziemy musieli uważać na nasze żony – powiedział do Jamesa.

4 sierpnia można było wyczuć atmosferę oczekiwania i wielkiego podekscytowania. Dzieciaki latały puszczone samopas po obozie, ludzie już zaczęli świętowanie(po prostu ostro chlali), kibice przeciwnych drużyn wykłócali się kto wygra, a my zachowaliśmy spokój w tym całym szaleństwie.
Oczywiście, James i Syriusz byli podekscytowani – kupili już cztery pary omnikularów oraz zapas chorągiewek z flagą Anglii, które wszędzie powbijali dookoła naszych namiotów (w jedną nawet udało mi się wleźć – zrobiła mi wielką szramę na łydce – ała!).
- Drugi dzień jemy tylko czekoladę i chipsy, może przejdziemy się do miasteczka i zobaczymy czy jest tam jakaś knajpa? – zapytałam. Serio, ja wiem że Dorcas uwielbia czekoladę, a Black znowu podjada chipsy, ale ile można?
- Zgadzam się z Lily, jestem głodny – dodał James, poklepując się po brzuchu.
- Spoko – odparła lakonicznie Dorcas i weszła do namiotu – Tylko wezmę torebkę! – krzyknęła z wnętrza.
Wsadziłam do plecaka różne przydatne przedmioty – takie jak puder, błyszczyk, krem z filtrem UV, aparat fotograficzny, oraz portfel Jamesa i ruszyliśmy.
- Nie uważacie, że szybciej by było gdybyśmy się teleportowali? – zapytał po jakiś 10 minutach marszu Syriusz. Pole namiotowe było oddalone od miasteczka o jakieś 5 kilometrów – dla takiego arystokraty jak pan B. to pewnie bardzo daleko.
- Zrobimy sobie spacer oraz spalimy te niezdrowe żarcie – odparłam, wyciągając aparat z plecaka – Uśmiech! – zawołałam i strzeliłam zdjęcie.
Znajdowali się na nim – uśmiechnięty James, skrzywiony Syriusz oraz umazana rozpuszczoną czekoladą Dorcas.
- Będzie ładna pamiątka dla dzieci – skomentowałam to, wyszczerzając zęby. Syriusz tylko coś burknął niezadowolony.

Z dziennika Syriusza Blacka
Szliśmy, szliśmy i szliśmy – droga prowadząca przez las wydawała mi się najgorszą karą, pewnie była to kara za moje grzechy – świetny wygląd i niesamowite włosy!
- Jestem wy-koń-czony! – krzyknąłem. Serio, idźcie tak w skwarze, czujcie pot spływający po plecach i co jakiś czas odklejajcie koszulkę od torsu. Czułem się okropnie, czułem, że śmierdzę i że nogi włażą mi w moje idealne pośladki. Było źle.
- Ma ktoś coś do picia? – wycharczałem, czując że me ponętne usta są wyschnięte niczym studnia na pustyni. Lub niczym wiórki kokosowe.
- Łap, Łapo – powiedziała Ruda Istota i rzuciła mi butelkę z jakąś dziwną wodą. Spojrzałem na nią z wdzięcznością i napiłem się.
- Pfff, bleh, ugh, co to jest?! – zapytałem, gdy oplułem sobie moją ulubioną koszulkę.
- Zielona herbata, jest świetna na upał – odparła Wiewóra, zacieszając twarz – Chyba się trochę uświniłeś – dodała, spoglądając na moją oplutą koszulkę. Spojrzałem jeszcze niżej i się załamałem.
- Syriuszu, wyglądasz jakbyś się zsikał – powiedziała moja żona, głupio się uśmiechając. Z męża się śmiać, to nieładnie!
- Ughhh – wyjęczałem i wysuszyłem sobie garderobę różdżką.
- Patrzcie, widać miasteczko – powiedział James. Wszyscy jak jeden mąż, spojrzeliśmy we wskazanym kierunku.
- Alleluja! – zawołała Dorcas i przyśpieszyła.

Z różowego notatnika Dorcas Meadowes-Black
Miasteczko było naprawdę urokliwe. Niska zabudowa, stare domy i śliczny rynek. Strzeliliśmy sobie paręnaście pamiątkowych fotek (jak to mówi Lily – dla potomnych) i znaleźliśmy mugolski pub ze smacznym jedzeniem.
- Najadłam się – oznajmiłam i napiłam mugolskiego piwa. Było dziwne – jednak co piwo kremowe to dobre piwo. Hm, co ja napisałam, jakieś masło maślane. No nic!
- Co robimy? – dodałam. Spojrzałam na moich kompanów i się z lekka załamałam.
Mój mąż siedział skrzywiony – bolały go nogi, Lily czytała ulotki znalezione przy barze, a James przysypiał oparty na dłoniach.
- Ludzie, ruszmy się gdzieś! – zawołałam, spoglądając na nich – Wracamy na pole namiotowe, czy robimy coś innego?
- Wracamy? – odpowiedziała pytaniem na pytanie Lily.
- Merlinie, teraz naprawdę nogi wejdą mi w tyłek – wyszeptał Syriusz, gdy ruszyliśmy w drogę powrotną.
Na piechotę.

Z dziennika Jamesa Pottera
Powrót do namiotów trwał dosyć długo – Syriuszowi zrobił się odcisk na stopie i szedł podpierając się masywnym kijem, który to znalazł po drodze. Wyglądał jak kaleka, ale nie chciałem mu tego mówić – jeszcze by się obraził.
- Fajnie, że w czarodziejskich namiotach są łazienki, ale szkoda, że takie małe – powiedziała Lily, wchodząc do rzeczywiście niedużej kabiny prysznicowej – Oo, jak dobrze, zimna woda – dodała.
Cóż, słysząc te odgłosy, zdjąłem z siebie przepocone ciuchy i jakimś cudem zmieściłem się do kabiny.


5 sierpnia wszyscy chodzili podekscytowani. Nawet ja i Dorcas, w końcu złapałyśmy sportowego bakcyla – od trzasnęłyśmy się w nasze koszulki, wzięłyśmy po jednej chorągiewce, parze omnikularów i czekałyśmy na naszych facetów – mieliśmy iść na stadion.
- Co oni robią? – zapytała Dorcas, chodząc w kółko i co chwilę poprawiając sobie włosy – Szykują się dłużej niż my – dodała.
Zaśmiałam się i spojrzałam na namiot.
- James, pośpiesz się! – krzyknęłam, jednak niepotrzebnie. Naszym oczom ukazali się nasi mężowie – mieli pomalowane twarze w angielską flagę.
- No nieźle – skomentowałam ten widok – Idziemy?
- Oczywiście, że tak. Nie możemy się spóźnić, Wiewióro – odparł Black i szybko przeszedł obok mnie, ciągnąc Dorcas za rękę i prawie biegnąc w stronę stadionu.

Mieliśmy całkiem niezłe miejscówki – dobra, nie była to loża VIP, ale prawie na samej górze stadionu, gdzie wszystko było doskonale widać. Siedzieliśmy już od dobrej godziny, rozpoczęcie, czyli te wszystkie ceremonie – wychodzenie na stadion zwycięzców sprzed czterech lat, jakieś dzieci latające na miotłach, smoki oblatujące stadion – czyli te wszystkie „atrakcje”, które zazwyczaj zapowiadają mecz/rozgrywki/dobrą zabawę – niepotrzebne skreślić, trwały długo.
- Ależ jestem podekscytowana! – krzyknęła Dorcas i zaczęła jakoś tak dziwnie podskakiwać na plastikowym krzesełku – Te smoki były zajebiste!
- Te dzieci na miotełkach były rozkoszne – dodałam, przypominając sobie maluchy przebrane za drużyny Anglii i Niemiec, oblatujące stadion.
- Drużyna Brazylii była lepsza, Batista to ich najlepszy zawodnik, co tam jakieś dzieciaki! – odparł Syriusz, spoglądając w omnikulary i zapewne powtarzając sobie wejście drużyny Brazylii.
- Dzieci były całkiem fajne i miały małe Nimbusy 1900, to było czaderskie – powiedział James.
- Drodzy widzowie, zaczynamy mecz! Na boisko wchodzą drużyny Anglii i Niemiec, powitajcie je gromkimi oklaskami! – zawołał komentator.
Na trybunach wybuchła prawdziwa euforia i wrzawa. Wszyscy krzyczeli i machali chorągiewkami. Mecz czas zacząć!


Anglia przegrała mecz. Po tym fakcie nastąpiła całkowita żałoba – angielscy kibice pozamykali się w namiotach, albo od razu spakowali i wrócili do domów. Za to Niemcy głośno świętowali i cóż, trochę się z nas wyśmiewali.
- Taaka porażka – mruczał co jakiś czas pod nosem James. Siedzieliśmy we dwójkę w namiocie i otrząsaliśmy się z tego wydarzenia. Może źle powiedziane – James się otrząsał, a ja miałam to ogólnie rzecz biorąc gdzieś. Ale wiecie, jestem patriotką – było mi po prostu przykro, że nasza drużyna przegrała. Niby niedużo, bo było 350 – 320 dla Niemiec.
- Nie mogę w to uwierzyć – dodał i na mnie spojrzał – Widziałaś to? – zapytał.
Ekhm, no taa.
- Oczywiście, że tak kotku, siedziałam obok ciebie – odparłam, przysiadając na podłodze obok męża – Nie martw się, za cztery lata im się uda – dodałam pewnym głosem, próbując go pocieszyć.
- Może – odparł smutnym głosem – Pratt tak zawiódł Anglię, jak mógł nie złapać znicza, jeżeli ten przeleciał mu koło ręki? Ja bym złapał… - dodał, spoglądając na mnie pewnie.
- No jasne, że byś złapał, jesteś najlepszym szukającym jakiego znam – odparłam. Już nie dodawałam, że jest jedynym szukającym jakiego znam…
- Nie chcę tu dłużej siedzieć, wracajmy do domu – powiedział, wstając z podłogi.
- Uh, James, jest dobrze po 1 w nocy, prześpijmy się i z samego rana wrócimy do domu, dobrze? – zapytałam, głaszcząc załamanego Rogacza po dłoni. Spojrzał na mnie i kiwnął głową.
- Możesz mnie przytulic? – zapytał smutnym głosem. Objęłam go mocno ramionami i uśmiechnęłam się pod nosem. Co ten sport wyprawia z facetami?

Z dziennika Syriusza Blacka
Byłem załamany. 
Pokonany. 
Zdeptany. 
Pobity. 
Złamany. 
Zmiażdżony.
Jak?!
Jak mogli przegrać ten mecz?!?
A tak mocno im kibicowałem!!
Podskakiwałem, machałem chorągiewką, krzyczałem: Anglia! Anglia! Anglia!
A oni?!
Przegrali…
Moje życie nie ma sensu.
- Żegnaj, smutny świecie – wyszeptałem i wstrzymałem oddech.
5 sekund.
10 sekund.
30 sekund.
60 sekund.
- Syriuszu, co ty wyprawiasz? Czemu włożyłeś sobie waciki do nozdrzy? – zapytała Dorcas, moja słodka Czekoladka.
Przecież mam dla kogo żyć!
Czekoladka, ma piękna, boska żonka!
Wyjąłem płatki kosmetyczne z nosa i głęboko wciągnąłem powietrze w płuca.
- Chciałem się udusić – wyjaśniłem, tragicznym głosem – Ale przypomniałem sobie, że mam ciebie – dodałem i przytuliłem się do Dorcas. Twarz wcisnąłem w jej brzuch i gorzko zaszlochałem.
Przegraliśmy.

Z różowego notatnika Dorcas Meadowes- Black
Usypiałam Syriusza dobre dwie godziny – ciągle budził się i miał koszmary. Nawet mówił przez sen: „Nie… nie! Przegrali… Angliaaaa! Angliaaaa!”. To była masakra, musiałam wyciszyć nasz namiot zaklęciem, jeszcze ludzie by pomyśleli, że mieszka tu ktoś chory psychicznie. Zostawiłam męża śpiącego w śpiworze i wyszłam przed namiot.
- I jak się trzyma James? – zapytałam siedzącą przy ognisku Lily. Spojrzała na mnie i się skrzywiła.
- Załamany – odparła i poruszyła patykiem palące się drewno.
- Syriusz chciał się udusić – powiedziałam, poważnym tonem. Lily spojrzała na mnie z szeroko otwartymi oczami.
- Jak?
- Wsadził sobie waciki do nosa i wstrzymywał oddech.
Spojrzałyśmy na siebie i zaczęłyśmy się głośno śmiać. Nasi mężowie są niepoprawni, ale czy to nie za to ich tak kochamy?

***

Ja to jestem - podekscytowana dodaniem pierwszej miniaturki, zapomniałam, że miałam dodać dzisiaj rozdział! Taaa, za mało kawy dziś wypiłam, oj za mało!
Wracając do miniaturki - wiem, że tam akcja jest bardzo szybka, ale jak to nazwa wskazuje, jest to miniaturka - czyli krótka forma, więc nie mogłam się bardziej rozpisać. Oczywiście są to jakieś moje dziwne wymysły, więc niech nic was nie zdziwi!  
Tak apropo dziwnych wymysłów - ostatnio znalazłam opowiadanie drapple - no czego to ludzie nie wymyślą!! Albo drarry... Internet to ciekawe miejsce ;) 
Napisałam już miniaturkę świąteczną (mam nadzieję, że lepszą :), którą to dodam przed Świętami.  I nadal nie mogę się wziąć do rozdziału 67, ech! Niby jestem do przodu z rozdziałami, ale jak zaraz nie napiszę tego cholernego rozdziału, to chyba nigdy tego nie zrobię...

2 komentarze:

  1. Hasła waciki w nozdrzach :) na pewno dasz radę napisać kolejny rozdział. Trzymam kciuki :) nie mogę się doczekać kolejnej miniaturki ;**

    OdpowiedzUsuń
  2. hahaha leże (znowu) xDD SUPER HIPER MEGA FAJNE :DDD biedni chłopcy :( jak ci frajerzy mogli przegrać mecz?!?! a tak wgl to pamiętaj że wierzę w ciebie i wiem że niedługo napiszesz 67 ;) do napisania :*

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.