środa, 10 grudnia 2014

Rozdział 54 Szczęśliwi czasu nie liczą



- „Bo wreszcie przyszedł maj /Zrobiło się gorąco /Ktoś teraz o mnie dba /Przeszłość upiłam słońcem /Tylko słońcem /Całym słońcem /Tylko słońcem” (https://www.youtube.com/watch?v=KOOuId16P9E) – słoneczny, weekendowy poranek, przywitałam skromnym karaoke – wyśpiewywaniem piosenek razem z wokalistami. A że ta piosenka była całkiem na czasie, bo rzeczywiście wreszcie przyszedł maj – wpasowałam się idealnie.
- Ktoś tu ma dobry humor – zauważył James, obejmując mnie w pasie rękoma. Uśmiechnęłam się lekko i kontynuowałam zarówno śpiewanie, jak i smażenie jajecznicy.
- „Poczułam co to szczęście / Tylko szczęście /Całe szczęście /Tylko szczęście” ! – wyśpiewałam, odrobinę fałszując (sic!). Odwróciłam się do uśmiechniętego Rogacza i dałam mu przelotnego buziaka w policzek.
- Siadaj, podaję śniadanie – powiedziałam, nakładając na talerze puchatą jajecznicę i położyłam jeden z talerzy przed mężem – To jakie mamy plany na weekend? – zapytałam.
James się zastanowił i wzruszył ramionami. No tak, jego inwencja twórcza kończy się na dziecinnych dowcipach i dokuczaniu mi. Oraz innych rzeczach, no ale teraz nie o tym!
- Może zróbmy sobie wycieczkę? Teleportujmy się gdzieś – zaproponowałam.
- Forest of Dean! – wykrzyknął nagle James. Normalnie, aż chyba zauważyłam żarówkę zapalającą się nad jego głową…
- A co tam jest? – zapytałam. W końcu kobieta woli wiedzieć, jakie chociażby ma buty założyć – czy mają być trampki, a może szpilki?
- Nic szczególnego, zwykły las, jednak kiedyś byłem tak z ojcem, zrobiliśmy sobie wycieczkę. Może spakujemy namiot i tam przenocujemy? – zapytał.
Dobra, szczerze mówiąc, nocowanie pod namiotem, wśród dzikich zwierząt i owadów (raczej nie dzikich, no ale nie wiadomo!), nie wydawało mi się najprzyjemniejszą czynnością jaką możemy wykonywać w ten słoneczny weekend. Jednak widząc szczęśliwą minę Rogacza, ugh, ugięłam się.
- Jasne, weźmy namiot i przenocujmy – powiedziałam, próbując nadać swojemu głosowi choć odrobinkę entuzjazmu.
- To idziemy się pakować! – krzyknął James i właściwie wyrwał mi talerz ze śniadaniem i wsadził go do zlewu. Spoko, wcale nie byłam głodna…


- Jesteśmy! – powiedział James, gdy teleportowaliśmy się na obrzeżach lasu. Dobrze, muszę to przyznać, było bardzo ładnie! W lesie było przyjemnie, słońce malowniczo przebijało się przez zazielenione korony drzew, panował tu też miły chłodek.
- Poszukajmy jakiegoś ładnego miejsca na obóz – zaproponowałam. James skinął głową i pociągnął mnie w stronę jakiś chaszczy.

- Tu jest pięknie! – wykrzyknęłam, gdy po godzinie marszu, w końcu znaleźliśmy naprawdę ładne miejsce – niedużą polankę, otoczoną starymi dębami.  
- Rzucać jakieś zaklęcia obronne? – zapytałam, myśląc z trwogą o niedźwiedziach, rysiach i innych niebezpiecznych zwierzętach, które mogą mieszkać w tych lasach. Kto wie, może są tu i skunksy? Fu. A jak na mnie taki nasika, czy jak to one tam wydalają z siebie ten smród? Merlinie, tylko nie to! Z niepokojem rozejrzałam się po okolicy.
- Możemy rzucić, czemu nie – odparł James, i zaczął łazić po polanie z różdżką i szeptał różne inkantacje.
Spojrzałam na nasz zapakowany po brzegi plecak i ciężko westchnęłam. Rozbijanie namiotu, nawet za pomocą czarów nie jest najłatwiejsze. Zawsze sznurki się plączą, śledzie gdzieś gubią i w ogóle wychodzi dupa blada.
- James, rozłożysz namiot? – zapytałam, wyjmując z plecaka leżak. Ekhm, no co!? Zaklęcie zmniejszająco – zwiększające się kłania!
- Jasne – odparł, zaaferowany, wyjmując namiot z ochronnego etui – Może rozłożę go jak prawdziwy mugol? – zapytał podekscytowany.
- Kochanie, zrób jak uważasz – odpowiedziałam, smarując się kremem z filtrem, a później  spsikałam się obficie sprejem na komary i inne kleszcze – Czy mam ci pomóc? – zapytałam, gdy zauważyłam, że J sobie nie radzi. Ale wiecie, stał z taką słodką, roztargnioną miną, no nie mogłam się powstrzymać, podeszłam i klepnęłam go w tyłek. Zła ja...
- Za co?! – zapytał, odwracając się do mnie, trzymając się za cztery litery. Przecież nie było mocno!
- Za bycie niewiarygodnie seksownym – odpowiedziałam, przyznaję, z głupim uśmiechem.
- Jesteś niewyżyta – odparł, nadal składając namiot.
- Wiem, wiem. Pośpiesz się z tym rozkładaniem, to wtedy ci pokażę jaka jestem niewyżyta – dodałam, z jakże tajemniczym uśmiechem. Uśmiechem La Giocondy – wiecie Mony Lizy, z najpopularniejszego obrazu Leonarda Da Vinci. Poszłam w kierunku krzaczków, czy tam innych kwiatków, oglądając się na przyśpieszone rozkładanie namiotu. I co, ja nie umiem motywować?!

Po godzinie mieliśmy postawiony namiot, rozpalone ognisko oraz porozkładane gdzieniegdzie przeróżne odstraszacze na owady - gdzieniegdzie czyli na każdym kroku.
- Chyba coś mi obiecałaś – powiedział James, wystawiając głowę z namiotu.
Spojrzałam na jego zaaferowaną minę i szybko zdejmując koszulkę przez głowę, wpadłam do naszego namiotu.


- Chyba mieliśmy spędzać czas na łonie natury – powiedziałam. Leżeliśmy w jednym śpiworze, ściśnięci jak sardynki. Było już po 19, a my tak właściwie tylko rozbiliśmy namiot. No i ekhm, później zajęliśmy się ciekawszymi sprawami.
- Można powiedzieć, że leżymy prawie na dworze – odparł James, przeczesując mi włosy dłonią i wskazując na otwarte wejście do namiotu. Chyba jednak dobrze, że wcześniej rzucił zaklęcia, wolę nie myśleć jaki byłby obciach, gdyby ktoś tędy przechodził…


Po godzinie znowu wyglądaliśmy jak ludzie, ubraliśmy się, uczesaliśmy i upiekliśmy sobie kiełbaski nad ogniskiem.
- Myślałam, że będzie gorzej – powiedziałam, popijając sok pomarańczowy – Myślałam, że zostanę zjedzona przez owady i znowu się spalę na słońcu, ale nic takiego się nie stało.
James spojrzał na mnie jak na nienormalną.
- Może dlatego, że całe popołudnie spędziliśmy w namiocie? – zapytał.
Zamyśliłam się.
- Pewnie tak – odparłam i usiadłam na kocu koło Rogacza.
- Czeszemy – rozkazałam, wcisnęłam mu szczotę do ręki i zarzuciłam włosy na plecy. James ciężko westchnął i zaczął mi szczotkować włosy. Niestety, ale to uwielbiam!


Niedzielny poranek powitał nas ptasim trelem i słońcem wpadającym do namiotu, wprost na moją twarz. Powiem wam tyle, to nie było przyjemne, ani trochę! W sensie, mówię o tych promieniach słonecznych. Odwróciłam się na bok i spojrzałam na śpiącego Jamesa. Wyglądał tak spokojnie! Czas to zmienić…
- Jameees – wyjęczałam, prawie się na nim kładąc.
- Coo? – odparł, obejmując mnie ramionami.
- Nie śpij – powiedziałam rezolutnie.
- Przecież nie śpię, obudziłaś mnie – odparł, nadal z zamkniętymi oczami. Rozpięłam jego śpiwór i wcisnęłam się do niego – Może jeszcze jednak pośpimy? – zaproponował, wtulając się we mnie, niczym w jakąś maskotkę.
- Możemy – odparłam łaskawie. James się uśmiechnął i zanurzył twarz w moich włosach.

- Czas na śniadanio - obiad. Co dla mnie przygotowałaś, żonko? – zapytał „mężulek”. Boże, jak ja nie lubię, gdy się do mnie zwraca per „żonko”. Normalnie, tekst jak z jakiegoś „Domku na prerii”, czy coś.
- Mamy jakiś suchy prowiant, leży w turystycznej lodówce – odparłam, łapiąc te pierwsze w tym roku promienie słoneczne. Cóż, jak się wstaje o normalnej porze - czytaj o 9 to się je śniadanie, a jak się śpi do 12 – to się je samemu robi.
James zrobił minę skrzywdzonego dziecka i zaczął grzebać w lodówce.
- Serio, będziesz jadł czekoladę? – zapytałam, patrząc jak rozwija opakowanie i wgryza się w ciemną tabliczkę.
- Jeżeli żonka nie chciała mi zrobić obiadku, cóż, jestem skazany na czekoladę – odparł.
James jest niereformowalny.

Popołudnie spędziliśmy głównie spacerując po lesie i robiąc sobie zabawne zdjęcia. Na przykład – ja jako Wiewiórka. James podsadził mnie na gałąź, przybrałam pozę wiewiórki (trudno to wytłumaczyć, więc nawet się za to nie zabiorę) i cóż, tak zostałam uwieczniona. Później, James po raz pierwszy przy mnie zamienił się w jelenia. Było to naprawdę dziwne – jeleń krążył wokół mnie, a ja doskonale wiedziałam, że tak naprawdę jest to mój mąż.
Około 17 wróciliśmy do naszego obozu i zaczęliśmy go zwijać. W końcu jutro czeka nas pracowity dzień – został nam już tylko ponad miesiąc i tak, koniec kursu na Aurora! Hip hip hurra, może uda nam się zdać test! Jednak, taaak, teraz trzeba było zwijać cały nasz majdan i wracać do domu.

Po teleportowaniu się do domu, zaniesieniu całego obozowego ekwipunku na strych, zjedliśmy kolację i wzięliśmy się za naukę.
- Zaklęcie obronne powodujące skurcze mięśni? – zapytał James.
- To łatwe, Rictusempra – odparłam – Zaklęcie powodujące odpychanie o działaniu odśrodkowym?
- Expulso – powiedział – Co byś zrobiła, gdybyś walczyła z dwoma napastnikami, a jeden z nich wytrąciłby ci różdżkę? – zapytał.
- Gdybym nie mogła jej odzyskać, wyciągnęłabym drugą, którą to Auror zawsze musi mieć przy sobie. Gdybym jej nie miała, zaczęłabym panikować – odparłam.
- Lily, odpowiadaj poważnie – pouczył mnie James – Chociaż mam nadzieję, że ciebie przydzielą do pracy papierkowej…
Wytrzeszczyłam oczy.
- Nie chcesz pracować ze mną w terenie?! – krzyknęłam zbulwersowana – Bo co, jestem dziewczyną, tak? Myślisz, że sobie nie poradzę? – dodałam, napastliwym tonem.
- Doskonale wiem, że sobie poradzisz, ale pomyśl, ty wśród bandziorów? – powiedział J – Mogliby ci zrobić krzywdę – dodał miękko.
Spojrzałam na niego. Dobra, wiem że się po prostu martwił. Ale brzmiało to tak, jakby kobieta nie była na tyle silna, aby móc walczyć ze złoczyńcami.
- I tak będę się starała o pracę w terenie. Jeżeli nie z tobą w parze, to może ze Scottem? – powiedziałam i trochę waląc focha poszłam do sypialni.
- Co?! Lily, nie, czekaj! – krzyknął James i przyszedł za mną – Nie zgadzam się - obwieścił.
Rzuciłam mu spojrzenie.
- Pfff – parsknęłam. Foch i parsknięcia – to jest to! Broń kobieca. No i Syriusza...
- Dobrze, jeżeli chcesz pracować w terenie - to tylko ze mną – powiedział. Spojrzałam na niego ze zwycięskim uśmiechem.
- I o to chodziło, kotku – odparłam i poszłam do łazienki.

- Jamees, idźmy spać – wyjęczałam. Było już po 23, jutro miał być ciężki dzień, a ten sobie teraz rozwiązywał krzyżówki w „Czarownicy”…
- Damskie buty, na płaskiej podeszwie, na dziewięć liter – powiedział.
- Nie wiem, spać mi się chce, balerinki? – odparłam, nakrywając się na głowę kołdrą.
- Pasuje – stwierdził – Dalej, najbardziej znana piosenka Zmutowanych Żółwi? – zapytał.
- Czarodziejka – odparłam spod kołdry. Zaczęłam udawać głośne chrapanie.
- Lily, krztusisz się? – zapytał J ze śmiechem, zaglądając pod przykrycie.
- Chrapie – odparłam, szybko wyłączając różdżką światło i wciągając J pod kołdrę – Śpimy – zarządziłam, zrzucając pismo z przykrycia i mocno przytulając się do męża. 

***

I kolejny rozdział - tak właściwie o niczym. Chyba zostanę mistrzynią pisania o niczym konkretnym! Oczywiście chciałabym podziękować za komentarze, odebrałam je bardzo pozytywnie, bo były naprawdę miłe :) Chociaż chyba jeszcze nie pojawił się niemiły komentarz, co jest dosyć dziwne... W każdym razie przemyślałam sobie wszystko i doszłam do wniosku, że rzeczywiście, czemu mam się czymkolwiek przejmować - w sieci są gorsze opowiadania (na szczęście!). Znowu wróciła mi chęć do pisania - aktualnie piszę rozdział 64 i planuję trochę przyspieszyć akcję, żeby w końcu zacząć pisać rozdziały o Harrym (cielesnym:). Chociaż trochę mnie one przerażają - zupełnie nie znam się na dzieciach. Także, będę musiała trochę poczytać o ich rozwoju i takich tam. I o porodach.

1 komentarz:

  1. wiesz co? lubie takie rozdziały o niczym :D zwykła sielanka :) i tak bardzo dobrze że się nie przejmujesz bo niektóre (a nawet więcej) opowiadania są do bani xDD a tak serio to też chce taki biwak haha do 55 ;)

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.