wtorek, 27 stycznia 2015

Rozdział 71 Poród



30 lipca 1980 roku siedziałam sobie, zresztą jak co dzień na sofie w salonie i wyczekiwałam. Pewnie możecie się zapytać na co tak czekałam? Cóż, jeżeli śledziliście moje poprzednie wpisy, doskonale wiecie, że czekałam na poród.
Na odejście wód, na pierwsze skurcze, na ból (OMG, nieeee!) oraz na szaleńczą podróż do szpitala.
Jak na razie było całkiem miło. W sensie jasne, brzuch miałam wielkości piłki lekarskiej, czułam się spuchnięta i gigantyczna, ale w gruncie rzeczy z niecierpliwością oczekiwałam narodzin naszego pierwszego dziecka.
Harry.
- Ech – westchnęłam sobie i pomasowałam się po brzuchu. Chyba powoli zaczynało być coś na rzeczy, bo przez ostatnie dwa dni maleństwo zacięcie kopało. Tak jakby miało za mało miejsca i chciało się wydostać.
Więc tak sobie siedziałam w salonie, popijałam chłodną wodę, bo był przeraźliwie gorący koniec lipca i czekałam.
- Lily, jesteś pewna, że tyle rzeczy nam wystarczy? Może coś dopakować? – zapytał James.
W rogu, przy drzwiach wyjściowych stała wielka torba wypakowana po brzegi. Można powiedzieć, że byliśmy zwarci i gotowi – wszystko mieliśmy popakowane, sprawdzone i pewne.
- Nie James, nic więcej nam nie potrzeba – odpowiedziałam na zadane przez J pytanie i popatrzyłam na zaaferowanego bruneta.
Szczerze? On chyba był tym wszystkim bardziej przejęty niż ja. Oczywiście, w pewnym sensie byłam przejęta. Ale nie tak nerwowo jak on.
- James, usiądź wreszcie – zażądałam.
I w tym momencie nastąpiła rzecz przeze mnie wyczekiwana – do salonu wpadł patronus Franka Longbottoma.
- Alicja urodziła. Mamy czterokilogramowego syna, Nevilla! – oznajmił głosem Franka dog niemiecki.
Spojrzałam na Jamesa i wesoło się roześmiałam. Jednak Alicja była pierwsza!


Było już dobrze po drugiej w nocy, a ja nadal nie mogłam usnąć. Po wiadomości od Franka plotkowałyśmy z Dorcas przez telefon dobre dwie godziny. Dor obstawiała, że może Harry poczeka i urodzi się tak jak jej dziecko – w sierpniu.
Nie wiem czemu, ale miałam pewność, że nastąpi to jeszcze w lipcu...
Spojrzałam na pogrążonego we śnie Jamesa i jakoś zwlokłam się z łóżka, co z takim brzuchem – wierzcie mi, było wyczynem! Założyłam kapcie i wolno, niczym żółw poczłapałam do łazienki.
Stanęłam przed lustrem i szczegółowo przyjrzałam się swojej twarzy.
- Doprawdy, co ten James we mnie widzi – powiedziałam i lekko wykrzywiłam wargi. 
Cóż, miałam lepsze dni.
Zaczęłam przekładać kosmetyki znajdujące się na półce pod lustrem i stało się! Cholera!
Zrzuciłam swoje ulubione perfumy…
Ciamajda ze mnie!
- Uch i jeszcze różdżkę zostawiłam w salonie – powiedziałam i wolno przykucnęłam, żeby pozbierać szklane odłamki czerwonego flakoniku.
I w tym momencie stały się dwie rzeczy.
Po pierwsze rozcięłam sobie szkłem opuszek palca.
Po drugie odeszły mi wody.
Hm.
Odeszły mi wody…
O MÓJ BOŻE!
Rodzę.
Merlinie!
- O Boże – wyjęczałam i złapałam się za brzuch – Myśl, idiotko – wysapałam do siebie i poczułam pierwszy, lekki skurcz. Cóż, spodziewałam się gorszego bólu, ale uzdrowicielka uprzedzała mnie, że pierwsze skurcze nie są najgorsze.
- James – powiedziałam, potrząsając ramieniem śpiącego męża – James, do cholery, ja rodzę! – dodałam, podnosząc głos.
James, niczym pies gończy, podniósł szybko głowę z poduszki, założył okulary i wyskoczył z łóżka.
- Już?! Merlinie, kiedy ci odeszły wody? – zapytał, szybko zakładając dżinsy i wciągając koszulkę przez głowę.
- Przed chwilą – powiedziałam i w tym momencie nastąpił drugi skurcz. Gorszy – Ałaaa, ałaaaa – wyjęczałam i szeroko otworzyłam oczy. Czyli co, to będzie bolało jeszcze bardziej? O Boże…
- Lily, wstawaj – zakomenderował J i pomógł mi to uczynić – Chcesz się przebrać? – zapytał patrząc na moją piżamę składającą się z jego powiększonej koszulki i jedynych spodni od piżamy, w jakie się mieściłam. Taaa.
- James, to nie pokaz mody, jedźmy, bo, aaaauauaaaa! – cóż, koniec zdania to był dosyć głośny okrzyk. Brunet szeroko otworzył oczy, złapał różdżkę i zaczął prowadzić mnie do salonu.
Przy akompaniamencie moich jęków i okrzyków schodziliśmy po schodach – uwierzcie mi – nie było to fajne doświadczenie.
- Biorę torbę i ruszamy do Munga – powiedział James.
Po chwili, dzięki Sieci Fiuu, staliśmy w szpitalu.

- James, nie zostawiaj mnie, słyszysz?! – krzyknęłam i mocno chwyciłam go za rękę. Dobrze, że nie jestem jakoś bardzo silna, bo w tym momencie mogłabym mu złamać palec. No, albo dwa.
Zostałam już przyjęta na oddział, leżałam na łóżku i czekałam na przybycie mojej uzdrowicielki.
- Nigdzie się nie ruszę, obiecuję – powiedział emocjonalnie J i pocałował mnie w czoło – Pamiętasz co mówiła magomedyczka? Musisz liczyć oddechy, uspokoisz się – dodał.
- Nic mnie teraz nie uspokoi! Morgano, gdybym wiedziała, że to tak boli! Uff, uff, uff! Czemu to ty nie możesz rodzic? – zapytałam tonem pełnym pretensji. James się skrzywił.
- Gdybym mógł, to na pewno zrobiłbym to za ciebie – zapewnił mnie i spojrzał na drzwi – Gdzie jest ta kobieta? Przecież miała być za pięć minut… - dodał.
I po chwili jego utyskiwań i coraz bardziej spanikowanym spojrzeniu, po moich jękach (serio, bolało!), w końcu do irytująco sterylnie białej sali weszła moja uzdrowicielka - położna prowadząca ciążę.
- Już jestem! Panie Potter, proszę tak na mnie nie patrzeć, nie tylko pana żona dzisiaj rodzi. I jak tam kochana, bardzo boli? Och, widzę po wzroku, że tak. Już wszystko sprawdzam. Hm, noo tak. Och. Dziecku się śpieszy! Myślę, że szybko to załatwimy – powiedziała.
Wytrzeszczyłam oczy, mocniej chwyciłam spoconą ręką ramię Jamesa i wycedziłam:
- Załatwimy?
Uzdrowicielka z uśmiechem kiwnęła głową i podpięła mnie do jakiegoś urządzenia.
- Monitoruje ono zarówno matkę, jak i dziecko – wytłumaczyła.
Głośno sapiąc kiwnęłam głową. I wtedy się zaczęło.


- James… nie myśl, ałaaaa!, że jeszcze… kiedykolwiek… będziemy uprawiać seks bez zabezpieczeń!! – wrzasnęłam.
Cóż, poród trwał, uzdrowicielka ciągle krzyczała żebym parła (sama sobie przyj!), James blady jak ściana siedział na krześle obok łóżka i ocierał mi pot z twarzy (wolę nie wiedzieć jak wyglądałam, serio!), a ja cóż – krzyczałam i parłam.
- Ile jeszcze?! – wrzasnęłam, gdy irytująca uzdrowicielka nadal kazała mi przeć.
Ile można?!


Cóż, okazało się, że można. Poród trwał cztery godziny.
Godziny pełne męki.
Bólu.
Wstydu (cóż, nie byłam wtedy najmilszą osobą i najatrakcyjniej też nie wyglądałam).
Aż wreszcie nastąpił cud.
Ok, wcale to nie był cud.
Ale zaraz, przecież się mówi – cud narodzin.
- Harry – powiedziałam ostatkiem sił, gdy zobaczyłam swoje dziecko. Przepraszam, nasze!
Spojrzałam w bok na Jamesa, ale przez łzy przysłaniające mi wzrok nic nie widziałam.
- I jest synek – powiedziała uzdrowicielka, gdy już po odprawiała nad dzieckiem te wszystkie czary sprawdzające, gdy klepnęła go w pupę (ależ zawył!!) i owinęła go w kocyk.
- Proszę, była pani bardzo dzielna, pani Potter – powiedziała uzdrowicielka podając mi dziecko – Panie Potter, gratuluję – dodała i cicho wyszła z sali.
I w końcu mogłam zrozumieć te wszystkie kobiety – moje dziecko było najpiękniejsze pod słońcem.
Miało kępkę ciemnych włosów (uff!), śliczne, malutkie piąstki i przepiękną twarzyczkę. I nos! Był malutki i prosty, nie odziedziczył nosa dziadka Eda! O dzięki!
- Harry… - powiedziałam po raz pierwszy, do naszego dziecka – Taki piękny… - dodałam i wzruszona spojrzałam na Jamesa.

Z dziennika Jamesa Pottera
- Harry – powiedziała Lily i dodała – Taki piękny…
Spojrzałem na moją dzielną żonę i wreszcie na syna.
Był taki… doskonały!
Idealny!
Z kępką ciemnych włosów, małą twarzyczką, maluteńkimi piąstkami.
Nasz syn.
Merlinie, jak to świetnie brzmi!
- Cześć Harry, tu tata – powiedziałem i popatrzyłem na śpiącego niemowlaka – Lily, jesteś niewiarygodna – dodałem, zwracając się do żony – Harry jest cudowny, a ty… byłaś taka dzielna! Tak bardzo cię kocham.
Lily uśmiechnęła się lekko.
- Ja ciebie też... Ale teraz policzmy mu paluszki, wiesz, że podobno prapradziadek ze strony mojej mamy nie miał małego palca u stopy? Wiesz, jakie miałabym wyrzuty sumienia, gdyby nasz syn nie miał palca, z mojej winy?
Spojrzałem na żonę  i wybuchnąłem śmiechem.
To był szczególny dzień.
31 lipca już na zawsze pozostanie dla mnie dniem przeogromnego szczęścia i radości.


***

I jest! Od razu zastrzegam, że ten poród zapewne nie ma dużo wspólnego z prawdziwym.  Jeszcze nie rodziłam, więc cóż, moja wiedza opiera się na filmach, książkach, biologii oraz opowieściom koleżanki :) No, ale ona miała cesarkę, więc... Taa. Jest Harry, co nas zbliża do powolnego końca opowiadania. Niestety, ale doszłam do wniosku, że muszę zacząć pisać nowe opowiadanie od początku, albo chociażby pozmieniać w nim sporo rzeczy. Jakoś nie ma ono głębszego sensu, chyba chciałam za dużo zmienić w oryginalnej historii... Mam chyba jeszcze dwie miniaturki w zapasie, jedna pojawi się w Walentynki. Pisanie kolejnych rozdziałów idzie bardzo wolno, aż jestem zadziwiona tym wolnym tempem...

sobota, 24 stycznia 2015

Rozdział 70 Mugolscy barbarzyńcy



Tak jak maj był wyjątkowo pięknym miesiącem, tak czerwiec zapowiadał się o wiele gorzej. Pogoda była kiepska – ciągle padało, było pochmurno i chłodno.
Myślałam, że zagonię Jamesa do porządków w ogrodzie, zasadzenia nowych roślinek, a tu klops – pogoda zepsuła moje plany.
- Ciągle sikam, zamieniam się w sikającą maszynę, całe dnie przesiaduję w łazience – gderałam sobie w toalecie i żaliłam się swojemu odbiciu w lustrze.
Niestety, ale musiałam zrezygnować z pracy – poszłam na urlop. Nie wyrabiałam w pracy – nie mieściłam się z brzuchem za biurkiem, ciągle chodziłam do łazienki, wykonywałam wszystkie czynności bardzo wolno i James – ciągle się o mnie zamartwiał.
Więc dla jego spokoju, i tym bardziej swojego – poszłam na urlop macierzyński i właściwie czekałam na poród.
Według mojej uzdrowicielki – poród miał mi przypaść na sam koniec lipca – coś między 26 a 31.
Ostatnio gadałam z Alicją i okazało się, że jej uzdrowicielka wyliczyła poród na dni od 28 do 30. Żartowałyśmy, że urodzimy razem.
Coraz częściej wyobrażałam sobie poród.
Ja wiem, że na filmach to wygląda nieźle – hop siup i dziecko wyskakuje, czyściutkie, śliczniutkie i w ogóle jest bosko, nic nie boli, matka szczęśliwa, ojciec zapłakany (lub na odwrót) i dziecko wydzierające się.
Obawiam się, że rzeczywistość nie jest taka różowa…


- Lily, wszystko dobrze? Lily? – zapytał spanikowanym głosem James.
Owszem, mógł się przestraszyć. Leżałam na podłodze na macie do jogi i wyglądałam trochę… martwo?
Ale cóż, tylko w takiej pozycji i na takim czymś mogłam spać.
- Spałam – powiedziałam i otworzyłam oczy – Chyba musisz mi pomóc wstać, bo obawiam się, że sama się nie podniosę – dodałam i wyciągnęłam rękę.
James, z małym jękiem (ech) podniósł mnie i usadził na kanapie.
- Nie strasz mnie tak więcej – powiedział.


Z dziennika Regulusa Blacka
- Ubieraj się, muszę ci to pokazać! – zawołałem wchodząc do domu blondynki.
Plusem pracy jej rodziców było to, że na ogół nie było ich w domu i mogłem się tu czuć swobodnie.
- Ale co? Dopiero wróciłam z zajęć, jestem wykończona – zaczęła narzekać Mary, lecz tylko chwyciłem ją za rękę i nas teleportowałem.
- Gdzie jesteśmy? – zapytała rozglądając się po okolicy.
- Jesteśmy, moja droga, przed naszym domem – powiedziałem i przeszedłem przez furtkę. Gdy przyciągnąłem Mar do siebie i przeszła przez magiczną ochronę w końcu zobaczyła to co ja.
- Ale… jak to nasz dom? – zapytała w lekkim szoku.
Staliśmy przed niedużym domkiem z uroczym ogródkiem.
Merlinie, kiedy nauczyłem się słowa „uroczy”?
- W końcu odzyskałem od ojca to, co się należy każdemu arystokratycznie urodzonemu czarodziejowi – sporą ilość gotówki i aktywów, zgromadzanych przez naszych przodków – powiedziałem, lecz zauważyłem że blondynka nie kuma – Od pokoleń arystokratyczne rody gromadzą małe majątki i z chwilą uzyskania pełnoletniości, lub spełnienia jakiegoś warunku, chociażby zaręczyn, dostają przeznaczone dla nich hm, nazwijmy to prezenty na nową drogę życia.
- Och – westchnęła Mary i spojrzała na dom – Jest śliczny.
- Taa – odparłem – Jest całkiem przyjemny. Wejdziemy?
Mary kiwnęła głową i pisnęła gdy ją wziąłem na ręce.
Przeniosłem ją przez drzwi i wszedłem do naszego domu.


- Kupiłeś biszkopty? – zapytałam Jamesa gdy wrócił ze sklepu. Niczym pies gończy rzuciłam się na siatki i szukałam jedynego słodkiego przysmaku, którego sobie nie odmawiałam w ciąży.
- Kupiłem – odparł i wyjął paczkę ciastek.
- Jesteś kochany – powiedziałam i dałam mu całusa w policzek – Jesteśmy wdzięczni – dodałam, poklepując lekko brzuch.
James uśmiechnął się na to stwierdzenie i przemówił do brzucha:
- Cieszę się.


Z dziennika Syriusza Blacka
Znowu zadziwiłem sam siebie. Jak można być tak cudowną i seksowną osobą?
Wszystkie czarownice odwracały się i podziwiały moje męskie powaby.
Grę mięśni na ramionach.
Sześciopak na brzuchu.
Łydki jak u atlety.
Taaak, byłem na MagoSiłowni.
Taaak, czułem się samcem Alfa, niezwyciężonym, męskim, boskim.
Ja i moja skromność..
Lecz czemu? Czemu mam być skromny, jeżeli jestem po prostu doskonały?
Ha!
Black, król siłowni!
Król ćwiczących lasek!
Król świata!
Buahahaha! (tak, to był diabelski śmiech)


Z dziennika Dorcas Meadowes – Black
- Widzisz kruszynko, tak to jest z tym tatusiem, umawiamy się na daną godzinę, a on się spóźnia – powiedziałam do brzucha i lekko go pogładziłam.
Gadałyśmy sobie jak to dziewczyny (tak, nadal jestem pewna, że to dziewczynka) i co jakiś czas spoglądałam na zegarek.
- Jestem! – zawołał Syriusz, wchodząc do salonu.
- Gdzie byłeś tyle czasu? Mieliśmy być o 18 u Jeleniowatych – powiedziałam z lekką pretensją i naganą w głosie.
Niech wie, że jestem wkurzona!
- Na siłowni byłem – odparł i wyprężył muskuł. No, noo!
- Syriuszu wiesz, że to popieram. To świetnie, że przestałeś jeść chipsy i zostałeś Anonimowym Chipsoholikiem, ale mój kochany, nie przesadzaj, ok? – zapytałam spoglądając na jego umięśniony tyłek. Chociaż…
- Dobrze, daj mi pięć minut i zaraz do nich ruszymy – odparł i żwawo ruszył po schodach do łazienki.
Spoglądałam na jego tyłeczek, fajnie podskakujący na schodach i sobie westchnęłam.
Ależ mam przystojniaka pod dachem!
 
Ding Dong!
- Merlinie, chyba trzeba w końcu zmienić ten dźwięk – powiedziałam i otworzyłam drzwi – Wchodźcie – dodałam, widząc na progu Dorcas i Syriusza.
- Cześć! Ruda, ależ masz wielki brzuch! Jesteście pewni, że to nie będą bliźniaki? – zapytał Syriusz przyglądając się mojemu brzuchowi.
- Dorcas będzie miała podobny za miesiąc – odparł James i zaprosił przyjaciół do salonu.
Jak zwykle pociągnęłam Dorcas do kuchni i zaczęłam kroić ciasto. Czekoladowe.
- Lily, ja już tak bardzo chciałabym urodzić! A będę musiała czekać dłużej niż ty… Szkoda, że nie udało się nam, w sensie wiesz, Alicja ma zaplanowany poród na 30 lipca, ty masz do 31 też urodzić. Tylko ja, w sierpniu… Szkoda – paplała Dorcas i zaczęła zajadać ciasto – Bałdzo smaczne – dodała, trochę zapchana.
Podałam jej szklankę z sokiem.
- Szczerze, to chciałabym mieć już poród za sobą – powiedziałam – Alicja mi opowiadała o swojej koleżance, podobno rodziła dwadzieścia godzin! Wyobrażasz to sobie? Dwadzieścia! – dodałam.
Dorcas zrobiła przerażoną minę.
- Serio? O Morgano, ja nie wytrzymam… Tyle czasu, Merlinie, co ten Black narobił? Syriusz! – zawołała.
Hm, ktoś tu chyba panikuje.
- Co jest? – zapytał, jak zwykle wyluzowany Łapa, wchodząc do kuchni.
- Jeżeli sobie myślisz, że będę twoje dziecko rodzic dwadzieścia godzin, to bardzo się mylisz! Oooj, bardzo! Nie będę tyle czasu cierpieć, przez twoje arystokratyczne nasienie! – zawołała brunetka.
Syriusz zrobił niepewną minę, a James wybuchnął śmiechem.
- Nie śmiej się, Jamesie Potterze, bo potraktuję cię cruciatusem, serio, ja wiem, że nie wolno, ale w końcu na kimś go użyję! Nie będę tyle rodzic! Stanowczo odmawiam! – dodała Dorcas i chyba się obraziła. Ekhm.
- Dor, ale to, że jakaś kumpela Alicji rodziła tyle czasu, to nie oznacza, że ty też – powiedziałam do zdenerwowanej przyjaciółki – Zresztą, zawsze możesz poprosić o cesarkę – dodałam.
- Co to jest cesarka? – zapytał James z niepewną miną. Hę?!
- Jak to co? Pod narkozą rozcinają brzuch i wyjmują z niego dziecko – wytłumaczyłam, ok, przyznaję, dosyć łopatologicznie.
Cała trójka zrobiła przerażone miny.
- Rozcinają…
- … brzuch?
- Wyjmują dziecko?
- Merlinie!
- Gdzie tak robią?
- U Munga na pewno nie!
Zamrugałam i w końcu pojęłam.
- No, w mugolskich szpitalach tak robią – powiedziałam.
- Lily, nie dam ci rozciąć brzucha! Mój syn na pewno nie urodzi się, przez rozcinanie brzucha jego matki! Pewnie jeszcze tępym nożem! Merlinie, ci mugole to sadyści! – to się nakręcił…
- James, spokojnie, to wszystko jest bardzo sterylne. Gdy dziecko się źle ułoży, albo jeżeli są bliźniaki to w mugolskich szpitalach bardzo często stosowane jest cesarskie cięcie – wytłumaczyłam i spróbowałam uspokoić męża – Umieralność już jest bardzo niska – dodałam.
James wytrzeszczył oczy (jakby sobie nie zdawał sprawy z tego, że przy porodzie można umrzeć) i powiedział:
- Do czego doprowadziłem?! Łapo, co my zrobiliśmy? Przecież one mogą umrzeć przy porodzie! Merlinie… Lily! O Boże…
No dobra. Tego się nie spodziewałam.
- Uspokójcie się! Nikt nie umrze – w końcu powiedziała Dorcas, chociaż widziałam, że po tych wszystkich rewelacjach była jeszcze bardziej zdenerwowana.
- Ruda, ty i te twoje mugolskie sposoby… Zobacz do jakiego stanu doprowadziłaś Rogacza! Rogacz, przyjacielu, przecież wiesz, że urodzi w Mungu, uzdrowiciele mają lepsze metody, niż ci barbarzyńscy mugole… - Syriusz zwrócił się do niespokojnego Jamesa.
Przewróciłam oczami na słowo „barbarzyńcy” i zajęłam się jedzeniem ciasta.
- James, przestań świrować, wszystko będzie dobrze – powiedziałam, gdy Dorcas i Syriusz nadal pocieszali i zapewniali Jamesa, o tym, że nikt nie umrze przy porodzie.
- Jesteś nad wyraz spokojna – stwierdził James – Chyba muszę się napić, chodź Łapo w salonie mam Ognistą – dodał.
Gdy chłopcy opuścili kuchnię przybiłyśmy sobie z Dor piątkę.
- Teraz na pewno Syriusz będzie mi bardziej pomagał – stwierdziła brunetka.
- Taa, a James chyba do porodu nie da mi nic zrobić… - powiedziałam – Jeszcze ciasta?
- Chętnie – odparła Dor i z uśmiechem zjadła drugą porcję ciasta. Czekoladowego.


 ***

Rozdział beznadziejny. W dodatku nie sprawdzony, zapewne jest tu mnóstwo błędów... Ale z okazji zaliczonego egzaminu (juhu!) dodaję to coś. Ze złych wieści - pisanie następnych rozdziałów stoi w miejscu. Ale za to pisanie nowego opowiadania mi idzie. Hm, chyba już się zmęczyłam tą historią. 

środa, 21 stycznia 2015

Rozdział 69 Smok norweski



Przełom kwietnia i maja, czyli koniec szóstego miesiąca ciąży był dla mnie ciężki.
Mdłości już mnie nie męczyły, ale zaczęła się inna, typowa przypadłość dla kobiet w ciąży – puchnięcie.
Czułam się źle.
Czułam się niczym ludzik Michelin.
Albo jak smok.
Wielka, spuchnięta ruda baba, z błyskiem szaleństwa w oku.
Chyba nie brzmi to zachęcająco, prawda?
Jak mąż ze mną wytrzymuje? To dobre pytanie, trzeba go o to zapytać…
- James, czy ja nie przypominam ci może smoka norweskiego? – zapytałam pewnego ciepłego, majowego poranka.
Mąż spojrzał na mnie zdumiony i westchnął.
Ostatnio coś często wzdycha, jak go o coś pytam, zastanawiające…
- Lily, nie wyglądasz jak smok... Tym bardziej norweski. Wyglądasz, jak śliczna kobieta w ciąży – odparł przytulając się do mnie.
Tak właściwie bardziej do brzucha, bo teraz on nas od siebie lekko oddzielał. Musiałam się nieźle napracować, żeby przylgnąć do Jamesa inną częścią ciała niż brzuch.
- Serio? – zapytałam i uśmiechnęłam się. Nie jest tak źle! Juhu!
- Serio, serio – odparł.


- Pufff, puff, uff – takie dźwięki wydawałam z siebie.
Siedziałam w sekretariacie i akurat dzisiaj, w pierwszy najcieplejszy dzień maja, musiało się zrąbać zaklęcie atmosferyczne. Masakra!
- Merlinie, jak tu dusznoooo – wyjęczałam, wycierając sobie pot z czoła i próbując się zając dokumentami.
A było ciężko – było gorąco, spuchły mi stopy i musiałam założyć balerinki, które chociaż były najluźniejsze to i tak uciskały mi stopy i w ogóle czułam się okropnie.
Jak kurczak w piekarniku.
Chociaż nie, teraz rozmiarami bardziej przypominałam wielkiego indyka… W dodatku można powiedzieć, że nadzianego – hu hu, ależ jestem zabawna! Cóż, nie. Nie jestem.
- Zaraz naprawią tą awarię – powiedział James wchodząc do sekretariatu. Już od paru dni nie mieli żadnych akcji, ani zebrań, więc J dużo czasu spędzał w biurze i po prostu pomagał mi z dokumentacją.
- Mam nadzieję, najchętniej wróciłabym do domu i poszła pod chłodny prysznic – odparłam popijając zimną wodę.
- To całkiem niezły pomysł, możemy go zrealizować – powiedział J, mrugając do mnie porozumiewawczo.
Uśmiechnęłam się i od razu skrzywiłam.
- Harry dzisiaj często kopie – wyjaśniłam minę i przyłożyłam dłoń męża do brzucha – Chyba zostanie piłkarzem – dodałam i zaraz zaczęłam wyjaśniać – To taki zawodnik sportowy, pamiętasz oglądałeś mecze z tatą. Ten sport w którym są te auty i spalone.
- Aaa, tak, tak, ale nieee, Harry zostanie najlepszym zawodnikiem Quidditcha, zobaczysz Lily! – zawołał z entuzjazmem – Może będzie szukającym, tak jak ja? – zastanowił się.
- Taak, na pewno będzie najlepszy – odparłam z mniejszym entuzjazmem. Sport… - Ważne żeby był szczęśliwy, zdrowy – dodałam – I żeby nie nabył twojego nawyku czochrania włosów, był czas, że strasznie mnie to irytowało.
- Och, serio? – powiedział J i rozczochrał włosy – A co cię w tym tak irytowało? – zapytał z błyskiem w oku i lekko się nade mną pochylił.
- To,  że byłeś wtedy niewiarygodnie seksowny i gryzłam pazury, żeby się na ciebie nie rzucić – odparłam i pocałowałam go w usta.
- Ludzie, tu jest biuro, praca, tu się nie całuje! – zawołał Kretyn Numer 1, wchodząc do biura – Podobno przyszedł do mnie jakiś list, a tak w ogóle, to cześć – dodał Syriusz i wyszczerzył zęby.
- Tu leży – powiedziałam, wskazując na kopertę – I co, Dor przeżyła spotkanie z twoją matką? – zapytałam ciekawa odpowiedzi. Niestety, ale zupełnie nie miałam czasu zadzwonić do Dor – praca i inne obowiązki.
- To była masakra – zaczął Syriusz, rozsiadając się na moim biurku – Rodzice wpadli i od razu wszystko zaczęli krytykować. A to, że salon za mały, albo pokoik dziecięcy. Gderali, że nie mamy skrzata, krzywili się na to że Reg z nami mieszka… Jedynie nie narzekali na Dorcas i jej rodzinę, bo o Mary się trochę nasłuchaliśmy. Regulus zaczął wrzeszczeć na rodziców, że obrażają jego narzeczoną i wypadł z mieszkania, a matka jak zwykle, wyklęła go i powiedziała, że nie ma wstępu do jej domu i że na własnej piersi wychowała wstrętnego gada. Podsumowując, są zadowoleni z wnuka i synowej. Próbują się pogodzić z pochodzeniem Mary, ale jest trudno.
- To nie tak źle – stwierdził James. Spojrzałam na niego – No co, w końcu się nie pomordowali, nie?
Syriusz się zaśmiał i wyszedł z biura. Spojrzałam na zegarek.
- To co, będziemy się zbierać do domu? Zabiorę dokument, tutaj nie da się pracować…


W tym roku maj był wyjątkowo ciepłym miesiącem. I wyjątkowo miałam dużo energii. Nie twierdzę oczywiście, że jestem leniem, ale ciąża dała mi niezłego kopa! Serio, chociaż miałam już duży brzuch, to chodziłam szybciej, niż bez niego.
- Lily, może odpocznij, ja umyję podłogę… Odłóż tego mopa… Odłóż go! – krzyczał za mną James i właściwie gonił mnie po domu. Wiem, zachowanie dzieciaka, ale serio, energia mnie rozpierała.
- Nie, nie, nie! – zawołałam i lekko zdyszana usiadłam na sofie – Ufff – sapnęłam sobie i rzuciłam mopa do niezadowolonego Jamesa.
- Miałaś się nie przemęczać… - zaczął swój codzienny jęk. Merlinie, kiedy mój mąż zamienił się w takiego jęczącego dziada?
- Przestań, czuję się świetnie – powiedziałam klepiąc się lekko po brzuchu – Harry czuje się dobrze, ja czuję się dobrze, tylko ty, James jęczysz jak mąż z trzydziestoletnim stażem. Gdzie się podział ten stary, dobry Huncwot, hm? – zapytałam i położyłam nogi na kanapie.
- Umarł wraz z… No, trochę może jestem przewrażliwiony, ale to wynika z tego, że się o was martwię! – odparł naburmuszony.
Zmarszczyłam brwi i pociągnęłam go na kanapę.
- Wyszłam za Huncwota, więc to jego chcę – wyszeptałam przytulając się całą powierzchnią ciała do J – A teraz chcę, żebyśmy poszli do sypialni. Wiesz, że często kobietom w ciąży zwiększa się libido? Serio, nie patrz się tak na mnie, nawet uzdrowicielka o tym wspominała…


Z dziennika Dorcas Meadowes – Black
- Córeczko, mamusia jest wykończona. Tatuś jest leniem, w niczym nam nie pomaga – powiedziałam do brzucha i ciężko westchnęłam.
Z przyczyn czysto przekornych, nie zapytałam się uzdrowicielki o płeć dziecka. Syriusz jest przekonany, że to chłopiec, kompan dla Harry’ego, ale ja jestem pewna, no dałabym sobie różdżkę złamać, że to będzie dziewczynka!
Śliczna, ciemnowłosa, z jasnymi oczami – po Syriuszu i lokami – po mnie.
Już się nie mogłam doczekać porodu!
- Syriusz! – zawołałam i nasłuchiwałam. Zero odzewu – Syriusz, lepiej tu przyjdź!! – wydarłam się.
I tak, po chwili pojawił się mój mąż, odziany w obcisły t-shirt i obcięte pod kolanami dżinsy. Seksowny…
- Obiad gotowy – powiedziałam, już miło i pocałowałam go w policzek – Ałaa, musisz się ogolić, kłujesz – dodałam.
- Oj, Czekoladko, nie wydaje ci się, że z zarostem jestem seksowniejszy? – zapytał, jak zwykle mało skromnie – Taki look na zarośniętego drwala, dzikusa prosto z puszczy – dodał i rozczochrał przydługie włosy.
- Raczej look na menela – westchnęłam i zajęłam się obiadem. Nieskromnie mówiąc – gotuję coraz lepiej!
- Ale ekskluzywnego – dodał. Spojrzałam na niego z niedowierzaniem i wybuchnęłam śmiechem.


- Chyba przesadziliśmy, jestem wykończona – powiedziałam wieczorem.
- Czy muszę przypominać kto tu ma, oczywiście według „Perfekcyjnej Czarownicy” podwyższone libido, i nieee, wcale się nie męczy, a nawet rozpiera go energia, chociaż dźwiga przed sobą spory brzuch i duże eee, piersi? – zakończył koślawo, ale jakże ironicznie mój małżonek.
- Och, jacy jesteśmy sarkastyczni, proszę, proszę – powiedziałam i spojrzałam na J zza włosów – Ale podobało ci się, prawda? – zmieniłam temat.
- Doskonale wiesz, moja lisico, że zawsze mi się podoba – odparł James.
Poczułam się ukontentowana i spełniona.
Bycie żoną i przyszłą matką, jest super!


Ostatni tydzień maja był dla mnie ciężki.
- James, śpisz? – zapytałam. Była druga w nocy, a ja zupełnie nie mogłam usnąć. Albo przysypiałam i się budziłam – co chwilę mi się wydawało, że muszę do łazienki.
- Nie śpię – odparł J, widocznie przebudzony. Upss.
- Nie mogę się ułożyć – poskarżyłam się, leżąc na plecach – Może położę się na boku?
- To dobry pomysł – powiedział J i pomógł mi się przekręcić. Bo zróbcie to z takim brzuchem!
- W miarę wygodnie – wyszeptałam i się chwilę zastanowiłam – Ale chyba muszę do łazienki – wyjęczałam.
Szczerze? Chciałabym już urodzić…


 ***

Heeej! I następny krótki rozdział. Hm, następny będzie dłuższy! W ogóle, ja to jestem ogarnięta - jadę sobie autobusem do Centrum i sobie myślę "o ludzie, gdzie te bachory jadą? I czemu ich jest tutaj tyle?", bo po prostu caluteńki autobus był zajęty przez rozwrzeszczane dzieci! I wtedy załapałam, że przecież zaczęły się ferie :) Ech, człowiek jest już stary i zapomina, że istnieje coś takiego jak "zima w mieście", czy co to tam była za wycieczka. A mnie w ten weekend czekają egzaminy... Buu! Dlatego następny rozdział pewnie dopiero w niedzielę wieczorem. No chyba, że uda mi się wcześniej, nigdy nie wiadomo ;) Aaa i nowość - w tabelce "Powiadomienia" można sprawdzać status rozdziałów nowego opowiadania. Szczerze? Pisze mi się ono o wiele łatwiej, niż końcówkę tego... Czasami już nie wiem co mam wymyślać.