30 lipca 1980 roku
siedziałam sobie, zresztą jak co dzień na sofie w salonie i wyczekiwałam.
Pewnie możecie się zapytać na co tak czekałam? Cóż, jeżeli śledziliście moje
poprzednie wpisy, doskonale wiecie, że czekałam na poród.
Na odejście wód, na pierwsze
skurcze, na ból (OMG, nieeee!) oraz na szaleńczą podróż do szpitala.
Jak na razie było całkiem
miło. W sensie jasne, brzuch miałam wielkości piłki lekarskiej, czułam się
spuchnięta i gigantyczna, ale w gruncie rzeczy z niecierpliwością oczekiwałam
narodzin naszego pierwszego dziecka.
Harry.
- Ech – westchnęłam sobie i
pomasowałam się po brzuchu. Chyba powoli zaczynało być coś na rzeczy, bo przez
ostatnie dwa dni maleństwo zacięcie kopało. Tak jakby miało za mało miejsca i
chciało się wydostać.
Więc tak sobie siedziałam w
salonie, popijałam chłodną wodę, bo był przeraźliwie gorący koniec lipca i
czekałam.
- Lily, jesteś pewna, że
tyle rzeczy nam wystarczy? Może coś dopakować? – zapytał James.
W rogu, przy drzwiach
wyjściowych stała wielka torba wypakowana po brzegi. Można powiedzieć, że
byliśmy zwarci i gotowi – wszystko mieliśmy popakowane, sprawdzone i pewne.
- Nie James, nic więcej nam
nie potrzeba – odpowiedziałam na zadane przez J pytanie i popatrzyłam na
zaaferowanego bruneta.
Szczerze? On chyba był tym
wszystkim bardziej przejęty niż ja. Oczywiście, w pewnym sensie byłam przejęta.
Ale nie tak nerwowo jak on.
- James, usiądź wreszcie –
zażądałam.
I w tym momencie nastąpiła
rzecz przeze mnie wyczekiwana – do salonu wpadł patronus Franka Longbottoma.
- Alicja urodziła. Mamy
czterokilogramowego syna, Nevilla! – oznajmił głosem Franka dog niemiecki.
Spojrzałam na Jamesa i
wesoło się roześmiałam. Jednak Alicja była pierwsza!
Było już dobrze po drugiej w
nocy, a ja nadal nie mogłam usnąć. Po wiadomości od Franka plotkowałyśmy z
Dorcas przez telefon dobre dwie godziny. Dor obstawiała, że może Harry poczeka
i urodzi się tak jak jej dziecko – w sierpniu.
Nie wiem czemu, ale miałam
pewność, że nastąpi to jeszcze w lipcu...
Spojrzałam na pogrążonego we
śnie Jamesa i jakoś zwlokłam się z łóżka, co z takim brzuchem – wierzcie mi,
było wyczynem! Założyłam kapcie i wolno, niczym żółw poczłapałam do łazienki.
Stanęłam przed lustrem i
szczegółowo przyjrzałam się swojej twarzy.
- Doprawdy, co ten James we
mnie widzi – powiedziałam i lekko wykrzywiłam wargi.
Cóż, miałam lepsze dni.
Zaczęłam przekładać
kosmetyki znajdujące się na półce pod lustrem i stało się! Cholera!
Zrzuciłam swoje ulubione
perfumy…
Ciamajda ze mnie!
- Uch i jeszcze różdżkę zostawiłam
w salonie – powiedziałam i wolno przykucnęłam, żeby pozbierać szklane odłamki
czerwonego flakoniku.
I w tym momencie stały się
dwie rzeczy.
Po pierwsze rozcięłam sobie
szkłem opuszek palca.
Po drugie odeszły mi wody.
Hm.
Odeszły mi wody…
O MÓJ BOŻE!
Rodzę.
Merlinie!
- O Boże – wyjęczałam i
złapałam się za brzuch – Myśl, idiotko – wysapałam do siebie i poczułam
pierwszy, lekki skurcz. Cóż, spodziewałam się gorszego bólu, ale uzdrowicielka
uprzedzała mnie, że pierwsze skurcze nie są najgorsze.
- James – powiedziałam,
potrząsając ramieniem śpiącego męża – James, do cholery, ja rodzę! – dodałam,
podnosząc głos.
James, niczym pies gończy,
podniósł szybko głowę z poduszki, założył okulary i wyskoczył z łóżka.
- Już?! Merlinie, kiedy ci
odeszły wody? – zapytał, szybko zakładając dżinsy i wciągając koszulkę przez
głowę.
- Przed chwilą –
powiedziałam i w tym momencie nastąpił drugi skurcz. Gorszy – Ałaaa, ałaaaa –
wyjęczałam i szeroko otworzyłam oczy. Czyli co, to będzie bolało jeszcze
bardziej? O Boże…
- Lily, wstawaj –
zakomenderował J i pomógł mi to uczynić – Chcesz się przebrać? – zapytał
patrząc na moją piżamę składającą się z jego powiększonej koszulki i jedynych
spodni od piżamy, w jakie się mieściłam. Taaa.
- James, to nie pokaz mody,
jedźmy, bo, aaaauauaaaa! – cóż, koniec zdania to był dosyć głośny okrzyk. Brunet
szeroko otworzył oczy, złapał różdżkę i zaczął prowadzić mnie do salonu.
Przy akompaniamencie moich
jęków i okrzyków schodziliśmy po schodach – uwierzcie mi – nie było to fajne
doświadczenie.
- Biorę torbę i ruszamy do
Munga – powiedział James.
Po chwili, dzięki Sieci
Fiuu, staliśmy w szpitalu.
- James, nie zostawiaj mnie,
słyszysz?! – krzyknęłam i mocno chwyciłam go za rękę. Dobrze, że nie jestem
jakoś bardzo silna, bo w tym momencie mogłabym mu złamać palec. No, albo dwa.
Zostałam już przyjęta na
oddział, leżałam na łóżku i czekałam na przybycie mojej uzdrowicielki.
- Nigdzie się nie ruszę,
obiecuję – powiedział emocjonalnie J i pocałował mnie w czoło – Pamiętasz co
mówiła magomedyczka? Musisz liczyć oddechy, uspokoisz się – dodał.
- Nic mnie teraz nie
uspokoi! Morgano, gdybym wiedziała, że to tak boli! Uff, uff, uff! Czemu to ty
nie możesz rodzic? – zapytałam tonem pełnym pretensji. James się skrzywił.
- Gdybym mógł, to na pewno
zrobiłbym to za ciebie – zapewnił mnie i spojrzał na drzwi – Gdzie jest ta
kobieta? Przecież miała być za pięć minut… - dodał.
I po chwili jego utyskiwań i
coraz bardziej spanikowanym spojrzeniu, po moich jękach (serio, bolało!), w
końcu do irytująco sterylnie białej sali weszła moja uzdrowicielka - położna
prowadząca ciążę.
- Już jestem! Panie Potter,
proszę tak na mnie nie patrzeć, nie tylko pana żona dzisiaj rodzi. I jak tam
kochana, bardzo boli? Och, widzę po wzroku, że tak. Już wszystko sprawdzam. Hm,
noo tak. Och. Dziecku się śpieszy! Myślę, że szybko to załatwimy – powiedziała.
Wytrzeszczyłam oczy, mocniej
chwyciłam spoconą ręką ramię Jamesa i wycedziłam:
- Załatwimy?
Uzdrowicielka z uśmiechem
kiwnęła głową i podpięła mnie do jakiegoś urządzenia.
- Monitoruje ono zarówno
matkę, jak i dziecko – wytłumaczyła.
Głośno sapiąc kiwnęłam głową. I wtedy się zaczęło.
- James… nie myśl, ałaaaa!,
że jeszcze… kiedykolwiek… będziemy uprawiać seks bez zabezpieczeń!! –
wrzasnęłam.
Cóż, poród trwał, uzdrowicielka
ciągle krzyczała żebym parła (sama sobie przyj!), James blady jak ściana
siedział na krześle obok łóżka i ocierał mi pot z twarzy (wolę nie wiedzieć jak
wyglądałam, serio!), a ja cóż – krzyczałam i parłam.
- Ile jeszcze?! –
wrzasnęłam, gdy irytująca uzdrowicielka nadal kazała mi przeć.
Ile można?!
Cóż, okazało się, że można.
Poród trwał cztery godziny.
Godziny pełne męki.
Bólu.
Wstydu (cóż, nie byłam wtedy
najmilszą osobą i najatrakcyjniej też nie wyglądałam).
Aż wreszcie nastąpił cud.
Ok, wcale to nie był cud.
Ale zaraz, przecież się mówi
– cud narodzin.
- Harry – powiedziałam
ostatkiem sił, gdy zobaczyłam swoje dziecko. Przepraszam, nasze!
Spojrzałam w bok na Jamesa,
ale przez łzy przysłaniające mi wzrok nic nie widziałam.
- I jest synek – powiedziała
uzdrowicielka, gdy już po odprawiała nad dzieckiem te wszystkie czary
sprawdzające, gdy klepnęła go w pupę (ależ zawył!!) i owinęła go w kocyk.
- Proszę, była pani bardzo
dzielna, pani Potter – powiedziała uzdrowicielka podając mi dziecko – Panie
Potter, gratuluję – dodała i cicho wyszła z sali.
I w końcu mogłam zrozumieć
te wszystkie kobiety – moje dziecko było
najpiękniejsze pod słońcem.
Miało kępkę ciemnych włosów
(uff!), śliczne, malutkie piąstki i przepiękną twarzyczkę. I nos! Był malutki i
prosty, nie odziedziczył nosa dziadka Eda! O dzięki!
- Harry… - powiedziałam po
raz pierwszy, do naszego dziecka – Taki piękny… - dodałam i wzruszona spojrzałam
na Jamesa.
Z
dziennika Jamesa Pottera
- Harry – powiedziała Lily i
dodała – Taki piękny…
Spojrzałem na moją dzielną
żonę i wreszcie na syna.
Był taki… doskonały!
Idealny!
Z kępką ciemnych włosów,
małą twarzyczką, maluteńkimi piąstkami.
Nasz syn.
Merlinie, jak to świetnie
brzmi!
- Cześć Harry, tu tata –
powiedziałem i popatrzyłem na śpiącego niemowlaka – Lily, jesteś niewiarygodna
– dodałem, zwracając się do żony – Harry jest cudowny, a ty… byłaś taka
dzielna! Tak bardzo cię kocham.
Lily uśmiechnęła się lekko.
- Ja ciebie też... Ale teraz
policzmy mu paluszki, wiesz, że podobno prapradziadek ze strony mojej mamy nie
miał małego palca u stopy? Wiesz, jakie miałabym wyrzuty sumienia, gdyby nasz
syn nie miał palca, z mojej winy?
Spojrzałem na żonę i wybuchnąłem śmiechem.
To był szczególny dzień.
31 lipca już na zawsze
pozostanie dla mnie dniem przeogromnego szczęścia i radości.
***
I jest! Od razu zastrzegam, że ten poród zapewne nie ma dużo wspólnego z prawdziwym. Jeszcze nie rodziłam, więc cóż, moja wiedza opiera się na filmach, książkach, biologii oraz opowieściom koleżanki :) No, ale ona miała cesarkę, więc... Taa. Jest Harry, co nas zbliża do powolnego końca opowiadania. Niestety, ale doszłam do wniosku, że muszę zacząć pisać nowe opowiadanie od początku, albo chociażby pozmieniać w nim sporo rzeczy. Jakoś nie ma ono głębszego sensu, chyba chciałam za dużo zmienić w oryginalnej historii... Mam chyba jeszcze dwie miniaturki w zapasie, jedna pojawi się w Walentynki. Pisanie kolejnych rozdziałów idzie bardzo wolno, aż jestem zadziwiona tym wolnym tempem...