wtorek, 6 stycznia 2015

Rozdział 63 Przygotowania do Świąt



Grudzień nadszedł zdecydowanie szybko. Zima nie była dla nikogo wielkim zaskoczeniem – już od jakiegoś czasu śnieg obficie obsypywał każdy zakamarek, każde drzewo i przechodnia, który z jakiegoś dziwnego powodu znajdował się na dworze przy tej paskudnej pogodzie. Chyba powtórzę to po raz któryś, ale naprawdę nie lubię śniegu. Zdecydowanie wolę cieplejsze klimaty.
Ale to nie jest istotne, w tym momencie ważne było to, że mieliśmy weekend i na obiad mieli przyjść rodzice Jamesa. Więc dwoiłam się i troiłam w kuchni, żeby wszystko było idealne i smaczne. Chyba naczytałam się za dużo książek z serii „Perfekcyjna Czarownica”…
- Ładnie pachnie – powiedział James, wchodząc do domu i zdejmując zaśnieżone buty. Brrr, aż mi się zimno zrobiło, jak tylko spojrzałam na jego zaczerwienione od mrozu policzki. My z maleństwem – jak to zaczęłam w myślach nazywać nasze dziecko, siedzieliśmy sobie w ciepełku i przyjemnie pichciliśmy.
Rogacz rzucił kawałki suchego drewna z komórki za domem, obok kominka i zdjął kurtkę.
- Brrr, ale masz zimne ręce! Mówiłam, żebyś założył rękawiczki – powiedziałam, gdy J specjalnie dotknął mnie lodowatymi dłońmi. Pacan.
- Lil, już zaczynasz matkować – zauważył Rogacz i zaśmiał się z mojej wrogiej miny – Zaraz się ogrzeję – dodał i poszedł układać drewno w kominku.
- O której będą twoi rodzice? – zapytałam wchodząc do salonu za Jamesem, przy okazji zdejmując zabrudzony fartuszek w którym gotowałam.
- Będą za godzinę – odparł J spoglądając na zegar – To co, szybki rozgrzewający prysznic? – zapytał i właściwie zaciągnął mnie na piętro.


- Lily, doskonale gotujesz – pochwalił mnie Charlus, klepiąc się po brzuchu. Zupełnie jak James!
Faceci szybko uporali się z obiadem, a my z Doreą głównie rozmawiałyśmy, oraz oczywiście jadłyśmy. Ale nie w tak ekspresowym tempie jak J i tata Ch.
- Dziękuję – odparłam. I w tym momencie nastąpiło to, co bardzo nie chciałam, żeby się stało. Poczułam mdłości. Cholera! Akurat w tym momencie…
- Przepraszam – wyszeptałam, zrywając się od stołu i szybko biegnąc do łazienki.
Przynajmniej zdążyłam… Nie to co ostatnio, wolę nie wspominać, bo bleh i fujka!
- Lily i jak? – zadał idiotyczne pytanie James zza drzwi.
- Słabo – odparłam usuwając sobie różdżką plamę po wodzie, którą sobie zrobiłam na przedzie sukienki przy okazji przepłukiwania ust – Wracaj do rodziców, pewnie nie wiedzą o co chodzi – dodałam, nakładając pastę do zębów na szczoteczkę. W życiu tyle nie wymiotowałam co przez te niespełna dwa miesiące!
- Rodzice – srodzice – usłyszałam i po sekundzie J otworzył drzwi zaklęciem – Na pewno dobrze się czujesz? Może chcesz się położyć? – zapytał brunet, lustrując mnie uważnym spojrzeniem.
- Już mi lepiej, zaraz podam wam ciasto i napiję się herbaty. Ta z kopru jest świetna, po niej nie czuję mdłości – powiedziałam i wyciągnęłam Jamesa z łazienki.
Zeszliśmy na parter i wróciliśmy do naszych gości, których to tak niegrzecznie James  zostawił samych sobie.
- Przepraszam, to była mała… awaria – powiedziałam i jednym zaklęciem sprzątnęłam wszystkie niepotrzebne naczynia stojące na stole – Czego się napijecie, kawa, herbata? – zapytałam, ustawiając czajnik na ogniu. Dobra, wiem że mogłam podgrzać wodę za pomocą magii w sekundę, ale chciałam sobie dać tą chwilkę na odsapnięcie. Wymiotowanie jest męczące.
- Kochani, czy wy chcecie nam może coś powiedzieć? – zapytała Dorea, patrząc a to na mnie, a to na Jamesa. Spojrzałam na teściową i ciężko westchnęłam.
No miała tę minę – taką jak robi James gdy czegoś bardzo chce…
- Jestem w ciąży – te słowa wypłynęły ze mnie. Nawet ich nie przemyślałam, ani nic. Spojrzałam na uśmiechniętego Jamesa, a później na rodziców.
Dorei stanęły łzy w oczach i mocno ściskała serwetkę, a Charlus zaczął chrząkać i chyba też się wzruszył.
- To cudowne – wyszeptała mama D i delikatnie mnie uściskała – Tak się cieszę.
- Świetne wiadomości. Lily, synu, gratulacje! – dodał tata Ch i przytulił nas. Wow, no byłam w szoku. Tata Ch nie jest zbyt wylewny – lata służby jako Auror, zahartowały go na poważnego i silnego człowieka, a tu takie wzruszenia.
Coś czuję, że maleństwo jest powoli najbardziej wyczekiwanym dzieckiem!


Niedziela miała być dniem tylko dla naszej dwójki. Chociaż, już chyba nie mogę myśleć o nas w kategorii dwóch osób, jeżeli o sobie myślę jako o dwójce. Więc to miał być dzień naszej trójki.
Na szczęście nie zaczął się od wymiotów – z tego byłam jak najbardziej zadowolona.
Zaczął się od śniadania do łóżka, podanego przez mojego przystojnego męża. Czyż nie jestem szczęściarą?
Wiem, to pytanie retoryczne.
- Czym sobie zasłużyłam na takie rozpieszczanie? – zapytałam zajadając się naleśnikami. Swoją drogą, gdzie on się nauczył je smażyć? I kiedy?
- Zacznijmy od tego, że jesteś najpiękniejszą kobietą jaką znam – powiedział J. Pochlebca… - Dołóżmy do tego fakt, że czekałem na ciebie mnóstwo czasu. Oczywiście, nie wypominam ci tego, nie rób takiej miny! – dodał, śmiejąc się z mojej oburzonej miny.
- W dodatku, jesteś teraz odpowiedzialna za siebie i nasze dziecko, więc ja, jako mąż doskonały i świetny ojciec, musiałem zadbać o moje dwa skarby – dodał.
W tym momencie rozpuściłam się jak masło na patelni, jak czekolada na słońcu, jak ser na toście… Ekhm. Dość tych kulinarnych porównań.
Byłam wzruszona. Ciąża. Hormony szaleją. To dobre wyjaśnienie. Na wszystko.
- Co ty, płaczesz? – zapytał James i uśmiechnął się gdy kiwnęłam głową – Lil, no co ty…
- Mówisz mi takie piękne rzeczy i myślisz, że się nie wzruszę? – zapytałam, pochlipując – W dodatku hormony mi szaleją i chyba chce mi się siusiu – dodałam. Dziecko zaczyna naciskać na pęcherz, czy co? Nie no, jeszcze nie jest tak duże…
Wygrzebałam się z pościeli, poprawiłam spadające spodnie od piżamy i ruszyłam do łazienki. Zatrzymałam się przy drzwiach.
- Zaraz sobie udowodnimy nasze uczucia, co ty na to? – zapytałam i zatrzasnęłam za sobą drzwi. Uśmiechnęłam się, przypominając sobie minę Jamesa (pewnie myślał, że ciąża = brak seksu). A mi ciąża chyba wspomaga libido, serio. Bo miałam niewiarygodną wręcz ochotę na mego przystojniaka.

Resztę niedzieli spędziliśmy na słodkim leniuchowaniu. Zrobiliśmy sobie seans filmowy – przygotowaliśmy popcorn, trzy filmy oraz kołdrę.
Obejrzeliśmy film o Draculi – James stwierdził, że jest on bardzo nieprawdopodobny, powiedział, że jego tata zna wampira i wcale nie osusza on swoich ofiar do cna. A poza tym pyta, czy może napić się prosto z ich szyi - proszę jaki kulturalny!
Był też film z serii Rocky – o trochę głupim, ale jakże dzielnym bokserze – James stwierdził, że taki trening powinien przejść – łącznie z tym ciągłym bieganiem po schodach. Jednak ja uznałam, że to Łapie prędzej coś takiego by się przydało, na co J się obśmiał i uznał, że mam rację.
Miasteczko Salem – niby horror, ale głównie śmialiśmy się. Nie wiem czemu, w końcu to horror. A ja się boję horrorów, jednak przy Jamesie nic nie jest mi straszne.
Po zjedzeniu sporej ilości niesolonego popcornu i popiciu tego hektolitrami zielonej herbaty, myślałam, że znowu będę wymiotować, ale nie! Alleluja!
- Oglądamy coś jeszcze, czy już jesteś zmęczona? – zapytał James. Szczerze mówiąc, to już przysypiałam mu na kolanach, a jeżeli dodamy do tego to, że przeczesywał mi palcami włosy, co po prostu uwielbiam, prawie odleciałam.
- Jestem zmęczona – wyszeptałam, lekko się podnosząc i pokładając się na jamesowym torsie – Ale mi tutaj wygodnie – stwierdziłam, objęłam go mocno ramionami i zamknęłam oczy.
- Hm, tylko, że trochę mnie przygniatasz – powiedział James. Szybko otworzyłam oczy. No nie!
- Sugerujesz, że jestem gruba?! – zawołałam całkowicie rozbudzona. No cham!
- Nie sugeruję. Naciskasz na pewną część ciała i… - zaczął J, ale szybko skumałam.
- Przepraszam – powiedziałam, śmiejąc się z jego miny – Idziemy spać?
- Jasne – odparł brunet i poszedł za mną. 


Była już połowa grudnia, czyli najwyższy czas rozpocząć przygotowania do świąt! A przynajmniej zaplanować gdzie je spędzamy, oraz zrobić listę prezentów.
- Już jestem, przepraszam za spóźnienie ale przeciągnęło się nam zebranie – wydyszał James wpadając do sekretariatu, za nim wszedł Syriusz. O ludzie!
- Witaj Wiewióro, co słychać u osób z rodziny gryzoni? O, widzę że już sobie ząbki ostrzysz – tak oto przywitał mnie Idiota. Ugh.
- Gryzonie mają się dobrze – odparłam, pakując rzeczy do torebki i zakładając płaszcz – Co u Dorcas, odbierze w końcu ode mnie telefon? To dziwne, nie odpowiada na listy, nie odbiera telefonu – zaczęłam wyliczać.
- Sporo pracuje i ostatnio gorzej się czuje – odparł zmartwiony Łapa – Chyba muszę ją wysłać do Munga, pewnie się przepracowuje.
- A co jej jest? – zapytałam zakładając sobie torebkę na ramię i owijając się szalikiem. Wiecie, że jest -15ºC? Brrrr!
- Ciągle jej słabo – odparł Syriusz i spojrzał na zegarek – Cholera, zaraz się spóźnię na spotkanie! Spadam, widzimy się jutro! – zawołał jeszcze i gdzieś pobiegł. Spojrzałam na Jamesa, lecz ten tylko wzruszył ramionami.
- To co, wracamy do domu? – zapytałam kierując się za Jamesem do wyjścia.
- Może zjemy obiad na mieście? Lodówka jest pusta… - powiedział James na co z chęcią przystałam. Jakoś nie chciało mi się stać przy garach. Tak, czasem nawet ja robię sobie wolne od gotowania.

- James, myślałeś już o świętach? – zapytałam męża. Wróciliśmy wieczorem do domu. Po późnym obiedzie skoczyliśmy jeszcze na zakupy na Pokątną i spotkaliśmy Remusa. Wyglądał już całkiem nieźle. I chyba już otrząsnął się po zerwaniu (czas najwyższy!).
- Mama nas zaprosiła na pierwszy dzień Świąt – odparł James wycierając sobie mokrą głowę ręcznikiem – A na drugi pojedziemy do twoich, co ty na to? – zapytał.
- Dobry pomysł, przynajmniej nie będę musiała wszystkiego szykować – powiedziałam, wklepując sobie krem w skórę twarzy – Musimy się zastanowić nad prezentami, nadal nie rozgryzłam twojego taty, zupełnie nie wiem co on lubi.
- Och, dobre książki, szybkie miotły – zaczął wyliczać James – Tak właściwie, ze wszystkiego będzie zadowolony – dodał po chwili zastanowienia. Czyli jak zwykle niczego się nie dowiedziałam…
Wklepałam sobie krem pod oczy (tak jak mnie uczyła Dorcas – od zewnętrznych kącików oczu do wewnętrznych – aby nie mieć zmarszczek) i spojrzałam na bruneta.
- A co ty byś chciał dostać od świętego Mikołaja? – zapytałam wychodząc z łazienki. James chwilę się zastanowił.
- Zdrowe, śliczne dziecko – odparł czym mnie nie zaskoczył, ale troszkę zdziwił. Kiedyś był zwykłym rozrabiaką, huncwotem – a teraz stał się dojrzałym, mądrym mężczyzną. Bardzo wydoroślał. To było widać, słychać i czuć – cytując słowa pewnej piosenki.
- Kocham cię – wyszeptałam, mocno się do niego przytulając.
- Ja ciebie też, Lil.


Weekend tydzień przed Świętami przywitał nas wielkimi zwałami śniegu. Dobrze, że jesteśmy czarodziejami – nie musieliśmy się męczyć z odśnieżaniem chodnika prowadzącego do domu – machnięcie różdżką załatwiło dobre dwie godziny pracy. Współczuję ludziom nie magicznym, serio!
- Halo? – usłyszałam głos Dorcas w słuchawce.
- Cześć Dor, co słychać? – zapytałam siadając przy stole w kuchni i wsadzając nos w „bukiet” koperkowy – dzięki temu drobnemu zabiegowi, czyli wąchaniu świeżego koperku odchodziły mi mdłości.
- Hej Lily, wzięłam sobie tydzień wolnego i pichcę – odparła Dor – Ostatnio naszła mnie straszna ochota na gotowanie i o dziwo, wszystko co ugotuję smakuje Syriuszowi i Regulusowi – dodała, zdziwionym głosem.
- Kiedy idziemy na zakupy świąteczne? – zapytałam – Nie mam jeszcze prezentu dla Jamesa, zupełnie nie wiem co mu kupić w tym roku – dodałam, zaciągając się zapachem kopru. Achhh!
- Może krawat? – zapytała Dorcas, wyraźnie mnie olewając – Lily, zupa mi się przypala, nie wiem jakim cudem… Muszę kończyć. Zadzwonię do ciebie, ok? Trzymaj się!
Ech. I tak oto zostałam olana. Wiem, zadzwonię do Mary!
- Halo? – powiedział głos. Aha, mama Mary.
- Dzień dobry pani McDonald, mówi Lily Potter. Czy zastałam Mary? – zapytałam.
- Witaj, Lily! Niestety, Mary właśnie wyszła z Regulusem na zakupy. Mogę jej coś przekazać?
- Och, nie dziękuję. Zadzwonię wieczorem – odparłam i pożegnałam się.
I tak oto zostałam olana po raz drugi. Do kogo by tu… Do Megan!
- Halo? – zapytał głos. Hm.
- Severus? – upewniłam się.
- Tak. To ty Lily? – zapytał zdziwiony. Tak właściwie nie wiem czym, czy obsługą telefonu, czy może tym, że to mnie słyszy po drugiej stronie kabla.
- Taak, to ja. Słuchaj, jest Megan? Chciałam ją wyciągnąć na zakupy – odparłam spoglądając na swój zrujnowany manicure. Ech, muszę przestać obskubywać paznokcie z lakieru. Wstrętny nawyk!
- Niestety, ma zajęcia na uczelni. Możesz zadzwonić po 18, wtedy będzie w domu – powiedział Severus.
- To świetnie, zadzwonię – powiedziałam i szybko się pożegnałam.
Znowu olana! Ugh. Nie pójdę sama na zakupy. No nic, trzeba je przełożyć. Gorzej, że mam już mało czasu.
- Co robisz? – zapytałam Jamesa. Leżał w sypialni na podłodze i grzebał pod łóżkiem.
- Ja? Nic – odparł. Aha, jasneee – Co tam masz? – zapytałam, pochylając się.
- Zupełnie nic. Obejrzymy jakiś film? – zapytał i pociągnął mnie na parter. Dobra, to było podejrzane. Później sprawdzę.

James usnął podczas oglądania filmu. Był to świetny moment na sprawdzenie tego, co ukrywał pod łóżkiem. Chociaż nie była to zbyt dobra skrytka, sprzątając często zaglądam pod ten mebel, bo to tam najczęściej lądują jego skarpetki…
- Co my tu mamy? – zapytałam, rozpłaszczając się na podłodze i różdżką oświetlając sobie ciemne rejony pod łóżkowe – No nie – wyszeptałam i wyciągnęłam sporej wielkości karton.
Dla uściślenia – miauczący karton.
- Cztery kociaki – wyszeptałam licząc słodkie, puchate kulki – Jest i mama – zauważyłam widząc wychodzącą z łazienki nieznaną mi kotkę.
- Już je znalazłaś? – zapytał J wchodząc do sypialni. Spojrzałam na niego jak na kretyna.
- Zbyt dobrze to ich nie schowałeś – odparłam ironicznie – Co to za koty i czemu siedzą pod łóżkiem? – zapytałam.
- To są kociaki twojego kocura Jima i tej przybłędy – odparł brunet. Spojrzałam na niego z niedowierzaniem.
- A gdzie jest Jim? – zapytałam. Dłuższy czas go nie widziałam w domu, ciągle gdzieś znikał. Jak to niewykastrowany kocur, ale nie miałam sumienia odcinać mu pewnej części ciała.
- Nie mam pojęcia, znowu gdzieś polazł – odparł J – Co z nimi zrobimy? – zapytał wskazując na kociaki i wrogo nastawioną kocią mamuśkę. Na prychała na mnie!
- Wychowamy i porozdajemy – powiedziałam po chwili zastanowienia – Można powiedzieć, że zostaliśmy kocimi rodzicami – zażartowałam i poszłam umieścić koci karton z kocią zawartością koło łazienkowego kaloryfera. Będzie im cieplutko.
- Ale to ty się nimi zajmujesz! – zapowiedziałam.


Ponieważ Święta mieliśmy spędzić u jednych i drugich rodziców, zupełnie nie miałam co robić – moimi jedynymi przygotowaniami był zakup prezentów dla rodziny i przyjaciół.
- Naprawdę myślisz, że Syriusz ucieszy się z „Poradnika dla PlayWizard’a”? – zapytałam z lekka zniesmaczona, pakując w ozdobny papier prezent. Dosyć dziwny.
- Będzie zachwycony, zawsze chciał wyglądać jak ci faceci z okładek – odparł James, koślawo pakując prezent dla Mary – stare wydanie książki o roślinach leczniczych. Wiem że bardzo długo go szukała.
- James, koty są głodne – powiedziałam gdy mała ruda kulka lekko podgryzała mi palec – Gdzie jest ich matka? – zapytałam lekko zirytowana, gdy biały Kocurek zaczął mi się wspinać po moich nowych dżinsach. W dodatku – ałaaa!
- Nie mam pojęcia, wypuściłem dzisiaj rano Jima i tą kotkę – odparł J nadal zajęty pakowaniem jakiś zabawnych prezentów dla jego licznych kuzynów. Tak apropo tych kuzynów – nie dość, że jest to bardzo liczna grupa, to jeszcze bardzo do siebie podobna, ciągle mylę ich imiona co mnie strasznie irytuje.
- Może dać im mleka? – dodał brunet ściągając wczepionego w mój tyłek kota i zaczął go pouczać, że ma się nie zapuszczać w te rejony. No, spoko.
- Nie wiem, ale chyba oszaleję jak będę musiała nadal dzielić łazienkę z czterema kociakami i ich psychopatycznymi rodzicami – wyburczałam, oglądając straty wyrządzone przez kociaka – Patrz, porobił mi dziurki w spodniach – powiedziałam do Jamesa i prawie mu się wypięłam w twarz. Ok, nie było to zbyt fajne, ale chciałam, żeby zobaczył, co te koty robią. Ostatnio urządziły sobie legowisko w moim ulubionym szarym swetrze – gdy go znalazłam był pozadzierany i chyba pogryziony… W każdym razie był mokry. Wolę nie wiedzieć, z jakiego powodu…
- Po Sylwestrze je porozdajemy – zapewnił mnie J – A spodniami się nie przejmuj i tak pewnie niedługo się w nie, nie zmieścisz – dodał z wrednym uśmieszkiem.
Oczywiście oburzyłam się i mocno walnęłam go pięścią w ramię. James udał, że go to powaliło, rozpłaszczył się na podłodze, co od razu wykorzystały kociaki – weszły mu na tors i się wygodnie ułożyły. Ha, ma za swoje! 

***
Długi rozdział o niczym. Ech.

1 komentarz:

  1. Kociaki <3 ale bd musieli się ich pozbyć :/ bo kobiety nie mogą mieć kotów w ciąży bo jakieś choroby przenoszą :/ Notka o niczym ale fajna ;) Do następnego !

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.