czwartek, 8 stycznia 2015

Rozdział 64 Święta



Które to już święta, które opiszę? Drugie, trzecie? Straciłam już rachubę, a cofanie się w moich pamiętnikach zawsze kończy się tak samo – głośnymi wybuchami śmiechu i czytaniem co lepszych kawałków. Taa, niektóre moje wpisy były dziwne, lub po prostu głupie.
Jednak wróćmy do tegorocznych świąt. Tak jak ustaliliśmy z Jamesem mieliśmy je spędzić pół na pół – jeden dzień u państwa Potter, drugi u rodziny Evans.
Świąteczny obiad pierwszego dnia mieliśmy spędzić w rodzinnym domu Jamesa, z jego rodzicami, wujkami, ciotkami, kuzynami i całą hałastrą ich dzieciaków. Czyli będzie to bardzo gwarny dzień.
- No nie – powiedziałam. Przymierzałam już drugą sukienkę i miałam mały problem. Nie mogłam się dopiąć! Ale cholera, już?! Spojrzałam na swój brzuch, ale wyglądał jeszcze normalnie, no może był lekko zaokrąglony, ale ugh…
- James!! – wrzasnęłam zirytowana. Brunet czekał na mnie w salonie – po chwili usłyszałam szybkie wbieganie po schodach.
- Co się stało? – zapytał przerażony. O ludzie, ktoś tu jest nadwrażliwy!
- Nie dopinam się – powiedziałam tragicznie - żałośnie brzmiącym głosem. Czułam, że dolna warga mi drży i zaraz się rozpłaczę - hormony.
- Już? – zapytał J. Ten to potrafi poprawić ciężarnej nastrój, nie ma co… - Może poszerzę ci ubranie zaklęciem? – dodał. Spojrzałam na niego zaskoczona.
- Umiesz coś takiego zrobić?
- Jasne, Peterowi ciągle powiększaliśmy spodnie – odparł James – Którą chcesz założyć? – zapytał widząc cztery sukienki leżące na podłodze. No wkurzyłam się trochę… 
Istnieje możliwość, że nawet je zdeptałam, ale tylko troszkę.
- Tą czarną – powiedziałam wskazując na nią palcem. James szybko wymówił jakieś zaklęcie – którego o dziwo nie znałam i podał mi ubranie.
Założyłam je i odwróciłam się do męża.
- Zapnij – rozkazałam, rozkapryszonym tonem. Cóż – jeszcze raz to powiem, to hormony! Wcale nie chcę być taka sukowata, serio!
- Jest dobrze – powiedziałam, przeglądając się w lustrze i zakładając kozaki typu oficerki – James gdzieś mi ukrył wszystkie buty na obcasie z obawy tragicznego przewrócenia się i zrobienia dziecku krzywdy. Serio, jakbym chciała zrobić coś tak głupiego!
- Nawet bardzo dobrze, ślicznie wyglądasz – powiedział brunet poprawiając sobie spadające okulary – Bierzmy prezenty i chodźmy, zaraz się spóźnimy.

Do teściów dotarliśmy na piechotę – w końcu jesteśmy prawie sąsiadami. Przeszliśmy przez ładnie udekorowany ogródek i zadzwoniliśmy do drzwi.
- Jesteście, świetnie, wszyscy już czekają – powiedziała podekscytowana Dorea. No dobra, albo święta tak na nią działają, albo goście. Potterowie są dosyć głośnym towarzystwem, więc już w holu było słychać głośne rozmowy i nawet śpiewanie.
- Są! – zawołał, któryś z licznej zgrai kuzynów, niegrzecznie wskazując na nas palcem – Przyszła mamuśka i tatusiek! Gratulacje! – zawołał podbiegając do nas i ściskając nas po kolei.
Zrobiłam trochę zdezorientowaną minę – każdy z tej wielkiej gromady ludzi chciał nam pogratulować, lub uściskać. Powiem tyle – masakra! Chyba w życiu nie obłapiało mnie tyle osób, ile tutaj.
- Dzięki, dziękuję – ciągle powtarzał James i dodawał imiona. Niestety ja nie mogłam się pochwalić aż taką wiedzą i tylko powtarzałam: „Dziękuję”.
- Kochani, skończcie te gratulacje. Obiad podany – zakończyła to Dorea, patrząc na nas z porozumiewawczym uśmiechem.
- Nie obraź się, ale twoi kuzyni są straszni – wyszeptałam do Jamesa, siadając obok niego przy magicznie powiększonym stole, suto zastawionym przez potrawy przygotowane przez Doreę i skrzaty.
- Doskonale to wiem – odszepnął J i został zagadany przez chyba ech, Markusa? Chyba tak się nazywa. Zresztą nieważne! Nigdy nie zapamiętam ich imion… 
Poddaję  się!

Rozdawanie prezentów w domu Potterów jest zabawne. Najstarszy członek rodu – w tym przypadku wujek Andrew – przebiera się za Mikołaja i rozdaje dzieciakom i dorosłym prezenty. Jednak aby takowy dostać, trzeba zrobić coś zabawnego – powiedzieć wierszyk, coś zaśpiewać, zatańczyć – cokolwiek sobie taki delikwent dostający prezent wymyśli.
- Co my tu mamy? – zapytał Andrew wyciągając długą paczkę. O kurczę, to mój prezent dla J! – Prezent dla Jamesa, ale znasz zasady synu – dodał i ważył w rękach prezent. James wstał z kanapy z uśmiechem i zaczął śpiewać:
- La cucaracha, la cucaracha, Ya no puede caminar – i tak w kółko śpiewał ten jeden wers piosenki i zabawnie tańczył. Dzieciaki piszczały z uciechy i do niego dołączyły.
- Starczy – powiedział nasz Święty Mikołaj vel wujek Andrew i wręczył Rogaczowi jego prezent – Wesołych, młody.
James odebrał prezent od Mikołaja i zaczął rozrywać ozdobny papier. 
- Nowy Nimbus 1900?! – zawołał James, na co wszyscy jego kuzyni płci męskiej zwrócili wzrok na to cacko (normalnie jak surykatki z filmu przyrodniczego – wszyscy na raz spojrzeli w to samo miejsce, zabawne) – Jak ci się udało?! – zwrócił się do mnie.
- Najpierw zajrzyj głębiej – powiedziałam, uśmiechając się. James zaczął grzebać w pudełku i wyciągnął:
- I dziecięca miotełka? Cudowne! – zawołał i zaczął mnie ściskać. Wow, no nieźle mnie wygniótł.
- Do salonu Dorcas przyszedł dystrybutor tych najnowszych modeli, tak się zachwycił jej usługami, że powiedział, że zrobi dla niej wszystko – zaczęłam szybko opowiadać – Więc Dorcas wymusiła na nim trzy miotły plus miotłę dziecięcą – dodałam przypominając sobie te Dorcasowe opowieści o przesadnie dbającym o siebie panu. Dorcas stwierdziła, że albo jest gejem, albo jest po prostu metroseksualny. Ale tak szczerze? Mam to gdzieś, cieszę się, że dzięki temu mogłam dać mężowi fajny prezent.
- Super – powiedział James i zaczął dokładnie oglądać te dwa modele super szybkiej miotły – jak to oczywiście zapewniał producent.

Po dwudziestej, zmęczeni, wróciliśmy do domu. Rodzina Potterów jest niczym typowa włoska familia – głośna, liczna i żarłoczna.
- Idziemy na górę, prezent dla ciebie jest na piętrze – powiedział J i poprowadził mnie do jednej z sypialni gościnnych. Na klamce wisiała wielka kokarda.
- Otwórz – powiedział James i stanął za mną. Pociągnęłam klamkę w dół i weszłam do pokoju.
- Pokój dziecięcy – wyszeptałam, wchodząc głębiej – Jest śliczny! – zawołałam, rzucając się w ramiona męża – Ale kiedy ci się udało? – zapytałam, wskazując na to wszystko ręką.
- Ostatnio ciągle się spóźniałem, kończyliśmy z chłopakami wcześniej pracę i przychodziliśmy tutaj – zaczął mi wyjaśniać James – Gdy dowiemy się jakiej płci jest dziecko, dodamy odpowiednie akcenty kolorystyczne – powiedział spoglądając na wystrój.
A pokój był naprawdę prześliczny – urządzony w jasnych barwach, ze ślicznym łóżeczkiem, przewijakiem, po prostu wszystkim co może się przydać w takim miejscu.
- Jednak to nie koniec – powiedział James i wyprowadził mnie z dziecięcego pokoju - Otwórz te drzwi – dodał i wskazał na nasz pokój - graciarnię.
- Garderoba?! – zawołałam, wchodząc do pomieszczenia w którym to już znajdowała się większość naszych ubrań (co było dosyć liczną zbieraniną, muszę to przyznać).
- W domu miałaś taką, więc gdy ubrania zaczęły już wypadać z szafy, uznałem, że ci się przyda – wytłumaczył brunet, spoglądając na te wszystkie wieszaki.
- Wiesz co to oznacza, prawda? – wyszeptałam. James spojrzał na mnie i zrozumiał. Smutno zwiesił głowę.
- Zakupy? – zapytał zrezygnowanym tonem. Kiwnęłam głową i pocałowałam go.


Następnego dnia czekała nas podróż do mojego rodzinnego domu. Jako, że jestem w ciąży, teleportacja raczej odpada – zawsze istnieje ryzyko rozszczepienia się, a w moim odmiennym stanie, nie jest to wskazane. Dlatego jeszcze przed Świętami, James załatwił podłączenie kominka rodziców do Sieci Fiuu, na ten jeden dzień. Było to o wiele bezpieczniejsze, niż teleportacja czy świstoklik.
- James, pośpiesz się, musimy być u rodziców przed pozostałymi gośćmi, myślisz, że co pomyślą jak wyjdziemy z kominka? – zadałam mu pytanie retoryczne. Babcia chyba by padła na zawał…
- Idę, idę – wysapał, wiążąc sobie krawat – Masz prezenty? – zapytał patrząc na moją niedużą torebkę.
- Zaklęcie zmniejszająco - zwiększające – wyjaśniłam i weszłam do kominka wymawiając adres. Po chwili staliśmy w salonie rodziców i otrzepywaliśmy się z kurzu.
- Chyba nigdy nie przywyknę do tego, że moja siostra potrafi przemieszczać się z miejsca na miejsce przez kominek – powiedziała Petunia.
- Peti! Cześć, świetnie wyglądasz! – zawołałam i uściskałam siostrę.
- Ty również. Cześć James, co słychać? – zwróciła się do bruneta. Ja w tym czasie skierowałam się do pomieszczenia w tym domu najważniejszego – kuchni.
- Mamo, tato, jesteśmy! – powiedziałam wchodząc do środka. Nie pomyliłam się – mama stała nad garnkiem i coś mieszała, a tata wyjadał sałatkę z miski.
- Lily, już jesteście?! – zawołała mama i uściskała mnie – Niech ci się przyjrzę, tak dawno nas nie odwiedzałaś! – dodała z pretensją.
- Och, praca, zajęcia domowe. Cześć tato – powiedziałam, gdy ojciec przestał wyjadać jedzenie i mnie uściskał – Pójdę się rozebrać i zobaczyć czy Tunia nie zagadała Jamesa – dodałam wychodząc z pomieszczenia. Zostawiłam płaszcz i kozaki w holu i wróciłam do salonu.
- Zobacz Lily jak Dudley urósł! – zawołał James, który trzymał brzdąca. Chociaż, czy ja powinnam pisać: brzdąca? Dudley wyglądał jak mały bałwan – dobra nie był biały i ze śniegu, ale wyglądał jakby składał się z trzech części. Mała okrągła głowa, grubiutki tułów i dwa baleroniki – nóżki. No istny Vernon!
- Cześć, Wielki De, chodź do cioci, słodziaku – powiedziałam i pod ciężarem Dudleya ciężko zasiadłam na kanapie – I co ta mamuśka ci robi, pasie cię na małego zawodnika sumo, czy co? – wyszeptałam roześmianemu D do ucha. Zaśmiał się i pociągnął mnie za włosy. Ała!!
- Wielki De, nie ciągnij cioci za włosy – powiedział J i delikatnie uwolnił mój lok z rączek dziecka.
- Mama, mama! – wydarł się D i zaczął płakać. Merlinie, ale jak głośno! James zrobił wielkie oczy, a ja zaczęłam uspokajać malucha.
- Noo, ciiii, Dudziaczku, cichooo, mamusia zaraz przyjdzie – mówiłam, ale to go rozwścieczyło jeszcze bardziej. Podrapał Jamesa po dłoni i okropnie wykrzywił twarzyczkę.
- O ludzie, to mały potwór – wyszeptał J oglądając różową kreskę na wierzchu dłoni.
- Już jestem – powiedziała Peti, schodząc ze schodów – Och, pewnie coś mu zabraliście, wtedy zachowuje się tak niegrzecznie… - wytłumaczyła nam, porywając dziecko w ramiona – Już Dudziaczku, zaraz mamusia ci coś da – dodała i wyszła do kuchni.
- Pewnie coś do jedzenia – James wypowiedział na głos to samo co ja pomyślałam.
- Mam nadzieję, że nasze dziecko będzie… normalniejsze – zakończyłam kulawo moją wypowiedz. James pokiwał głową i przyznał mi rację.
Po chwili dało się słyszeć dźwięk domofonu – zapewne w końcu zaczęli przybywać goście.

Obiad zakończyliśmy śpiewaniem kolęd. Ogólnie z moim kozim zaśpiewem zapewne nawet nie powinnam otwierać ust – ale jak wszyscy to wszyscy – nawet Wielki De zaczął ryczeć – mama! Mama!
- Chcieliśmy coś powiedzieć – powiedziałam, wstając z krzesła i ciągnąc Jamesa za sobą. Spojrzałam na rodziców, Petunię z mężem, babcię z dziadkiem, wujków i ciotki, oraz Megan z Severusem – Spodziewamy się dziecka! – zawołałam.
I nastąpiła istna wrzawa. Wszyscy zaczęli się przekrzykiwać, gratulowali nam, ściskali, mama oczywiście się popłakała, tata klepał mocno Jamesa po plecach (ekhm), babcia wycierała sobie oczy serwetką i powtarzała: „Drugi prawnuczek!”, Megan piszczała i podskakiwała na krześle, a Petunia gratulowała nam i na raz karmiła Dudleya. Sajgon!
- To takie cudowne wieści! – wykrzykiwała mama – Znowu będę babcią!
- Gratulacje – powiedział sztywno S.S kiwając głową.
- Spisaliście się – pochwalił nas tata. Zabrzmiało to… źle? Tak jakby to było niewiarygodne osiągnięcie. Bo chwalił nas za to, że spędziliśmy ze sobą cudowne chwile. Ech, może nie będę tego roztrząsać?
- Boże, Lily, James, tak się cieszę! Będę ciotką! To super! Sev, słyszysz?! Będziemy ciotkami! To znaczy, ty będziesz wujkiem! – wrzeszczała Megan i gadała jakieś głupoty – jak to ona. Dobrze, że znalazła sobie takiego sztywnego Sev’a – musi istnieć równowaga.
Spojrzałam na Jamesa, ale trzeba przyznać zachował spokój. Uśmiechał się, dziękował i nawet nie skrzywił, gdy tata mocno przywalił mu w ramię. Taki dzielny!
- Cudownie – powiedziała po raz któryś mama.

Nasiadówa u Evansów przeciągnęła się – mama zaciągnęła naszą dwójkę do mojego starego pokoju i zaczęła wyciągać moje dziecięce ciuszki. Że ona to wszystko przechowała!
- A to jest sukieneczka, którą Lily nosiła jak miała roczek – powiedziała mama, pokazując nam paskudne różowe coś – Bardzo jej nie lubiła i płakała jak jej ją zakładałam.
James uśmiechnął się i zaczął przeglądać te przedpotopowe wdzianka.
- A może chcecie coś wziąć? – zapytała mama, wskazując na tą rozgrzebaną stertę ubranek.
- Chyba podziękujemy, nawet jeszcze nie wiemy jakiej płci będzie maluszek – odparłam, kładąc sobie rękę na brzuchu.
- A w tych waszych szpitalach kiedy się można tego dowiedzieć? – zapytała mama.
- W czwartym miesiącu ciąży – odparłam – Za jakieś dwa miesiące będziemy wiedzieć – dodałam.

Do domu wróciliśmy dopiero po 22 – rodzicom zebrało się na wspomnienia, opowiadali co zabawniejsze momenty z naszego dzieciństwa. James strasznie się uśmiał z historii o moim Kenie, któremu odpadła głowa gdy walnęłam nim Petunię w czoło i którą przykleiłam taśmą – ta głowa i tak w kółko odpadała, aż w końcu gdzieś się zgubiła i bawiłam się samym korpusem. Cóż.
- Wiesz, że zupełnie nie pomyśleliśmy o Sylwestrze? – powiedziałam do Jamesa, wychodząc z łazienki, wcierając balsam przeciw rozstępom – prewencyjnie.
James leżał już na łóżku i polerował miotłę. Nawet jeszcze na niej nie latał…
- Sylwester? – zapytał głupio, po czym zastanowił się chwilę - Zapomniałem! Przecież Syriusz nas zaprosił do siebie – dodał czule spoglądając na miotłę. Taaa.
- A kiedy mi chciałeś o tym powiedzieć? – zapytałam bezceremonialnie gasząc światło. Rogacz odłożył miotłę na podłogę i mnie przytulił.
- No nie bocz się, zapomniałem – wymruczał, sunąc ustami po mojej szyi. Och, no zna mój słaby punkt! Przepadłam…

***

Hej, czy ktoś to jeszcze czyta? Mam wrażenie, że nie... No, oprócz Nox, która komentuje :) (dziękuję!) Powoli zaczynam zastanawiać się nad końcem tego opowiadania, myślałam, żeby je kontynuować, zrobić pewien "myk", ale to chyba nie ma sensu. W dodatku nie mogę się zmusić do pisania rozdziałów :( Ale oczywiście, nie martwcie się, dokończę opowiadanie! Może spędzając weekend we Włoszech dostanę natchnienia (poobserwuje włoskie bambini :) Także, o ile tragicznie nie zginę w katastrofie samolotu, następny rozdział będzie w przyszłym tygodniu. We wtorek, czy coś.

3 komentarze:

  1. ej no weź nie giń :O Z tą historią to możesz zrobić jak Ci wygodniej ja i tak bd czytać :D Inni też pewnie czytają tylko z własnego doświadczenia wiem, że jak na telefonie to nie ma jak skomentować a poza tym wszystko widać po wyświetleniach ;) Co do notki to super :D Już nie mogę się doczekać maleństwa na świecie ;) Do następnej i miłego wypoczynku :D Jak ja Ci zazdroszczę :/ weź mnie ze sobą !!!

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie możesz teraz przestać pisać. Musze wiedzieć jak to będzie kiedy urodzi się maluszek xD a na czym polegałby ten ,,myk"? Ciekawa jestem :)
    Siły dla Ciebie, żebyś się nie zniechęcała; ***

    OdpowiedzUsuń
  3. Ooo znów udało mi się dopaść do laptopa a wiec komentuje. Rozdział bardzo fajny i nie mogę się doczekać kiedy pojawi się Harry. Co już zastanawiasz się nad końcem ? Szkoda bo blog jest naprawdę super. Zastanawiam się na czym miał polegać ten myk ?
    Życzę weny oraz udanego wyjazdu
    Gabriela Black

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.