Które to już święta, które
opiszę? Drugie, trzecie? Straciłam już rachubę, a cofanie się w moich
pamiętnikach zawsze kończy się tak samo – głośnymi wybuchami śmiechu i
czytaniem co lepszych kawałków. Taa, niektóre moje wpisy były dziwne, lub po
prostu głupie.
Jednak wróćmy do
tegorocznych świąt. Tak jak ustaliliśmy z Jamesem mieliśmy je spędzić pół na
pół – jeden dzień u państwa Potter, drugi u rodziny Evans.
Świąteczny obiad pierwszego
dnia mieliśmy spędzić w rodzinnym domu Jamesa, z jego rodzicami, wujkami,
ciotkami, kuzynami i całą hałastrą ich dzieciaków. Czyli będzie to bardzo
gwarny dzień.
- No nie – powiedziałam.
Przymierzałam już drugą sukienkę i miałam mały problem. Nie mogłam się dopiąć!
Ale cholera, już?! Spojrzałam na swój brzuch, ale wyglądał jeszcze normalnie,
no może był lekko zaokrąglony, ale ugh…
- James!! – wrzasnęłam
zirytowana. Brunet czekał na mnie w salonie – po chwili usłyszałam szybkie
wbieganie po schodach.
- Co się stało? – zapytał
przerażony. O ludzie, ktoś tu jest nadwrażliwy!
- Nie dopinam się –
powiedziałam tragicznie - żałośnie brzmiącym głosem. Czułam, że dolna warga mi
drży i zaraz się rozpłaczę - hormony.
- Już? – zapytał J. Ten to
potrafi poprawić ciężarnej nastrój, nie ma co… - Może poszerzę ci ubranie
zaklęciem? – dodał. Spojrzałam na niego zaskoczona.
- Umiesz coś takiego zrobić?
- Jasne, Peterowi ciągle
powiększaliśmy spodnie – odparł James – Którą chcesz założyć? – zapytał widząc
cztery sukienki leżące na podłodze. No wkurzyłam się trochę…
Istnieje
możliwość, że nawet je zdeptałam, ale tylko troszkę.
- Tą czarną – powiedziałam
wskazując na nią palcem. James szybko wymówił jakieś zaklęcie – którego o dziwo
nie znałam i podał mi ubranie.
Założyłam je i odwróciłam
się do męża.
- Zapnij – rozkazałam, rozkapryszonym
tonem. Cóż – jeszcze raz to powiem, to hormony! Wcale nie chcę być taka
sukowata, serio!
- Jest dobrze –
powiedziałam, przeglądając się w lustrze i zakładając kozaki typu oficerki –
James gdzieś mi ukrył wszystkie buty na obcasie z obawy tragicznego
przewrócenia się i zrobienia dziecku krzywdy. Serio, jakbym chciała zrobić coś
tak głupiego!
- Nawet bardzo dobrze,
ślicznie wyglądasz – powiedział brunet poprawiając sobie spadające okulary –
Bierzmy prezenty i chodźmy, zaraz się spóźnimy.
Do teściów dotarliśmy na
piechotę – w końcu jesteśmy prawie sąsiadami. Przeszliśmy przez ładnie
udekorowany ogródek i zadzwoniliśmy do drzwi.
- Jesteście, świetnie,
wszyscy już czekają – powiedziała podekscytowana Dorea. No dobra, albo święta
tak na nią działają, albo goście. Potterowie są dosyć głośnym towarzystwem,
więc już w holu było słychać głośne rozmowy i nawet śpiewanie.
- Są! – zawołał, któryś z
licznej zgrai kuzynów, niegrzecznie wskazując na nas palcem – Przyszła mamuśka
i tatusiek! Gratulacje! – zawołał podbiegając do nas i ściskając nas po kolei.
Zrobiłam trochę
zdezorientowaną minę – każdy z tej wielkiej gromady ludzi chciał nam
pogratulować, lub uściskać. Powiem tyle – masakra! Chyba w życiu nie obłapiało
mnie tyle osób, ile tutaj.
- Dzięki, dziękuję – ciągle
powtarzał James i dodawał imiona. Niestety ja nie mogłam się pochwalić aż taką
wiedzą i tylko powtarzałam: „Dziękuję”.
- Kochani, skończcie te
gratulacje. Obiad podany – zakończyła to Dorea, patrząc na nas z
porozumiewawczym uśmiechem.
- Nie obraź się, ale twoi
kuzyni są straszni – wyszeptałam do Jamesa, siadając obok niego przy magicznie
powiększonym stole, suto zastawionym przez potrawy przygotowane przez Doreę i
skrzaty.
- Doskonale to wiem –
odszepnął J i został zagadany przez chyba ech, Markusa? Chyba tak się nazywa.
Zresztą nieważne! Nigdy nie zapamiętam ich imion…
Poddaję się!
Rozdawanie prezentów w domu
Potterów jest zabawne. Najstarszy członek rodu – w tym przypadku wujek Andrew –
przebiera się za Mikołaja i rozdaje dzieciakom i dorosłym prezenty. Jednak aby
takowy dostać, trzeba zrobić coś zabawnego – powiedzieć wierszyk, coś
zaśpiewać, zatańczyć – cokolwiek sobie taki delikwent dostający prezent
wymyśli.
- Co my tu mamy? – zapytał
Andrew wyciągając długą paczkę. O kurczę, to mój prezent dla J! – Prezent dla
Jamesa, ale znasz zasady synu – dodał i ważył w rękach prezent. James wstał z
kanapy z uśmiechem i zaczął śpiewać:
- La cucaracha, la
cucaracha, Ya no puede caminar – i tak w kółko śpiewał ten jeden wers piosenki
i zabawnie tańczył. Dzieciaki piszczały z uciechy i do niego dołączyły.
- Starczy – powiedział nasz
Święty Mikołaj vel wujek Andrew i wręczył Rogaczowi jego prezent – Wesołych,
młody.
James odebrał prezent od Mikołaja
i zaczął rozrywać ozdobny papier.
- Nowy Nimbus 1900?! –
zawołał James, na co wszyscy jego kuzyni płci męskiej zwrócili wzrok na to
cacko (normalnie jak surykatki z filmu przyrodniczego – wszyscy na raz
spojrzeli w to samo miejsce, zabawne) – Jak ci się udało?! – zwrócił się do
mnie.
- Najpierw zajrzyj głębiej –
powiedziałam, uśmiechając się. James zaczął grzebać w pudełku i wyciągnął:
- I dziecięca miotełka?
Cudowne! – zawołał i zaczął mnie ściskać. Wow, no nieźle mnie wygniótł.
- Do salonu Dorcas przyszedł
dystrybutor tych najnowszych modeli, tak się zachwycił jej usługami, że
powiedział, że zrobi dla niej wszystko – zaczęłam szybko opowiadać – Więc
Dorcas wymusiła na nim trzy miotły plus miotłę dziecięcą – dodałam
przypominając sobie te Dorcasowe opowieści o przesadnie dbającym o siebie panu.
Dorcas stwierdziła, że albo jest gejem, albo jest po prostu metroseksualny. Ale
tak szczerze? Mam to gdzieś, cieszę się, że dzięki temu mogłam dać mężowi fajny
prezent.
- Super – powiedział James i
zaczął dokładnie oglądać te dwa modele super szybkiej miotły – jak to
oczywiście zapewniał producent.
Po dwudziestej, zmęczeni,
wróciliśmy do domu. Rodzina Potterów jest niczym typowa włoska familia –
głośna, liczna i żarłoczna.
- Idziemy na górę, prezent
dla ciebie jest na piętrze – powiedział J i poprowadził mnie do jednej z
sypialni gościnnych. Na klamce wisiała wielka kokarda.
- Otwórz – powiedział James
i stanął za mną. Pociągnęłam klamkę w dół i weszłam do pokoju.
- Pokój dziecięcy –
wyszeptałam, wchodząc głębiej – Jest śliczny! – zawołałam, rzucając się w
ramiona męża – Ale kiedy ci się udało? – zapytałam, wskazując na to wszystko
ręką.
- Ostatnio ciągle się
spóźniałem, kończyliśmy z chłopakami wcześniej pracę i przychodziliśmy tutaj – zaczął
mi wyjaśniać James – Gdy dowiemy się jakiej płci jest dziecko, dodamy
odpowiednie akcenty kolorystyczne – powiedział spoglądając na wystrój.
A pokój był naprawdę
prześliczny – urządzony w jasnych barwach, ze ślicznym łóżeczkiem,
przewijakiem, po prostu wszystkim co może się przydać w takim miejscu.
- Jednak to nie koniec –
powiedział James i wyprowadził mnie z dziecięcego pokoju - Otwórz te drzwi –
dodał i wskazał na nasz pokój - graciarnię.
- Garderoba?! – zawołałam,
wchodząc do pomieszczenia w którym to już znajdowała się większość naszych
ubrań (co było dosyć liczną zbieraniną, muszę to przyznać).
- W domu miałaś taką, więc
gdy ubrania zaczęły już wypadać z szafy, uznałem, że ci się przyda –
wytłumaczył brunet, spoglądając na te wszystkie wieszaki.
- Wiesz co to oznacza,
prawda? – wyszeptałam. James spojrzał na mnie i zrozumiał. Smutno zwiesił
głowę.
- Zakupy? – zapytał
zrezygnowanym tonem. Kiwnęłam głową i pocałowałam go.
Następnego dnia czekała nas
podróż do mojego rodzinnego domu. Jako, że jestem w ciąży, teleportacja raczej
odpada – zawsze istnieje ryzyko rozszczepienia się, a w moim odmiennym stanie,
nie jest to wskazane. Dlatego jeszcze przed Świętami, James załatwił
podłączenie kominka rodziców do Sieci Fiuu, na ten jeden dzień. Było to o wiele
bezpieczniejsze, niż teleportacja czy świstoklik.
- James, pośpiesz się,
musimy być u rodziców przed pozostałymi gośćmi, myślisz, że co pomyślą jak
wyjdziemy z kominka? – zadałam mu pytanie retoryczne. Babcia chyba by padła na
zawał…
- Idę, idę – wysapał, wiążąc
sobie krawat – Masz prezenty? – zapytał patrząc na moją niedużą torebkę.
- Zaklęcie zmniejszająco -
zwiększające – wyjaśniłam i weszłam do kominka wymawiając adres. Po chwili
staliśmy w salonie rodziców i otrzepywaliśmy się z kurzu.
- Chyba nigdy nie przywyknę
do tego, że moja siostra potrafi przemieszczać się z miejsca na miejsce przez
kominek – powiedziała Petunia.
- Peti! Cześć, świetnie
wyglądasz! – zawołałam i uściskałam siostrę.
- Ty również. Cześć James,
co słychać? – zwróciła się do bruneta. Ja w tym czasie skierowałam się do
pomieszczenia w tym domu najważniejszego – kuchni.
- Mamo, tato, jesteśmy! –
powiedziałam wchodząc do środka. Nie pomyliłam się – mama stała nad garnkiem i
coś mieszała, a tata wyjadał sałatkę z miski.
- Lily, już jesteście?! –
zawołała mama i uściskała mnie – Niech ci się przyjrzę, tak dawno nas nie
odwiedzałaś! – dodała z pretensją.
- Och, praca, zajęcia
domowe. Cześć tato – powiedziałam, gdy ojciec przestał wyjadać jedzenie i mnie
uściskał – Pójdę się rozebrać i zobaczyć czy Tunia nie zagadała Jamesa –
dodałam wychodząc z pomieszczenia. Zostawiłam płaszcz i kozaki w holu i
wróciłam do salonu.
- Zobacz Lily jak Dudley
urósł! – zawołał James, który trzymał brzdąca. Chociaż, czy ja powinnam pisać:
brzdąca? Dudley wyglądał jak mały bałwan – dobra nie był biały i ze śniegu, ale
wyglądał jakby składał się z trzech części. Mała okrągła głowa, grubiutki tułów
i dwa baleroniki – nóżki. No istny Vernon!
- Cześć, Wielki De, chodź do
cioci, słodziaku – powiedziałam i pod ciężarem Dudleya ciężko zasiadłam na
kanapie – I co ta mamuśka ci robi, pasie cię na małego zawodnika sumo, czy co? – wyszeptałam
roześmianemu D do ucha. Zaśmiał się i pociągnął mnie za włosy. Ała!!
- Wielki De, nie ciągnij
cioci za włosy – powiedział J i delikatnie uwolnił mój lok z rączek dziecka.
- Mama, mama! – wydarł się D
i zaczął płakać. Merlinie, ale jak głośno! James zrobił wielkie oczy, a ja
zaczęłam uspokajać malucha.
- Noo, ciiii, Dudziaczku, cichooo, mamusia zaraz przyjdzie – mówiłam, ale to go rozwścieczyło jeszcze bardziej.
Podrapał Jamesa po dłoni i okropnie wykrzywił twarzyczkę.
- O ludzie, to mały potwór –
wyszeptał J oglądając różową kreskę na wierzchu dłoni.
- Już jestem – powiedziała
Peti, schodząc ze schodów – Och, pewnie coś mu zabraliście, wtedy zachowuje się tak niegrzecznie… - wytłumaczyła nam, porywając dziecko w ramiona – Już
Dudziaczku, zaraz mamusia ci coś da – dodała i wyszła do kuchni.
- Pewnie coś do jedzenia –
James wypowiedział na głos to samo co ja pomyślałam.
- Mam nadzieję, że nasze
dziecko będzie… normalniejsze – zakończyłam kulawo moją wypowiedz. James
pokiwał głową i przyznał mi rację.
Po chwili dało się słyszeć
dźwięk domofonu – zapewne w końcu zaczęli przybywać goście.
Obiad zakończyliśmy
śpiewaniem kolęd. Ogólnie z moim kozim zaśpiewem zapewne nawet nie powinnam
otwierać ust – ale jak wszyscy to wszyscy – nawet Wielki De zaczął ryczeć –
mama! Mama!
- Chcieliśmy coś powiedzieć
– powiedziałam, wstając z krzesła i ciągnąc Jamesa za sobą. Spojrzałam na
rodziców, Petunię z mężem, babcię z dziadkiem, wujków i ciotki, oraz Megan z
Severusem – Spodziewamy się dziecka! – zawołałam.
I nastąpiła istna wrzawa.
Wszyscy zaczęli się przekrzykiwać, gratulowali nam, ściskali, mama oczywiście
się popłakała, tata klepał mocno Jamesa po plecach (ekhm), babcia wycierała
sobie oczy serwetką i powtarzała: „Drugi prawnuczek!”, Megan piszczała i
podskakiwała na krześle, a Petunia gratulowała nam i na raz karmiła Dudleya.
Sajgon!
- To takie cudowne wieści! –
wykrzykiwała mama – Znowu będę babcią!
- Gratulacje – powiedział
sztywno S.S kiwając głową.
- Spisaliście się –
pochwalił nas tata. Zabrzmiało to… źle? Tak jakby to było niewiarygodne
osiągnięcie. Bo chwalił nas za to, że spędziliśmy ze sobą cudowne chwile. Ech,
może nie będę tego roztrząsać?
- Boże, Lily, James, tak się
cieszę! Będę ciotką! To super! Sev, słyszysz?! Będziemy ciotkami! To znaczy, ty
będziesz wujkiem! – wrzeszczała Megan i gadała jakieś głupoty – jak to ona.
Dobrze, że znalazła sobie takiego sztywnego Sev’a – musi istnieć równowaga.
Spojrzałam na Jamesa, ale
trzeba przyznać zachował spokój. Uśmiechał się, dziękował i nawet nie skrzywił,
gdy tata mocno przywalił mu w ramię. Taki dzielny!
- Cudownie – powiedziała po
raz któryś mama.
Nasiadówa u Evansów
przeciągnęła się – mama zaciągnęła naszą dwójkę do mojego starego pokoju i
zaczęła wyciągać moje dziecięce ciuszki. Że ona to wszystko przechowała!
- A to jest sukieneczka,
którą Lily nosiła jak miała roczek – powiedziała mama, pokazując nam paskudne
różowe coś – Bardzo jej nie lubiła i płakała jak jej ją zakładałam.
James uśmiechnął się i
zaczął przeglądać te przedpotopowe wdzianka.
- A może chcecie coś wziąć?
– zapytała mama, wskazując na tą rozgrzebaną stertę ubranek.
- Chyba podziękujemy, nawet
jeszcze nie wiemy jakiej płci będzie maluszek – odparłam, kładąc sobie rękę na
brzuchu.
- A w tych waszych
szpitalach kiedy się można tego dowiedzieć? – zapytała mama.
- W czwartym miesiącu ciąży
– odparłam – Za jakieś dwa miesiące będziemy wiedzieć – dodałam.
Do domu wróciliśmy dopiero
po 22 – rodzicom zebrało się na wspomnienia, opowiadali co zabawniejsze momenty
z naszego dzieciństwa. James strasznie się uśmiał z historii o moim Kenie,
któremu odpadła głowa gdy walnęłam nim Petunię w czoło i którą przykleiłam
taśmą – ta głowa i tak w kółko odpadała, aż w końcu gdzieś się zgubiła i bawiłam
się samym korpusem. Cóż.
- Wiesz, że zupełnie nie
pomyśleliśmy o Sylwestrze? – powiedziałam do Jamesa, wychodząc z łazienki,
wcierając balsam przeciw rozstępom – prewencyjnie.
James leżał już na łóżku i
polerował miotłę. Nawet jeszcze na niej nie latał…
- Sylwester? – zapytał głupio,
po czym zastanowił się chwilę - Zapomniałem! Przecież
Syriusz nas zaprosił do siebie – dodał czule spoglądając na miotłę. Taaa.
- A kiedy mi chciałeś o tym
powiedzieć? – zapytałam bezceremonialnie gasząc światło. Rogacz odłożył miotłę
na podłogę i mnie przytulił.
- No nie bocz się,
zapomniałem – wymruczał, sunąc ustami po mojej szyi. Och, no zna mój słaby
punkt! Przepadłam…
***
Hej, czy ktoś to jeszcze czyta? Mam wrażenie, że nie... No, oprócz Nox, która komentuje :) (dziękuję!) Powoli zaczynam zastanawiać się nad końcem tego opowiadania, myślałam, żeby je kontynuować, zrobić pewien "myk", ale to chyba nie ma sensu. W dodatku nie mogę się zmusić do pisania rozdziałów :( Ale oczywiście, nie martwcie się, dokończę opowiadanie! Może spędzając weekend we Włoszech dostanę natchnienia (poobserwuje włoskie bambini :) Także, o ile tragicznie nie zginę w katastrofie samolotu, następny rozdział będzie w przyszłym tygodniu. We wtorek, czy coś.
ej no weź nie giń :O Z tą historią to możesz zrobić jak Ci wygodniej ja i tak bd czytać :D Inni też pewnie czytają tylko z własnego doświadczenia wiem, że jak na telefonie to nie ma jak skomentować a poza tym wszystko widać po wyświetleniach ;) Co do notki to super :D Już nie mogę się doczekać maleństwa na świecie ;) Do następnej i miłego wypoczynku :D Jak ja Ci zazdroszczę :/ weź mnie ze sobą !!!
OdpowiedzUsuńNie możesz teraz przestać pisać. Musze wiedzieć jak to będzie kiedy urodzi się maluszek xD a na czym polegałby ten ,,myk"? Ciekawa jestem :)
OdpowiedzUsuńSiły dla Ciebie, żebyś się nie zniechęcała; ***
Ooo znów udało mi się dopaść do laptopa a wiec komentuje. Rozdział bardzo fajny i nie mogę się doczekać kiedy pojawi się Harry. Co już zastanawiasz się nad końcem ? Szkoda bo blog jest naprawdę super. Zastanawiam się na czym miał polegać ten myk ?
OdpowiedzUsuńŻyczę weny oraz udanego wyjazdu
Gabriela Black