piątek, 2 stycznia 2015

Rozdział 62 Akcja „zróbmy sobie dziecko” – jej wyniki



Dwie kreski.
Dwie kreski!
O MERLINIE, DWIE KRESKI!!
Siedziałam w damskiej łazience, w biurze Aurorów i nie mogłam uwierzyć w to co widzę. A były to dwie, cienkie kreseczki na kawałku niepozornego plastiku. Ale jak ważnego!!
- Uspokój się – wyszeptałam, patrząc na siebie w lustrze i przemywając sobie twarz chłodną wodą. Trzeba myśleć rozsądnie, nie mogę biec na poszukiwania Jamesa w Ministerstwie – najpierw muszę się upewnić. Stu procentowa pewność, to jest to!
- Ooo Merlinie – powiedziałam, przeglądając swój kalendarz. Jak mogłam nie zauważyć, że okres mi się spóźnia o trzy tygodnie?!
- Myśl, Potter, myśl – wymamrotałam do siebie i spakowałam cały wywalony z torebki majdan z powrotem do niej. Poprawiłam z lekka rozmazany makijaż (wzruszyłam się), uczesałam potargane włosy (przejęłam ten nawyk od Jamesa – zaczęłam sobie czochrać włosy) i wyszłam z łazienki.
- Potter wychodzę, jeżeli chcesz to możesz dzisiaj wcześniej skończyć – powiedział Moody, zatrzaskując za sobą drzwi.
Pomyślałam, że chyba mam dzisiaj szczęście i prawie, że wybiegłam w stronę kominków, znajdujących się w Atrium. Do Munga!


- Gratuluję pani Potter, jest pani w ciąży – powiedziała magomedyczka, wpisując coś do mojej karty – Wszystkie wyniki ma pani w normie, jest to pierwszy miesiąc ciąży, może pani odczuwać lekkie mdłości, może być pani słabo. Zalecam umiarkowany wysiłek fizyczny, spacery, lekkie ćwiczenia rozciągające, proszę się zdrowo odżywiać. Widzimy się za miesiąc – dodała. Z wielkim uśmiechem na ustach, wylewnie jej podziękowałam.
Dopiero to do mnie docierało. Jestem w ciąży! 
To niewiarygodne. I z tego co powiedziała magomedyczka, do zapłodnienia musiało dojść na delegacji…
Ależ wtedy wyluzowałam!
Wyszłam ze szpitala i mocniej owinęłam się szalikiem. Trzeba teraz o siebie bardziej dbać, w końcu dziecko jest najważniejsze. Szłam ponurą, londyńską ulicą i wszystkich obdarzałam radosnym uśmiechem.
Przeszłam na drugą stronę ulicy i zobaczyłam cel mojego krótkiego spaceru. Sklep z akcesoriami dziecięcymi.
 
Po szybkich zakupach, wróciłam do biura – ostatnio zawsze wracaliśmy do domu razem. Siedziałam w fotelu ze świadomością, że obdaruję dzisiaj męża cudowną wiadomością. Można powiedzieć, że prawie podskakiwałam na fotelu i co chwilę sprawdzałam godzinę. Morgano, już dwadzieścia po szesnastej, gdzie on jest?!
- Przepraszam, za spóźnienie! – zawołał James, wchodząc przez drzwi. Pokręciłam głową i mocno się do niego przytuliłam. Można powiedzieć, że nie tylko ja – teraz myślałam o sobie w kategorii dwóch osób.
- Nic się nie stało – odparłam wtulając się w jego chłodny płaszcz – Stęskniłam się za tobą – dodałam, patrząc w jego orzechowe tęczówki, teraz przysłonięte przez zaparowane okulary.
- Ja za tobą bardziej – powiedział i przetarł sobie szkła skrajem szalika – Idziemy do domu?
- Tak.


- Stało się dzisiaj coś dobrego? Ciągle się uśmiechasz – powiedział James. Chciałam coś powiedzieć, gdy mi przerwał – Czekaj, dostałaś podwyżkę?!
- Co? – zapytałam. Z kasy bym się tak cieszyła? Kretyn… - Nie, oczywiście, że nie. Poczekaj, mam coś dla ciebie – zaczęłam grzebać w torebce i szukać małej paczuszki – Otwórz.
Wręczyłam mężowi kolorowy kartonik i z niecierpliwością czekałam na jego reakcję.
James zważył w rękach prezent i zdjął pokrywkę.
Otworzył szeroko oczy i wyjął parę, maleńkich bucików (ależ banał...).
- To…? Jesteś…? – wyszeptał, patrząc mi prosto w oczy.
- Tak! – zawołałam i rzuciłam się w ramiona bruneta – To dopiero pierwszy miesiąc, byłam już w szpitalu, musiałam mieć pewność – zaczęłam z siebie wyrzucać – I uzdrowicielka powiedziała, że mam dużo spacerować, zdrowo się odżywiać i… - jednak J przerwał mi czułym pocałunkiem.
- Musisz o siebie dbać Lily, obiecaj mi to – powiedział, jakimś takim poważnym tonem. Merlinie, oczy mu błyszczały jakby miał się rozpłakać! Serio. Chociaż wiem, że J z zasady nie płacze. W końcu jest „prawdziwym facetem”, jak to lubi siebie określać, a nie żadną beksą.
- Oczywiście, że będę o nas dbać – odparłam i mocno przylgnęłam do jamesowego torsu – Powiedz, że nas kochasz – wymruczałam w jego sweter.
- Kocham was najbardziej na świecie – wyszeptał James i delikatnie objął mnie ramionami. Uśmiechnęłam się. 
Ten moment był najszczęśliwszą chwilą ostatnich miesięcy.


Z dziennika Jamesa Pottera
Lily spała już od dobrych dwóch godzin, a ja siedziałem w salonie z butelką Ognistej. W myślach błagałem Boga lub inne bóstwo – chociaż nie jestem zbyt wierzący, ale błagałem go, by ta ciąża doprowadziła do narodzin zdrowego, ślicznego dziecka.
Nawet nie chciałem myśleć, co by było, gdyby Lily znowu poroniła...
Usłyszałem ciche pukanie do drzwi.
- Już jestem – powiedział Syriusz i wszedł do salonu – Co się stało? – zapytał i spojrzał na opróżnioną do połowy butelkę whisky – Wiewióra wyrzuciła cię z sypialni? – zażartował. Uśmiechnąłem się lekko.
- Mnie żona nie wyrzuca z łóżka – odparłem, drocząc się z Łapą – Lily jest w ciąży – wyjaśniłem, widząc jego pytający wzrok.
- Wow! Gratulacje, stary! – powiedział Syriusz, poklepując mnie po ramieniu. Chwilę na mnie popatrzył – Boisz się! – stwierdził z pewnością brzmiącą w głosie.
Spojrzałem na niego spode łba i ciężko westchnąłem.
- Dziwisz mi się? – zapytałem, nalewając bursztynowego płynu do dwóch szklanek – Ostatnia ciąża o mało co nie skończyła się naszym rozstaniem i głęboką depresją – dodałem, na raz wypijając alkohol.
- Rzeczywiście – powiedział Syriusz – Ale cholera, James, ty się nie boisz! Jesteś najodważniejszy z nas wszystkich, pokonałeś tamten problem… Musisz wierzyć, że tym razem się uda. Będziemy dbać o Rudą, zobaczysz urodzi się wam zdrowy brzdąc, ja to mówię, przyszły ojciec chrzestny – dodał z pewnością w głosie.
- Taa, muszę wierzyć. Żyć nadzieją. Chrzanie takie farmazony! – podniosłem lekko głos i od razu się opanowałem – Zrobię wszystko, żeby to dziecko się urodziło i żeby było zdrowe – zapowiedziałem.
- I to jest James, którego znam! Nie, nie nalewaj mi więcej, muszę spadać, Dorcas zaraz wróci z salonu. Widzisz do której tam przesiaduje? – odparł Syriusz kręcąc głową.
- Proszę, nie mów jeszcze nikomu o ciąży. Lily powiedziała, że chce poczekać z tą wiadomością – poprosiłem przyjaciela.
- Nie ma sprawy, Rogaczu. Do zobaczenia w pracy, tak właściwie za… 7 godzin – powiedział, spoglądając na zegar wiszący w salonie – I jeszcze raz, gratulacje.
Kiwnąłem głową i zamknąłem drzwi za kumplem. Sprzątnąłem butelkę po alkoholu i poszedłem do sypialni.


Kolejne dni przechodziłam z głową w chmurach. Cały czas byłam rozkojarzona, aż do pewnego poranka, który nie zaczął się najlepiej.
- Fuu – wyszeptałam, spuszczając wodę. Poranne mdłości zaczęły mi się wraz z nadejściem końcówki pierwszego miesiąca ciąży – Znowu? Ughh – wyjęczałam i pochyliłam się nad muszlą. Masakra. Nie myślałam, że będę rzygać jak kot.
- Lily, dobrze się czujesz? – usłyszałam głos Jamesa spod drzwi.
- Doskonale – odparłam ironicznie, znowu spuszczając wodę i nakładając sobie pastę na szczoteczkę do zębów – To tylko poranne mdłości – dodałam, otwierając drzwi do łazienki i szybko szorując zęby.
- Jesteś pewna? Może powinnaś zostać dzisiaj w domu? – zapytał, siadając na krawędzi wanny.
- Nie ma mowy, czuję się świetnie – odparłam przepłukując usta i zaczęłam czesać włosy – To co, herbatka gotowa? – zapytałam. James stwierdził, że tak i poszliśmy do kuchni.


Poranne mdłości odeszły jak ręką odjął, gdy dotarliśmy do biura. James stwierdził, że dzisiaj nadrobi pisanie protokołów, więc został ze mną w biurze. Trochę było męczące to jego „trzęsienie” się o mnie, ale w zupełności to rozumiałam.
- Nie nieś tego! – zawołał zza swojego biurka, jak tylko zauważył, że chcę podnieść trzy spore segregatory.
- James, no weź… - zaczęłam mówić, ale jak zwykle mi przerwał.
- Kobiety w ciąży nie mogą nosić ciężkich przedmiotów – odparł i zabrał mi te „ciężary” – Gdzie to zanieść? – zapytał.
- Odłóż na tą półkę koło drzwi do gabinetu Szalonookiego – powiedziałam i usiadłam za biurkiem – Czy to oznacza, że teraz nic nie będę mogła robić? – zapytałam. Bo serio, byłam ciekawa!
- Nic, co mogłoby wam zaszkodzić – odparł J i usiadł na moim biurku – Już nie jest ci niedobrze? – zapytał zmartwiony.
- Herbatka pomogła – powiedziałam i zajęłam się pracą. James jeszcze chwilę na mnie popatrzył i wrócił do pracy.


Po powrocie do domu i zjedzeniu obiadu ugotowanego przez Jamesa (jestem w szoku!), znowu dopadły mnie mdłości.
- Morgano, miały być poranne – wyjęczałam, siadając na podłodze obok muszli klozetowej. Czytałam już wiele poradników dla przyszłych mam i doskonale wiedziałam, że pojęcie „poranne mdłości” jest względne. Często to są mdłości popołudniowe lub wieczorne.
- Twoja herbata – powiedział James, wchodząc do łazienki i podając mi kubek z parującym napojem – Jesteś pewna, że nie musimy teleportować się do Munga? – zapytał, siadając obok mnie na podłodze i wciągając mnie na swoje kolana.
- Absolutnie pewna – odparłam i napiłam się – Za godzinę coś przegryzę i na pewno mi się poprawi – dodałam, próbując się napić i przy okazji nie poparzyć sobie ust.
- Kiedy powiemy rodzinie i przyjaciołom, że spodziewamy się dziecka? – zapytał James, delikatnie kładąc dłonie na moim jeszcze płaskim (już niedługo…) brzuchu.
- Myślałam, że święta to będzie najodpowiedniejszy czas. Będę już prawie na początku trzeciego miesiąca ciąży, a to będzie fajny prezent dla przyszłych dziadków, co ty na to? A przyjaciołom, hmm, może w Sylwestra? – odparłam, kładąc dłonie na obejmujących mnie rękach Rogacza.
- Dobry pomysł. Nasze mamy oszaleją, gdy dowiedzą się o ciąży – powiedział James – A teraz wstańmy z tej podłogi, jest strasznie zimna.


Następne dni mijały dosyć przyjemnie. Mdłości ograniczyły mi się tylko do tych porannych, w pracy nastąpił mały przestój – zajmowałam się głównie przekładaniem papierów oraz noszeniem ich Moody’emu do podpisu. Można powiedzieć ze się nudziłam.
Ostatnio zrobiłyśmy sobie z dziewczynami babski dzień w salonie Dorcas.
- Mary, opowiadaj co u ciebie? – zapytała Dor, sprawnie robiąc mi manicure. Spojrzałam na blondynkę, której aż oczy się zaświeciły!
- Z Regulusem jest tak dobrze… - wyszeptała zamyślona – Jest niewiarygodny.
- A mówimy o sprawach łóżkowych, czy innych? – zapytałam cicho się śmiejąc z zaczerwienionej blondynki.
- W każdej strefie życia jest niesamowity – odparła rozmarzona.
- Ja tam nadal nie mogę uwierzyć, że spotykasz się z bratem mojego męża… Ale słuchajcie, jeżeli Reg ożeni się z Mary, to zostaniemy rodziną! – zawołała Dorcas, odkrywając Amerykę.
- Nawet nie myślę o ślubie, chcę najpierw skończyć kurs na Uzdrowiciela – wybąkała Mary, widocznie zażenowana tym tematem.
- Wydaje mi się, że do siebie świetnie pasujecie – wtrąciłam – Najpierw myślałam, że źle postępujesz zostawiając Remusa, ale paradoksalnie, masz chyba więcej wspólnego z Regulusem – dodałam po chwili zastanowienia.
Mary uśmiechnęła się i zmieniła temat.
- A jak wasze sprawy małżeńskie? Dzieci jeszcze z tego nie ma? – zapytała Mar, śmiejąc się z miny Dorcas.
- Nic się nie dzieje – odparła brunetka, urywając temat.
- U mnie też nic – odparłam, dyskretnie kładąc rękę na brzuchu. Od razu pomyślałam o moim maluszku i się uśmiechnęłam. 
Mary ma niezłą intuicję.
- To szkoda, mogłabym zostać ciocią. Lubię dzieci – dodała, a ja spojrzałam na nią z zainteresowaniem.
- A może sama spraw sobie bobasa? – zaproponowałam. Dorcas kiwnęła głową i spojrzała na Mary, czekając na odpowiedz.
- Weeźcie, nasz związek jest zbyt świeży. A wy mi tu mówicie o małżeństwie i dzieciach… Nawet nie mielibyśmy ich gdzie umieścić, chyba że kątem u moich rodziców – odparła. No tak, Mar ani Reg nie mieli takiego szczęścia jak James lub Syriusz ze spadkami. Ci dwaj to są chyba w czepku urodzeni…
- Skończyłam! – powiedziała Dor i spojrzała z satysfakcją na moje paznokcie – To co, skoczymy na miasto coś zjeść? – zapytała. Zgodziłyśmy się i po chwili wylądowałyśmy w jednej z naszych ulubionych knajp na Pokątnej.


 ***

Tam tarra - ram! I jest! W końcu - rozdział przełomowy - Harry istnieje, yeah :) Gorzej, że jestem już na etapie pisania rozdziałów o jego narodzinach/życiu - masakra. Co można pisać o takich małych dzieciach? W kółko się ślinią i robią inne obrzydliwości...  Cóż, coś się wymyśli :) Chyba. Raczej. Uch, będzie ciężko.

2 komentarze:

  1. o Merlinie, o Morgano !!!!!DZIECKO :D :D :D ale jestem uchachana, nareszcie ! Czy mi się zdaje czy Syriusz się taki jakby mądry zrobił ? o.O O takich małych dzieciach można pisać np:pierwszy krok,pierwsze słowo - no takie przełomowe chwile z pierwszego roku :P Możesz poczytać na innych blogach o dzieciach ;) Gdzieś nawet widziałam takie.Do następnego ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. O tak!!!!
    Nareszcie !!!! będzie dziecko xDD kocham dzieci <3

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.