Listopad
1979 roku
Rzucił
niedopałek papierosa i spojrzał na okazały dwór. Mimo późnej pory, światła
paliły się w każdym oknie.
- Niedobrze – mruknął pod nosem, butem przydeptując
żarzącą się końcówkę papierosa. – Cholernie niedobrze – dodał, ruszając przed
siebie.
***
- Black, Czarny Pan cię wzywa – powiedział Lucjusz
Malfoy, patrząc na młodszego Blacka, z czymś na znak szacunku. – Chce, żebyś mu
w czymś… usłużył.
Regulus
skinął głową i starając się jak najdokładniej zamknąć swój umysł, podszedł do
drzwi.
***
-… tak mamo – powiedziałam, mocno ściskając słuchawkę
telefonu. – Wiem mamo… Tak… Jesteśmy bezpieczni… Wiem, ja też was kocham… Na
pewno niedługo się zobaczymy… Tak, tak, do zobaczenia.
Odłożyłam słuchawkę telefonu i wyjrzałam przez okno.
Listopad na dobre zagościł za oknem, przynosząc ze sobą paskudną pogodę. A może
to nie była wina pogody, tylko czegoś innego?
- Co u rodziców? – zapytał James, obdarzając mnie
wymuszonym uśmiechem.
- Są bezpieczni – odparłam lakonicznie, odchodząc od
okna. – Mama cię pozdrawia.
James skinął głową i ruszył za mną do pokoju.
- Lily, wszystko w porządku? – zapytał.
Spojrzałam w jego nad wyraz
poważne oczy.
- Od kiedy zadajesz tak głupie pytania? – odparłam, nie
mogąc się powstrzymać. – Jak może być dobrze? Codziennie giną ludzie, Zakon
Feniksa powoli się sypie, ludzie uciekają, chowają się. Marlena i Thomas nie
żyją, od Remusa nie ma żadnych informacji, nie wiadomo co z Regulusem! Wszystko
się sypie, nie dostrzegasz tego James? Wszystko, nawet nasze małżeństwo! –
zawołałam.
Patrząc na twarz męża, poczułam olbrzymie poczucie winy.
- James, ja wcale tak nie…
- Właśnie, że tak, Lily – przerwał mi. – Właśnie tak
myślisz, nawet nie próbuj się wypierać. Nie myślałem, że stracisz nadzieję. Nie
ty – dodał.
Czując zbierające się łzy
pod powiekami, patrzyłam jak James się teleportuje.
- Nie zostawiaj mnie samej – wyszeptałam płacząc.
Zanosząc się płaczem, za tym
wszystkim, za czym tak bardzo tęskniłam, padłam na kanapę i po raz pierwszy, od
naprawdę długiego czasu, poczułam, że może jeszcze nie wszystko jest stracone.
***
- Gdzie byliście? – zapytał mężczyzna. – Jak stamtąd
wróciłeś? Potrafiłbyś tam znowu trafić?
- T-tak, paniczu.
Mężczyzna
z triumfem spojrzał w błękitne tęczówki, ukryte za okularami – połówkami.
-
Jest nadzieja, panie profesorze.
***
- James – szepnęłam, budząc się z niespokojnej drzemki. –
James, przepraszam – wyszeptałam w ciemność, patrząc na męża, który troskliwie
opatulał mnie kocem. – Wiesz, że wcale tak nie myślę – dodałam, gdy nic nie
odpowiedział.
- Wiem, Lily – westchnął, siadając obok mnie. – To
wszystko co się dzieje na naszych oczach, Lil, wiem, że to trudne… Okrutne, złe
i straszne. Ale przetrwamy to, wiesz? Mamy siebie, przyjaciół, ludzi, którzy
nadal wierzą w to, że nam się uda, że wygramy. Mamy nadzieję. Nie możemy
przestać wątpić. Jeżeli stracimy wiarę w lepsze dni, to co nam zostanie?
- Nic – mruknęłam, przytulając się do ciepłego ciała
bruneta. – Ale wiesz? Jeżeli piekło istnieje, chcę do niego trafić tylko z
tobą.
Usłyszałam ciche parsknięcie, i z uśmiechem na ustach
mocniej wtuliłam się w objęcia Jamesa. Wyczerpana płaczem, po chwili zasnęłam.
***
- Myśli pan, panie profesorze, że on to poczuje? Że go to
jakoś… zaboli? – zapytał, wpatrując się w resztki zniszczonego medalionu.
- Jeżeli moje domysły się sprawdzą, a muszę dodać, że
zazwyczaj tak jest, to w tym momencie, Czarny Pan tego nie poczuje – odparł mężczyzna.
Regulus jeszcze raz rzucił okiem na biurko, na którym
leżały szczątki pięknego medalionu.
- Ale w końcu to poczuje, prawda? – powiedział z nadzieją,
odrywając wzrok od lekko dymiącego przedmiotu. – Może nie przy drugim, czy
trzecim, ale w końcu to poczuje! Ból, rozdarcie, cokolwiek!
Dumbledore skinął głową.
- Obawiam się, że poczuje to, dopiero gdy zostaną
zniszczone wszystkie horkruksy.
- Czy domyśla się pan, gdzie są następne? – zapytał z
ciekawością Black.
- Wiem, gdzie znajduje się przynajmniej jeden – odparł
starzec z uprzejmym uśmiechem. – Chciałbyś mi towarzyszyć, Regulusie?
***
- Ktoś tu jest dzisiaj w świetnym nastroju – powiedział
James, uśmiechając się.
- Owszem – odparłam, obdarzając męża przelotnym
pocałunkiem. – Wolisz mocno ścięte? – zapytałam, wskazując głową na patelnię.
- Uhm – wymruczał, wtulając twarz w moje włosy.
- Nie, nie, mam łaskotki – zaprotestowałam, gdy zaczął mi
leciutko dmuchać w kark. – James – powiedziałam ze śmiechem, obracając się do
męża.
- Masz łaskotki? – zapytał z poważnym wyrazem twarzy. –
Doprawdy? – zapytał, lekko łaskocząc mnie po plecach i brzuchu.
- Nie, przestań! – zaprotestowałam, zanosząc się
śmiechem. – Proszę, proszę, James, przestań! – zawołałam, krztusząc się od
śmiechu.
Wyszczerzona spojrzałam na męża i rzuciłam okiem na
przypalone jajka.
- I widzisz, co narobiłeś? – zapytałam, udając oburzenie.
– Zepsułeś nasze śniadanie! – zawołałam, jakże odkrywczo.
- Wiesz, jednak mam ochotę na coś innego, niż jajka –
odparł.
Uniosłam brew, a on uniósł
swoje sugestywnie.
- Znowu?
Przewrócił oczami, i szybko
porywając mnie w ramiona, odparł:
- Znowu.
***
Przekręciłam się na drugi bok i spojrzałam na śpiącego
Jamesa. Może zabrzmię jak jakaś psycholka, ale lubię go obserwować gdy śpi.
Zastanawiam się, czy coś mu się śni, a jeżeli tak, czy jest to przyjemne, czy
nie.
Lubię patrzeć, na jego wygładzone przez sen oblicze, na
spokojną twarz, na drobne, wyprostowane zmarszczki, na pojawiający się każdego
poranka zarost.
Tak, brzmi to dziwnie, ale naprawdę lubię takiego
spokojnego, głęboko uśpionego Jamesa. Lubię przystawiać ucho, do jego klatki
piersiowej i słuchać bicia serca. Lubię, gdy śpiąc przysuwa się jak najbliżej
do mnie i mocno mnie przytula.
Uwielbiam to, ponieważ mam świadomość, że takie błogie
poranki, mogą się już nie przytrafić. W każdym momencie może wydarzyć się coś,
co to zepsuje. A bardzo bym tego nie chciała.
Wiem, że zabrzmi to banalnie, ale teraz, moim największym
marzeniem, jest pokój na świecie.
Tak, tak, brzmi to wielce naiwnie. Coś w stylu pytania na
wyborach miss – Co jest twoim największym marzeniem? – Pokój na świecie.
Ale coś w tym jest. Gdy nie ma pokoju, wszystko zaczyna
się sypać. Jak domek z kart. Sypie się, aż zostają same gruzy, strach, złość,
ból.
Więc, jeżeli ktoś zadałby mi takie pytanie – Lily Potter,
jakie jest twoje największe marzenie?
Z całą pewnością, odparłabym: Pokój na świecie.
I
niech się śmieją, że to taka patetyczna odpowiedz.
***
Przepraszam, że tak krótko, ale w ogóle nie miałam pomysłu na ten rozdział. Taak, pomimo wcześniej napisanego planu, jakoś zupełnie nie szło mi rozwijanie jakiejkolwiek akcji. Dlatego prawie nic tutaj się nie dzieje, mimo pewnego przełomu.
Zostają nam dwa, lub trzy rozdziały i epilog.
Mam nadzieję, że w przeciągu dwóch miesięcy uda mi się zakończyć tą historię, ale mój czas jest teraz baaardzo ograniczony.
Opowiadanie numer trzy. Jest sens pisać i dodawać tak rzadko?