wtorek, 2 lutego 2016

Rozdział 47



Listopad 1979 roku


Rzucił niedopałek papierosa i spojrzał na okazały dwór. Mimo późnej pory, światła paliły się w każdym oknie.
            - Niedobrze – mruknął pod nosem, butem przydeptując żarzącą się końcówkę papierosa. – Cholernie niedobrze – dodał, ruszając przed siebie.


***


            - Black, Czarny Pan cię wzywa – powiedział Lucjusz Malfoy, patrząc na młodszego Blacka, z czymś na znak szacunku. – Chce, żebyś mu w czymś… usłużył.
Regulus skinął głową i starając się jak najdokładniej zamknąć swój umysł, podszedł do drzwi.


***


            -… tak mamo – powiedziałam, mocno ściskając słuchawkę telefonu. – Wiem mamo… Tak… Jesteśmy bezpieczni… Wiem, ja też was kocham… Na pewno niedługo się zobaczymy… Tak, tak, do zobaczenia.
            Odłożyłam słuchawkę telefonu i wyjrzałam przez okno. Listopad na dobre zagościł za oknem, przynosząc ze sobą paskudną pogodę. A może to nie była wina pogody, tylko czegoś innego?
            - Co u rodziców? – zapytał James, obdarzając mnie wymuszonym uśmiechem.
            - Są bezpieczni – odparłam lakonicznie, odchodząc od okna. – Mama cię pozdrawia.
            James skinął głową i ruszył za mną do pokoju.
            - Lily, wszystko w porządku? – zapytał.
Spojrzałam w jego nad wyraz poważne oczy.
            - Od kiedy zadajesz tak głupie pytania? – odparłam, nie mogąc się powstrzymać. – Jak może być dobrze? Codziennie giną ludzie, Zakon Feniksa powoli się sypie, ludzie uciekają, chowają się. Marlena i Thomas nie żyją, od Remusa nie ma żadnych informacji, nie wiadomo co z Regulusem! Wszystko się sypie, nie dostrzegasz tego James? Wszystko, nawet nasze małżeństwo! – zawołałam.
            Patrząc na twarz męża, poczułam olbrzymie poczucie winy.
            - James, ja wcale tak nie…
            - Właśnie, że tak, Lily – przerwał mi. – Właśnie tak myślisz, nawet nie próbuj się wypierać. Nie myślałem, że stracisz nadzieję. Nie ty – dodał.
             Czując zbierające się łzy pod powiekami, patrzyłam jak James się teleportuje.
            - Nie zostawiaj mnie samej – wyszeptałam płacząc.
Zanosząc się płaczem, za tym wszystkim, za czym tak bardzo tęskniłam, padłam na kanapę i po raz pierwszy, od naprawdę długiego czasu, poczułam, że może jeszcze nie wszystko jest stracone.


***


            - Gdzie byliście? – zapytał mężczyzna. – Jak stamtąd wróciłeś? Potrafiłbyś tam znowu trafić?
            - T-tak, paniczu.
Mężczyzna z triumfem spojrzał w błękitne tęczówki, ukryte za okularami – połówkami.
- Jest nadzieja, panie profesorze.


***


            - James – szepnęłam, budząc się z niespokojnej drzemki. – James, przepraszam – wyszeptałam w ciemność, patrząc na męża, który troskliwie opatulał mnie kocem. – Wiesz, że wcale tak nie myślę – dodałam, gdy nic nie odpowiedział.
            - Wiem, Lily – westchnął, siadając obok mnie. – To wszystko co się dzieje na naszych oczach, Lil, wiem, że to trudne… Okrutne, złe i straszne. Ale przetrwamy to, wiesz? Mamy siebie, przyjaciół, ludzi, którzy nadal wierzą w to, że nam się uda, że wygramy. Mamy nadzieję. Nie możemy przestać wątpić. Jeżeli stracimy wiarę w lepsze dni, to co nam zostanie?
            - Nic – mruknęłam, przytulając się do ciepłego ciała bruneta. – Ale wiesz? Jeżeli piekło istnieje, chcę do niego trafić tylko z tobą.
            Usłyszałam ciche parsknięcie, i z uśmiechem na ustach mocniej wtuliłam się w objęcia Jamesa. Wyczerpana płaczem, po chwili zasnęłam.


***


            - Myśli pan, panie profesorze, że on to poczuje? Że go to jakoś… zaboli? – zapytał, wpatrując się w resztki zniszczonego medalionu.
            - Jeżeli moje domysły się sprawdzą, a muszę dodać, że zazwyczaj tak jest, to w tym momencie, Czarny Pan tego nie poczuje – odparł mężczyzna.
            Regulus jeszcze raz rzucił okiem na biurko, na którym leżały szczątki pięknego medalionu.
            - Ale w końcu to poczuje, prawda? – powiedział z nadzieją, odrywając wzrok od lekko dymiącego przedmiotu. – Może nie przy drugim, czy trzecim, ale w końcu to poczuje! Ból, rozdarcie, cokolwiek!
            Dumbledore skinął głową.
            - Obawiam się, że poczuje to, dopiero gdy zostaną zniszczone wszystkie horkruksy.
            - Czy domyśla się pan, gdzie są następne? – zapytał z ciekawością Black.
            - Wiem, gdzie znajduje się przynajmniej jeden – odparł starzec z uprzejmym uśmiechem. – Chciałbyś mi towarzyszyć, Regulusie?


***


            - Ktoś tu jest dzisiaj w świetnym nastroju – powiedział James, uśmiechając się.
            - Owszem – odparłam, obdarzając męża przelotnym pocałunkiem. – Wolisz mocno ścięte? – zapytałam, wskazując głową na patelnię.
            - Uhm – wymruczał, wtulając twarz w moje włosy.
            - Nie, nie, mam łaskotki – zaprotestowałam, gdy zaczął mi leciutko dmuchać w kark. – James – powiedziałam ze śmiechem, obracając się do męża.
            - Masz łaskotki? – zapytał z poważnym wyrazem twarzy. – Doprawdy? – zapytał, lekko łaskocząc mnie po plecach i brzuchu.
            - Nie, przestań! – zaprotestowałam, zanosząc się śmiechem. – Proszę, proszę, James, przestań! – zawołałam, krztusząc się od śmiechu.
            Wyszczerzona spojrzałam na męża i rzuciłam okiem na przypalone jajka.
            - I widzisz, co narobiłeś? – zapytałam, udając oburzenie. – Zepsułeś nasze śniadanie! – zawołałam, jakże odkrywczo.
            - Wiesz, jednak mam ochotę na coś innego, niż jajka – odparł.
Uniosłam brew, a on uniósł swoje sugestywnie.
            - Znowu?
Przewrócił oczami, i szybko porywając mnie w ramiona, odparł:
            - Znowu.


***


            Przekręciłam się na drugi bok i spojrzałam na śpiącego Jamesa. Może zabrzmię jak jakaś psycholka, ale lubię go obserwować gdy śpi. Zastanawiam się, czy coś mu się śni, a jeżeli tak, czy jest to przyjemne, czy nie.
            Lubię patrzeć, na jego wygładzone przez sen oblicze, na spokojną twarz, na drobne, wyprostowane zmarszczki, na pojawiający się każdego poranka zarost.
            Tak, brzmi to dziwnie, ale naprawdę lubię takiego spokojnego, głęboko uśpionego Jamesa. Lubię przystawiać ucho, do jego klatki piersiowej i słuchać bicia serca. Lubię, gdy śpiąc przysuwa się jak najbliżej do mnie i mocno mnie przytula.
            Uwielbiam to, ponieważ mam świadomość, że takie błogie poranki, mogą się już nie przytrafić. W każdym momencie może wydarzyć się coś, co to zepsuje. A bardzo bym tego nie chciała.
            Wiem, że zabrzmi to banalnie, ale teraz, moim największym marzeniem, jest pokój na świecie.
            Tak, tak, brzmi to wielce naiwnie. Coś w stylu pytania na wyborach miss – Co jest twoim największym marzeniem? – Pokój na świecie.
            Ale coś w tym jest. Gdy nie ma pokoju, wszystko zaczyna się sypać. Jak domek z kart. Sypie się, aż zostają same gruzy, strach, złość, ból.
            Więc, jeżeli ktoś zadałby mi takie pytanie – Lily Potter, jakie jest twoje największe marzenie?
            Z całą pewnością, odparłabym: Pokój na  świecie.
I niech się śmieją, że to taka patetyczna odpowiedz.


***


 Przepraszam, że tak krótko, ale w ogóle nie miałam pomysłu na ten rozdział. Taak, pomimo wcześniej napisanego planu, jakoś zupełnie nie szło mi rozwijanie jakiejkolwiek akcji. Dlatego prawie nic tutaj się nie dzieje, mimo pewnego przełomu.
Zostają nam dwa, lub trzy rozdziały i epilog. 
Mam nadzieję, że w przeciągu dwóch miesięcy uda mi się zakończyć tą historię, ale mój czas jest teraz baaardzo ograniczony. 
Opowiadanie numer trzy. Jest sens pisać i dodawać tak rzadko?

poniedziałek, 18 stycznia 2016

Miniaturka numer 17 - Parodia Zmierzchu



Nigdy nie zastanawiałam się nad tym, jak będzie wyglądał koniec mojego życia. Hej, w końcu byłam młoda, zdrowa i przestrzegałam wszelkich zasad! Dlaczego więc miałabym przeznaczać czas, który mogłam poświecić nauce, rozmyśleniom o śmierci? Żadne ze mnie EMO, zapewniam…
Dlatego teraz, patrząc śmierci w oczy, które tak btw, były całkiem przerażające, zastanawiałam się czemu? Co prawda te oczy może nie były tak przerażające, jak paszcza tej śmierci, ale wiecie, kurczę, umrzeć z rąk potwora? Prędzej pomyślałabym, że moja śmierć nastąpi w skutek źle zmieszanych ingrediencji podczas eliksirów, ale nie tak.
Powoli przełykając ślinę, szykowałam się na najgorsze. Na śmiertelne ugodzenie. Na bolesny koniec. Żałosny. Straszny.
Ostatni raz, spoglądając w oczy bestii, godziłam się z przykrą rzeczywistością i żegnałam z moim monotonnym życiem…


***


Szeroko otworzyłam oczy i głośno wciągnęłam powietrze. Rozejrzałam się po pomieszczeniu. Przez chwilę, byłam pewna, że poszłam dalej. Gdziekolwiek to dalej miałoby być. Ale po bliższym przyjrzeniu się stojącym dookoła łóżkom i rozstawionym parawanom, zrozumiałam, że jestem w Skrzydle Szpitalnym.
Spojrzałam na swoje przeraźliwie blade, podrapane ręce i przygryzłam wargę. Ugryzłam ją jeszcze mocniej, jak to miałam w zwyczaju i z głośnym westchnięciem, padłam na łóżko.
Nie umarłam. Tak, wiem. Jestem świetna w dedukcji. Żyłam i z tego co widziałam, miałam się całkiem nieźle. Pomijając te podrapania. Ale wiecie, mając kota, człowiek przestaje się przejmować czymś takim. Chociaż mój zmęczony umysł, podpowiadał mi, że te ranki, nie są dziełem mojej kotki. Tylko czegoś o wiele gorszego. Czegoś, co prawie doprowadziło do mojej śmierci…
Jednego byłam ciekawa. Tego, kto mnie uratował.


                                                                          ***


- Doprawdy, Rogaczu – westchnął Syriusz Black, obserwując swojego przyjaciela. – Przestałbyś już zwracać na nią uwagę. To zwykły, przeciętny człowiek.
Jednak James nie oderwał spojrzenia od siedzącej parę miejsc dalej, dziewczyny. Obserwował ją już od tygodnia, od chwili, gdy wyrwał ją z rąk śmierci.
- A co sprawia, że ty jesteś tak niezwykły, hm? – zapytał James, nadal, uparcie wpatrując się w dziewczynę, która całkiem rozkosznie przygryzła wargi.
O i znowu to zrobiła!
Jak tak dalej pójdzie, w końcu je sobie odgryzie – pomyślał.
            - Ty już wiesz co – odparł Syriusz. – Daj sobie z nią spokój. Chcesz, żeby odkryła naszą tajemnicę?
James pokręcił głową, odrywając wzrok od pogryzionych ust dziewczyny i jej nienaturalnie bladej cery.
            - Nie martw się – powiedział. – Nic takiego się nie stanie.


***


Uparcie przygryzałam wargę i nakręcałam lok na palec. Nadal gryzło mnie to, jak to się stało, że wylądowałam w Skrzydle Szpitalnym, zamiast na, cóż, stole, jako potrawka z człowieka, jakiegoś wielkiego potwora. Ktoś musiał mi w tym pomóc, to była jedyna możliwość!
A kto jest największym ryzykantem w szkole? Cholerny Potter. Och, to nie tak, że mnie nie kręci. Kręci, i to jak! Te jego blade oblicze, te nieruchome oczy, często mnie obserwujące. Coś w nim jest.
Właśnie. Tylko, co to jest to coś? Od pewnego czasu, bałam się jednego. Tak naprawdę, nie wpadłam na to sama. Pomogły mi niezawodne książki, oczywiście.
Więc, zastanawiając się, kto jest nienaturalnie blady, sztywny i czasami nadpobudliwy, wpadłam na trop. Trop, jakże przerażający zwykłych śmiertelników… Ale ja byłam inna. Mama zawsze twierdziła, że nadawałam na jakiś dziwnych falach. Pewnie miała rację, bo kto spędza całe dnie nad książkami i na wszystkich prycha? Jakiś totalny odludek. Czyli, wypisz wymaluj – ja.
Przechodząc do mojej hipotezy, miałam dwa tropy. Albo był kimś w rodzaju Supermena, tylko bez tego obcisłego wdzianka, eksponującego hm, klejnoty, szeroką klatę i oczywiście, zgrabny tyłeczek. Nie, nie. To chyba było niemożliwe. Bo, hellołł, Superman bez peleryny? Pfff.
Istniała druga możliwość. O wiele bardziej podniecająca. Chociaż nadal uważam, że jest coś w tym obcisłym wdzianku, jednak istnieje coś lepszego. Coś, co sprawia, że przeciętni ludzie uciekają, ale niee, nie tacy nadający na innych falach, jak ja.
Moi drodzy. Moi najmilsi. To wampiry. James cholerny Potter, jest cholernym krwiopijcą! I ja to udowodnię!


***


Raczej nigdy nie miałam zbyt dobrej orientacji w terenie. Co jest dosyć przykre, bo przez dwa lata byłam skautem. Więc, powinnam chociaż umieć wrócić z powrotem z punktu B do punktu A!
Oczywiście, zgubiłam się. Zgubiłam się, śledząc wampira. Kogoś, kto ma nadnaturalne zdolności. O ja tępa!
Przygryzając wargę, przewróciłam się o korzeń. Cholerny korzeń, cholerny las!
- Ałłaa – jęknęłam, oglądając swoje podrapane dłonie. – Cholerny wampir.
Słysząc szuranie butów, na suchym listowiu, spojrzałam za siebie. Byłam sama, w coraz ciemniejszym lesie, śledząc kogoś, kto może się okazać wampirem.
Stanowczo, moja mamcia miała rację, mówiąc, że coś ze mną nie tak…
            - Evans? – zapytał, rzeczony być może wampir, stając nade mną.
Cholera!
            - Lily – poprawiłam go.
Po nazwisku, to po pysku, nie?
            - Co tu robisz? – zapytał, oglądając się za siebie.
Na gacie Merlina, a jeżeli jest tu więcej wampirów?! Mogą mnie zjeść. O Morgano, mogę zostać kolacją dla zgrai zimnokrwistych!
            - Śle… Ekhm, wyszłam na spacer – poprawiłam się szybko, o mało co się nie zdradzając.
Pewnie moje fale, znowu straciły połączenie z moim mózgiem.
            - Wstawaj – powiedział, łapiąc mnie za łokieć. Przelotem spojrzał na moje krwawiące ranki, spowodowane podrapaniem przez cholerny konar.
            I znowu mogłam spojrzeć śmierci w oczy. W końcu taki wampir nie oprze się świeżej krwi, prawda?
            - Masz, wytrzyj – powiedział, podając mi chusteczkę.
Trochę zdziwiona, przytknęłam chustkę do nadal krwawiącej ranki. Bo, czy taki wampir, nie powinien się już do mnie przyssać? Nie powinien rozerwać mi gardła? Albo, no czy ja wiem, chociażby zlizać tej krwi, która ciekła mi po dłoni?
            - Dzięki – mruknęłam, przyglądając się chłopakowi. Patrząc w jego orzechowe oczy, powiedziałam: - Znam twoją tajemnicę – ja to się zawszę z czymś wyrwę!
Uniósł brew i spojrzał mi w oczy.
            - Znasz? – zapytał zdziwiony.
Skinęłam głową, ciesząc się jego zainteresowaniem.
            - Wiem, kim jesteś – dodałam.
Głośno przełknął ślinę i skinął, abym kontynuowała.
            - Jesteś szybki – powiedziałam, na co bez wahania skinął głową. – Jesteś też blady i masz chłodną skórę – dodałam, dotykając jego dłoni.
            Co prawda, mogło to być spowodowane tym, że nie miał rękawiczek, ale hej, przecież wiadomo, że to nie może być prawda! To zbyt oczywiste!
            - Masz takie nieruchome spojrzenie… Jesteś… - zaczęłam, ale to słowo nie chciało mi przejść przez usta.
Spojrzał na mnie i powiedział:
            - Powiedz to.
Przełknęłam ślinę.
            - Jesteś wampirem.
Przez chwilę, na ślicznej polance, na której się znajdowaliśmy, zapadła zupełna cisza. Na upartego, było słychać tylko szum mych nienormalnych fal i odgłos ssania mojej wargi. Cholerne przyzwyczajenie!
            - Jestem kim?! – zawołał falsetem.
Nie wiedziałam, że wampiry umiały takie sztuczki! Gadanie kobiecymi głosami, wow, to lepsze niż laser w oczach!
            - Wampirem – powtórzyłam. – Jesteś szybki, masz chłoną skórę i dziwne, nieruchome spojrzenie.
Patrzył na mnie jeszcze przez chwilę, po czym wybuchnął szaleńczym śmiechem. Śmiechem, obłąkanego wampira, jeżeli mamy być dokładni. Tak mi mówiły moje fale.
            - Na Merlina, Lily! – zawołał, gdy się uspokoił.
Spoglądając na mnie z uśmiechem, pokręcił głową.
            - Nie jestem wampirem – powiedział, wyciągając różdżkę. – Jeżeli już i tak próbujesz dojść prawdy, cóż, pokażę ci ją – dodał, nakierowując na siebie różdżkę.
Dokonując przemiany na moich oczach, głośno krzyknęłam.
            - Ty nie jesteś wampirem! – zawołałam jakże odkrywczo.
Nadal spodziewałam się, że zamieni się w jakiegoś cholernego nietoperza!
            - Jesteś jeleniem – powiedziałam nieco rozczarowana.
Przygryzłam usta i popatrzyłam zwierzęciu w oczy.
            - A tak liczyłam na małe ugryzienie – westchnęłam, czując olbrzymie rozczarowanie ogarniające moje nienormalne fale.
            - To się da ogarnąć – odparł, znowu powracając do swojej ludzkiej postaci.
Można powiedzieć, że w pewnej części moje marzenie się spełniło. Co prawda, nie całował mnie wampir, tylko hm, jelenio- człowiek(?), ale to zawsze jakaś dodatkowa podnieta, nie?



***

Całkiem możliwe, że już to coś publikowałam, ale nawet nie chce mi się sprawdzac.
Pomyślałam, że aby nie było takiej posuchy na blogu, czasem dodam jakieś dawno temu napisane głupoty, inaczej zwane miniaturkami ;)