poniedziałek, 18 stycznia 2016

Miniaturka numer 17 - Parodia Zmierzchu



Nigdy nie zastanawiałam się nad tym, jak będzie wyglądał koniec mojego życia. Hej, w końcu byłam młoda, zdrowa i przestrzegałam wszelkich zasad! Dlaczego więc miałabym przeznaczać czas, który mogłam poświecić nauce, rozmyśleniom o śmierci? Żadne ze mnie EMO, zapewniam…
Dlatego teraz, patrząc śmierci w oczy, które tak btw, były całkiem przerażające, zastanawiałam się czemu? Co prawda te oczy może nie były tak przerażające, jak paszcza tej śmierci, ale wiecie, kurczę, umrzeć z rąk potwora? Prędzej pomyślałabym, że moja śmierć nastąpi w skutek źle zmieszanych ingrediencji podczas eliksirów, ale nie tak.
Powoli przełykając ślinę, szykowałam się na najgorsze. Na śmiertelne ugodzenie. Na bolesny koniec. Żałosny. Straszny.
Ostatni raz, spoglądając w oczy bestii, godziłam się z przykrą rzeczywistością i żegnałam z moim monotonnym życiem…


***


Szeroko otworzyłam oczy i głośno wciągnęłam powietrze. Rozejrzałam się po pomieszczeniu. Przez chwilę, byłam pewna, że poszłam dalej. Gdziekolwiek to dalej miałoby być. Ale po bliższym przyjrzeniu się stojącym dookoła łóżkom i rozstawionym parawanom, zrozumiałam, że jestem w Skrzydle Szpitalnym.
Spojrzałam na swoje przeraźliwie blade, podrapane ręce i przygryzłam wargę. Ugryzłam ją jeszcze mocniej, jak to miałam w zwyczaju i z głośnym westchnięciem, padłam na łóżko.
Nie umarłam. Tak, wiem. Jestem świetna w dedukcji. Żyłam i z tego co widziałam, miałam się całkiem nieźle. Pomijając te podrapania. Ale wiecie, mając kota, człowiek przestaje się przejmować czymś takim. Chociaż mój zmęczony umysł, podpowiadał mi, że te ranki, nie są dziełem mojej kotki. Tylko czegoś o wiele gorszego. Czegoś, co prawie doprowadziło do mojej śmierci…
Jednego byłam ciekawa. Tego, kto mnie uratował.


                                                                          ***


- Doprawdy, Rogaczu – westchnął Syriusz Black, obserwując swojego przyjaciela. – Przestałbyś już zwracać na nią uwagę. To zwykły, przeciętny człowiek.
Jednak James nie oderwał spojrzenia od siedzącej parę miejsc dalej, dziewczyny. Obserwował ją już od tygodnia, od chwili, gdy wyrwał ją z rąk śmierci.
- A co sprawia, że ty jesteś tak niezwykły, hm? – zapytał James, nadal, uparcie wpatrując się w dziewczynę, która całkiem rozkosznie przygryzła wargi.
O i znowu to zrobiła!
Jak tak dalej pójdzie, w końcu je sobie odgryzie – pomyślał.
            - Ty już wiesz co – odparł Syriusz. – Daj sobie z nią spokój. Chcesz, żeby odkryła naszą tajemnicę?
James pokręcił głową, odrywając wzrok od pogryzionych ust dziewczyny i jej nienaturalnie bladej cery.
            - Nie martw się – powiedział. – Nic takiego się nie stanie.


***


Uparcie przygryzałam wargę i nakręcałam lok na palec. Nadal gryzło mnie to, jak to się stało, że wylądowałam w Skrzydle Szpitalnym, zamiast na, cóż, stole, jako potrawka z człowieka, jakiegoś wielkiego potwora. Ktoś musiał mi w tym pomóc, to była jedyna możliwość!
A kto jest największym ryzykantem w szkole? Cholerny Potter. Och, to nie tak, że mnie nie kręci. Kręci, i to jak! Te jego blade oblicze, te nieruchome oczy, często mnie obserwujące. Coś w nim jest.
Właśnie. Tylko, co to jest to coś? Od pewnego czasu, bałam się jednego. Tak naprawdę, nie wpadłam na to sama. Pomogły mi niezawodne książki, oczywiście.
Więc, zastanawiając się, kto jest nienaturalnie blady, sztywny i czasami nadpobudliwy, wpadłam na trop. Trop, jakże przerażający zwykłych śmiertelników… Ale ja byłam inna. Mama zawsze twierdziła, że nadawałam na jakiś dziwnych falach. Pewnie miała rację, bo kto spędza całe dnie nad książkami i na wszystkich prycha? Jakiś totalny odludek. Czyli, wypisz wymaluj – ja.
Przechodząc do mojej hipotezy, miałam dwa tropy. Albo był kimś w rodzaju Supermena, tylko bez tego obcisłego wdzianka, eksponującego hm, klejnoty, szeroką klatę i oczywiście, zgrabny tyłeczek. Nie, nie. To chyba było niemożliwe. Bo, hellołł, Superman bez peleryny? Pfff.
Istniała druga możliwość. O wiele bardziej podniecająca. Chociaż nadal uważam, że jest coś w tym obcisłym wdzianku, jednak istnieje coś lepszego. Coś, co sprawia, że przeciętni ludzie uciekają, ale niee, nie tacy nadający na innych falach, jak ja.
Moi drodzy. Moi najmilsi. To wampiry. James cholerny Potter, jest cholernym krwiopijcą! I ja to udowodnię!


***


Raczej nigdy nie miałam zbyt dobrej orientacji w terenie. Co jest dosyć przykre, bo przez dwa lata byłam skautem. Więc, powinnam chociaż umieć wrócić z powrotem z punktu B do punktu A!
Oczywiście, zgubiłam się. Zgubiłam się, śledząc wampira. Kogoś, kto ma nadnaturalne zdolności. O ja tępa!
Przygryzając wargę, przewróciłam się o korzeń. Cholerny korzeń, cholerny las!
- Ałłaa – jęknęłam, oglądając swoje podrapane dłonie. – Cholerny wampir.
Słysząc szuranie butów, na suchym listowiu, spojrzałam za siebie. Byłam sama, w coraz ciemniejszym lesie, śledząc kogoś, kto może się okazać wampirem.
Stanowczo, moja mamcia miała rację, mówiąc, że coś ze mną nie tak…
            - Evans? – zapytał, rzeczony być może wampir, stając nade mną.
Cholera!
            - Lily – poprawiłam go.
Po nazwisku, to po pysku, nie?
            - Co tu robisz? – zapytał, oglądając się za siebie.
Na gacie Merlina, a jeżeli jest tu więcej wampirów?! Mogą mnie zjeść. O Morgano, mogę zostać kolacją dla zgrai zimnokrwistych!
            - Śle… Ekhm, wyszłam na spacer – poprawiłam się szybko, o mało co się nie zdradzając.
Pewnie moje fale, znowu straciły połączenie z moim mózgiem.
            - Wstawaj – powiedział, łapiąc mnie za łokieć. Przelotem spojrzał na moje krwawiące ranki, spowodowane podrapaniem przez cholerny konar.
            I znowu mogłam spojrzeć śmierci w oczy. W końcu taki wampir nie oprze się świeżej krwi, prawda?
            - Masz, wytrzyj – powiedział, podając mi chusteczkę.
Trochę zdziwiona, przytknęłam chustkę do nadal krwawiącej ranki. Bo, czy taki wampir, nie powinien się już do mnie przyssać? Nie powinien rozerwać mi gardła? Albo, no czy ja wiem, chociażby zlizać tej krwi, która ciekła mi po dłoni?
            - Dzięki – mruknęłam, przyglądając się chłopakowi. Patrząc w jego orzechowe oczy, powiedziałam: - Znam twoją tajemnicę – ja to się zawszę z czymś wyrwę!
Uniósł brew i spojrzał mi w oczy.
            - Znasz? – zapytał zdziwiony.
Skinęłam głową, ciesząc się jego zainteresowaniem.
            - Wiem, kim jesteś – dodałam.
Głośno przełknął ślinę i skinął, abym kontynuowała.
            - Jesteś szybki – powiedziałam, na co bez wahania skinął głową. – Jesteś też blady i masz chłodną skórę – dodałam, dotykając jego dłoni.
            Co prawda, mogło to być spowodowane tym, że nie miał rękawiczek, ale hej, przecież wiadomo, że to nie może być prawda! To zbyt oczywiste!
            - Masz takie nieruchome spojrzenie… Jesteś… - zaczęłam, ale to słowo nie chciało mi przejść przez usta.
Spojrzał na mnie i powiedział:
            - Powiedz to.
Przełknęłam ślinę.
            - Jesteś wampirem.
Przez chwilę, na ślicznej polance, na której się znajdowaliśmy, zapadła zupełna cisza. Na upartego, było słychać tylko szum mych nienormalnych fal i odgłos ssania mojej wargi. Cholerne przyzwyczajenie!
            - Jestem kim?! – zawołał falsetem.
Nie wiedziałam, że wampiry umiały takie sztuczki! Gadanie kobiecymi głosami, wow, to lepsze niż laser w oczach!
            - Wampirem – powtórzyłam. – Jesteś szybki, masz chłoną skórę i dziwne, nieruchome spojrzenie.
Patrzył na mnie jeszcze przez chwilę, po czym wybuchnął szaleńczym śmiechem. Śmiechem, obłąkanego wampira, jeżeli mamy być dokładni. Tak mi mówiły moje fale.
            - Na Merlina, Lily! – zawołał, gdy się uspokoił.
Spoglądając na mnie z uśmiechem, pokręcił głową.
            - Nie jestem wampirem – powiedział, wyciągając różdżkę. – Jeżeli już i tak próbujesz dojść prawdy, cóż, pokażę ci ją – dodał, nakierowując na siebie różdżkę.
Dokonując przemiany na moich oczach, głośno krzyknęłam.
            - Ty nie jesteś wampirem! – zawołałam jakże odkrywczo.
Nadal spodziewałam się, że zamieni się w jakiegoś cholernego nietoperza!
            - Jesteś jeleniem – powiedziałam nieco rozczarowana.
Przygryzłam usta i popatrzyłam zwierzęciu w oczy.
            - A tak liczyłam na małe ugryzienie – westchnęłam, czując olbrzymie rozczarowanie ogarniające moje nienormalne fale.
            - To się da ogarnąć – odparł, znowu powracając do swojej ludzkiej postaci.
Można powiedzieć, że w pewnej części moje marzenie się spełniło. Co prawda, nie całował mnie wampir, tylko hm, jelenio- człowiek(?), ale to zawsze jakaś dodatkowa podnieta, nie?



***

Całkiem możliwe, że już to coś publikowałam, ale nawet nie chce mi się sprawdzac.
Pomyślałam, że aby nie było takiej posuchy na blogu, czasem dodam jakieś dawno temu napisane głupoty, inaczej zwane miniaturkami ;)
 

1 komentarz:

  1. Hahahahaha... James wampirem... Hahaha... Sorka... Poniosło mnie. Naprawdę bardzo fajna miniaturka. Co prawda Lily wyszła tu trochę... "Dziwnie", ale nadal fajnie... Taa "dziwnie" to brzmi.. Ale cóż, ważne że mi się spodobalo ;)
    Weny i pozdrawiam
    Aki Aki

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.