Poranek 30 grudnia 1977 roku
niczym nie zaskakiwał. Za oknem nadal leżała gruba warstwa śniegu, nadal
przebywaliśmy w rogaczowym domu i nadal trwały przygotowania do imprezy roku,
czyli Sylwestra.
- Alicja z Frankiem będą! –
zawołałam do reszty osobników. Moim zadaniem było rozsyłanie już od trzech dni
zaproszeń do naszych bliższych i dalszych znajomych. Odpowiedzi przychodziły w
najróżniejszych porach, także nikogo nie powinno zaskoczyć moje darcie się
niczym stare prześcieradło, o 5 nad ranem. Tak, nie mogę spać. Tak, jestem zła,
gdy inni śpią, a ja nie. Tak, jestem wredna.
- Lil, śpiiiij – wyjęczał
James spod kołdry i przewrócił się na drugi bok, co zaowocowało zabawną falą na
łóżku. Jednak mój śmiech został przerwany, gdy zostałam przywalona rogaczowym
cielskiem, które ostatnimi dniami jakby przytyło.
- Złaź… ze… mnie –
wyszeptałam, próbując jakoś wywinąć się z uścisku chłopaka.
- Ooo, nie, budzisz nasz
swoim porannym świergotem, za to należy się kara! – zawołał, po czym zaczął
mnie łaskotać. Co nie było zbyt fortunnym pomysłem, bo zaczęłam się jeszcze
bardziej drzeć, piszczeć i rzucać po łóżku.
- Ja pierdole, James,
przestań gwałcić Wiewiórkę, bo nie da się spać! – zawołał Black od progu, po
czym ściągnął ze mnie niezadowolonego Rogacza.
- Wybawco! – krzyknęłam i
poklepałam Syriusza w nagrodę po głowie.
- Ty leż – wycharczał, cóż
Łapa nie lubi jak ktoś dotyka jego włosy – I ty też, dobranoc – dodał i wyszedł
z pokoju trzaskając drzwiami.
- I widzisz do czego
doprowadziłeś? – zapytałam, pokazując Jamesowi język i głupio rechocząc. Na
Merlina, czemu ja mam taki dobry humor rano, a nie wieczorem? A, pewnie
dlatego, że jak spędzę trochę czasu z tymi dziwakami, to wieczorem mam
wszystkiego dość.
- Ja? – odparł James, jakoś
tak fukając – Już ja ci pokażę! – wykrzyknął, po czym wziął mnie na ręce (znowu
zaczęłam piszczeć) i wrzucił pod prysznic. Pod zimną wodę. Zimną, phi,
lodowatą!
- James, ty… głupku! –
wydyszałam, po czym wciągnęłam go za koszulkę do tego złego, zimnego miejsca.
Rogacz wydał z siebie zabawny pisk, trochę niegodny faceta, po czym odkręcił
ciepłą wodę.
- Wspólny prysznic? –
zapytał z tym obleśnym uśmieszkiem starego zboka Blacka. Tak, umie taki zrobić.
Nie, nie pytajcie jak i jak taki uśmiech wygląda. Jest przerażający, powiem
tylko tyle.
- Oczywiście, że nie! –
wykrzyknęłam przerażona.
- Ojj, Lil…
- Nie Liluj mi tu, proszę –
odparłam i powiedziałam – OK., bez koszulek. Ale dół zostaje! – no co, niech
chociaż z tej jednej części ciała się ucieszy. Chociaż tak właściwie to dwóch.
- Serio?! – zapytał,
właściwie zrywając z siebie koszulkę, a potem ze mnie. Dobra, dalej nie
opisuję, wysilcie mózgownice i wymyślcie co się działo pod prysznicem bez
koszulek. Tak, jestem okrutna.
Po śniadaniu przyrządzonym
przez Dorcas, czyli pitnej czekoladzie i czekoladowych płatkach śniadaniowych z
czekoladowym mlekiem (obsesja anonimowej czekoladoholiczki), zaczęliśmy
planować zakupy spożywczo-monopolowe oraz dekorowanie domu.
- To Syriusz z Remusem pójdą
po alkohol, Mary zajmie się ozdobami, Dorcas posprząta dom, a my z Jamesem
pójdziemy do spożywczaka – powiedziałam, każdemu przydzielając robotę. Tylko ja
tak potrafię, ha, lider zespołu po prostu!
- Dobra – odparł zadowolony
Black. Po czym wszyscy podreptaliśmy do swoich zajęć. W sensie, nasza czwórka
wyszła z domu, a dziewczyny zostały. Nie jest źle, Dor wprawi się w tych
domowych zaklęciach, Mary doskonale ozdabia, w końcu wygląd Wielkiej Sali w Noc
Duchów, to głównie jej zasługa.
- Miło się tak razem
spaceruje, hm? – powiedziałam wpychając dłoń do rękawiczki Rogacza. Tak, już
tak parę razy chodziliśmy, jedna rękawiczka jest normalnego rozmiaru, a druga
nieźle się rozciągnęła.
- Taak – odparł chłopak,
wyraźnie nad czymś się zastanawiając – Będziemy musieli skoczyć też do domu
rodziców, zostawiłem tam fajerwerki.
- Och, dobrze. Tak właściwie, to
kiedy wracają z misji? – zapytałam, bo wiem, że czasem do Jamesa przychodzą
listy, o których nie mówi. I wiem, że robi to dla bezpieczeństwa zarówno
rodziców, swojego jak i naszego.
- Z ostatniego wynika, że
już niedługo. Pewnie jak skończymy szkołę, to ich poznasz – odpowiedział,
uśmiechając się do mnie i poprawiając mój wściekle zielony szalik. Gdy
zrobiliśmy spore zakupy, zarówno w sklepie mugolskim, jak i czarodziejskim,
które zapakowaliśmy do torby potraktowanej zaklęciem
zmniejszająco-zwiększającym, skierowaliśmy się na drugą stronę miasteczka,
gdzie stały te o wiele większe i starsze domy. James już wcześniej nam
wyjaśnił, że tam stały domy czarodziei, zarówno dom Potterów jak i Bathildy
Bagshot, autorki „Historii magii”, czy tej laski co śpiewa w Super
Czarownicach, taki nowy girls band, którym zachwycają się co poniektórzy
chłopcy z Hogwartu.
Muszę przyznać, że jak
stanęliśmy przed domem Jamesa byłam w szoku. Wyglądał bardziej na mały pałac
niż dom. Mój dom jest spory, ale ten jest wielki! I otoczony wielkim ogrodem z
małym placem do gry w Quidditcha. Oczywiście zobaczyliśmy to wszystko po
przekroczeniu progu furtki, na dom są rzucone przeróżne zaklęcia, w końcu w
miasteczku mieszkają też mugole, pewnie trochę by się zdziwili gdyby zobaczyli
latających sobie na miotłach po ogródku Jamesa z Syriuszem.
- Wszystko wygląda
normalnie, idziemy do komórki – powiedział po czym skierował się za dom, do
właściwie czegoś co wyglądało jak domek dla gości, a nie komórka na stare
miotły. Chociaż brudne było jak kanciapa Filtcha.
James wpakował wszystkie
fajerwerki, zimne ognie, sztuczne ognie, czy co to tam chłopcy lubią do naszej
super torby i poszliśmy do domu.
- Wow, postarałyście się –
wyszeptałam, gdy weszliśmy do wysprzątanego na błysk domu, a jeszcze piękniej
udekorowanego. Chociaż, nie wiem czy z tym się nie pośpieszyliśmy, bo Sylwester
jest jutro, ale Mary zapewniła mnie, że rzuciła zaklęcie wzmacniające na balony
i resztę tych ozdóbek.
- Macie nasze zapasy z
komórki? – zapytał Syriusz, gdy wyjmowaliśmy z torby to całe zakupione żarcie,
no i ich zapasy fajerwerków z Zonka.
- Taak – odparł James,
dosłownie wyrywając mi torbę z ręki i wyjmując te ich głupie zabawki. Oni chyba
nigdy się nie zmienią.
- Lil, pamiętałaś o chipsach
i czekoladzie? – zapytała Dorcas, patrząc na to co wykładałam na wyspę na
środku kuchni.
- Dorcas, myślisz, że
Sylwester bez chipsów i czekolady, to udany Sylwester? Oczywiście, że
kupiliśmy, zresztą patrz – i wysypałam na stół resztę zakupów. Oczy Dor
rozbłysły, zabrała paczkę czekolady i poszła do salonu. No tak.
- Nie zeżryjcie tego do
jutra – powiedziałam do chłopców, którzy nadal zachwycali się jakąś wyrzutnią
rac, czy co to było i poszłam do dziewczyn do salonu.
- Szkoda, że nie ma
telewizora – powiedziała Mary. Aż dziwnie to zabrzmiało w jej ustach – No co, czasem
lubię obejrzeć jakiś serial – dodała.
- Mozeemy zaglac w
plawda/wyzwanie – powiedziała zapchana czekoladą brunetka.
- Ja zaczynam! – zawołała
Mary i powiedziała – OK., co to się rano działo?
- A pytanie czy
pytanie/wyzwanie to gdzie? – zapytałam – Ale dobra, mała, miła akcja pod
prysznicem bez górnego odzienia – odparłam cicho, na co Dorcas zapiszczała jak
dziki skunks.
- Nieźle Lily, kto by
pomyślał – dodała.
- No nie?! Pytanie czy
wyzwanie Dor? – zapytałam.
- Oczywiście, że wyzwanie –
powiedziała niczym prawdziwa gryfona nasza słodka kumpela.
- Hm, będę okrutna.
Dotkniesz NOSZONE skarpety Syriusza, buahaha! – powiedziałam ze śmiechem niczym
jakiś czarny charakter. Wiecie, takim groźnym.
- Ale ci przywaliła –
skomentowała to Mary, a Dor wygięła usta w podkówkę i poszła na górę. Po paru
minutach w pomieszczeniu rozniósł się nieprzyjemny zapach, to brunetka
lewitowała przed sobą parę czarnych skarpet.
- No, Dor, teraz dotknij –
powiedziałam gdy położyła je pod naszymi nogami, niczym jakiś śmierdzący dar. Chwilę
Dorcas musiała się do tego zebrać, ale w końcu z gadaniem „OMG, OMG, co ja
robię?!” dokonała tego!
- Aaaaa, dawaj brazylijskie
mango! – po czym spryskała sobie dłoń odświeżaczem powietrza. Bardzo hojnie,
zresztą.
- Łoo, zrobiłam to! –
powiedziała dumna z siebie, po czym wyrzuciła skarpetki za okno – Dobra, Mary,
pytanie czy wyzwanie?
- Nie będę się skazywać na
misje samobójcze, pytaj – odpowiedział blondynka.
- Czy zaszło między tobą a
Remusem coś więcej niż buzi-buzi? – zapytała Dor z niewinną minką.
- Druga baza – odparła
blondynka, delikatnie się rumieniąc. No, no, szybko im idzie, nie powiem. Po
tym, jakże wzruszającym wyznaniu wrócili do pokoju nasi przystojniacy, nasze
ciacha z kremem, nasi He-mani, czy tam inni Batmani. Czyli Huncwoci w niepełnym
składzie, który zostanie jutro uzupełniony o naszego uroczego grubaska, Petera.
- Co tam porabiacie, laski?
– zapytał cwaniacko vel gangstersko nasz arystokrata.
- Obgadujemy cię – odparł
Mary, czym go zagięła. Black zrobił niepewną minę i nagle się skrzywił.
- A co tu tak śmierdzi? –
zapytał, po czym zrobił jeszcze głupszą minę, gdy usłyszał nasz histeryczny
śmiech.
- Nieważne – dodał swoim
obrażonym głosikiem i sobie gdzieś poszedł, chyba do gniazdka Doriuszowego.
- Pójdę do niego –
powiedziała Dorcas, nadal śmiejąc się i próbując zrobić poważną minę. Zwabieni
naszymi uroczymi śmiechami chłopcy, chyżo przyszli do salonu.
- Czuję mango – powiedział
Remus, czym znowu nas rozbawił, chociaż tak jak sobie teraz myślę, to nic
śmiesznego w tym nie było. Zostawiliśmy uroczą parę blondynów w salonie i
skierowaliśmy się z Jamesem do naszego gniazdka miłości, oczywiście czysto
platonicznej, w sensie wiecie jakim. Fizycznym.
- Co mam jutro założyć? –
zapytałam, po czym zaczęłam przeglądać sukienki rozwieszone w szafie.
- Czarna w cekiny? Złota
mini? Zielona asymetryczna? Czerwona od Herve Leger? Jak sądzisz? – zapytałam
rozkładając ciuchy na łóżku i radząc się, mojego zupełnie nie znającego się na
modzie chłopaka.
- Ta czerwona jest seksowna
– odparł, po sekundzie namysłu.
- OK., to teraz buty. Czarne
szpilki, czarne baleriny, czy czarne sandałki na obcasie? – ależ wybór, nie ma
co. To nie tak, że nie mam butów w innych kolorach, ale moja inwencja twórcza i
łączeniowa, kończy się na połączeniu czerwieni z czernią.
- Szpilki – odparł.
- Dzięki. To jeszcze
ostatnie pytanie, włosy proste, czy zakręcone?
- Zakręcone. Zresztą, czy to
takie ważne, dla mnie zawsze wyglądasz ślicznie – powiedział James, czym
zasłużył sobie na słodkiego całusa. No, albo dwa. Chociaż, może cztery będą
lepsze. Także, zajęliśmy się całowaniem co było całkiem miłe, gdy przerwało nam
ciche stukanie w okno.
- Paddington, kolego, ty
wiesz kiedy przylecieć… - oburzony J jest słodki.
- Michael potwierdza przyjście
– dodał Rogacz – To na czym skończyliśmy?
- Pad zepsuł nastrój.
Chodźmy zobaczyć, czy ktoś zrobił obiad! – odpowiedziałam i ruszyłam na parter.
A tam zostaliśmy miło zaskoczeni, bo okazało się, że Mary z Remusem właśnie
kończyli gotować spaghetti z sosem bolońskim. Aż mi w brzuchu zaburczało, gdy
poczułam te zapachy! Po obiedzie każdy zajął się sobą, Łapa z Rogaczem omawiali
plan pod tytułem „Fajerwerki”, Dorcas czytała nową „Czarownicę”, Mary
rozwiązywała krzyżówki, Remus jak to on, czytał jakąś książkę dla
inteligentnych ludzi. A zapytacie co ja robiłam? Spisywałam dla was to
wszystko. A, że w końcu rozbolała mnie ręka, to zdecydowałam, że napiszę coś
nowego dopiero po Sylwestrze. Życzcie nam dobrej zabawy!