sobota, 27 września 2014

Rozdział 16 Przygotowania do Sylwestra



Poranek 30 grudnia 1977 roku niczym nie zaskakiwał. Za oknem nadal leżała gruba warstwa śniegu, nadal przebywaliśmy w rogaczowym domu i nadal trwały przygotowania do imprezy roku, czyli Sylwestra.
- Alicja z Frankiem będą! – zawołałam do reszty osobników. Moim zadaniem było rozsyłanie już od trzech dni zaproszeń do naszych bliższych i dalszych znajomych. Odpowiedzi przychodziły w najróżniejszych porach, także nikogo nie powinno zaskoczyć moje darcie się niczym stare prześcieradło, o 5 nad ranem. Tak, nie mogę spać. Tak, jestem zła, gdy inni śpią, a ja nie. Tak, jestem wredna.
- Lil, śpiiiij – wyjęczał James spod kołdry i przewrócił się na drugi bok, co zaowocowało zabawną falą na łóżku. Jednak mój śmiech został przerwany, gdy zostałam przywalona rogaczowym cielskiem, które ostatnimi dniami jakby przytyło.
- Złaź… ze… mnie – wyszeptałam, próbując jakoś wywinąć się z uścisku chłopaka.
- Ooo, nie, budzisz nasz swoim porannym świergotem, za to należy się kara! – zawołał, po czym zaczął mnie łaskotać. Co nie było zbyt fortunnym pomysłem, bo zaczęłam się jeszcze bardziej drzeć, piszczeć i rzucać po łóżku.
- Ja pierdole, James, przestań gwałcić Wiewiórkę, bo nie da się spać! – zawołał Black od progu, po czym ściągnął ze mnie niezadowolonego Rogacza.
- Wybawco! – krzyknęłam i poklepałam Syriusza w nagrodę po głowie.
- Ty leż – wycharczał, cóż Łapa nie lubi jak ktoś dotyka jego włosy – I ty też, dobranoc – dodał i wyszedł z pokoju trzaskając drzwiami.
- I widzisz do czego doprowadziłeś? – zapytałam, pokazując Jamesowi język i głupio rechocząc. Na Merlina, czemu ja mam taki dobry humor rano, a nie wieczorem? A, pewnie dlatego, że jak spędzę trochę czasu z tymi dziwakami, to wieczorem mam wszystkiego dość.
- Ja? – odparł James, jakoś tak fukając – Już ja ci pokażę! – wykrzyknął, po czym wziął mnie na ręce (znowu zaczęłam piszczeć) i wrzucił pod prysznic. Pod zimną wodę. Zimną, phi, lodowatą!
- James, ty… głupku! – wydyszałam, po czym wciągnęłam go za koszulkę do tego złego, zimnego miejsca. Rogacz wydał z siebie zabawny pisk, trochę niegodny faceta, po czym odkręcił ciepłą wodę.
- Wspólny prysznic? – zapytał z tym obleśnym uśmieszkiem starego zboka Blacka. Tak, umie taki zrobić. Nie, nie pytajcie jak i jak taki uśmiech wygląda. Jest przerażający, powiem tylko tyle.
- Oczywiście, że nie! – wykrzyknęłam przerażona.
- Ojj, Lil…
- Nie Liluj mi tu, proszę – odparłam i powiedziałam – OK., bez koszulek. Ale dół zostaje! – no co, niech chociaż z tej jednej części ciała się ucieszy. Chociaż tak właściwie to dwóch.
- Serio?! – zapytał, właściwie zrywając z siebie koszulkę, a potem ze mnie. Dobra, dalej nie opisuję, wysilcie mózgownice i wymyślcie co się działo pod prysznicem bez koszulek. Tak, jestem okrutna.

Po śniadaniu przyrządzonym przez Dorcas, czyli pitnej czekoladzie i czekoladowych płatkach śniadaniowych z czekoladowym mlekiem (obsesja anonimowej czekoladoholiczki), zaczęliśmy planować zakupy spożywczo-monopolowe oraz dekorowanie domu.
- To Syriusz z Remusem pójdą po alkohol, Mary zajmie się ozdobami, Dorcas posprząta dom, a my z Jamesem pójdziemy do spożywczaka – powiedziałam, każdemu przydzielając robotę. Tylko ja tak potrafię, ha, lider zespołu po prostu!
- Dobra – odparł zadowolony Black. Po czym wszyscy podreptaliśmy do swoich zajęć. W sensie, nasza czwórka wyszła z domu, a dziewczyny zostały. Nie jest źle, Dor wprawi się w tych domowych zaklęciach, Mary doskonale ozdabia, w końcu wygląd Wielkiej Sali w Noc Duchów, to głównie jej zasługa.
- Miło się tak razem spaceruje, hm? – powiedziałam wpychając dłoń do rękawiczki Rogacza. Tak, już tak parę razy chodziliśmy, jedna rękawiczka jest normalnego rozmiaru, a druga nieźle się rozciągnęła.
- Taak – odparł chłopak, wyraźnie nad czymś się zastanawiając – Będziemy musieli skoczyć też do domu rodziców, zostawiłem tam fajerwerki.
- Och, dobrze. Tak właściwie, to kiedy wracają z misji? – zapytałam, bo wiem, że czasem do Jamesa przychodzą listy, o których nie mówi. I wiem, że robi to dla bezpieczeństwa zarówno rodziców, swojego jak i naszego.
- Z ostatniego wynika, że już niedługo. Pewnie jak skończymy szkołę, to ich poznasz – odpowiedział, uśmiechając się do mnie i poprawiając mój wściekle zielony szalik. Gdy zrobiliśmy spore zakupy, zarówno w sklepie mugolskim, jak i czarodziejskim, które zapakowaliśmy do torby potraktowanej zaklęciem zmniejszająco-zwiększającym, skierowaliśmy się na drugą stronę miasteczka, gdzie stały te o wiele większe i starsze domy. James już wcześniej nam wyjaśnił, że tam stały domy czarodziei, zarówno dom Potterów jak i Bathildy Bagshot, autorki „Historii magii”, czy tej laski co śpiewa w Super Czarownicach, taki nowy girls band, którym zachwycają się co poniektórzy chłopcy z Hogwartu.
Muszę przyznać, że jak stanęliśmy przed domem Jamesa byłam w szoku. Wyglądał bardziej na mały pałac niż dom. Mój dom jest spory, ale ten jest wielki! I otoczony wielkim ogrodem z małym placem do gry w Quidditcha. Oczywiście zobaczyliśmy to wszystko po przekroczeniu progu furtki, na dom są rzucone przeróżne zaklęcia, w końcu w miasteczku mieszkają też mugole, pewnie trochę by się zdziwili gdyby zobaczyli latających sobie na miotłach po ogródku Jamesa z Syriuszem.
- Wszystko wygląda normalnie, idziemy do komórki – powiedział po czym skierował się za dom, do właściwie czegoś co wyglądało jak domek dla gości, a nie komórka na stare miotły. Chociaż brudne było jak kanciapa Filtcha.
James wpakował wszystkie fajerwerki, zimne ognie, sztuczne ognie, czy co to tam chłopcy lubią do naszej super torby i poszliśmy do domu. 


- Wow, postarałyście się – wyszeptałam, gdy weszliśmy do wysprzątanego na błysk domu, a jeszcze piękniej udekorowanego. Chociaż, nie wiem czy z tym się nie pośpieszyliśmy, bo Sylwester jest jutro, ale Mary zapewniła mnie, że rzuciła zaklęcie wzmacniające na balony i resztę tych ozdóbek.
- Macie nasze zapasy z komórki? – zapytał Syriusz, gdy wyjmowaliśmy z torby to całe zakupione żarcie, no i ich zapasy fajerwerków z Zonka.
- Taak – odparł James, dosłownie wyrywając mi torbę z ręki i wyjmując te ich głupie zabawki. Oni chyba nigdy się nie zmienią.
- Lil, pamiętałaś o chipsach i czekoladzie? – zapytała Dorcas, patrząc na to co wykładałam na wyspę na środku kuchni.
- Dorcas, myślisz, że Sylwester bez chipsów i czekolady, to udany Sylwester? Oczywiście, że kupiliśmy, zresztą patrz – i wysypałam na stół resztę zakupów. Oczy Dor rozbłysły, zabrała paczkę czekolady i poszła do salonu. No tak.
- Nie zeżryjcie tego do jutra – powiedziałam do chłopców, którzy nadal zachwycali się jakąś wyrzutnią rac, czy co to było i poszłam do dziewczyn do salonu.
- Szkoda, że nie ma telewizora – powiedziała Mary. Aż dziwnie to zabrzmiało w jej ustach – No co, czasem lubię obejrzeć jakiś serial – dodała.
- Mozeemy zaglac w plawda/wyzwanie – powiedziała zapchana czekoladą brunetka.
- Ja zaczynam! – zawołała Mary i powiedziała – OK., co to się rano działo?
- A pytanie czy pytanie/wyzwanie to gdzie? – zapytałam – Ale dobra, mała, miła akcja pod prysznicem bez górnego odzienia – odparłam cicho, na co Dorcas zapiszczała jak dziki skunks.
- Nieźle Lily, kto by pomyślał – dodała.
- No nie?! Pytanie czy wyzwanie Dor? – zapytałam.
- Oczywiście, że wyzwanie – powiedziała niczym prawdziwa gryfona nasza słodka kumpela.
- Hm, będę okrutna. Dotkniesz NOSZONE skarpety Syriusza, buahaha! – powiedziałam ze śmiechem niczym jakiś czarny charakter. Wiecie, takim groźnym.
- Ale ci przywaliła – skomentowała to Mary, a Dor wygięła usta w podkówkę i poszła na górę. Po paru minutach w pomieszczeniu rozniósł się nieprzyjemny zapach, to brunetka lewitowała przed sobą parę czarnych skarpet.
- No, Dor, teraz dotknij – powiedziałam gdy położyła je pod naszymi nogami, niczym jakiś śmierdzący dar. Chwilę Dorcas musiała się do tego zebrać, ale w końcu z gadaniem „OMG, OMG, co ja robię?!” dokonała tego!
- Aaaaa, dawaj brazylijskie mango! – po czym spryskała sobie dłoń odświeżaczem powietrza. Bardzo hojnie, zresztą.
- Łoo, zrobiłam to! – powiedziała dumna z siebie, po czym wyrzuciła skarpetki za okno – Dobra, Mary, pytanie czy wyzwanie?
- Nie będę się skazywać na misje samobójcze, pytaj – odpowiedział blondynka.
- Czy zaszło między tobą a Remusem coś więcej niż buzi-buzi? – zapytała Dor z niewinną minką.
- Druga baza – odparła blondynka, delikatnie się rumieniąc. No, no, szybko im idzie, nie powiem. Po tym, jakże wzruszającym wyznaniu wrócili do pokoju nasi przystojniacy, nasze ciacha z kremem, nasi He-mani, czy tam inni Batmani. Czyli Huncwoci w niepełnym składzie, który zostanie jutro uzupełniony o naszego uroczego grubaska, Petera.
- Co tam porabiacie, laski? – zapytał cwaniacko vel gangstersko nasz arystokrata.
- Obgadujemy cię – odparł Mary, czym go zagięła. Black zrobił niepewną minę i nagle się skrzywił.
- A co tu tak śmierdzi? – zapytał, po czym zrobił jeszcze głupszą minę, gdy usłyszał nasz histeryczny śmiech.
- Nieważne – dodał swoim obrażonym głosikiem i sobie gdzieś poszedł, chyba do gniazdka Doriuszowego.
- Pójdę do niego – powiedziała Dorcas, nadal śmiejąc się i próbując zrobić poważną minę. Zwabieni naszymi uroczymi śmiechami chłopcy, chyżo przyszli do salonu.
- Czuję mango – powiedział Remus, czym znowu nas rozbawił, chociaż tak jak sobie teraz myślę, to nic śmiesznego w tym nie było. Zostawiliśmy uroczą parę blondynów w salonie i skierowaliśmy się z Jamesem do naszego gniazdka miłości, oczywiście czysto platonicznej, w sensie wiecie jakim. Fizycznym.
- Co mam jutro założyć? – zapytałam, po czym zaczęłam przeglądać sukienki rozwieszone w szafie.
- Czarna w cekiny? Złota mini? Zielona asymetryczna? Czerwona od Herve Leger? Jak sądzisz? – zapytałam rozkładając ciuchy na łóżku i radząc się, mojego zupełnie nie znającego się na modzie chłopaka.
- Ta czerwona jest seksowna – odparł, po sekundzie namysłu.
- OK., to teraz buty. Czarne szpilki, czarne baleriny, czy czarne sandałki na obcasie? – ależ wybór, nie ma co. To nie tak, że nie mam butów w innych kolorach, ale moja inwencja twórcza i łączeniowa, kończy się na połączeniu czerwieni z czernią.
- Szpilki – odparł.
- Dzięki. To jeszcze ostatnie pytanie, włosy proste, czy zakręcone?
- Zakręcone. Zresztą, czy to takie ważne, dla mnie zawsze wyglądasz ślicznie – powiedział James, czym zasłużył sobie na słodkiego całusa. No, albo dwa. Chociaż, może cztery będą lepsze. Także, zajęliśmy się całowaniem co było całkiem miłe, gdy przerwało nam ciche stukanie w okno.
- Paddington, kolego, ty wiesz kiedy przylecieć… - oburzony J jest słodki.
- Michael potwierdza przyjście – dodał Rogacz – To na czym skończyliśmy?
- Pad zepsuł nastrój. Chodźmy zobaczyć, czy ktoś zrobił obiad! – odpowiedziałam i ruszyłam na parter. A tam zostaliśmy miło zaskoczeni, bo okazało się, że Mary z Remusem właśnie kończyli gotować spaghetti z sosem bolońskim. Aż mi w brzuchu zaburczało, gdy poczułam te zapachy! Po obiedzie każdy zajął się sobą, Łapa z Rogaczem omawiali plan pod tytułem „Fajerwerki”, Dorcas czytała nową „Czarownicę”, Mary rozwiązywała krzyżówki, Remus jak to on, czytał jakąś książkę dla inteligentnych ludzi. A zapytacie co ja robiłam? Spisywałam dla was to wszystko. A, że w końcu rozbolała mnie ręka, to zdecydowałam, że napiszę coś nowego dopiero po Sylwestrze. Życzcie nam dobrej zabawy!

czwartek, 25 września 2014

Rozdział 15 Dolina Godryka



Coraz ciężej idzie mi pisanie kolejnych rozdziałów :| Także, zobaczymy jak to będzie z tak częstym dodawaniem nowych postów. No, ale nie martwcie się, mam napisane do 19 rozdziału włącznie, więc tragedii nie ma.


- Spakowaliście wszystko? – zapytała mama. Święta się skończyły, czas wyruszyć dalej, czyli do Doliny Godryka. Cała moja rodzina stała przed drzwiami wyjściowymi w holu i żegnała naszą szóstkę, jakbyśmy co najmniej jechali na Grenlandię.
- Taaak, mamy wszystko – odparłam i przytuliłam rodzicielkę – Wyślę sowę jak dojedziemy.
- Dbajcie o siebie i o te ślicznotki. Syriusz, będę ci wysyłał prenumeratę „Motocyklu” co miesiąc. James, dbaj o Lily, Remusie, nie ucz się tyle, tylko wyciągnij gdzieś Mary – haa, tata wie jak niektórych zawstydzić. Remus zaczerwienił się i wyjąkał coś w stylu „Oczywiście, proszę pana”.
- Lily, pisz do mnie. Chce o wszystkim wiedzieć. Nawet te sowy są całkiem miłe, da się przyzwyczaić – powiedziała Petunia ściskając mnie mocno, a potem każdego również oplotła swoich szczupłymi ramionami. Kto by pomyślał, prawda?
- Będziemy pisać i wysyłać zdjęcia, trzymajcie się! – powiedziałam, gdy już każdy z każdym się wyściskał i gdy mama każdemu wręczyła wielką paczkę prowiantu. Serio, tak jakby podróż Błędnym Rycerzem miała nam zając miesiąc, a nie pół godziny!
Wyszliśmy z domu obładowani torbami, paczkami i innymi tobołami, wyglądaliśmy niczym stare przekupki idące na bazar. Gdy oddaliliśmy się już trochę od domu, Syriusz wyciągnął z kieszeni różdżkę i machnięciem ręki wezwał nasz środek transportu. Po chwili, z piskiem opon zatrzymał się przed nami trzypiętrowy autobus w kolorze wściekłego fioletu.
- Witamy, w Błędnym Rycerzu! Jestem Ryan Stebb konduktor autobusu. Dokąd jedziecie?
- Dolina Godryka – odparł Syriusz, wkładając do autobusu wszystkie nasze toboły.
- To będzie za wszystkich 5 galeonów. Chyba, że za dodatkowego galeona chcecie gorącą czekoladę? – zapytał konduktor, gdy już wszyscy zasiedliśmy na wolnych miejscach, a James szukał w kieszeni pieniędzy.
- Bez czekolady – powiedział J, podając pieniądze.
- OK., to najpierw podrzucimy panią Marsh do Londynu, a następnie do Doliny Godryka! – odparł chłopak i poszedł zając miejsce obok kierowcy autobusu.
- To moja pierwsza podróż Rycerzem – powiedziałam uśmiechając się do przyjaciół. I po chwili okazało się, że nie ma się z czego cieszyć, bo autobus mknął jak szalony, co chwilę ostro hamował, przez co krzesła na których siedzieliśmy latały po całym środku komunikacji i ogólnie było do kitu. Dobrze, że nikt z nas nie ma choroby lokomocyjnej, bo gdyby ktoś zaczął wymiotować, ja też puściłabym pawia. A tego Black by nie zapomniał do końca życia. Swojego jak i mojego. Po półgodzinnej męce, nabiciu mi guza przez łokieć Mary i stracie paczki żelek w końcu dotarliśmy na miejsce.
- Zapraszam ponownie! – zawołał za nami konduktor. Jego niedoczekanie!
Okazało się, że Dolina Godryka to nieduża mieścina. Można by powiedzieć, że prawie wieś, ale Rogacz uparł się, że jest to małe miasto. No, OK. Wszystkie domy były do siebie podobne, nieduże i porośnięte różnorodną roślinnością. W sensie, teraz w zimie były same suche gałęzie, ale w lato musi to wyglądać malowniczo. Uliczki były wąskie i zaciszne, z daleka można było zobaczyć pub i niedaleko niego mały kościółek z przylegającym cmentarzem. James powiedział, że dwie uliczki dalej jest sklep mugolski, a jeszcze dalej prowadzony przez czarodziei. Także, jak widać, czarodzieje mogą żyć z mugolami w jednym mieście w symbiozie.
- Daleko jeszcze? – zapytał jęczącym tonem Syriusz. Jakoś dziwnym zbiegiem okoliczności, to on niósł najcięższe bagaże, to nawet się nie dziwię, że jęczał.
- To tamten dom – powiedział James, wskazując na piętrowy budynek z szarego kamienia, otoczony równie szarym murkiem. Śliczny! Po chwili do dreptaliśmy do czarnej, żeliwnej furtki.
- Masz klucze, prawda? – zapytałam.
- Po co mi klucze, jak mam różdżkę? Ciotka była czarownicą… - odparł James, wyjmując wcześniej wspomniany przedmiot i otwierając furtkę Alohomorą.
Przeszliśmy wąską ścieżką, znowu J potraktował wejście, czyli dębowe drzwi czarem i weszliśmy do środka. Okazało się, że ciotka Rogacza miała całkiem niezły gust, przynajmniej dół był urządzony ładnie. W neutralnych barwach, z porządnie wyglądającymi ciemnymi meblami i sporymi, szarymi sofami.
- Ale te zasłony zmienimy – powiedziałam patrząc na wpół zjedzone przez mole firanki i zasłonki.
- Ty tu rządzisz – powiedział James, czym mnie zachwycił. Która kobieta, nie chciałaby mieć we władaniu domu? Każda. Raczej.
- To może chodźmy na górę? – zapytała Mar.
- Jak będziemy dzielić pokoje? – zapytała Dor, patrząc znacząco na Syriusza.
- Chyba parami, nie chłopcy? – odparł Black.
- Ale Mary i Remus nie są parą – powiedziałam. Nie chcę żeby blondynka robiła coś wbrew swojej woli, w końcu może ona woli mieć pokój z którąś z nas.
- Tak właściwie Lily, to od wczoraj jesteśmy razem – powiedział Remus biorąc Mary za rękę i uśmiechając się nieśmiało. A to małpy, nic nie powiedzieli! Mówili, że się uczyli, taaa, jasne!
- Stary, gratulacje! – Black i ten jego entuzjazm.
- Już myślałam, że nigdy wam się nie uda! Mary jak mogłaś nam nic nie powiedzieć?! – wykrzyczała Dorcas uderzając Mary łokciem w bok tak, że aż blondynka się zwinęła z bólu. No, Dor i jej moc łokcia, oni razem są niezwyciężeni! Normalnie można by wysłać Dorcas jako bojową maszynę na Voldemorta. Po ciosie jej łokciem, na pewno by się poddał i gdzieś uciekł, czy coś. Nazwałabym ją Dorsomak. Ale nieważne, taka głupia dygresja.
- Chodźmy wybrać pokój – zarządził James, po czym bezceremonialnie pociągnął mnie za sobą na górę. I takim oto sposobem znowu wylądowaliśmy na pięterku - co zresztą nadal głupio brzmi. Jakoś tak sprośnie, nie?
- Ten będzie nasz! – wydyszałam, bo jak James zarzuci tempo, to zaczynam sapać jak stary wiewiór. To znaczy, tak ogólnie to nawet nie wiem czy wiewiórki sapią, ale przyjmijmy, że tak. Wracając do pokoju, była to największa sypialnia ale nie znowu jakaś ogromniasta, utrzymana w jasnych barwach, trochę w stylu skandynawskim, co bardzo mi przypadło do gustu. Nie wiem jak Rogaczowi, ale on tu nie ma nic do gadania, prawda? Jasne, że nie ma!
- Wygodne łóżko – powiedziałam, gdy rzuciłam się na nie, a ono jakoś dziwnie zafalowało. Hm, niezwykły materac.
- To łóżko wodne! – zawołał J gdy uwalił się koło mnie i normalnie przepłynęliśmy dalej. Albo można powiedzieć, że łóżko zniosło nas jak łódkę na jeziorze, nie wiem czy kumacie o co mi chodzi.
- Jest świetne – dodałam, gdy tak śmiesznie pod nami falowało. Serio, nigdy czegoś podobnego nie widziałam. Tak sobie podskakiwaliśmy dalej.
- Ale super!! Ooo, tak! Dalej!
- Wy już zaczęliście produkować małe wiewióry, czy co? – zapytał Black włażąc w buciorach do naszego czyściutkiego pokoju – Rogaś, opanuj się, bo zwabisz tu wszystkie łanie – dodał, po czym zaśmiał się rubasznie.
- Mój dywan! Zdejmuj buty, brudny kundlu! – zawołałam, co J skwitował idiotycznym śmiechem.
- Ruda, spoko-loko, chcesz wąchać moje skarpety, to proszę bardzo! – po czym Syriusz usiadł na podłodze i rozwiązał swoje brzydkie kamasze, albo mam lepszą nazwę – walonki! Haha, no OK., nie będę okrutna, to nie są walonki. Chociaż, pasowałyby do jego dzisiejszego stylu na rolnika – koszula w kratę, sprane dżinsy.
- Proszę Ruda, podziwiaj me skarpety – powiedział po czym zaczął przebierać swymi stopami w rozmiarze 43. Syry Syriusza (jak to pięknie brzmi, tak swoją drogą) są wielkie i zazwyczaj śmierdzą, także James od razu otworzył okno.
- Załóż kapcie które dostałeś od mamy Evans – powiedział Rogacz. A ten znowu z tym wyjeżdża! Już moją mamusię nazywa swoją…
- Jasne – odparł Syriusz, po czym założył kapcie. I smród zniknął. Nie wiem jak Dorcas z nim wytrzymuje, serio!
- Wypad z naszego pokoju – powiedziałam i zatrzasnęłam mu drzwi przed nosem.
- Bo chcesz się zając produkcją jelenio-wiewiórek, tak?! – zawołał idiotycznie, zresztą jak to Black.
- Na Merlina, jak ty z nim wytrzymujesz? – zapytałam mego osobistego Jelenia.
- Nie wiem – odparł J po czym zaczął wypakowywać nasze ciuchy do komody. Proszę jaki uczynny chłopiec z tego Jamesa!
- Ouu, to jest fajne – powiedział, po czym zaczął oglądać moją jakże seksowną, czarną, koronkową koszulkę nocną. Prezent od mamy, ona serio chyba chce już mieć wnuki!
- Fajne, bardzo fajne – odparłam i wcisnęłam ją głęboko do szuflady – Może ja ci pogrzebię w bieliźnie, hm? – po czym rzeczywiście to zrobiłam, ale okazało się, że Rogacz ma tylko czarne bokserki. Wszystkie takie same. Cóż. Nic ciekawego.
- Oo, Paddington! – zawołał Rogacz i wskazał na okno. Jednak sowy to mądre ptaki, nie wiem jak Pad nas znalazł.
- To wyślij od razu list do moich rodziców, że dotarliśmy, a ja przygotuję obiad – powiedziałam, gdy już cała moja bielizna wylądowała bezpiecznie w szufladzie, a ja poczułam pierwsze objawy głodu, czyli ssanie w żołądku. Skierowałam się z powrotem na dół i do kuchni.
Kuchnia, jak reszta domu była w jasnych barwach. Wyposażenie dosyć normalne, chociaż w niektórych szafkach nadal znajdowały się jakieś dziwne zapasy, dziwnego jedzenia w słoikach i trochę składników do eliksirów. Nawet w jednej szafce znalazłam całkiem nowy kociołek, to potem może pobawię się w Mistrza Eliksirów i uwarzę coś na te śmierdzące syriuszowe stopy. O ile coś takiego istnieje, bo niestety obawiam się, że nigdy nie pozbędziemy się tego smrodu, ale przypomniałam sobie, że przezornie wzięłam mały zapas odświeżaczy powietrza w aerozolu, o zapachu brazylijskiego mango i japońskiego ogrodu zen. Mam nadzieję, że te aromaty zamaskują smrodek.
- Oo, mamunia zapakowała nam indyka, mniam mniam – powiedziałam do siebie, po czym od skubałam kawałek smacznego mięska.
- Już się pasiesz? – zapytała Dor – A ja?
- Częstuj się – powiedziałam wskazując na inne pyszności, na przykład rybę po grecku i inne jedzenie popakowane w plastikowe pojemniki.
- Odgrzejmy indyka – zaproponowała Mary, która też przyleciała do kuchni. Wiecie, dziewczyny przy garach, a faceci, hm, przed telewizorem? Tylko, że tu nie ma telewizora. Nieważne.
- Dobra – powiedziała Dorcas, po czym wyciągnęła garnki i poprzekładała wszystkie składniki, w sensie indyka i jakieś gotowe warzywa, która zapakowała mama. No, albo pani Gertruda.
Po chwili w domu roznosił się przyjemny aromat indyka z kasztanami oraz marchewki, które to mieszały się dziwnie z odświeżaczem powietrza o zapachu japońskiego ogrodu zen. Ciekawe kto wymyśla takie zapachy? I nazwy.
- Obiad!! – wydarła się Dor, przy czym rozniósł się tupot głodnej gromady dzikich sępów, lub innych hien. I po sekundzie lub dwóch stała przed nami trójka niezłych przystojniaków. Jeden ze śmierdzącymi stopami, drugi z przekrzywionymi okularami i rozwianymi włosami, a trzeci z gazetą „Nauka to magii sztuka” za paskiem dżinsów. To sobie ideały znalazłyśmy! 
Gdy już wszyscy posililiśmy się smacznym jedzonkiem i popiliśmy to obficie herbatką jeżynową, stwierdziliśmy, że pogramy w państwa – miasta.
- Stop! – zawołał Remus.
- Litera R – powiedziała Mary – Czas start!
OK., państwo na literę R – Rumunia, miasto Radom i jego mieszkanka chytra baba, roślina Rumianek, zwierzę Rosomak, sławna osoba hmm Ronaldo i imię Roman.
- Już! – zawołałam zacieszając się z mojej rozległej wiedzy. Łehehehe, a Black pewnie jeszcze miasta nie wymyślił! – Liczę do 15, 15, 14…..2, 1 i już! Czytam pierwsza, państwo Rumunia!
- To samo – odparł James, na co Mary pokiwała głową, a Dor powiedziała „też”.
- Ja mam Rosję – powiedział Remus.
- Republika Konga – odparł Syriusz, zadziwiając nas wszystkich swoją wiedzą. No, no.
- Miasto Radom – powiedziałam, bo byłam pewna, że nikt czegoś takiego nie wymyślił.
- Rotterdam – powiedziała Mary na co reszta pokiwała głowami. Co oni tacy zgodni? No, ale na razie wygrywam, to jest fajnie.
- Roślina – Rumianek – powiedziałam.
- To samo – odparła reszta. No kurczę, każdy od każdego ściągał, czy co?!
- Zwierzę – Rosomak – powiedziałam.
- Rekin.
- Rzekotek pospolity.
- Ryś.
- Renifer – odparł James. Co on swoją drogą, ma do tych kopytnych zwierząt?
- Ropucha – powiedział Black i dodał szeptem – Tak, to do ciebie Ruda.
Ugh, dupek. No nic, na razie był remis.
- Sławna osoba – Ronaldo – powiedziałam.
- A kto to jest? – zapytał James.
- Piłkarz. Mugolski zawodnik – odparłam.
- Rowena Ravenclaw – powiedzieli zgodnym chórkiem. O, jakoś nie pomyślałam. Ale, dzięki temu wygrywam!
- Dobra, ostatnia kategoria, imię – Roman.
- Remus – odpowiedzieli, patrząc po sobie z posępnymi minami. Bo wiedzieli co się stanie…
- Haaa, wygrałam! Ja! JA! JAAA!! Hahahaha, Black jak zwykle przegraaałeś! – zaczęłam się wydzierać i skakać po kanapie. Wiem, że zachowywałam się jak małe dziecko, ale niestety, ci co mnie znają, wiedzą jak działa na mnie wygrana – Uhu, kto jest mądry? Ja, Wiewiórka! Hahaha.
- Serio, Lily? Jeszcze tak reagujesz na wygraną? – zapytała Mary robiąc Face Palm. No cóz. Przykro mi, że jestem sobą!
- Oczywiście, że tak! A jako, że wygrałam, jestem dzisiaj waszą królową, moje pierwsze rozporządzenie, macie ogarnąć ten syf w kuchni! Ale już! – zawołałam, gdy w końcu mogłam się spokojnie rozłożyć na całej kanapie – A ty gdzie idziesz, Jamesie? Masuj mi kark, kotku – dopowiedziałam, na co chłopak przystał z radością, w końcu pewnie woli mi robić masaż, niż sprzątać brudną kuchnię. Także, gdy moje kochane skrzaty jęcząc i mi ubliżając, oraz zapowiadając okrutną zemstę poszli do kuchni, ja w spokoju mogłam się oddać miłym doznaniom zapewnionym przez delikatne dłonie Rogacza. Było całkiem miło, nawet okazało się, że James wie co robi. Także, pierwszy dzień pobytu w Dolinie Godryka był wspaniały!

wtorek, 23 września 2014

Rozdział 14 Święta, Święta i po Świętach



Poranek drugiego dnia Świąt, czyli tak zwany Boxing Day. Obudził nas pisk Mary, co było całkiem dziwne, bo Mary z zasady nie piszczy. Ale właśnie siedziała z rozpakowanym prezentem w ręku i wpatrywała się w niego z niedowierzaniem. No, właśnie, prezenty! Odkopując się spod kołder i innych koców, dopadłam do mojej kupki prezentów, która prezentowała się całkiem zacnie. Kolorowe pudełka i papier cieszyły moje oczy, po prostu nie chciało się tych piękności otwierać. Ale dobra, to tylko papier…
- Mar, co ty dostałaś, że tak dyszysz? – zapytała Dorcas, otwierając kolejną paczkę i wpychając sobie do ust krówkę-ciągutkę.
- To „Magiczne zwierzęta” pierwsze wydanie! Tego nie sposób nigdzie dostać! – odparła blondynka, oglądając gruby tom – Nie wiem skąd Remus to wziął.
- Ouu, Lunio się postarał – powiedziała Dor, przykładając do siebie śliczną sukienkę, aha, prezent od mamy - torba ciuchów. Kobieta wie, co uszczęśliwia inną dziewczynę.
Otwierałam sobie kolejne paczki, mnóstwo ciuchów, książek, kosmetyki, słodycze, takie typowe prezenty. Aż została ostatnia mała paczuszka, zawinięta w papier w Aniołki. Gdy rozerwałam papier, niczym szalony wiewiór, którym w końcu zawsze byłam, moim oczom ukazało się typowo biżuteryjne pudełko. A gdy je otworzyłam, to dech mi zaparło. Śliczny srebrny naszyjnik, ze szmaragdowym oczkiem, otoczonym małymi diamencikami. Powiem tyle, WOW.
- Nieźle, postarał się Rogacz – powiedziała Mary spoglądając zza mojego ramienia.
- Piękny – wyszeptałam.
- Patrzcie co Syriusz mi dał! – zawołała Dor, wskazując na łóżko. A leżał na nim elegancki zestaw, lusterko i szczotka do włosów. Ale wiecie, nie jakieś plastikowe, czy coś. To było jak z filmów historycznych, srebrne, ozdobione szlachetnymi kamieniami. Pięknie wykonana robota, nie zdziwiłabym się, gdyby to było dzieło goblinów.
- To się obłowiłyśmy w tym roku – powiedziałam uśmiechając się do dziewczyn i zbierając walające się po pokoju kolorowe papiery i inne śmieci.
- Szkoda, że to ostatni dzień Świąt – wymruczała Dorcas, przeciągając się – Ale jutro pojedziemy do domu Jamesa i dopiero zacznie się zabawa! Za parę dni Sylwester!
Dorcas jest miłośniczką imprez, także pewnie nie może się doczekać. Gdy już się wszystkie wyszykowałyśmy i nie wyglądałyśmy tragicznie, poszłyśmy do pokoju chłopaków. Bo wiecie, to trochę podejrzane, była już 10, a tu cisza. Zakradłyśmy się do ich pokoju niczym ninja i jak to Dor, z rozmachem otworzyła drzwi!
- Ałłaaaa – usłyszałyśmy jęk i przekleństwo.
- Syriusz? Nic ci nie jest? – zapytała trochę głupio, Dor. Bo chyba widać, że coś mu jest, krew dookoła, ten trzyma się za ten swój arystokratyczny, już nie prosty nos.
- Doorcas, złamałaś mi nos – wycharczał Łapa.
- Do wesela się zagoi – powiedział James, uśmiechając się do mnie i z zaniepokojeniem patrząc jak siadam na jego łóżku i zamykam oczy.
- Coś się stało? – zapytał kucając przede mną.
- Nie lubię widoku krwi – odparłam i rozłożyłam się na materacu, zakrywając sobie oczy ręką. „Panna delikatna się znalazła” możecie sobie pomyśleć, ale ugh. Krew jest obrzydliwa, a jeszcze jak tak sika, jak z nosa Syriusza, to już w ogóle.
- Hej, to ja jestem poszkodowany! Ruda, uzdrowicielem, to ty nie zostaniesz… - powiedział Black, po skrzypnięciu łóżka uznaje że chyba na nim zasiadł.
- Weźcie mu naprawcie ten nos – powiedział James.
- Lunio, może ty, tylko tobie ufam! – zawołał tragicznym głosem Syriusz. Remus, jak to on, załatwił to szybko, przy okazji oczyścił pokój, który Black uświnił swoją „błękitną” krwią.
- Chodźmy na śniadanie, burczy mi w brzuchu – powiedziała Mary z czym wszyscy się zgodziliśmy, bo chociaż wczoraj jedliśmy prawie do nocy, to znowu wszyscy byli głodni. Taa, Święta są chyba tylko po to, żeby najeść się dobrych rzeczy i przytyć tak z pięć kilo. Przynajmniej w moim wypadku, bo co zjem coś więcej, to od razu mój obwód też robi się większy. A to jest totalnie nie fair, taka Dorcas, zje trzy tabliczki czekolady i nijak się to odbija na jej figurze. Co będzie, jeżeli kiedyś tam zajdę w ciążę?! Przecież roztyję się do wagi hipopotama! Ugh, o czym ja myślę?
- Już wstaliście? – zapytał tata, który pił poranną kawę i czytał gazetę. Przy stole siedziała też Petunia, która ze smakiem zajadała czekoladowe croissanty.
- Cześć – przywitała się – Znowu jestem głodna! Dopiero końcówka drugiego miesiąca, ale jak tak dalej pójdzie, to chyba będę ważyć tyle ile słoń.
O i to chyba dowodzi temu, że jesteśmy siostrami i chociaż trochę jesteśmy podobne. To znaczy myślimy o tych samych sprawach, czyli o tyciu. No, nieważne.
- Tuniu, tobie to nie grozi, zawsze byłaś szczupła. Pamiętasz jak miałam 8 lat? Byłam pulchna jak pączuś – powiedziałam, zadowalając się tostem z masłem. Po Świętach zaczynam dietę!
- Pamiętam – odparła blondynka uśmiechając się – Lily wyrosła z dziecięcego tłuszczyku, jak pojawił się Snape. Nadal się z nim przyjaźnisz?
Hm, no i trafiło na nieprzyjemny temat.
- Nie, pokłóciliśmy się – odparłam, błagając wzrokiem dziewczyny o pomoc.
- Ee, tak, Petunio, jak myślisz, to będzie chłopiec, czy dziewczynka? – zapytała Dorcas. Przyjaciółka na medal! Nie chciałam, żeby Tunia drążyła temat Snape’a. Nie i tyle!
- Mam nadzieję, że dziewczynka, chociaż Vernon chciałby chłopca. Zresztą, nieważna płeć, ważne żeby było zdrowe, prawda? – odparła Peti popijając herbatę.
- Też bym wolał syna – dodał James – Można by z nim latać na miotle i robić różne fajne męskie rzeczy.
- Hm, szczerze mówiąc, też optuję za dziewczynką. Dziewczynki są zazwyczaj grzeczne, nie mają jakiś dziwnych pomysłów i można się z nimi bawić lalkami – co jak co, ale zawsze lubiłam bawić się lalkami Barbie.
- Nie mają dziwnych pomysłów? To już nie pamiętasz, jak wkręcałaś tego małego Scotta Brown’a, że tak naprawdę jest dziewczynką, bo miał dosyć długie włosy? Kiedyś Lily była całkiem nieznośna – powiedziała blondynka do moich przyjaciół. Po chwili rozmowy zeszły na całkiem inne tematy, mama rozmawiała z Petunią o jej wymarzonym ślubie, tata poszedł do gabinetu, a my wróciliśmy do pokoju chłopców i zastanawialiśmy się co będziemy robić do 17, czyli momentu przyjścia gości.
- Spacer? – rzuciła Mary.
- Niee, pada śnieg i jest zimno – odparła Dorcas.
- Może odrobimy prace domowe? – zapytał Remus, ale wszyscy spojrzeli na niego z oburzeniem. No OK., jedynie Mary z entuzjazmem.
- Chętnie odrobiłabym lekcje – powiedziała uśmiechając się. Uhm, czyli takie buty, Mar chce zostać sama z Remusem! W końcu doskonale wie, że Syriusz czy James, nie ruszą wypracowań w Święta.
- Mam pomysł! Przebierzcie się w jakieś luźniejsze ciuchy i spotykamy się w holu – powiedziała Dor. Nie wiem co kombinuje! To niepokojące.
- Co chcesz robić? – zapytałam, gdy rzuciła we mnie obcisłymi szortami i bluzeczką na ramiączka.
- Nauczymy chłopców tańca na rurze – powiedziała brunetka i razem ze mną zaczęła się szaleńczo śmiać. Bo trzeba być obłąkanym, żeby myśleć, że Black lub Potter będzie wywijać na rurze. Ale przynajmniej pośmiejemy się z nich, nigdy nie przegapię okazji do podokuczania Łapie! Po chwili spotkaliśmy się w umówionym miejscu.
- Zapowiada się ciekawie – powiedział Syriusz, patrząc na nasze odsłonięte nogi. Widziałam, że Dorcas dusi się od powstrzymywanego śmiechu, ale tak ogólnie to jest okrutna. W końcu Syriuszek to jej boyfriend, także, zupełnie nie rozumiem czemu chce go poniżyć na rurze. Hm, nie brzmi to dobrze. OK., przejdźmy dalej. Gdy już zeszliśmy do mini- siłowni mej drogiej mamuśki, Dorcas z szatańskim błyskiem w oku powiedziała:
- Dzisiaj, moi mili, nauczymy was wyginać śmiało ciało! Lil, muzyka!! – zawołała, po czym, gdy rozbrzmiały słowa piosenki „I like to move it” (https://www.youtube.com/watch?v=gtrgjbG3uUs)
Dorcas, zgrabnie niczym rącza gazela, wskoczyła na rurę do Poole Dance i zaczęła się wyginać. Black miał zszokowaną minę, chyba każdy facet takową by miał, gdyby się przekonał co jego dziewczyna potrafi wykonać na takim kawałku metalu. A Dor na zajęciach była najlepsza z naszej trójki, na przykład potrafi zrobić tą trudną figurę ze zjazdem głową w dół i cóż, jest całkiem nieźle rozciągnięta. Także, gdy zakończyła swoje małe show, chłopcy mieli szczęki przy podłodze i kałuże śliny pod nogami.
- Dorcas, byłaś świetna! – zawołałam, po czym przybiłyśmy sobie kumpelską piątkę i gangsterskiego żółwika.
- Wow, nie spodziewałem się… WOW! – elokwentny jak zwykle Syriusz. Niby arystokrata, a wypowiadać się nie umie.
- Dorcas, to było niewiarygodne! Myślałem, że przywalisz głową w ziemię – o kolejny przykład geniusza. James jak się wypowie, to huh!
- Wiem, jestem boska – powiedziała zdyszana Dorcas i dodała – Syriusz na rurę, ruchy klucho!
- Klucho?! Przecież…
- Każdy widzi, że przytyłeś. Ruchy, fanki będą niepocieszone, jak wrócisz po feriach z brzuchem jak kobieta w ciąży. Dalej! – ouuu, ostra Dor, niczym brzytwa albo super ostry nóż pani Gertrudy.
- Dobra, już dobrze. To co mam robić? – zapytał Łapa, gdy już łaskawie stanął przy rurze i wyglądał jak idiota. Chociaż przystojny idiota, dobre i to.
- Chwyć obiema rękoma, najwyżej jak możesz i okręcając się, zjedź na sam dół – zaczęła wydawać polecenie brunetka, reszty nie słyszałam i niestety nie widziałam, bo James wyciągnął mnie z pomieszczenia i przeszliśmy na basen.
- Niech go pomęczy, rzeczywiście ostatnio przytył – powiedział, po czym usiadł na krawędzi i wsadził nogi do ciepłej wody, zresztą ja zrobiłam to samo – Pogodziłaś się z Petunią?
- Tak, nadal jestem w szoku, że pierwsza wyciągnęła rękę. Obawiam się, że to tylko hormony i po ciąży znowu wróci stara Petunia, no, ale póki co to po korzystam z uprzejmości siostry – odparłam chlapiąc dookoła. Takie dziecinne zabawy, uwielbiam to!
- Ostatnio zastanawiałem się nad paroma sprawami, w sensie, niedługo kończymy szkołę, trzeba będzie się zdecydować co robić dalej, niby czasy są niepewne, ale co myślisz o zalegalizowaniu związku? – zapytał James, a ja się zapowietrzyłam.
- Chodzi ci o ślub? – zapytałam. Nie wiem, czy to mój dom go tak nastawia, ale gada o tym jak nakręcony. Te rzucanie „teściu” do mojego taty, albo inne teksty.
- Dokładnie o to – odparł uśmiechając się tak słodko. Wiem, powinnam napisać męsko i seksownie, ale ten słodki uśmiech jest przeznaczony tylko dla mnie i tylko przy mnie Rogacz go tworzy. I wie, że nie potrafię się mu oprzeć…
- Myślę, że jeżeli ludzie się kochają i chcą być ze sobą do końca życia, to jak najbardziej, powinni wziąć ślub – odpowiedziałam uśmiechając się delikatnie – Ale chyba nie chcesz mi się teraz oświadczać, prawda?
- Jasne, że nie! Musi być romantycznie, żebyś to zapamiętała na zawsze – powiedział James z tym huncwockim uśmiechem. Chociaż, nie wiem jak uśmiech może być huncwocki, OK., z zadziornym uśmiechem niegrzecznego chłopca. Wiecie, seksownego chłopca… Także, widząc ten uśmiech nie mogłam się opanować i prawie że rzuciłam  się na mojego przystojniaka, przy okazji zrzucając mu okulary do wody.
- Upss – wyszeptałam odrywając się od jego ust – To teraz muszę zanurkować?
- Tak – odparł bezwzględnie J. Uch, no dobra. Wsunęłam się do basenu i zanurkowałam. Po paru wynurzeniach i parskaniu wodą, w końcu znalazłam zgubę.
- Masz – wydyszałam.
- Dla takich widoków, było warto – powiedział James ze śmiechem. No tak, spojrzałam po sobie i doszłam do wniosku, że wyglądam jak zmokła kura. Woda dosłownie lała się z włosów, a wolę nie myśleć co się działo z moją twarzą, wodoodporny tusz mi się już skończył.
- Chodź, przebierzesz się, bo się jeszcze przeziębisz – powiedział, po czym zarzucił mi na ramiona swoją bluzę.

O 17 znowu zasiedliśmy przy stole. Święta mają to do siebie, że w kółko coś się je, nawet jeśli już się nie jest głodnym. Ale teraz serio byliśmy głodni, ja po poszukiwaniach okularów w basenie, Black, bo był wymęczony przez Dorcas, a Remus z Mary od rana nie wychodzili z pokoju, kujony jedne. Znowu Mar będzie miała lepsze oceny ode mnie, kurczę, niedoczekanie! Po Sylwestrze wróci Wiewiór- kujon! Ale nieważne, moje rozważania naukowe zostawmy sobie na później.
Znowu zjechało się trochę gości, w większości byli to przyjaciele rodziców oraz rodzina Dursleyów. Nadal uważam, że Vernon ma małą obsesję na punkcie świdrów, ale jest całkiem miły. Chociaż, co chwilę musiałam stopować chłopaków, żeby nie wyskoczyli z jakąś nowinką z czarodziejskiego świata, ale ogólnie atmosfera była całkiem miła. Święta, jak to one mają też to do siebie, że zaraz się kończą. Po 22-giej goście zaczęli się zbierać do domów i w końcu nastała miła cisza i spokój. Nie, to nie jest tak że nie lubię tych ludzi, są wspaniali, ale ostatnio zupełnie nie miałam chwili tylko dla siebie, a każdy potrzebuje czasem po przebywać w towarzystwie osób inteligentnych, haha, ale dowcip. Ale tak serio, lubię siebie i swoje towarzystwo, także dzisiaj zajęłam sobie kibelek na godzinę i zrobiłam relaksującą kąpiel z mnóstwem piany i pachnącymi świeczkami. Ooo tak, kobieta potrzebuje takich miłych chwil! Jutro jedziemy do domu Rogacza, właściwie nikt nie wie czego ma się spodziewać, czy dom jest w dobrym, czy złym stanie. Czy jest umeblowany, a nawet jeżeli jest, to czy w takim okropnym babcinym stylu? Mam nadzieję, że nie znajdziemy tak hordy wygłodniałych kotów, James mówił, że jego ciotka lubiła koty. Mogą nas zagryźć, czy coś. No, nic jutro się przekonamy!