Coraz ciężej idzie mi pisanie kolejnych rozdziałów :| Także, zobaczymy jak to będzie z tak częstym dodawaniem nowych postów. No, ale nie martwcie się, mam napisane do 19 rozdziału włącznie, więc tragedii nie ma.
- Spakowaliście wszystko? –
zapytała mama. Święta się skończyły, czas wyruszyć dalej, czyli do Doliny
Godryka. Cała moja rodzina stała przed drzwiami wyjściowymi w holu i żegnała
naszą szóstkę, jakbyśmy co najmniej jechali na Grenlandię.
- Taaak, mamy wszystko –
odparłam i przytuliłam rodzicielkę – Wyślę sowę jak dojedziemy.
- Dbajcie o siebie i o te
ślicznotki. Syriusz, będę ci wysyłał prenumeratę „Motocyklu” co miesiąc. James,
dbaj o Lily, Remusie, nie ucz się tyle, tylko wyciągnij gdzieś Mary – haa, tata
wie jak niektórych zawstydzić. Remus zaczerwienił się i wyjąkał coś w stylu
„Oczywiście, proszę pana”.
- Lily, pisz do mnie. Chce o
wszystkim wiedzieć. Nawet te sowy są całkiem miłe, da się przyzwyczaić –
powiedziała Petunia ściskając mnie mocno, a potem każdego również oplotła
swoich szczupłymi ramionami. Kto by pomyślał, prawda?
- Będziemy pisać i wysyłać
zdjęcia, trzymajcie się! – powiedziałam, gdy już każdy z każdym się wyściskał i
gdy mama każdemu wręczyła wielką paczkę prowiantu. Serio, tak jakby podróż
Błędnym Rycerzem miała nam zając miesiąc, a nie pół godziny!
Wyszliśmy z domu obładowani
torbami, paczkami i innymi tobołami, wyglądaliśmy niczym stare przekupki idące
na bazar. Gdy oddaliliśmy się już trochę od domu, Syriusz wyciągnął z kieszeni
różdżkę i machnięciem ręki wezwał nasz środek transportu. Po chwili, z piskiem
opon zatrzymał się przed nami trzypiętrowy autobus w kolorze wściekłego
fioletu.
- Witamy, w Błędnym Rycerzu!
Jestem Ryan Stebb konduktor autobusu. Dokąd jedziecie?
- Dolina Godryka – odparł
Syriusz, wkładając do autobusu wszystkie nasze toboły.
- To będzie za wszystkich 5
galeonów. Chyba, że za dodatkowego galeona chcecie gorącą czekoladę? – zapytał
konduktor, gdy już wszyscy zasiedliśmy na wolnych miejscach, a James szukał w
kieszeni pieniędzy.
- Bez czekolady – powiedział
J, podając pieniądze.
- OK., to najpierw
podrzucimy panią Marsh do Londynu, a następnie do Doliny Godryka! – odparł
chłopak i poszedł zając miejsce obok kierowcy autobusu.
- To moja pierwsza podróż
Rycerzem – powiedziałam uśmiechając się do przyjaciół. I po chwili okazało się,
że nie ma się z czego cieszyć, bo autobus mknął jak szalony, co chwilę ostro
hamował, przez co krzesła na których siedzieliśmy latały po całym środku komunikacji
i ogólnie było do kitu. Dobrze, że nikt z nas nie ma choroby lokomocyjnej, bo
gdyby ktoś zaczął wymiotować, ja też puściłabym pawia. A tego Black by nie
zapomniał do końca życia. Swojego jak i mojego. Po półgodzinnej męce, nabiciu
mi guza przez łokieć Mary i stracie paczki żelek w końcu dotarliśmy na miejsce.
- Zapraszam ponownie! –
zawołał za nami konduktor. Jego niedoczekanie!
Okazało się, że Dolina
Godryka to nieduża mieścina. Można by powiedzieć, że prawie wieś, ale Rogacz
uparł się, że jest to małe miasto. No, OK. Wszystkie domy były do siebie
podobne, nieduże i porośnięte różnorodną roślinnością. W sensie, teraz w zimie
były same suche gałęzie, ale w lato musi to wyglądać malowniczo. Uliczki były
wąskie i zaciszne, z daleka można było zobaczyć pub i niedaleko niego mały
kościółek z przylegającym cmentarzem. James powiedział, że dwie uliczki dalej
jest sklep mugolski, a jeszcze dalej prowadzony przez czarodziei. Także, jak
widać, czarodzieje mogą żyć z mugolami w jednym mieście w symbiozie.
- Daleko jeszcze? – zapytał
jęczącym tonem Syriusz. Jakoś dziwnym zbiegiem okoliczności, to on niósł
najcięższe bagaże, to nawet się nie dziwię, że jęczał.
- To tamten dom – powiedział
James, wskazując na piętrowy budynek z szarego kamienia, otoczony równie szarym
murkiem. Śliczny! Po chwili do dreptaliśmy do czarnej, żeliwnej furtki.
- Masz klucze, prawda? –
zapytałam.
- Po co mi klucze, jak mam
różdżkę? Ciotka była czarownicą… - odparł James, wyjmując wcześniej wspomniany
przedmiot i otwierając furtkę Alohomorą.
Przeszliśmy wąską ścieżką,
znowu J potraktował wejście, czyli dębowe drzwi czarem i weszliśmy do środka.
Okazało się, że ciotka Rogacza miała całkiem niezły gust, przynajmniej dół był
urządzony ładnie. W neutralnych barwach, z porządnie wyglądającymi ciemnymi
meblami i sporymi, szarymi sofami.
- Ale te zasłony zmienimy –
powiedziałam patrząc na wpół zjedzone przez mole firanki i zasłonki.
- Ty tu rządzisz –
powiedział James, czym mnie zachwycił. Która kobieta, nie chciałaby mieć we
władaniu domu? Każda. Raczej.
- To może chodźmy na górę? –
zapytała Mar.
- Jak będziemy dzielić
pokoje? – zapytała Dor, patrząc znacząco na Syriusza.
- Chyba parami, nie chłopcy?
– odparł Black.
- Ale Mary i Remus nie są
parą – powiedziałam. Nie chcę żeby blondynka robiła coś wbrew swojej woli, w
końcu może ona woli mieć pokój z którąś z nas.
- Tak właściwie Lily, to od
wczoraj jesteśmy razem – powiedział Remus biorąc Mary za rękę i uśmiechając się
nieśmiało. A to małpy, nic nie powiedzieli! Mówili, że się uczyli, taaa, jasne!
- Stary, gratulacje! – Black
i ten jego entuzjazm.
- Już myślałam, że nigdy wam
się nie uda! Mary jak mogłaś nam nic nie powiedzieć?! – wykrzyczała Dorcas
uderzając Mary łokciem w bok tak, że aż blondynka się zwinęła z bólu. No, Dor i
jej moc łokcia, oni razem są niezwyciężeni! Normalnie można by wysłać Dorcas
jako bojową maszynę na Voldemorta. Po ciosie jej łokciem, na pewno by się
poddał i gdzieś uciekł, czy coś. Nazwałabym ją Dorsomak. Ale nieważne, taka
głupia dygresja.
- Chodźmy wybrać pokój – zarządził
James, po czym bezceremonialnie pociągnął mnie za sobą na górę. I takim oto
sposobem znowu wylądowaliśmy na pięterku - co zresztą nadal głupio brzmi. Jakoś
tak sprośnie, nie?
- Ten będzie nasz! –
wydyszałam, bo jak James zarzuci tempo, to zaczynam sapać jak stary wiewiór. To
znaczy, tak ogólnie to nawet nie wiem czy wiewiórki sapią, ale przyjmijmy, że
tak. Wracając do pokoju, była to największa sypialnia ale nie znowu jakaś ogromniasta, utrzymana w jasnych
barwach, trochę w stylu skandynawskim, co bardzo mi przypadło do gustu. Nie
wiem jak Rogaczowi, ale on tu nie ma nic do gadania, prawda? Jasne, że nie ma!
- Wygodne łóżko –
powiedziałam, gdy rzuciłam się na nie, a ono jakoś dziwnie zafalowało. Hm, niezwykły
materac.
- To łóżko wodne! – zawołał
J gdy uwalił się koło mnie i normalnie przepłynęliśmy dalej. Albo można
powiedzieć, że łóżko zniosło nas jak łódkę na jeziorze, nie wiem czy kumacie o
co mi chodzi.
- Jest świetne – dodałam,
gdy tak śmiesznie pod nami falowało. Serio, nigdy czegoś podobnego nie
widziałam. Tak sobie podskakiwaliśmy dalej.
- Ale super!! Ooo, tak!
Dalej!
- Wy już zaczęliście
produkować małe wiewióry, czy co? – zapytał Black włażąc w buciorach do naszego
czyściutkiego pokoju – Rogaś, opanuj się, bo zwabisz tu wszystkie łanie –
dodał, po czym zaśmiał się rubasznie.
- Mój dywan! Zdejmuj buty,
brudny kundlu! – zawołałam, co J skwitował idiotycznym śmiechem.
- Ruda, spoko-loko, chcesz
wąchać moje skarpety, to proszę bardzo! – po czym Syriusz usiadł na podłodze i
rozwiązał swoje brzydkie kamasze, albo mam lepszą nazwę – walonki! Haha, no
OK., nie będę okrutna, to nie są walonki. Chociaż, pasowałyby do jego
dzisiejszego stylu na rolnika – koszula w kratę, sprane dżinsy.
- Proszę Ruda, podziwiaj me
skarpety – powiedział po czym zaczął przebierać swymi stopami w rozmiarze 43.
Syry Syriusza (jak to pięknie brzmi, tak swoją drogą) są wielkie i zazwyczaj śmierdzą, także
James od razu otworzył okno.
- Załóż kapcie które
dostałeś od mamy Evans – powiedział Rogacz. A ten znowu z tym wyjeżdża! Już
moją mamusię nazywa swoją…
- Jasne – odparł Syriusz, po
czym założył kapcie. I smród zniknął. Nie wiem jak Dorcas z nim wytrzymuje,
serio!
- Wypad z naszego pokoju –
powiedziałam i zatrzasnęłam mu drzwi przed nosem.
- Bo chcesz się zając
produkcją jelenio-wiewiórek, tak?! – zawołał idiotycznie, zresztą jak to Black.
- Na Merlina, jak ty z nim
wytrzymujesz? – zapytałam mego osobistego Jelenia.
-
Nie wiem – odparł J po czym zaczął wypakowywać nasze ciuchy do komody. Proszę
jaki uczynny chłopiec z tego Jamesa!
- Ouu, to jest fajne –
powiedział, po czym zaczął oglądać moją jakże seksowną, czarną, koronkową
koszulkę nocną. Prezent od mamy, ona serio chyba chce już mieć wnuki!
- Fajne, bardzo fajne –
odparłam i wcisnęłam ją głęboko do szuflady – Może ja ci pogrzebię w bieliźnie,
hm? – po czym rzeczywiście to zrobiłam, ale okazało się, że Rogacz ma tylko
czarne bokserki. Wszystkie takie same. Cóż. Nic ciekawego.
- Oo, Paddington! – zawołał
Rogacz i wskazał na okno. Jednak sowy to mądre ptaki, nie wiem jak Pad nas
znalazł.
- To wyślij od razu list do
moich rodziców, że dotarliśmy, a ja przygotuję obiad – powiedziałam, gdy już
cała moja bielizna wylądowała bezpiecznie w szufladzie, a ja poczułam pierwsze
objawy głodu, czyli ssanie w żołądku. Skierowałam się z powrotem na dół i do
kuchni.
Kuchnia, jak reszta domu
była w jasnych barwach. Wyposażenie dosyć normalne, chociaż w niektórych
szafkach nadal znajdowały się jakieś dziwne zapasy, dziwnego jedzenia w
słoikach i trochę składników do eliksirów. Nawet w jednej szafce znalazłam
całkiem nowy kociołek, to potem może pobawię się w Mistrza Eliksirów i uwarzę
coś na te śmierdzące syriuszowe stopy. O ile coś takiego istnieje, bo niestety
obawiam się, że nigdy nie pozbędziemy się tego smrodu, ale przypomniałam sobie,
że przezornie wzięłam mały zapas odświeżaczy powietrza w aerozolu, o zapachu
brazylijskiego mango i japońskiego ogrodu zen. Mam nadzieję, że te aromaty
zamaskują smrodek.
- Oo, mamunia zapakowała nam
indyka, mniam mniam – powiedziałam do siebie, po czym od skubałam kawałek
smacznego mięska.
- Już się pasiesz? –
zapytała Dor – A ja?
- Częstuj się – powiedziałam
wskazując na inne pyszności, na przykład rybę po grecku i inne jedzenie
popakowane w plastikowe pojemniki.
- Odgrzejmy indyka –
zaproponowała Mary, która też przyleciała do kuchni. Wiecie, dziewczyny przy
garach, a faceci, hm, przed telewizorem? Tylko, że tu nie ma telewizora.
Nieważne.
- Dobra – powiedziała
Dorcas, po czym wyciągnęła garnki i poprzekładała wszystkie składniki, w sensie
indyka i jakieś gotowe warzywa, która zapakowała mama. No, albo pani Gertruda.
Po chwili w domu roznosił
się przyjemny aromat indyka z kasztanami oraz marchewki, które to mieszały się
dziwnie z odświeżaczem powietrza o zapachu japońskiego ogrodu zen. Ciekawe kto
wymyśla takie zapachy? I nazwy.
- Obiad!! – wydarła się Dor,
przy czym rozniósł się tupot głodnej gromady dzikich sępów, lub innych hien. I
po sekundzie lub dwóch stała przed nami trójka niezłych przystojniaków. Jeden
ze śmierdzącymi stopami, drugi z przekrzywionymi okularami i rozwianymi
włosami, a trzeci z gazetą „Nauka to magii sztuka” za paskiem dżinsów. To sobie
ideały znalazłyśmy!
Gdy już wszyscy posililiśmy się smacznym jedzonkiem i
popiliśmy to obficie herbatką jeżynową, stwierdziliśmy, że pogramy w państwa –
miasta.
- Stop! – zawołał Remus.
- Litera R – powiedziała
Mary – Czas start!
OK., państwo na literę R –
Rumunia, miasto Radom i jego mieszkanka chytra baba, roślina Rumianek, zwierzę
Rosomak, sławna osoba hmm Ronaldo i imię Roman.
- Już! – zawołałam zacieszając
się z mojej rozległej wiedzy. Łehehehe, a Black pewnie jeszcze miasta nie
wymyślił! – Liczę do 15, 15, 14…..2, 1 i już! Czytam pierwsza, państwo Rumunia!
- To samo – odparł James, na
co Mary pokiwała głową, a Dor powiedziała „też”.
- Ja mam Rosję – powiedział
Remus.
- Republika Konga – odparł
Syriusz, zadziwiając nas wszystkich swoją wiedzą. No, no.
- Miasto Radom –
powiedziałam, bo byłam pewna, że nikt czegoś takiego nie wymyślił.
- Rotterdam – powiedziała
Mary na co reszta pokiwała głowami. Co oni tacy zgodni? No, ale na razie
wygrywam, to jest fajnie.
- Roślina – Rumianek –
powiedziałam.
- To samo – odparła reszta.
No kurczę, każdy od każdego ściągał, czy co?!
- Zwierzę – Rosomak –
powiedziałam.
- Rekin.
- Rzekotek pospolity.
- Ryś.
- Renifer – odparł James. Co
on swoją drogą, ma do tych kopytnych zwierząt?
- Ropucha – powiedział Black
i dodał szeptem – Tak, to do ciebie Ruda.
Ugh, dupek. No nic, na razie
był remis.
- Sławna osoba – Ronaldo –
powiedziałam.
- A kto to jest? – zapytał
James.
- Piłkarz. Mugolski zawodnik
– odparłam.
- Rowena Ravenclaw –
powiedzieli zgodnym chórkiem. O, jakoś nie pomyślałam. Ale, dzięki temu
wygrywam!
- Dobra, ostatnia kategoria,
imię – Roman.
- Remus – odpowiedzieli,
patrząc po sobie z posępnymi minami. Bo wiedzieli co się stanie…
- Haaa, wygrałam! Ja! JA!
JAAA!! Hahahaha, Black jak zwykle przegraaałeś! – zaczęłam się wydzierać i
skakać po kanapie. Wiem, że zachowywałam się jak małe dziecko, ale niestety, ci
co mnie znają, wiedzą jak działa na mnie wygrana – Uhu, kto jest mądry? Ja,
Wiewiórka! Hahaha.
- Serio, Lily? Jeszcze tak
reagujesz na wygraną? – zapytała Mary robiąc Face Palm. No cóz. Przykro mi, że
jestem sobą!
- Oczywiście, że tak! A
jako, że wygrałam, jestem dzisiaj waszą królową, moje pierwsze rozporządzenie,
macie ogarnąć ten syf w kuchni! Ale już! – zawołałam, gdy w końcu mogłam się
spokojnie rozłożyć na całej kanapie – A ty gdzie idziesz, Jamesie? Masuj mi
kark, kotku – dopowiedziałam, na co chłopak przystał z radością, w końcu pewnie
woli mi robić masaż, niż sprzątać brudną kuchnię. Także, gdy moje kochane
skrzaty jęcząc i mi ubliżając, oraz zapowiadając okrutną zemstę poszli do
kuchni, ja w spokoju mogłam się oddać miłym doznaniom zapewnionym przez delikatne
dłonie Rogacza. Było całkiem miło, nawet okazało się, że James wie co robi.
Także, pierwszy dzień pobytu w Dolinie Godryka był wspaniały!
Szczerze ja jak wygram też reaguję tak ja Ruda i śpiewam na cały dom że wygrałam. Cieszę się że Luniek i Mary są wreszcie parą.
OdpowiedzUsuńHahaha brawo Ruda !!! :D Rozdział super ;) Napisałabym dłużej ale teraz nie mam czasu więc tylko życze weny i czekan na next :*
OdpowiedzUsuń