czwartek, 25 września 2014

Rozdział 15 Dolina Godryka



Coraz ciężej idzie mi pisanie kolejnych rozdziałów :| Także, zobaczymy jak to będzie z tak częstym dodawaniem nowych postów. No, ale nie martwcie się, mam napisane do 19 rozdziału włącznie, więc tragedii nie ma.


- Spakowaliście wszystko? – zapytała mama. Święta się skończyły, czas wyruszyć dalej, czyli do Doliny Godryka. Cała moja rodzina stała przed drzwiami wyjściowymi w holu i żegnała naszą szóstkę, jakbyśmy co najmniej jechali na Grenlandię.
- Taaak, mamy wszystko – odparłam i przytuliłam rodzicielkę – Wyślę sowę jak dojedziemy.
- Dbajcie o siebie i o te ślicznotki. Syriusz, będę ci wysyłał prenumeratę „Motocyklu” co miesiąc. James, dbaj o Lily, Remusie, nie ucz się tyle, tylko wyciągnij gdzieś Mary – haa, tata wie jak niektórych zawstydzić. Remus zaczerwienił się i wyjąkał coś w stylu „Oczywiście, proszę pana”.
- Lily, pisz do mnie. Chce o wszystkim wiedzieć. Nawet te sowy są całkiem miłe, da się przyzwyczaić – powiedziała Petunia ściskając mnie mocno, a potem każdego również oplotła swoich szczupłymi ramionami. Kto by pomyślał, prawda?
- Będziemy pisać i wysyłać zdjęcia, trzymajcie się! – powiedziałam, gdy już każdy z każdym się wyściskał i gdy mama każdemu wręczyła wielką paczkę prowiantu. Serio, tak jakby podróż Błędnym Rycerzem miała nam zając miesiąc, a nie pół godziny!
Wyszliśmy z domu obładowani torbami, paczkami i innymi tobołami, wyglądaliśmy niczym stare przekupki idące na bazar. Gdy oddaliliśmy się już trochę od domu, Syriusz wyciągnął z kieszeni różdżkę i machnięciem ręki wezwał nasz środek transportu. Po chwili, z piskiem opon zatrzymał się przed nami trzypiętrowy autobus w kolorze wściekłego fioletu.
- Witamy, w Błędnym Rycerzu! Jestem Ryan Stebb konduktor autobusu. Dokąd jedziecie?
- Dolina Godryka – odparł Syriusz, wkładając do autobusu wszystkie nasze toboły.
- To będzie za wszystkich 5 galeonów. Chyba, że za dodatkowego galeona chcecie gorącą czekoladę? – zapytał konduktor, gdy już wszyscy zasiedliśmy na wolnych miejscach, a James szukał w kieszeni pieniędzy.
- Bez czekolady – powiedział J, podając pieniądze.
- OK., to najpierw podrzucimy panią Marsh do Londynu, a następnie do Doliny Godryka! – odparł chłopak i poszedł zając miejsce obok kierowcy autobusu.
- To moja pierwsza podróż Rycerzem – powiedziałam uśmiechając się do przyjaciół. I po chwili okazało się, że nie ma się z czego cieszyć, bo autobus mknął jak szalony, co chwilę ostro hamował, przez co krzesła na których siedzieliśmy latały po całym środku komunikacji i ogólnie było do kitu. Dobrze, że nikt z nas nie ma choroby lokomocyjnej, bo gdyby ktoś zaczął wymiotować, ja też puściłabym pawia. A tego Black by nie zapomniał do końca życia. Swojego jak i mojego. Po półgodzinnej męce, nabiciu mi guza przez łokieć Mary i stracie paczki żelek w końcu dotarliśmy na miejsce.
- Zapraszam ponownie! – zawołał za nami konduktor. Jego niedoczekanie!
Okazało się, że Dolina Godryka to nieduża mieścina. Można by powiedzieć, że prawie wieś, ale Rogacz uparł się, że jest to małe miasto. No, OK. Wszystkie domy były do siebie podobne, nieduże i porośnięte różnorodną roślinnością. W sensie, teraz w zimie były same suche gałęzie, ale w lato musi to wyglądać malowniczo. Uliczki były wąskie i zaciszne, z daleka można było zobaczyć pub i niedaleko niego mały kościółek z przylegającym cmentarzem. James powiedział, że dwie uliczki dalej jest sklep mugolski, a jeszcze dalej prowadzony przez czarodziei. Także, jak widać, czarodzieje mogą żyć z mugolami w jednym mieście w symbiozie.
- Daleko jeszcze? – zapytał jęczącym tonem Syriusz. Jakoś dziwnym zbiegiem okoliczności, to on niósł najcięższe bagaże, to nawet się nie dziwię, że jęczał.
- To tamten dom – powiedział James, wskazując na piętrowy budynek z szarego kamienia, otoczony równie szarym murkiem. Śliczny! Po chwili do dreptaliśmy do czarnej, żeliwnej furtki.
- Masz klucze, prawda? – zapytałam.
- Po co mi klucze, jak mam różdżkę? Ciotka była czarownicą… - odparł James, wyjmując wcześniej wspomniany przedmiot i otwierając furtkę Alohomorą.
Przeszliśmy wąską ścieżką, znowu J potraktował wejście, czyli dębowe drzwi czarem i weszliśmy do środka. Okazało się, że ciotka Rogacza miała całkiem niezły gust, przynajmniej dół był urządzony ładnie. W neutralnych barwach, z porządnie wyglądającymi ciemnymi meblami i sporymi, szarymi sofami.
- Ale te zasłony zmienimy – powiedziałam patrząc na wpół zjedzone przez mole firanki i zasłonki.
- Ty tu rządzisz – powiedział James, czym mnie zachwycił. Która kobieta, nie chciałaby mieć we władaniu domu? Każda. Raczej.
- To może chodźmy na górę? – zapytała Mar.
- Jak będziemy dzielić pokoje? – zapytała Dor, patrząc znacząco na Syriusza.
- Chyba parami, nie chłopcy? – odparł Black.
- Ale Mary i Remus nie są parą – powiedziałam. Nie chcę żeby blondynka robiła coś wbrew swojej woli, w końcu może ona woli mieć pokój z którąś z nas.
- Tak właściwie Lily, to od wczoraj jesteśmy razem – powiedział Remus biorąc Mary za rękę i uśmiechając się nieśmiało. A to małpy, nic nie powiedzieli! Mówili, że się uczyli, taaa, jasne!
- Stary, gratulacje! – Black i ten jego entuzjazm.
- Już myślałam, że nigdy wam się nie uda! Mary jak mogłaś nam nic nie powiedzieć?! – wykrzyczała Dorcas uderzając Mary łokciem w bok tak, że aż blondynka się zwinęła z bólu. No, Dor i jej moc łokcia, oni razem są niezwyciężeni! Normalnie można by wysłać Dorcas jako bojową maszynę na Voldemorta. Po ciosie jej łokciem, na pewno by się poddał i gdzieś uciekł, czy coś. Nazwałabym ją Dorsomak. Ale nieważne, taka głupia dygresja.
- Chodźmy wybrać pokój – zarządził James, po czym bezceremonialnie pociągnął mnie za sobą na górę. I takim oto sposobem znowu wylądowaliśmy na pięterku - co zresztą nadal głupio brzmi. Jakoś tak sprośnie, nie?
- Ten będzie nasz! – wydyszałam, bo jak James zarzuci tempo, to zaczynam sapać jak stary wiewiór. To znaczy, tak ogólnie to nawet nie wiem czy wiewiórki sapią, ale przyjmijmy, że tak. Wracając do pokoju, była to największa sypialnia ale nie znowu jakaś ogromniasta, utrzymana w jasnych barwach, trochę w stylu skandynawskim, co bardzo mi przypadło do gustu. Nie wiem jak Rogaczowi, ale on tu nie ma nic do gadania, prawda? Jasne, że nie ma!
- Wygodne łóżko – powiedziałam, gdy rzuciłam się na nie, a ono jakoś dziwnie zafalowało. Hm, niezwykły materac.
- To łóżko wodne! – zawołał J gdy uwalił się koło mnie i normalnie przepłynęliśmy dalej. Albo można powiedzieć, że łóżko zniosło nas jak łódkę na jeziorze, nie wiem czy kumacie o co mi chodzi.
- Jest świetne – dodałam, gdy tak śmiesznie pod nami falowało. Serio, nigdy czegoś podobnego nie widziałam. Tak sobie podskakiwaliśmy dalej.
- Ale super!! Ooo, tak! Dalej!
- Wy już zaczęliście produkować małe wiewióry, czy co? – zapytał Black włażąc w buciorach do naszego czyściutkiego pokoju – Rogaś, opanuj się, bo zwabisz tu wszystkie łanie – dodał, po czym zaśmiał się rubasznie.
- Mój dywan! Zdejmuj buty, brudny kundlu! – zawołałam, co J skwitował idiotycznym śmiechem.
- Ruda, spoko-loko, chcesz wąchać moje skarpety, to proszę bardzo! – po czym Syriusz usiadł na podłodze i rozwiązał swoje brzydkie kamasze, albo mam lepszą nazwę – walonki! Haha, no OK., nie będę okrutna, to nie są walonki. Chociaż, pasowałyby do jego dzisiejszego stylu na rolnika – koszula w kratę, sprane dżinsy.
- Proszę Ruda, podziwiaj me skarpety – powiedział po czym zaczął przebierać swymi stopami w rozmiarze 43. Syry Syriusza (jak to pięknie brzmi, tak swoją drogą) są wielkie i zazwyczaj śmierdzą, także James od razu otworzył okno.
- Załóż kapcie które dostałeś od mamy Evans – powiedział Rogacz. A ten znowu z tym wyjeżdża! Już moją mamusię nazywa swoją…
- Jasne – odparł Syriusz, po czym założył kapcie. I smród zniknął. Nie wiem jak Dorcas z nim wytrzymuje, serio!
- Wypad z naszego pokoju – powiedziałam i zatrzasnęłam mu drzwi przed nosem.
- Bo chcesz się zając produkcją jelenio-wiewiórek, tak?! – zawołał idiotycznie, zresztą jak to Black.
- Na Merlina, jak ty z nim wytrzymujesz? – zapytałam mego osobistego Jelenia.
- Nie wiem – odparł J po czym zaczął wypakowywać nasze ciuchy do komody. Proszę jaki uczynny chłopiec z tego Jamesa!
- Ouu, to jest fajne – powiedział, po czym zaczął oglądać moją jakże seksowną, czarną, koronkową koszulkę nocną. Prezent od mamy, ona serio chyba chce już mieć wnuki!
- Fajne, bardzo fajne – odparłam i wcisnęłam ją głęboko do szuflady – Może ja ci pogrzebię w bieliźnie, hm? – po czym rzeczywiście to zrobiłam, ale okazało się, że Rogacz ma tylko czarne bokserki. Wszystkie takie same. Cóż. Nic ciekawego.
- Oo, Paddington! – zawołał Rogacz i wskazał na okno. Jednak sowy to mądre ptaki, nie wiem jak Pad nas znalazł.
- To wyślij od razu list do moich rodziców, że dotarliśmy, a ja przygotuję obiad – powiedziałam, gdy już cała moja bielizna wylądowała bezpiecznie w szufladzie, a ja poczułam pierwsze objawy głodu, czyli ssanie w żołądku. Skierowałam się z powrotem na dół i do kuchni.
Kuchnia, jak reszta domu była w jasnych barwach. Wyposażenie dosyć normalne, chociaż w niektórych szafkach nadal znajdowały się jakieś dziwne zapasy, dziwnego jedzenia w słoikach i trochę składników do eliksirów. Nawet w jednej szafce znalazłam całkiem nowy kociołek, to potem może pobawię się w Mistrza Eliksirów i uwarzę coś na te śmierdzące syriuszowe stopy. O ile coś takiego istnieje, bo niestety obawiam się, że nigdy nie pozbędziemy się tego smrodu, ale przypomniałam sobie, że przezornie wzięłam mały zapas odświeżaczy powietrza w aerozolu, o zapachu brazylijskiego mango i japońskiego ogrodu zen. Mam nadzieję, że te aromaty zamaskują smrodek.
- Oo, mamunia zapakowała nam indyka, mniam mniam – powiedziałam do siebie, po czym od skubałam kawałek smacznego mięska.
- Już się pasiesz? – zapytała Dor – A ja?
- Częstuj się – powiedziałam wskazując na inne pyszności, na przykład rybę po grecku i inne jedzenie popakowane w plastikowe pojemniki.
- Odgrzejmy indyka – zaproponowała Mary, która też przyleciała do kuchni. Wiecie, dziewczyny przy garach, a faceci, hm, przed telewizorem? Tylko, że tu nie ma telewizora. Nieważne.
- Dobra – powiedziała Dorcas, po czym wyciągnęła garnki i poprzekładała wszystkie składniki, w sensie indyka i jakieś gotowe warzywa, która zapakowała mama. No, albo pani Gertruda.
Po chwili w domu roznosił się przyjemny aromat indyka z kasztanami oraz marchewki, które to mieszały się dziwnie z odświeżaczem powietrza o zapachu japońskiego ogrodu zen. Ciekawe kto wymyśla takie zapachy? I nazwy.
- Obiad!! – wydarła się Dor, przy czym rozniósł się tupot głodnej gromady dzikich sępów, lub innych hien. I po sekundzie lub dwóch stała przed nami trójka niezłych przystojniaków. Jeden ze śmierdzącymi stopami, drugi z przekrzywionymi okularami i rozwianymi włosami, a trzeci z gazetą „Nauka to magii sztuka” za paskiem dżinsów. To sobie ideały znalazłyśmy! 
Gdy już wszyscy posililiśmy się smacznym jedzonkiem i popiliśmy to obficie herbatką jeżynową, stwierdziliśmy, że pogramy w państwa – miasta.
- Stop! – zawołał Remus.
- Litera R – powiedziała Mary – Czas start!
OK., państwo na literę R – Rumunia, miasto Radom i jego mieszkanka chytra baba, roślina Rumianek, zwierzę Rosomak, sławna osoba hmm Ronaldo i imię Roman.
- Już! – zawołałam zacieszając się z mojej rozległej wiedzy. Łehehehe, a Black pewnie jeszcze miasta nie wymyślił! – Liczę do 15, 15, 14…..2, 1 i już! Czytam pierwsza, państwo Rumunia!
- To samo – odparł James, na co Mary pokiwała głową, a Dor powiedziała „też”.
- Ja mam Rosję – powiedział Remus.
- Republika Konga – odparł Syriusz, zadziwiając nas wszystkich swoją wiedzą. No, no.
- Miasto Radom – powiedziałam, bo byłam pewna, że nikt czegoś takiego nie wymyślił.
- Rotterdam – powiedziała Mary na co reszta pokiwała głowami. Co oni tacy zgodni? No, ale na razie wygrywam, to jest fajnie.
- Roślina – Rumianek – powiedziałam.
- To samo – odparła reszta. No kurczę, każdy od każdego ściągał, czy co?!
- Zwierzę – Rosomak – powiedziałam.
- Rekin.
- Rzekotek pospolity.
- Ryś.
- Renifer – odparł James. Co on swoją drogą, ma do tych kopytnych zwierząt?
- Ropucha – powiedział Black i dodał szeptem – Tak, to do ciebie Ruda.
Ugh, dupek. No nic, na razie był remis.
- Sławna osoba – Ronaldo – powiedziałam.
- A kto to jest? – zapytał James.
- Piłkarz. Mugolski zawodnik – odparłam.
- Rowena Ravenclaw – powiedzieli zgodnym chórkiem. O, jakoś nie pomyślałam. Ale, dzięki temu wygrywam!
- Dobra, ostatnia kategoria, imię – Roman.
- Remus – odpowiedzieli, patrząc po sobie z posępnymi minami. Bo wiedzieli co się stanie…
- Haaa, wygrałam! Ja! JA! JAAA!! Hahahaha, Black jak zwykle przegraaałeś! – zaczęłam się wydzierać i skakać po kanapie. Wiem, że zachowywałam się jak małe dziecko, ale niestety, ci co mnie znają, wiedzą jak działa na mnie wygrana – Uhu, kto jest mądry? Ja, Wiewiórka! Hahaha.
- Serio, Lily? Jeszcze tak reagujesz na wygraną? – zapytała Mary robiąc Face Palm. No cóz. Przykro mi, że jestem sobą!
- Oczywiście, że tak! A jako, że wygrałam, jestem dzisiaj waszą królową, moje pierwsze rozporządzenie, macie ogarnąć ten syf w kuchni! Ale już! – zawołałam, gdy w końcu mogłam się spokojnie rozłożyć na całej kanapie – A ty gdzie idziesz, Jamesie? Masuj mi kark, kotku – dopowiedziałam, na co chłopak przystał z radością, w końcu pewnie woli mi robić masaż, niż sprzątać brudną kuchnię. Także, gdy moje kochane skrzaty jęcząc i mi ubliżając, oraz zapowiadając okrutną zemstę poszli do kuchni, ja w spokoju mogłam się oddać miłym doznaniom zapewnionym przez delikatne dłonie Rogacza. Było całkiem miło, nawet okazało się, że James wie co robi. Także, pierwszy dzień pobytu w Dolinie Godryka był wspaniały!

2 komentarze:

  1. Szczerze ja jak wygram też reaguję tak ja Ruda i śpiewam na cały dom że wygrałam. Cieszę się że Luniek i Mary są wreszcie parą.

    OdpowiedzUsuń
  2. Hahaha brawo Ruda !!! :D Rozdział super ;) Napisałabym dłużej ale teraz nie mam czasu więc tylko życze weny i czekan na next :*

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.