niedziela, 31 sierpnia 2014

Rozdział 6 Ślepa Lily



- Dobra, to co mam mówić? Jak mam się zachowywać? – zapytałam zrozpaczona patrząc na przyjaciółki. Tak, poniedziałkowy poranek nastał bardzo szybko po źle przespanej nocy. Po powrocie, przynajmniej do pierwszej w nocy zastanawiałam jak mam się zachowywać w stosunku do Rogacza. Randkę zaliczam do udanych i jej koniec bardzo mi się podobał, ale wiecie zupełnie nie wiem co mam teraz myśleć. Z jednej strony odrzucałam Pottera przez sześć długich lat, a teraz po paru całusach mam mu się rzucić na szyję i zapewnić, że już zawsze będziemy razem i będziemy mieć dwadzieścioro dzieci? No raczej nie. Także, byłam trochę zdenerwowana.
- Zachowuj się normalnie, nie tak jakby nic się wczoraj nie stało, ale wiesz, mów do niego po imieniu, bądź miła, na pewno James też nie będzie wiedział jak ma się w stosunku do ciebie teraz zachowywać – odparła jak zawsze logicznie Mary. Pokrzepiła mnie tym trochę.
- No nie wiem, ja bym mu się rzuciła na szyje i wpiła w te rozkoszne usta – powiedziała Dor zakładając szatę. Eh, cała ona.
Gdy już wszystkie wyszykowałyśmy się i spakowałyśmy torby poszłyśmy na śniadanie. Czułam się strasznie, co chwilę rozglądałam się dookoła, jakbym spodziewała się, że zza zbroi wyskoczy James i będzie chciał mnie całować, czy coś. Chyba jestem nienormalna.
Gdy doszłyśmy do Wielkiej Sali i skierowałyśmy się w stronę stołu Gryfonów, ujrzałam ich. Huncwotów. Wszystkich. Dor, jak to ona, od razu pognała w stronę Blacka, więc chcąc nie chcąc też się tam z Mary skierowałyśmy. Jedyne wolne miejsce było obok Pottera. Eh, chyba Wszechświat nastawił się przeciwko mnie.
- Cześć – powiedziałam siadając i całując Pottera w policzek. Że kurde, co ja zrobiłam? Wokół usłyszałam tylko szmer rozmów i spojrzenia zdziwionych uczniów. A miałam być naturalna! To nie było moje normalne zachowanie.
- Cze-eśc – odparł Rogacz trochę się jąkając – Ekhm, dobrze spałaś? – zapytał patrząc groźnie na Blacka, który strzelał głupie miny.
- Szczerze mówiąc, to okropnie – odparłam pijąc kawę – Nie mogłam zasnąć, bo myślałam o… - przerwałam rumieniąc się. Zarumieniłam się jeszcze bardziej gdy usłyszałam śmiech Łapy. Morgano, czemu zachowuje się jak jakaś opóźniona w rozwoju? Czemu o tym mówię?!
- Hm, napisałeś wypracowanie z eliksirów? – zapytałam gryząc tosta i próbując zachowywać się normalnie. Lilka, pamiętaj normalnie - gadałam sama do siebie w myślach.
- Taa, Remus mi pomógł – odparł Rogacz patrząc na mnie.
- Wiesz, jeżeli masz jakieś problemy z eliksirami to chętnie pomogę – powiedziałam, myśląc, że wiem co mogłoby być zapłatą za te korepetycje. O ludzie, co się ze mną dzieje?!
- Naprawdę?! Wiesz, bardzo chętnie, zupełnie sobie nie radzę z tym eliksirem euforii, a Slughorn powiedział, że znowu będziemy go dzisiaj warzyć – powiedział uśmiechając się – Z ostatniego dostałem O – hm, no nieźle on dostał Okropnego, a ja Wybitnego. To się dobraliśmy.
- Jak chcesz możemy razem usiąść i po prostu ci pomogę, wiesz, nigdy nie robię eliksirów tylko według podręcznika, zawsze na czuja i jakoś wychodzą. Eliksiry są podobne do gotowania, pewna przyprawa czasem pasuje do danego dania, a inna po prostu nie – odparłam, nie wiem czy przy okazji się nie przechwalając.
- Umiesz gotować? – zapytał zdziwiony Okularnik.
- No jasne, moja mama ma hopla na punkcie gotowania i w ogóle zdrowego odżywiania. Od zawsze przesiadywałam z nią w kuchni i coś pichciłyśmy, zobaczysz kiedyś upiekę wam keks, to takie ciasto, nie chwaląc się wychodzi mi naprawdę smaczne – dodałam rozkręcając się. Razem z moją drogą mamą tak mamy, że jak zaczniemy o gotowaniu to nie możemy skończyć - Najfajniejsza jest Gwiazdka, wtedy z mamą siedzimy dwa dni w kuchni i gotujemy kupę żarcia. Zresztą jeżeli chcecie to zapraszam was na Święta do siebie – powiedziałam patrząc na zaskoczone miny Huncwotów. Dziewczyny już dawno były zaproszone.
- Zapraszasz nas do siebie? – zapytał Black patrząc z niedowierzaniem – Na Święta?
- No, jasne, zobaczycie jak żyją mugole – odpowiedziałam śmiejąc się z ich min i krzywiąc się, gdy zdałam sobie sprawę z tego co powiedziałam. Trochę to zabrzmiało jak oglądanie zwierząt w ZOO – Spodoba Ci się Black, mój tata ma dwa motory – dodałam zachęcającym tonem.
- Whooaa, to ja się piszę, zawsze chciałem zobaczyć jak to działa! – zawołał – No, Rogacz, co się nie odzywasz, masz może jedyną szansę w życiu zobaczyć jak działa Wiewiórka w swoim naturalnym środowisku.
- Co? A, bardzo chętnie, nawet myśleliśmy, że będziemy musieli zostać na Święta w szkole, moi rodzice wyjechali na misję, za granicę, także bardzo chętnie Lily – odparł Potter.
- A ty Remusie? Peter? – zapytałam, cóż chciałam zawczasu napisać list do mamy, że jednak przyjedzie więcej osób. Ale znając ją i tatę to tylko się ucieszą, są bardzo towarzyscy. Gorzej z Petunią….
- Przepraszam Lily, jadę do babci, gdybyś spróbowała jej węgorza na słodko, to wiedziałabyś czemu – odpowiedział Peter popijając sok dyniowy.
- A ja chętnie – powiedział Lupin patrząc na Mary. Ha, wiedziałam że coś się kroi!
- Ale będzie super! – zawołała Dor – Wiecie jaki fajny ma dom Ruda? Ma basen w piwnicy, taki całoroczny! I ma wielką garderobę, nie mogę się doczekać, aż tam pobuszuję, a mama Lilki zawsze daje nam wielkie torby ciuchów, Lily mówi, że ona jest zaholiczką.
- Zakupoholiczką – poprawiłam Dor, uśmiechając się. W końcu wstaliśmy od stołu i skierowaliśmy się w stronę lochów.
- A wiecie, że Lilka jest arystokratką? – zapytała Mary, śmiejąc się z mojej głupiej miny – Oj, Lil, nie krzyw się.
- Co? Jesteś księżniczką? – zapytał Black klepiąc Pottera po plecach i gadając coś o zostaniu królewiczem.
- No nie, co wy. Tata ma tytuł Lorda, po dziadku. W 14 czy którymś tam pokoleniu jesteśmy spokrewnieni z Królową Anglii – odparłam stając pod drzwiami od klasy.
- Zaraz się okaże Ruda, że jesteśmy rodziną – odparł Łapa.
- To jest chyba niemożliwe, ty jesteś arystokratą wśród czarodziei, a ja wśród mugoli – odpowiedziałam wzruszając ramionami. Chciałam dalej poprowadzić mój wywód, ale przerwał mi profesor Slughorn zapraszając Gryfonów i Ślizgonów do sali. Po zajęciu przeze mnie i Rogacza miejsca w pierwszej ławce zapadła chwila ciszy, a później słychać było szepty. Eh, zapewne zacne plotki powstaną. Rozejrzałam się niepewnie po klasie, zostałam obdarowana uśmiechem przez Dorcas i kciukiem w górze Blacka. Oraz wściekłym spojrzeniem czarnych oczu. Aż się wzdrygnęłam. Przypomniałam sobie, jak kiedyś te oczy patrzyły na mnie przyjaźnie, a nie jak na robaka, szlamę.
- To co mam robić? – zapytał James szeptem po napełnieniu kociołka wodą i podgrzaniu go różdżką.
- Pokrój figę abisyńską w idealną kosteczkę, wrzuć do kociołka i zamieszaj dwa razy w lewo i pięć w prawo – odparłam szeptem. Dalszą instrukcję nadal podawałam mu szeptem i robiłam swój wywar. Na 20 minut przed końcem lekcji odezwał się profesor Slughorn:
- Sprzątamy, przelejcie wywary do fiolek ze swoimi nazwiskami i ustawcie na biurku. Pettigrew, daruj sobie przelewanie, bo na pewno Ci się nie uda. Czas na korepetycje drogi chłopcze.
Gdy już wszyscy oddali swoje fiolki Slughorn zaczął obowiązkowo od mojego wywaru.
- Idealna konsystencja, ten kolor, zapach, moi drodzy, panna Evans otrzymuje 20 punktów dla Gryffindoru. Ideał! – rozpływał się profesor oglądając i wąchając mój wywar. Potem przeszedł do fiolek Ślizgonów, niektóre ocenił jako dobre, inne zmiażdżył swoją krytyką i…:
- Och, a co my tu mamy? Bardzo dobra konsystencja, kolor podręcznikowy, zapach też świetny! Pan Potter?! – zawołał zdziwiony Profesor.
- Ahh, rozumiem! To ten czar panny Evans, tylko pan z nią usiadł i uwarzył mi doskonały wywar. Tak moi drodzy, ostatni eliksir pana Pottera oceniłem na O, lecz ten… hm… Wybitny proszę państwa! – zawołał Slughorn patrząc na nas z uśmiechem. – A może by tak pan Potter przyszedł kiedyś z panną Evans do mnie na podwieczorek? – zapytał, na co Potter pokiwał z uśmiechem głową. Chyba był w szoku czy coś.
- Taka piękna dwójka uczniów, taka zdolna! – Black parsknął śmiechem – Moi drodzy, nie zdziwiłoby mnie to, gdyby ta dwójka, tak proszę państwa, ta dwójka, miała wybitne wręcz dzieci! Kapitan drużyny Quiditcha i Mistrzyni Eliksirów! – Slughorn rozpływał się nad nami jak czekolada na słońcu. Chociaż uwagę o dzieciach mógł sobie darować…


- No to co Ruda, to kiedy będą te wybitne dzieci? – zapytał Łapa uśmiechając się po swojemu. Wyszliśmy już z sali i skierowaliśmy się na obiad. Cztery godziny eliksirów to nie przelewki.
- Później niż myślisz, Black – odparłam i przecisnęłam się do Mary i Remusa, którzy rozmawiali o jakiejś książce, której nie czytałam. Eh.
- Co Dorciku jesteś taki smutny? – zapytałam błękitnooką.
- Eh, Lil, eliksiry to klapa. Nie wiem po co się znowu na nie zapisałam, przecież ja chcę mieć tylko dobrze prosperujący salon kosmetyczny na Pokątnej.
- Dorciku, eliksiry Ci się do tego przydadzą, wiesz ile jest takich na urodę? Nawet kiedyś znalazłam taką książkę w bibliotece, możemy potem jej poszukać – powiedziałam i zobaczyłam niezadowoloną minę brunetki. Chyba to nie był dobry pomysł. Usiedliśmy przy stole, znowu po jakiś dziwnych Blackowych machlojkach siedziałam obok Rogacza.
- Tak w ogóle, to dziękuję za pomoc - powiedział – Gdyby nie ty, pewnie znowu dostałbym Okropny albo może cudem Zadowalający. A tak przy okazji, to co robicie na tych wieczorkach u Slughorna? – zapytał nakładając sobie górę mięsa, ziemniaków i surówki na talerz.
- Um, no wiesz, podziwiamy Slughorna, poznajemy różnych ludzi którzy kiedyś się u niego uczyli, przechwalamy się swoimi naukowymi dokonaniami – odpowiedziałam uśmiechając się krzywo i nakładając sobie marchewkę – Cieszę się, że w końcu ktoś nowy dojdzie, w większości to sami Ślizgoni, dwóch czy trzech Krukonów i tylko dwie osoby z Gryfindoru. Jedynie z Rachel gadałam, ale po tym jak trafiła do Skrzydła Szpitalnego, hm… - dodałam gryząc różyczkę brokuła.
- Jak chcesz mieć chody u profesorka, przynieś mu paczkę kandyzowanych ananasów, uwielbia je – dodałam patrząc jak Black wciąga groszek nosem. Ohyda. Chociaż wysmarknięcie tego groszku było obrzydliwsze. Z kim ja się zadaję? Dor piszczała z uciechy, Mary na nic nie zwracała uwagi czytając Proroka, a Peter się obżerał.
- Łapo, zachowuj się – powiedział Rogacz patrząc z niesmakiem na kumpla.
- Przecież to sztuczka – powiedział Black zacieszając ryj. Taa, magiczna po prostu. Po obiedzie zaczęły się zajęcia z transmutacji, na które nie chodziła ani Mar, ani Dor, obie miały w tym czasie Wróżbiarstwo. Ze zdziwieniem zauważyłam, że Rogacz usiadł ze mną w pierwszej ławce. Nieźle, z ostatniej do pierwszej. Profesor McGonagall chyba też była zdziwiona:
- Co ty znowu knujesz Potter?
- No, wie pani profesor! – zawołał Rozczochraniec – Usiadłem obok koleżanki – dodał wskazując na mnie. McGonagall w żaden sposób tego nie skomentowała i zaczęła lekcję.
Co robisz po lekcjach? – nagle wylądowała przede mną karteczka od Rogacza.
Tak właściwie to nic, już wszystko odrobiłam. A co? – Ha, jak zwykle podejrzliwa ja.
To może spacer po błoniach? – hm, czyli, tak jakby chce się umówić?
Chętnie – odpisałam i rzuciłam karteczką do Pottera. Pech chciał, że zauważyła to profesor McGonagall.
- Panno Evans! Tego się po pani nie spodziewałam – powiedziała nauczycielka i spojrzała na mnie spode łba. Wyrzuciła pergamin do kosza i kontynuowała lekcje.
- Co odpisałaś? – zapytał Potter szeptem prawie dotykając ustami mojego ucha. Aż dreszcz mnie przeszedł!
- Że chętnie pójdę – odparłam również szeptem patrząc z niepokojem na nauczycielkę. Na szczęście nic nie usłyszała. Potter zaszczycił mnie uśmiechem, na który również odpowiedziałam wyszczerzeniem zębów i wróciłam do robienia notatek. A tak właściwie, udawania że coś piszę. Zastanawiałam się, jak to się stało, że w ciągu zaledwie paru dni tak zmieniłam stosunek do Rogacza. Jestem w szoku, jak dobrze mi się z nim gada i tak, jak fajnie się z nim całuje. Właściwie myślałam, że na spacerze Potter może znowu skradnie mi pocałunek. Albo trzy.
- Panno Evans, mówię do pani! – powiedziała profesor McGonagall patrząc na mnie surowo – Czwarte prawo wyjątków Gampa dotyczących transmutacji!
Coś wyjąkałam, ale mój wywód przerwał Black krzycząc:
- Pani profesor jej wybaczy, Evans po prostu się zakochała!
O Merlinie! O Morgano! Zatłukę dziada. McGonagall zostawiła mnie w spokoju i zaczęła maglować Blacka, który to umiał – a ja nic konkretnego nie umiałam powiedzieć!
- Nie przejmuj się Lily, wiesz jaki jest Syriusz… – powiedział Potter usprawiedliwiającym tonem głaszcząc mnie po dłoni. Co on robi, na lekcji!? Zabrałam rękę i uśmiechnęłam się wymuszonym uśmiechem.
- Nie przejmuję, po prostu wyrwę mu jęzor i będzie spokój – wysyczałam szeptem. Gdy zadzwonił dzwonek wyszłam pierwsza z sali i poszłam do Pokoju Wspólnego. Ahh, relaks! Niestety do pokoju wrócili też Huncwoci na czele z idiotą Blackiem.
 - Wiewióro, nie obrażaj się, przecież powiedziałem prawdę! – zawołał Black zwalając się swoim cielskiem na fotel. Obok mnie usiadł Potter z Lupinem, Peter jeszcze był na wróżbiarstwie, zresztą jak dziewczyny.
- Ale nie musisz o takich sprawach mówić przy nauczycielce – wysyczałam wyjmując z torby lusterko i sprawdzając czy się nie rozmazałam. Nie wiem jak to się dzieje, ale co się pomaluję, to ten makijaż na mojej twarzy się nie utrzymuje i często tusz mi się rozciera pod oczami i wyglądam jak panda. Nie myślcie sobie, że mam coś przeciwko pandą, nie, nie, to są całkiem miłe zwierzątka! Tylko wątpię, czy któraś dziewczyna, chciałaby je przypominać…
- Oj tam, oj tam, już pół szkoły wie, że byliście na randce, a Dor zaszczyciła mnie długim monologiem o tym jak wyglądałaś wczoraj po waszym małym rendez-vous. Także, mnie Rudzielcu nie oszukasz – dodał Syriusz wyrywając mi lusterko z ręki i oglądając swoją obrzydliwą mordę. Och, no dobra, całkiem przystojną twarz.
- Co? Zabiję Dorcas, jej długi jęzor kiedyś mnie wpakuje w niezłe tarapaty – powiedziałam, a raczej wyjęczałam, opierając głowę o czyjeś ramię. O nie, Potterowe ramię. Zabrałam szybko głowę udając, że nic takiego się nie stało.
- Dobra, to kto daje mi odpisać wypracowanie? – zapytał Rogacz.
- Które? – zapytałam grzebiąc w torbie w poszukiwaniu mojego segregatora z pracami domowymi zrobionymi do przodu.
- Z Historii Magii – odpowiedział zdziwiony James, biorąc podany przeze mnie zwój pergaminu.
- O widzisz, Wiewióro, mi nigdy nie dałabyś odpisać pracy domowej – powiedział Black z ironicznym uśmiechem. Eh. Chociaż właściwie, czy to nie ja zawsze się wydzierałam jak Potter mnie pytał czy może spisać wypracowanie?
- Chyba jestem chora - powiedziałam kładąc głowę, tym razem na poduszce. Potter zlustrował mnie uważnym wzrokiem po czym położył mi rękę na czole.
- Nie masz gorączki – powiedział. I wrócił spokojnie do przepisywania wypracowania oraz zmieniania niektórych zdań. Myślę, że był taki spokojny, bo nie wiedział co się aktualnie dzieje w moim ciele. Czułam tylko jak krew jest pompowana do moich policzków, a serce podskakuje jak dzikie. Coś jest ze mną nie tak!
- Ehh, taki mądry Wiewiór, ale taki ślepy – powiedział Black również częstując się jednym z moich gotowców, tyle że z eliksirów. Już nawet nie chciało mi się wydzierać, żeby sam wysilił mózgownicę i napisał wypracowanie. Siedziałam cicho, zmieniając pozycję na wygodniejszą i po prostu usnęłam.

środa, 27 sierpnia 2014

Rozdział 5 Po randce




Nie wiem jak udało nam się wrócić do Wieży niezauważonymi, ale byłam szczęśliwa, że nie będę musiała odbębniać jakiegoś idiotycznego szlabanu. Zapewne chcecie wiedzieć co się stało po pocałunku? Po prostu pociągnęłam Jamesa do drzwi i resztę drogi pokonaliśmy biegiem, śmiejąc się. Nie wiem z czego tak właściwie się śmialiśmy, chyba po prostu byliśmy szczęśliwi. Rozstaliśmy się w pustym Pokoju Wspólnym, po kolejnym pocałunku zainicjowanym przez Poczochrańca. Naprawdę, nie mogę uwierzyć, że przeżyłam 17 lat(niedługo 18) bez ciągłego całowania się. To jest takie fajne!  Gdy jakoś udało mi się wspiąć po schodach do naszego dormitorium, od drzwi zaatakował mnie mały dziki łoś - czytaj Dorcas:
- Lily, już myślałyśmy, że James Cię porwał! Co tak długo? Gdzie byliście? Co robiliście?
- Całowaliśmy się - odparłam głupio. Hm, z całej randki pamiętam tylko te ostatnie chwile. Całkiem fajne.
- Co?.... Co robiliście? - zapytała zszokowana Mary wychodząc z łazienki w piżamie.
- Aaaaa, Ruda się całowała! Wiedziałam, że do tego dojdzie! – wrzeszczała Dor i odprawiała jakiś dziki taniec.
- Serio, Lily? Przecież ty go nawet nie lubisz! – zawołała nadal zszokowana Mary. Hm i chyba w tym cały sęk, że jednak lubię, pomyślałam siadając na łóżku i zdejmując marynarkę i ten stos Dorcikowych koralików.
- No, nie patrzcie tak na mnie! Nie wiem co się stało, ale jak mnie pocałował, to…
- Miałaś motyle w brzuchu? – zapytała Dor z dziwnie błyszczącymi oczami. Przytaknęłam.
- Czułaś jak Ci miękną kolana? – zapytała Mary. Hm, znowu przytaknęłam.
- Haa, wiedziałam, kto się czubi ten się lubi! – zawołała triumfalnie Dorcas, szczypiąc mnie w policzki jak małe dziecko - Od początku tych waszych kłótni i wrzasków wyczuwało się między wami tą chemię, to dziwne iskrzenie!
Wzruszyłam ramionami i poszłam z piżamą do łazienki. Gdy spojrzałam w lustro zauważyłam coś dziwnego. Oczy mi świeciły jak zielone reflektory, policzki były zaróżowione, a usta nabrzmiałe. No, nieźle. Gdy wróciłam do pokoju, dziewczyny znowu zasypały mnie gradem pytań, jednak powiedziałam, że wszystko opowiem im jutro na okienku po eliksirach. Poszłam spać, jednak co najmniej do drugiej w nocy nie mogłam usnąć.



Z dziennika Jamesa Pottera
Gdy ledwo wszedłem do naszego pokoju, ciągle szczerząc się jak idiota, od razu zostałem zaatakowany przez Łapę:
- I co, opowiadaj?! Wrzeszczała? Wyzywała Cię od idiotów? Chciała Ci wlepić szlaban, chociaż nie może?
- Tak, właściwie to nic z tych rzeczy. Była bardzo miła i słodka i całowaliśmy się! – wyznałem najlepszym kumplom. Lupin skwitował to tylko uniesieniem brwi, Peter zachłysnął się powietrzem, a Łapa spojrzał jak na idiotę.
- Czy tobie czasem marzenia nie mylą się z rzeczywistością? – zapytał mój niby najlepszy przyjaciel – Nie będziemy się śmiać, powiedz co naprawdę wyrabiała Ruda!
- Idioci, mówię prawdę, całowaliśmy się w starej klasie. Pod niewidką, jak schowaliśmy się przed Filchem. I teraz w Pokoju Wspólnym – odwarknąłem siadając na łóżku Remusa. Chłopacy spojrzeli po sobie:
- O kurwa, stary gratuluje! Tyle lat, tyle wysłuchiwania jakiś dziwnych wyzwisk Rudej, no jestem w szoku – powiedział Łapa siadając na łóżku Petera klepiąc mnie po ramieniu.
- Widzisz, mówiłem Ci, że jak się w końcu uczeszesz, to od razu Lily ujrzy Cię w nowym świetle – powiedział Remus zbierając z łóżka jakieś zwoje pergaminów i stosy książek.
- Akurat to na wiele się nie zdało, po wyjściu z Pokoju Wspólnego Lily mnie poczochrała – powiedziałem przypominając sobie tą chwilę, gdy poczułem jej słodkie perfumy.  Zaszumiały mi w głowie jak najlepsza Ognista.
- Dotknęła twoich włosów? Myślałem, że ich nienawidzi! – powiedział Peter, wpychając się obok Blacka na swoje łóżko.
- No, patrzcie, Ruda sama zainicjowała macanie – odparł Syriusz szczerząc się jak zwykle.
- Po głowie – dodałem i przypomniałem sobie jak przejechała ręką po moim karku w tej starej klasie.
- Ale i co, dobrze całuje? Ma wyćwiczoną technikę? – zapytał Łapa, cóż, to on tu jest ekspertem.
- Szczerze mówiąc wątpię, żeby miała jakąkolwiek technikę. Właściwie wydawało mi się, że to był jej pierwszy raz - odpowiedziałem, ciesząc się na samą myśl, że nikt przede mną nie dotykał jej pełnych ust.
- No, no dziewica! Ha, tobie Rogacz to zawsze trafi się coś ciekawego, to zapewne ostatnia dziewica na naszym roczniku - powiedział Syriusz strojąc głupie miny – Chociaż patrząc na twoje dokonania łóżkowe, które też są zerowe, to można powiedzieć, że dobraliście się idealnie – dodał z tym swoim szczekliwym śmiechem. Już chciałem mu odpowiedzieć, albo właściwie przywalić w te idealne zęby, gdy przerwał mi Remus:
- Myślę, że jeżeli do czegokolwiek między wami lub kiedykolwiek dojdzie, to Lily będzie zadowolona wiedząc, że jest tą pierwszą dziewczyną. To taki typ – dodał po chwili zastanowienia. Właściwie, podobało mi się to o czym powiedział Lunatyk. Chociaż wolałem sobie na razie nie wyobrażać nas w takiej sytuacji, bo chyba musiałbym się ekspresowo ewakuować do kibla.
- To na czym stanęło? Jesteście razem? – zapytał Peter wcinając żelka.
- To jest dobre pytanie, Glizdogonie. Właściwie na koniec już nie rozmawialiśmy… - odparłem patrząc na chłopaków.
- Nie zdziwię się, jeżeli jutro Ruda będzie udawać, że cię nie zna – powiedział Syriusz, zabierając Peterowi paczkę z żelkami i zżerając połowę na raz. – Wątpię, żeby się na ciebie rzuciła rano i wycałowała jak dzisiaj – dodał po przełknięciu słodyczy.
- Zobaczymy – odparłem i poszedłem pod prysznic. Próbowałem sobie nie przypominać co czułem w klasie, gdy Lily była do mnie przyciśnięta całym swoim zgrabnym ciałem. Ale Merlinie, jej cycki…
Przemyślenia jak zawsze przerwał mi Black, wołając coś o zużyciu całej ciepłej wody, po czym wytarłem się i przebrałem w czyste bokserki. Położyłem się do łóżka, w którym nadal czuło się delikatny zapach perfum Lily. Modliłem się tylko o to, żeby ta ruda dziewczyna nie odtrąciła mnie jutro, czy ogólnie w przyszłości. Przypominając sobie jej zszokowaną minę po pierwszym pocałunku, zasnąłem.

czwartek, 7 sierpnia 2014

Rozdział 4 Randka w Hogsmeade



Sobota minęła, jak to mówią mugole „jak z bicza strzelił”. Trochę z dziewczynami się poopalałyśmy, a później nastała co najmniej godzina męki – Mary i Dor rozkopały ubrania w moim kufrze, a cholera, miałam je tak ładnie posegregowane!  W końcu one zdecydowały w co mam się ubrać na randkę z Potterem.
Zestaw na ładną pogodę przygotowany przez Mary- zielona sukienka przed kolana z dekoltem w kształcie litery V, czarne szpilki od Prady(prezent od mamy na 16 urodziny), mała kopertówka z ćwiekami. Opcjonalnie czarny, lekki kardigan.
Zestaw na pochmurną angielską pogodę przygotowany przez Dor – czarne rurki, biały podkoszulek, czerwona marynarka, czarne kozaki na obcasie, torba „listonoszka” i kilogramy koralików - naszyjników oraz zegarek na rękę.
Tak właściwie nie miałam nic do powiedzenia, dziewczyny tylko kazały mi się ciągle przebierać. Myślę, że mają niedobór zabaw lalkami w dzieciństwie, ja miałam zawsze jakąś Barbie którą mogłam przebierać do woli, a one co? Tylko lalkę „Mała czarownica”, albo „Złośliwa wiedźma”. Uwierzcie mi na słowo, te lalki nie są fajne.
Także, jako ich przyjaciółka, doskonale rozumiałam te ich zapędy i braki, i po prostu chodziłam i ciągle się przebierałam. Chociaż tak szczerze mówiąc, to było mi wszystko jedno w co się ubiorę, najbardziej bałam się, że na tym naszym spotkaniu w pewnym momencie zalegnie nieprzyjemna cisza i po prostu nie będziemy mieli o czym gadać.  W końcu chyba nie muszę wam przypominać, że to jest wymuszona randka. Jako osoba zapobiegliwa przygotowałam sobie parę tematów do rozmów:

  • 1.    Rodzeństwo – w tym wypadku możemy gadać jedynie o Petunii, bo Potter jest jedynakiem. A gadanie o Petunii, wcale nie jest fajne.

  • 2.    Zwierzęta – zawsze można rzucić dwa słowa o kocie. Albo dwadzieścia.

  • 3.    Ploty – ta, wiem, z chłopakiem nie bardzo chce się plotkować, od tego są przyjaciółki, ale po szkole krąży tyle różnych ciekawych plotek, że coś zawsze można obgadać.

I ostatni czwarty punkt o którym chłopcy z Hogwartu mogą mówić bez przerwy to:

  • 4.    Quidditch – i wiem, że na ten temat Rozczochraniec, jako szukający Gryffindoru może mówić wiekami, także ogólnie dochodzę do wniosku, że w tym temacie jestem już przygotowana.  W sensie, tematy rozmów mam przygotowane, o quidditchu wiem tylko tyle, że jest kafel, jest znicz i są zawodnicy.



W niedzielę obudziłam się przed ósmą. Ohoo, zestaw Dor będzie dzisiaj idealny, nad błoniami wisiała mgła, przez co było po prostu pochmurno. Od razu poszłam do łazienki, bo wiem, że jak któraś z dziewczyn wstanie przede mną, to potem nie zdążę się wyszykować. Zresztą randka, nie randka trzeba się prezentować jak człowiek, a nie zmutowana wiewióra z wielkim kołtunem na głowie. Po typowych porannych czynnościach, wysuszyłam świeżo umyte włosy za pomocą różdżki i pozwoliłam im się skręcić w moje naturalne loki. Zrobiłam delikatny makijaż podkreślający oczy i usta(zresztą, jedyny jaki umiem wykonać, ale i tak tą umiejętność zawdzięczam drogiej rodzicielce). Różu nie używam, bo jako typowy rudzielec, co chwilę się czerwienie, normalnie jak jakiś neon, od jasnego różu, po czerwone poliki.
Opuściłam łazienkę do której od razu wpadła Mary mówiąc coś o jakiś patrolach z Remusem. Patrole, taa, jasne!
Dor jeszcze smacznie chrapała – i to nie jest przenośnia, ona ma chyba jakieś problemy z zatokami, czy coś, bo ciągle chrapie. Jak niedźwiedź.
Usiadłam na parapecie i zagryzając biszkopty pomyślałam, że mogłam jednak dłużej pospać. No nic, do 11 zostało jeszcze półtorej godziny, po prostu trzasnę jakieś wypracowanie, może nawet to fajne z Eliksirów.


Równo o 11 dopingowana przez Dor i Mary(normalnie niczym jakieś cheerliderki) zeszłam do Pokoju Wspólnego. Potter jak nie on, nie spóźnił się, ale czekał przy moim ulubionym fotelu gadając coś szeptem do Blacka. Mogłabym się założyć, że pouczał go, że ma nas nie śledzić, nie przeszkadzać i nie podsłuchiwać. A właściwie taką miałam nadzieję…
- Cześć – o świetne przywitanie Lily – pogratulowałam sobie w duchu.
- Cześć! Chodźmy już, Syriusz doprowadza mnie do szału, naprawdę myśli, że nie umiem się zachować. To znaczy, może czasem mam z tym problem, ale…- łoo, no nieźle się rozgadał. Czyżby był zdenerwowany? I czemu coś mi nie pasuje w jego wyglądzie?
- O Morgano, uczesałeś włosy! – wydarłam się jak dziecko specjalnej troski na korytarzu pełnym ludzi. Ugh, to chyba ja nie potrafię się zachować. Potter spojrzał na mnie zza tych swoich zabawnych okrągłych okularków i odparł:
- Szczerze mówiąc, to Lunatyk mi to doradził. W końcu zawsze krzyczałaś, że mam „Rozczochrany łeb”, albo że moje włosy wyglądają jak mop, także uznaliśmy, że może tak będzie lepiej.
No, nie mogę. To jest głupie bo, zawsze wrzeszczałam, że wygląda jak idiota tak czochrając sobie włosy, ale teraz wyglądał jeszcze gorzej. Te włosy były jakieś takie przylizane i ugh, trochę skojarzyły mi się ze Snapem.
- Poczekaj – powiedziałam i wsadziłam ręce w jego włosy. Oo, jakie gładziutkie i jedwabiste, nawet moja najlepsza odżywka w ilościach hurtowych nie uzyskuje tego efektu na moich włosach. Sprawiedliwość, eh.
- Oo, tak o wiele lepiej. Wyglądasz normalnie - dodałam chowając ręce do kieszeni marynarki, trochę przerażona moim zachowaniem. Merlinie, gdzie ja się pcham z tymi łapami?!
- Hm, no dziękuję – odparł Rogacz i zaszczycił mnie uśmiechem. Tym moim ulubionym, takim zadziornym.
- Pomyślałabyś kiedyś, że bez przymusu położysz ręce na mojej głowie? - zapytał Potter śmiejąc się. Zapewne z mojej głupiej miny.
- Taa, szczerze mówiąc, to zawsze myślałam że tego uniknę – odparłam - To znaczy, masz naprawdę fajne włosy, nie to że się ich brzydzę, naprawdę są delikatne jak sierść mojego kota – dodałam i uzmysłowiłam sobie co gadam. Miałam ochotę rąbnąć się w ten swój pusty łeb. Boże, porównuje go do kota.
Rogacz nic nie odpowiedział, tylko pociągnął mnie na początek kolejki do Filcha, który jak idiota przeszukiwał wszystkich wychodzących uczniów. Czego się spodziewał, to nie wiem, ale do tej pory nic niebezpiecznego nie znalazł. Po kłótni Rogacza z Filchem (przez co jego przeszukiwał najdłużej) w końcu skierowaliśmy się do wioski. Trochę dziwnie tak iść z Potterem, gadać z nim i nie wydzierać się. No i tak w ogóle zawsze przychodziłam tu z dziewczynami, także ta sytuacja trochę mnie stresowała.
- To co kawiarenka pani Pudditfoot? – zapytał Okularnik otwierając mi drzwi do tego przybytku.
Różowego przybytku. Jako osoba nie chodząca na randki, nigdy tu nie wchodziłam i po prostu stałam na progu i byłam w szoku. Ściany, sufit i podłoga były w różnych odcieniach różu, małe dwuosobowe stoliki i krzesła były białe, na każdym stał wazonik z małymi różowymi kwiatkami. Połowa stolików była zajęta przez zakochane, migdalące się nad kawą czy herbatą pary. O ludzie, gdzie my trafiliśmy?!
- Witajcie, kochaneczki, pierwsza randka? Mam tu dla was idealny stolik, o proszę, tutaj przy oknie! – zawołała niziutka starsza pani ciągnąc nas za ręce i sadzając przy stoliku oddzielonym od innych parawanem. Hm.
- To czego byście się napili? Taka śliczna dziewczyna, taki przystojny młodzieniec, piękna para! - ta kobieta jest chyba szalona. Potter trząsł się od powstrzymywanego śmiechu, ja byłam zdegustowana a pani, hm Amelia Puddifoot – to imię wyczytałam z plakietki na jej piersi, skakała wokół nas i prawiła nam komplementy.
- Kochaneczki, pierwsza randka na koszt firmy! Gnomie podaj zakochanym poczęstunek! – zawołała i odpłynęła między stolikami w stronę lady. Po sekundzie przy stoliku pojawił się karzeł ubrany w strój Amora, wiecie miał strzały, łuk i wyglądał dziwnie w jakiejś takiej a’la todze. W tym momencie Potter nie wytrzymał i parsknął  śmiechem w swoją czekoladę. I dzięki temu w końcu się rozluźniłam.
- Uświniłeś się – powiedziałam z uśmiechem i chwyciłam za serwetkę, którą wytarłam z twarzy Rogacza czekoladę.
- Dziękuję, wybacz ale widok….- zaczął, ale mu przerwałam.
- Świetnie cię rozumiem, biedny, wygląda po prostu jak idiota. Na jego miejscu poszukałabym innej pracy.
I dzięki temu rozkręciła się rozmowa. Nie powiem, gadało się nam nieźle. Dowiedziałam się sporo o Potterze i chyba częściowo zrozumiałam czemu tak się czasem wkurzająco wychowuje. Ukochany jedynak, rozpieszczony przez rodziców, oczko w głowie mamy. Po wypiciu świetnej czekolady i zjedzeniu po kawałku przepysznej szarlotki wyszliśmy z kawiarni i skierowaliśmy się w stronę końca wioski, tam gdzie znajdowała się Wrzeszcząca Chata.
- A wiesz, jak kiedyś byłam z rodzicami na wakacjach w Szkocji, to było jeszcze zanim dowiedziałam się, że jestem czarownicą, nocowaliśmy w starym zamku przerobionym na hotel. I tak się trafiło, że w moim pokoju był duch młodej dziewczyny, wtedy pierwszy raz zobaczyłam i gadałam z duchem, żebyś widział minę mojej mamy jak kiedyś weszła do pokoju, a ja według niej gadałam do pustej ściany! Myślała, że jestem opętana i chciała jakieś egzorcyzmy nade mną odprawiać, dopiero tata ją uspokoił i powiedział, że pewnie mam jakąś wymyśloną przyjaciółkę- opowiadałam Rogaczowi, gdy stanęliśmy pod płotem Wrzeszczącej Chaty.
- Chciałbym poznać twoją mamę, z tego co opowiadasz rysuje się całkiem zabawnie - odpowiedział Rogacz i spojrzał na opuszczony dom. – Chcesz wejść do środka? – zapytał wskazując ręką na budynek.
- Hm, wątpię żeby można było tam wchodzić - powiedziałam z powątpieniem. Budynek miał pozabijane deskami okna, wszędzie stały tabliczki „Zakaz wstępu” i wyglądało jakby chata miała się zaraz zawalić. A dobra, raz się żyje!
- Chodźmy! – powiedziałam i pociągnęłam Pottera w stronę drzwi. Otworzył je za pomocą Alahomory i znowu jak dżentelmen przepuścił mnie w drzwiach. Szczerze mówiąc nie wiem czego się spodziewałam, ale na pewno nie takiego syfu. Wszystko było porozwalane, krzesła połamane, stół przewrócony, z drewnianych ścian zdrapana tapeta i gdzieniegdzie walały się butelki po piwie kremowym, lub nawet Ognistej Whiskey.
- Ale syf – powiedziałam i weszłam po schodach na górę.
- Uważaj na piątym stopniu, jest obluzowany – powiedział Potter, ale cóż zrobił to za późno i po prostu poleciałam do tyłu wymachując rękoma jak oszalała. Ta, wiewióry nie latają. Rogacz ze swoim instynktem świetnego gracza Quidditcha złapał mnie w ostatniej chwili, przy okazji obrywając w czoło moją głową.
- O Boże, James przepraszam! - zawołałam odrywając jego rękę od czoła i oglądając miejsce w które go można powiedzieć ubodłam.
- Będziesz miał gigantycznego guza – dodałam, próbując zapaść się pod ziemię. Niestety, ale takich sztuczek nie umiałam.
- Nic mi nie jest, ważne że nie spadłaś, mogłabyś się połamać, albo coś – odparł Rogacz z dziwnym uśmiechem. Naprawdę nie rozumiem człowieka, nabiłam mu wielkiego guza a ten się cieszy. O kurczę, może mu głowę uszkodziłam? Ale jeszcze bardziej? To się da?
- Lily, serio nie przejmuj się, to co powiedziałaś przed chwilą wynagrodziło mi tą chwilę bólu – odparł klepiąc mnie po plecach. A co ja powiedziałam? Ja, o kurczę!
- Nazwałam cię po imieniu! – zawołałam jak kretynka.
- No tak, w końcu – odparł James i poprowadził mnie z powrotem na dół.
- Och, no tak – dodałam nie wiem po co, pewnie żeby podtrzymać tą wymianę zdań.
- Chodź, pokażę ci coś – powiedział ciągnąc mnie za rękę do innego pokoju. I po prostu zaparło mi dech. Pokój był niezniszczony, miał śliczną zieloną tapetę w małe białe kwiatki, stylową sofę ustawioną przed kominkiem i mały stolik na którym stał prześliczny zestaw do herbaty i patera z moimi ulubionymi ciastkami z mugolskiego sklepu.
- Jak…? – wyjęczałam w szoku.
Potter tylko spojrzał na mnie z uśmiechem i pociągnął mnie w stronę sofy. Gdy usiedliśmy rozpalił ogień w kominku i nalał do filiżanek gorącej herbaty.
- Dwie łyżeczki cukru? – zapytał mnie, a gdy nadal w lekkim szoku kiwnęłam głową, zapytałam zaraz:
- Skąd wiesz ile słodzę?
- Lily, znam cię już 6 lat, naprawdę myślisz, że tego nie zauważyłem? – Hm, szczerze mówiąc, to ja nie zwracałam uwagi na to ile on słodzi. Dlatego gapiłam się uważnie ile wsypie tego cholernego cukru, kiedy powiedział:
- Ja nie słodzę – i uśmiechnął się widząc jak się rumienię. Właściwie czerwienienie było by lepszym określeniem tego co działo się na mojej twarzy. Z przyjemnym siorbnięciem napił się herbaty i poczęstował mnie ciastkami. Chrupaliśmy ciastka jak króliki, gdy do pokoju wpadł Black.
- Łapo, no mówiłem… - zaczął Rogacz patrząc wrogo na Syriusza.
- Gołąbki, chyba straciliście poczucie czasu, już zamknęli bramę od szkoły – odparł Black zabierając ostatnie ciastko i ładując je do swojej gęby. Nadal uśmiechając się jak głupia, w końcu zajarzyłam.
- Co? To jak wrócimy?! Na Merlina, dostaniemy szlaban od McGonagall, no żesz.. – coś tam zaczęłam pokrzykiwać i utyskiwać, gdy przerwał mój wywód Black:
- Ruda Wiewióro spokojnie, wasza urocza randka, nie skończy się szlabanem, wujek Łapa wie jak nas stąd wydostać.
O nie, to na pewno jakiś głupi pomysł.
- Lily, nie martw się, naprawdę wrócimy do szkoły i nie dostaniemy szlabanu – dodał James pocieszającym tonem, prowadząc nas do ukrytej pod deskami w holu klapy. Łapa napinając swoje wątłe mięśnie(OK, wcale nie takie wątłe) otworzył klapę i pokazał ciemny tunel.
- To ja pierwszy - powiedział Black i zeskoczył do dziury. O, nie, nie ma mowy żebym tam skakała!
- Hm, James, to ja chyba jednak zaryzykuję szlaban i… - zostałam bezceremonialnie popchnięta do czarnej dziury i po chwili lotu złapana przez silne ramiona Blacka.
- No i co Wiewióro? Nie było źle – powiedział Black czochrając mi włosy. Gdy Rogacz zeskoczył obok nas, lądując bardzo zgrabnie, nie to co ja, chłopcy zapalili różdżki. Ogarnęłam, że ja też powinnam i jak z pochodniami zaczęliśmy iść naprawdę długim tunelem.
- Daleko jeszcze? – zapytałam po parunastu metrach dysząc i prawie hiperwentylując. Niestety, nie mam za grosz kondycji.
- Jeszcze parę metrów - odparł Łapa, w ogóle nie zdyszany. Chyba treningi Quidditcha robią swoje, bo oni normalnie mówili.
- Lily, jak chcesz to mogę Cię ponieść - dodał Rogacz, z czego Black zaczął się śmiać.
- Poradzę sobie – odparłam przez zaciśnięte zęby wycierając pot z czoła. Dobrze, że użyłam antyperspirantu i perfum, bo gdyby nie, to pewnie nikt by nie wytrzymał mojego smrodu. Gdy doszliśmy do końca tunelu Black podał coś Potterowi i wyskoczył na zewnątrz. Już chciałam iść jego śladem gdy Rogacz mnie przyblokował.
- Lily, musisz mi obiecać, że nikomu nie powiesz o tym przejściu - zaczął – I obiecaj, że nigdy sama tu nie wejdziesz – dodał. A co on myśli, że będę nielegalnie przedzierać się do wioski?
- Jeżeli to takie ważne, to OK, obiecuję. Ale nawet Dor i Mary nie mogę powiedzieć? – zapytałam trochę zdziwiona tą sytuacją.
- Im w szczególności – odparł i coś na nas zarzucił. Wyszliśmy z tunelu, który znajdował się przy Bijącej Wierzbie! O kurczę, a czemu ona nas nie zabiła? Black musiał ją zablokować jakimś zaklęciem. A tak właściwie to gdzie on jest? I czemu Potter stoi tak blisko mnie i mamy na głowach jakąś, hm pelerynę?
- Co na nas zarzuciłeś? – zapytałam dotykając śliskiego, delikatnego materiału.
- To peleryna niewidka – odparł otwierając drzwi i rozglądając się. – Niestety Łapie musieliśmy oddać mapę, także mów szeptem i idź na palcach, bo słychać twoje obcasy na podłodze. I tak nawiasem mówiąc, to całkiem seksowne są te buty – dodał i cicho zaśmiał się z mojej miny.
- To może je zdejmę?- zapytałam. Szczerze mówiąc, to nie jestem pewna czy dojdę na palcach na szóste piętro i przez te wszystkie korytarze. A naprawdę nie chcę zarobić szlabanu!
- OK., oprzyj się o mnie – odparł patrząc jak mocuję się ze zsuwaniem obuwia. Piękne buty, ale zupełnie niepraktyczne.
- Dobra, idziemy – powiedział, gdy schowałam kozaki do torebki. Pierwsze piętro i drugie minęliśmy bez żadnego kłopotu, dopiero teraz ogarnęłam jak im się zawsze udawało wyjść z opresji, dzięki takiemu cacku, jak ta pelerynka! Dopiero na czwartym piętrze usłyszeliśmy głos Filcha:
- Co kochaniutka, czujesz uczniów? Na korytarzu? Po godzinie policyjnej? Kochaniutka, musimy ich złapać! – zawołał bojowo Filch. W innej sytuacji po prostu bym się zaśmiała, ale nie chciałam nas wkopać w nieprzyjemną sytuację. James znieruchomiał, złapał mnie za rękę i pociągnął do jakiś drzwi. Stara klasa od transmutacji!
- Cii – wyszeptał stojąc naprawdę blisko mnie i wyglądając przez niedomknięte drzwi. Kroki woźnego i jego utyskiwanie na uczniów coraz bardziej się oddalało, także już chciałam wychodzić, gdy poczułam ręce Pottera na talii, a jego usta na swoich. O Morgano, mój pierwszy pocałunek w starej śmierdzącej klasie i to z Potterem! Naprawdę nigdy bym nie pomyślałam, że kiedykolwiek będę się z nim całować! Potter coraz bardziej się rozkręcał, a ja dyszałam jak po przebiegnięciu maratonu. Serce mi biło jak szalone, a mózg chyba umarł, bo nie myślałam o niczym, tylko o tym żeby wsadzić dłonie w te aksamitne włosy i przyciągnął jego twarz jeszcze bliżej mojej. Ale bliżej chyba się nie dało, bo i tak już ściśle przylegaliśmy do siebie. Gdy w końcu lekko go odepchnęłam, bo już czułam że kręci mi się w głowie, chyba po prostu zapomniałam o odpowiedniej wentylacji - czyli oddychaniu.
- Lily, ja…- zaczął Poczochraniec. Szczerze mówiąc nie obchodziło mnie czy chciał mnie za to przeprosić, czy triumfować, nieważne, ponownie wbiłam się w jego pełne usta i pomyślałam: taak, całowanie jest fajne!!