czwartek, 7 sierpnia 2014

Rozdział 4 Randka w Hogsmeade



Sobota minęła, jak to mówią mugole „jak z bicza strzelił”. Trochę z dziewczynami się poopalałyśmy, a później nastała co najmniej godzina męki – Mary i Dor rozkopały ubrania w moim kufrze, a cholera, miałam je tak ładnie posegregowane!  W końcu one zdecydowały w co mam się ubrać na randkę z Potterem.
Zestaw na ładną pogodę przygotowany przez Mary- zielona sukienka przed kolana z dekoltem w kształcie litery V, czarne szpilki od Prady(prezent od mamy na 16 urodziny), mała kopertówka z ćwiekami. Opcjonalnie czarny, lekki kardigan.
Zestaw na pochmurną angielską pogodę przygotowany przez Dor – czarne rurki, biały podkoszulek, czerwona marynarka, czarne kozaki na obcasie, torba „listonoszka” i kilogramy koralików - naszyjników oraz zegarek na rękę.
Tak właściwie nie miałam nic do powiedzenia, dziewczyny tylko kazały mi się ciągle przebierać. Myślę, że mają niedobór zabaw lalkami w dzieciństwie, ja miałam zawsze jakąś Barbie którą mogłam przebierać do woli, a one co? Tylko lalkę „Mała czarownica”, albo „Złośliwa wiedźma”. Uwierzcie mi na słowo, te lalki nie są fajne.
Także, jako ich przyjaciółka, doskonale rozumiałam te ich zapędy i braki, i po prostu chodziłam i ciągle się przebierałam. Chociaż tak szczerze mówiąc, to było mi wszystko jedno w co się ubiorę, najbardziej bałam się, że na tym naszym spotkaniu w pewnym momencie zalegnie nieprzyjemna cisza i po prostu nie będziemy mieli o czym gadać.  W końcu chyba nie muszę wam przypominać, że to jest wymuszona randka. Jako osoba zapobiegliwa przygotowałam sobie parę tematów do rozmów:

  • 1.    Rodzeństwo – w tym wypadku możemy gadać jedynie o Petunii, bo Potter jest jedynakiem. A gadanie o Petunii, wcale nie jest fajne.

  • 2.    Zwierzęta – zawsze można rzucić dwa słowa o kocie. Albo dwadzieścia.

  • 3.    Ploty – ta, wiem, z chłopakiem nie bardzo chce się plotkować, od tego są przyjaciółki, ale po szkole krąży tyle różnych ciekawych plotek, że coś zawsze można obgadać.

I ostatni czwarty punkt o którym chłopcy z Hogwartu mogą mówić bez przerwy to:

  • 4.    Quidditch – i wiem, że na ten temat Rozczochraniec, jako szukający Gryffindoru może mówić wiekami, także ogólnie dochodzę do wniosku, że w tym temacie jestem już przygotowana.  W sensie, tematy rozmów mam przygotowane, o quidditchu wiem tylko tyle, że jest kafel, jest znicz i są zawodnicy.



W niedzielę obudziłam się przed ósmą. Ohoo, zestaw Dor będzie dzisiaj idealny, nad błoniami wisiała mgła, przez co było po prostu pochmurno. Od razu poszłam do łazienki, bo wiem, że jak któraś z dziewczyn wstanie przede mną, to potem nie zdążę się wyszykować. Zresztą randka, nie randka trzeba się prezentować jak człowiek, a nie zmutowana wiewióra z wielkim kołtunem na głowie. Po typowych porannych czynnościach, wysuszyłam świeżo umyte włosy za pomocą różdżki i pozwoliłam im się skręcić w moje naturalne loki. Zrobiłam delikatny makijaż podkreślający oczy i usta(zresztą, jedyny jaki umiem wykonać, ale i tak tą umiejętność zawdzięczam drogiej rodzicielce). Różu nie używam, bo jako typowy rudzielec, co chwilę się czerwienie, normalnie jak jakiś neon, od jasnego różu, po czerwone poliki.
Opuściłam łazienkę do której od razu wpadła Mary mówiąc coś o jakiś patrolach z Remusem. Patrole, taa, jasne!
Dor jeszcze smacznie chrapała – i to nie jest przenośnia, ona ma chyba jakieś problemy z zatokami, czy coś, bo ciągle chrapie. Jak niedźwiedź.
Usiadłam na parapecie i zagryzając biszkopty pomyślałam, że mogłam jednak dłużej pospać. No nic, do 11 zostało jeszcze półtorej godziny, po prostu trzasnę jakieś wypracowanie, może nawet to fajne z Eliksirów.


Równo o 11 dopingowana przez Dor i Mary(normalnie niczym jakieś cheerliderki) zeszłam do Pokoju Wspólnego. Potter jak nie on, nie spóźnił się, ale czekał przy moim ulubionym fotelu gadając coś szeptem do Blacka. Mogłabym się założyć, że pouczał go, że ma nas nie śledzić, nie przeszkadzać i nie podsłuchiwać. A właściwie taką miałam nadzieję…
- Cześć – o świetne przywitanie Lily – pogratulowałam sobie w duchu.
- Cześć! Chodźmy już, Syriusz doprowadza mnie do szału, naprawdę myśli, że nie umiem się zachować. To znaczy, może czasem mam z tym problem, ale…- łoo, no nieźle się rozgadał. Czyżby był zdenerwowany? I czemu coś mi nie pasuje w jego wyglądzie?
- O Morgano, uczesałeś włosy! – wydarłam się jak dziecko specjalnej troski na korytarzu pełnym ludzi. Ugh, to chyba ja nie potrafię się zachować. Potter spojrzał na mnie zza tych swoich zabawnych okrągłych okularków i odparł:
- Szczerze mówiąc, to Lunatyk mi to doradził. W końcu zawsze krzyczałaś, że mam „Rozczochrany łeb”, albo że moje włosy wyglądają jak mop, także uznaliśmy, że może tak będzie lepiej.
No, nie mogę. To jest głupie bo, zawsze wrzeszczałam, że wygląda jak idiota tak czochrając sobie włosy, ale teraz wyglądał jeszcze gorzej. Te włosy były jakieś takie przylizane i ugh, trochę skojarzyły mi się ze Snapem.
- Poczekaj – powiedziałam i wsadziłam ręce w jego włosy. Oo, jakie gładziutkie i jedwabiste, nawet moja najlepsza odżywka w ilościach hurtowych nie uzyskuje tego efektu na moich włosach. Sprawiedliwość, eh.
- Oo, tak o wiele lepiej. Wyglądasz normalnie - dodałam chowając ręce do kieszeni marynarki, trochę przerażona moim zachowaniem. Merlinie, gdzie ja się pcham z tymi łapami?!
- Hm, no dziękuję – odparł Rogacz i zaszczycił mnie uśmiechem. Tym moim ulubionym, takim zadziornym.
- Pomyślałabyś kiedyś, że bez przymusu położysz ręce na mojej głowie? - zapytał Potter śmiejąc się. Zapewne z mojej głupiej miny.
- Taa, szczerze mówiąc, to zawsze myślałam że tego uniknę – odparłam - To znaczy, masz naprawdę fajne włosy, nie to że się ich brzydzę, naprawdę są delikatne jak sierść mojego kota – dodałam i uzmysłowiłam sobie co gadam. Miałam ochotę rąbnąć się w ten swój pusty łeb. Boże, porównuje go do kota.
Rogacz nic nie odpowiedział, tylko pociągnął mnie na początek kolejki do Filcha, który jak idiota przeszukiwał wszystkich wychodzących uczniów. Czego się spodziewał, to nie wiem, ale do tej pory nic niebezpiecznego nie znalazł. Po kłótni Rogacza z Filchem (przez co jego przeszukiwał najdłużej) w końcu skierowaliśmy się do wioski. Trochę dziwnie tak iść z Potterem, gadać z nim i nie wydzierać się. No i tak w ogóle zawsze przychodziłam tu z dziewczynami, także ta sytuacja trochę mnie stresowała.
- To co kawiarenka pani Pudditfoot? – zapytał Okularnik otwierając mi drzwi do tego przybytku.
Różowego przybytku. Jako osoba nie chodząca na randki, nigdy tu nie wchodziłam i po prostu stałam na progu i byłam w szoku. Ściany, sufit i podłoga były w różnych odcieniach różu, małe dwuosobowe stoliki i krzesła były białe, na każdym stał wazonik z małymi różowymi kwiatkami. Połowa stolików była zajęta przez zakochane, migdalące się nad kawą czy herbatą pary. O ludzie, gdzie my trafiliśmy?!
- Witajcie, kochaneczki, pierwsza randka? Mam tu dla was idealny stolik, o proszę, tutaj przy oknie! – zawołała niziutka starsza pani ciągnąc nas za ręce i sadzając przy stoliku oddzielonym od innych parawanem. Hm.
- To czego byście się napili? Taka śliczna dziewczyna, taki przystojny młodzieniec, piękna para! - ta kobieta jest chyba szalona. Potter trząsł się od powstrzymywanego śmiechu, ja byłam zdegustowana a pani, hm Amelia Puddifoot – to imię wyczytałam z plakietki na jej piersi, skakała wokół nas i prawiła nam komplementy.
- Kochaneczki, pierwsza randka na koszt firmy! Gnomie podaj zakochanym poczęstunek! – zawołała i odpłynęła między stolikami w stronę lady. Po sekundzie przy stoliku pojawił się karzeł ubrany w strój Amora, wiecie miał strzały, łuk i wyglądał dziwnie w jakiejś takiej a’la todze. W tym momencie Potter nie wytrzymał i parsknął  śmiechem w swoją czekoladę. I dzięki temu w końcu się rozluźniłam.
- Uświniłeś się – powiedziałam z uśmiechem i chwyciłam za serwetkę, którą wytarłam z twarzy Rogacza czekoladę.
- Dziękuję, wybacz ale widok….- zaczął, ale mu przerwałam.
- Świetnie cię rozumiem, biedny, wygląda po prostu jak idiota. Na jego miejscu poszukałabym innej pracy.
I dzięki temu rozkręciła się rozmowa. Nie powiem, gadało się nam nieźle. Dowiedziałam się sporo o Potterze i chyba częściowo zrozumiałam czemu tak się czasem wkurzająco wychowuje. Ukochany jedynak, rozpieszczony przez rodziców, oczko w głowie mamy. Po wypiciu świetnej czekolady i zjedzeniu po kawałku przepysznej szarlotki wyszliśmy z kawiarni i skierowaliśmy się w stronę końca wioski, tam gdzie znajdowała się Wrzeszcząca Chata.
- A wiesz, jak kiedyś byłam z rodzicami na wakacjach w Szkocji, to było jeszcze zanim dowiedziałam się, że jestem czarownicą, nocowaliśmy w starym zamku przerobionym na hotel. I tak się trafiło, że w moim pokoju był duch młodej dziewczyny, wtedy pierwszy raz zobaczyłam i gadałam z duchem, żebyś widział minę mojej mamy jak kiedyś weszła do pokoju, a ja według niej gadałam do pustej ściany! Myślała, że jestem opętana i chciała jakieś egzorcyzmy nade mną odprawiać, dopiero tata ją uspokoił i powiedział, że pewnie mam jakąś wymyśloną przyjaciółkę- opowiadałam Rogaczowi, gdy stanęliśmy pod płotem Wrzeszczącej Chaty.
- Chciałbym poznać twoją mamę, z tego co opowiadasz rysuje się całkiem zabawnie - odpowiedział Rogacz i spojrzał na opuszczony dom. – Chcesz wejść do środka? – zapytał wskazując ręką na budynek.
- Hm, wątpię żeby można było tam wchodzić - powiedziałam z powątpieniem. Budynek miał pozabijane deskami okna, wszędzie stały tabliczki „Zakaz wstępu” i wyglądało jakby chata miała się zaraz zawalić. A dobra, raz się żyje!
- Chodźmy! – powiedziałam i pociągnęłam Pottera w stronę drzwi. Otworzył je za pomocą Alahomory i znowu jak dżentelmen przepuścił mnie w drzwiach. Szczerze mówiąc nie wiem czego się spodziewałam, ale na pewno nie takiego syfu. Wszystko było porozwalane, krzesła połamane, stół przewrócony, z drewnianych ścian zdrapana tapeta i gdzieniegdzie walały się butelki po piwie kremowym, lub nawet Ognistej Whiskey.
- Ale syf – powiedziałam i weszłam po schodach na górę.
- Uważaj na piątym stopniu, jest obluzowany – powiedział Potter, ale cóż zrobił to za późno i po prostu poleciałam do tyłu wymachując rękoma jak oszalała. Ta, wiewióry nie latają. Rogacz ze swoim instynktem świetnego gracza Quidditcha złapał mnie w ostatniej chwili, przy okazji obrywając w czoło moją głową.
- O Boże, James przepraszam! - zawołałam odrywając jego rękę od czoła i oglądając miejsce w które go można powiedzieć ubodłam.
- Będziesz miał gigantycznego guza – dodałam, próbując zapaść się pod ziemię. Niestety, ale takich sztuczek nie umiałam.
- Nic mi nie jest, ważne że nie spadłaś, mogłabyś się połamać, albo coś – odparł Rogacz z dziwnym uśmiechem. Naprawdę nie rozumiem człowieka, nabiłam mu wielkiego guza a ten się cieszy. O kurczę, może mu głowę uszkodziłam? Ale jeszcze bardziej? To się da?
- Lily, serio nie przejmuj się, to co powiedziałaś przed chwilą wynagrodziło mi tą chwilę bólu – odparł klepiąc mnie po plecach. A co ja powiedziałam? Ja, o kurczę!
- Nazwałam cię po imieniu! – zawołałam jak kretynka.
- No tak, w końcu – odparł James i poprowadził mnie z powrotem na dół.
- Och, no tak – dodałam nie wiem po co, pewnie żeby podtrzymać tą wymianę zdań.
- Chodź, pokażę ci coś – powiedział ciągnąc mnie za rękę do innego pokoju. I po prostu zaparło mi dech. Pokój był niezniszczony, miał śliczną zieloną tapetę w małe białe kwiatki, stylową sofę ustawioną przed kominkiem i mały stolik na którym stał prześliczny zestaw do herbaty i patera z moimi ulubionymi ciastkami z mugolskiego sklepu.
- Jak…? – wyjęczałam w szoku.
Potter tylko spojrzał na mnie z uśmiechem i pociągnął mnie w stronę sofy. Gdy usiedliśmy rozpalił ogień w kominku i nalał do filiżanek gorącej herbaty.
- Dwie łyżeczki cukru? – zapytał mnie, a gdy nadal w lekkim szoku kiwnęłam głową, zapytałam zaraz:
- Skąd wiesz ile słodzę?
- Lily, znam cię już 6 lat, naprawdę myślisz, że tego nie zauważyłem? – Hm, szczerze mówiąc, to ja nie zwracałam uwagi na to ile on słodzi. Dlatego gapiłam się uważnie ile wsypie tego cholernego cukru, kiedy powiedział:
- Ja nie słodzę – i uśmiechnął się widząc jak się rumienię. Właściwie czerwienienie było by lepszym określeniem tego co działo się na mojej twarzy. Z przyjemnym siorbnięciem napił się herbaty i poczęstował mnie ciastkami. Chrupaliśmy ciastka jak króliki, gdy do pokoju wpadł Black.
- Łapo, no mówiłem… - zaczął Rogacz patrząc wrogo na Syriusza.
- Gołąbki, chyba straciliście poczucie czasu, już zamknęli bramę od szkoły – odparł Black zabierając ostatnie ciastko i ładując je do swojej gęby. Nadal uśmiechając się jak głupia, w końcu zajarzyłam.
- Co? To jak wrócimy?! Na Merlina, dostaniemy szlaban od McGonagall, no żesz.. – coś tam zaczęłam pokrzykiwać i utyskiwać, gdy przerwał mój wywód Black:
- Ruda Wiewióro spokojnie, wasza urocza randka, nie skończy się szlabanem, wujek Łapa wie jak nas stąd wydostać.
O nie, to na pewno jakiś głupi pomysł.
- Lily, nie martw się, naprawdę wrócimy do szkoły i nie dostaniemy szlabanu – dodał James pocieszającym tonem, prowadząc nas do ukrytej pod deskami w holu klapy. Łapa napinając swoje wątłe mięśnie(OK, wcale nie takie wątłe) otworzył klapę i pokazał ciemny tunel.
- To ja pierwszy - powiedział Black i zeskoczył do dziury. O, nie, nie ma mowy żebym tam skakała!
- Hm, James, to ja chyba jednak zaryzykuję szlaban i… - zostałam bezceremonialnie popchnięta do czarnej dziury i po chwili lotu złapana przez silne ramiona Blacka.
- No i co Wiewióro? Nie było źle – powiedział Black czochrając mi włosy. Gdy Rogacz zeskoczył obok nas, lądując bardzo zgrabnie, nie to co ja, chłopcy zapalili różdżki. Ogarnęłam, że ja też powinnam i jak z pochodniami zaczęliśmy iść naprawdę długim tunelem.
- Daleko jeszcze? – zapytałam po parunastu metrach dysząc i prawie hiperwentylując. Niestety, nie mam za grosz kondycji.
- Jeszcze parę metrów - odparł Łapa, w ogóle nie zdyszany. Chyba treningi Quidditcha robią swoje, bo oni normalnie mówili.
- Lily, jak chcesz to mogę Cię ponieść - dodał Rogacz, z czego Black zaczął się śmiać.
- Poradzę sobie – odparłam przez zaciśnięte zęby wycierając pot z czoła. Dobrze, że użyłam antyperspirantu i perfum, bo gdyby nie, to pewnie nikt by nie wytrzymał mojego smrodu. Gdy doszliśmy do końca tunelu Black podał coś Potterowi i wyskoczył na zewnątrz. Już chciałam iść jego śladem gdy Rogacz mnie przyblokował.
- Lily, musisz mi obiecać, że nikomu nie powiesz o tym przejściu - zaczął – I obiecaj, że nigdy sama tu nie wejdziesz – dodał. A co on myśli, że będę nielegalnie przedzierać się do wioski?
- Jeżeli to takie ważne, to OK, obiecuję. Ale nawet Dor i Mary nie mogę powiedzieć? – zapytałam trochę zdziwiona tą sytuacją.
- Im w szczególności – odparł i coś na nas zarzucił. Wyszliśmy z tunelu, który znajdował się przy Bijącej Wierzbie! O kurczę, a czemu ona nas nie zabiła? Black musiał ją zablokować jakimś zaklęciem. A tak właściwie to gdzie on jest? I czemu Potter stoi tak blisko mnie i mamy na głowach jakąś, hm pelerynę?
- Co na nas zarzuciłeś? – zapytałam dotykając śliskiego, delikatnego materiału.
- To peleryna niewidka – odparł otwierając drzwi i rozglądając się. – Niestety Łapie musieliśmy oddać mapę, także mów szeptem i idź na palcach, bo słychać twoje obcasy na podłodze. I tak nawiasem mówiąc, to całkiem seksowne są te buty – dodał i cicho zaśmiał się z mojej miny.
- To może je zdejmę?- zapytałam. Szczerze mówiąc, to nie jestem pewna czy dojdę na palcach na szóste piętro i przez te wszystkie korytarze. A naprawdę nie chcę zarobić szlabanu!
- OK., oprzyj się o mnie – odparł patrząc jak mocuję się ze zsuwaniem obuwia. Piękne buty, ale zupełnie niepraktyczne.
- Dobra, idziemy – powiedział, gdy schowałam kozaki do torebki. Pierwsze piętro i drugie minęliśmy bez żadnego kłopotu, dopiero teraz ogarnęłam jak im się zawsze udawało wyjść z opresji, dzięki takiemu cacku, jak ta pelerynka! Dopiero na czwartym piętrze usłyszeliśmy głos Filcha:
- Co kochaniutka, czujesz uczniów? Na korytarzu? Po godzinie policyjnej? Kochaniutka, musimy ich złapać! – zawołał bojowo Filch. W innej sytuacji po prostu bym się zaśmiała, ale nie chciałam nas wkopać w nieprzyjemną sytuację. James znieruchomiał, złapał mnie za rękę i pociągnął do jakiś drzwi. Stara klasa od transmutacji!
- Cii – wyszeptał stojąc naprawdę blisko mnie i wyglądając przez niedomknięte drzwi. Kroki woźnego i jego utyskiwanie na uczniów coraz bardziej się oddalało, także już chciałam wychodzić, gdy poczułam ręce Pottera na talii, a jego usta na swoich. O Morgano, mój pierwszy pocałunek w starej śmierdzącej klasie i to z Potterem! Naprawdę nigdy bym nie pomyślałam, że kiedykolwiek będę się z nim całować! Potter coraz bardziej się rozkręcał, a ja dyszałam jak po przebiegnięciu maratonu. Serce mi biło jak szalone, a mózg chyba umarł, bo nie myślałam o niczym, tylko o tym żeby wsadzić dłonie w te aksamitne włosy i przyciągnął jego twarz jeszcze bliżej mojej. Ale bliżej chyba się nie dało, bo i tak już ściśle przylegaliśmy do siebie. Gdy w końcu lekko go odepchnęłam, bo już czułam że kręci mi się w głowie, chyba po prostu zapomniałam o odpowiedniej wentylacji - czyli oddychaniu.
- Lily, ja…- zaczął Poczochraniec. Szczerze mówiąc nie obchodziło mnie czy chciał mnie za to przeprosić, czy triumfować, nieważne, ponownie wbiłam się w jego pełne usta i pomyślałam: taak, całowanie jest fajne!!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.