piątek, 26 czerwca 2015

Miniaturka numer 11 – „Bezludna wyspa”



Maj 1976

Wycieczka szkolna, wyobrażacie to sobie? Wiem, wiem – w mugolskich szkołach to nic nadzwyczajnego. Ale nie w Hogwarcie. W Hogwarcie, gdy mówimy o wycieczce, najczęściej mamy na myśli co miesięczne wypady do Hogsmeade.
Jednak nie w tym roku.
Dumbledore podczas śniadania oznajmił tę jakże ekscytującą wieść – w tym miesiącu piąte i szóste roczniki Gryffindoru oraz Ravenclawu wybierały się w kierunku Orkady – archipelagu należącego do Wielkiej Brytanii. Natomiast w czerwcu miała być kolej Slytherinu i Hufflepuffu.
Oczywiście wszyscy byli podekscytowani. Szóstoroczni ponieważ będą mieli wytchnienie przed SUM-ami, a my, piątoroczni, cóż, my jako nastolatkowie wszystkim się ekscytujemy.
            - Ale będzie super! – oznajmiła Dorcas. Uśmiechnęła się szeroko i zaczęła wyliczać na palcach: - Plaże, ocean, imprezy, faceci!
Spojrzałam na nią kpiąco.
- Dorcas, Orkady to nie Kalifornia, nie masz co liczyć na opalonego surfera, czy nawet atletycznego barmana... Tam są głównie wrzosowiska, jeziora, owce i chłodny klimat – powiedziałam i patrzyłam na coraz smutniejszą minę przyjaciółki.
            - Meadowes, nie martw się, Evans rujnuje nie tylko twoje marzenia… - usłyszałam, i obejrzałam się za siebie.
Kogo innego mogłabym zobaczyć, hm? Oczywiście, że był to Potter z Blackiem.
            - Och, więc twoje zdążyłam już zrujnować? – zapytałam głosem przesyconym słodyczą. – Super!
Rzuciłam Potterowi ostatnie spojrzenie, i pociągnęłam Dorcas czym prędzej do Wieży Gryffindoru.


***


Po tygodniu nadszedł czas wyjazdu. Mieliśmy spędzić dwa tygodnie na jednej z wysp należącej do archipelagu.
            - Tak się cieszę! – zawołała Dorcas, poprawiając sobie zsuwający się plecak.
Zapowiadał się biwak. Ale biwak w wykonaniu czarodziei, to coś zupełnie innego, niż te mugolskie wyprawy z namiotem. Nasze wyposażone są w łazienki, całkiem wygodne łóżka i mają malutkie aneksy kuchenne. Także, na wypasie.
            - Ustawcie się czwórkami! – zarządziła profesor McGonagall. Wcale nie była zadowolona z tego, że dyrektor wyznaczył ją osobą, odpowiedzialną za losy wycieczki. – Na każdą czwórkę uczniów przypada jeden świstoklik, który zabierze was na miejsce!
Stanęłyśmy z Dorcas obok najbliższego, czyli starego trampka. Z niechęcią spojrzałam na ustawiającego się przy naszym świstokliku Pottera i Blacka.
            - Witaj, Evans. To co, będziemy dzielić namiot, nie? – zapytał Potter, czochrając tą swoją szczotę.
            - Nie – wyburczałam, niezadowolona.
Dzielić namiot z Potterem? Przecież dla mnie, to by oznaczało trafienie do Azkabanu na resztę życia… Za morderstwo, kumacie?
Więc, gdy profesor McGonagall dała znak, dotknęliśmy rozświetlony trampek.
Gdybyśmy tylko wiedzieli…


***


Otworzyłam zamknięte powieki (podróżowanie świstoklikiem nie jest przyjemne) i rozejrzałam się dookoła.
            - No dobra… - zaczęłam, rozglądając się. – Gdzie są wrzosy, owce i deszcz? – zapytałam, widząc palmy, lazurową wodę i prawie, że biały piasek na plaży.
            - Ale to Szkocja, nie? – zapytał idiotycznie Black, gapiąc się na palmę.
Dorcas parsknęła śmiechem, a Potter pokręcił tym poczochranym łbem.
            - Myślę, że jesteśmy dosyć daleko od Szkocji – powiedział.
Po raz pierwszy musiałam się w czymś zgodzić z Potterem. Od Szkocji dzieliła nas całkiem spora odległość.


***


            - Jestem już zmęczona! – zawołała Dorcas.
Od dobrych paru godzin przemierzaliśmy wyspę wzdłuż i wszerz. Nie spotkaliśmy nikogo, oprócz paru egzotycznych zwierząt, które z pewnością nie zamieszkują Orkady.
            - Nie chcę zostać osobą przekazującą złe wiadomości – zaczął Potter. – Ale chyba musimy pogodzić się z faktem, że znajdujemy się na bezludnej wyspie…
Przez moje lekko rozchylone usta nie wychodził żaden dźwięk. Jednak wewnętrznie krzyczałam. Było to bardzo dramatyczne: „Nieeeeee!!!!” 
Było tak, jakby właśnie spełniał się mój najgorszy koszmar.


***


Siedzieliśmy pod sporą palmą i gapiliśmy się na ocean. Robiło się coraz ciemniej, a co za tym szło – coraz chłodniej.
            - Merlinie, czemu byliśmy tacy głupi? – zapytał po raz któryś Black. – Czemu Dumbledore zarządził, że mamy nie brać różdżek?!
Dokładnie. Mieliśmy prze-sra-ne.
            - Żeby asymilować się z mugolami i charłakami… Przez wasz głupi dowcip na panu Filtchu! – zawołałam, przypominając sobie skutki okrutnego żartu Huncwotów (odjęcie 50 punktów i miesięczny szlaban, oraz wyjec do rodziców) który doprowadził woźnego na oddział intensywnej terapii w Świętym Mungu.
            - Mugole mają przechlapane – westchnęła Dorcas, wyjmując z plecaka kolejny sweter.
Skinęłam głową.
            - Gdybyśmy mieli chociaż ogień… - powiedziałam, czując coraz chłodniejszy wiatr.
Potter spojrzał na mnie i na raz pacnął się dłonią w czoło.
            - Mam zapalniczkę! – obwieścił, wyciągając z kieszeni spodni paczkę mugolskich papierosów i ją – nasz mały cud. Zapalniczkę, która miała uratować nas przed zamarznięciem.
            - W innej sytuacji, zapytałabym komu próbujesz zaimponować paląc te cuchnące pety, ale w tej sytuacji ratujesz nam tyłki – powiedziałam, wpatrując się w nikły płomień.


***


Po rozpaleniu niedużego ogniska, wpadliśmy na pomysł aby przeszukać nasze plecaki. Wiem, geniusze z nas! Siedzieliśmy parę godzin, i nie wpadliśmy na to, żeby przeszukać plecaki...
Głównie szukaliśmy jedzenia.
            - Teraz wracalibyśmy z kolacji… - powiedział Black, przełykając dwa herbatniki.
To był cały nasz zapas. Po dwa herbatniki na osobę.
            - Chciałabym, żeby był tutaj Peter – westchnęłam żałośnie. Peter zawsze miał przy sobie mały zapas słodyczy.
            - Już ci nie wystarczam, Evans?! – zapytał Potter. Merlinie, co za kretyn! – Nie martw się, jutro upoluję dla ciebie zwierzynę, a ty ją dla mnie upichcisz, kobieto.
Z głodu Potter zaczął zamieniać się w jaskiniowca… Marny los nas czeka, moi mili.


***


Spałyśmy z Dorcas pomiędzy chłopakami. Normalnie nie zbliżyłabym się do Pottera na tak skandalicznie bliską odległość, lecz zimno skutecznie mnie do tego zmusiło.
            - Evans – wyszeptał Potter, przerywając idealną ciszę, od czasu do czasu przerywaną przez chrapanie Blacka. Albo Dorcas, ciężko określić.
            - C-coo? – zapytałam, próbując powstrzymać drganie żuchwy.
            - Przez twoje szczękanie zębami nie mogę usnąć – poskarżył się. Odchylił sweter, którym był przykryty. – Przybliż się, ogrzejesz te skostniałe łapy.
Próbowałam prychnąć, ale zziębnięte usta mi na to nie pozwoliły.
            - Tylko nic nie p-próbuj, Po-potter – wyszeptałam, przybliżając się do ciepłego ramienia chłopaka.


***


Obudziło mnie rażące słońce i czyjaś dłoń, gładząca moje włosy.
            - Potter! – fuknęłam, odsuwając się maksymalnie od bruneta. – Łapy przy sobie, zboku!
            - Evans od rana w bojowym nastroju… Lubię to! – obwieścił i szybko wstał z posłania. – Dorcas i Syriusz ruszyli na polowanie.
Zrobiłam sceptyczną minę.
            - Taa, też nie wierzę w pozytywne zakończenie ich misji – powiedział chłopak. – W każdym razie, gdy tak słodko spałaś, znalazłem prysznic.
Rzuciłam mu spojrzenie pod tytułem: „WTF, ty idioto?!”.
            - Sama zobacz – zaproponował, ciągnąc mnie w stronę jakiś zalesionych głazów. Przez chwilę obawiałam się najgorszego… - Ta- dam! – zaintonował, pokazując mi małe oczko wodne, z ledwo ciurkającym wodospadem.
Normalnie jak z reklamy szamponu do włosów. Czad!
            - Doskonale, Potter – odparłam, odklejając lepiącą mi się do ciała szkolną koszulę. – A teraz spadają stąd małpy straszyć.
Potter chyba się obraził, ale miałam to totalnie gdzieś.


***


Po „prysznicu” wróciłam do naszego obozu.
            - … tylko czemu tu trafiliśmy? – zapytał Syriusz, zakreślając ręką ten bajkowy krajobraz, który nas otaczał.
            - Lepsze pytanie brzmi: „Jak się stąd wydostaniemy?” – wtrąciłam do rozmowy.
Cała trójka zamyśliła się. Prawda była taka, że bez różdżek, czy łodzi, nie mieliśmy żadnych szans, na powrót do cywilizacji.
            - Znaleźliśmy banany i kokosy – powiedziała Dorcas, gdy faceci zaczęli się kłócić o to, czy lepiej budować szałas, czy tratwę. – Częstuj się.
Po wczorajszych dwóch herbatnikach, z przyjemnością wbiłam zęby w dojrzałego banana. Zaczęłam przysłuchiwać się rozmowie.
            - Szałas – poparłam Pottera.
Spojrzeli na mnie ze zdziwieniem.
            - Nie wiadomo kiedy nauczyciele, odkryją to, że zaginęliśmy i kiedy trafią na nasz ślad – wytłumaczyłam się od razu. Nie chciałam, żeby Potter się napuszył i pomyślał, że jest mądry, czy coś. – Do tego czasu musimy mieć lepsze miejsce do noclegów, niż ten barłóg – dodałam, wskazując na porozwalane na plaży swetry i inne części garderoby, które nam służyły za posłanie i przykrycie.
            - To co nam potrzeba do wybudowania szałasu? – zapytała Dorcas, nacierając sobie ramiona kremem z filtrem.
Taa, chłody nocy dawno dały o sobie zapomnieć. Teraz było chyba z trzydzieści parę stopni, a ja grzałam się w długich spodniach i koszulce. Ale rozebrać się do kostiumu przy tych dwóch zbokach? Dziękuję bardzo, ale nie.
            - Dużo drewna. Sznury – odparłam.
Black spojrzał na mnie kpiąco.
            - No tak, zapomniałem, że sznury rosną na drzewach, Evans – odparł ironicznie.
            - Łapo, sznury może nie, ale liany tak – odparł Potter.
Spojrzałam na niego z podziwem. No kto by pomyślał, że ta kupa rozczochranych kłaków ma działającą chociaż część mózgu.
            - To budujemy – zarządziła Dorcas.


***


            - Lily, zdejmij te ciuchy, bo dostaniesz udaru cieplnego, czy czegoś takiego! – powiedziała Dorcas, gdy poszłyśmy do źródełka po wodę.
            - Ale oni będą się gapić – odparłam. Może i jestem nienormalna. Normalna dziewczyna zrzuciłaby to z siebie, a ja się zastanawiałam, czy Potter będzie się gapić.
            - Masz jednoczęściowy strój, ja mam gorzej – odparła, wskazując na swoje bikini.
Taak, to cała Dorcas. Najpierw jara się „seksownym” kostiumem, a później na niego narzeka.
            - No dobra – westchnęłam, zdejmując koszulkę przez głowę. – Ale gdybyś zobaczyła, że Potter rozstawia namiot, wiesz gdzie, to masz mnie zawiadomić!
Dorcas przewróciła oczami, ale skinęła głową


***


Do obozu wróciłyśmy z wodą, nabraną w jakiś gigantyczny liść, oraz kolejnym kokosem.
            - Fiu, fiu, blade nóżki! – zawołał Black, przytrzymując Potterowi jakąś część szałasu.
            - Twoje nie lepsze, Black – odgryzłam się, i sypnęłam piachem na jego odsłonięte, obrośnięte czarnymi kłakami łydki.
            - Evans ma spoko nogi – wtrącił Potter, lustrując mnie wzrokiem. Na szczęście normalnym, a nie takim psychopatycznego zboczeńca, który ma wielki plan dorwania swojej ofiary, aby zapędzić ją w jakiś kącik, i tam dokonać czynu. Ekhm. Czynu karalnego.
            - Nie wygląda tak źle – mruknęłam do Dorcas.
Stałyśmy przed szałasem i oceniałyśmy pracę chłopaków. Szałas, posiadał już ściany, jakąś część dachu, oraz podłogę z liści palmowych.
            - A pomyślałaś, co będzie jeżeli nigdy nas nie odnajdą? – zapytałam nagle.
Doprawdy, straszne myśli mnie nachodziły.
            - Do końca życia będziemy jeść banany? – zażartowała Dorcas.
            - Nie, Dor – westchnęłam. Jak ona coś powie... – Będziemy skazane na życie z nimi – dodałam, wskazując brodą na chwiejącego się na nogach Blacka (było widać, że nigdy nie pracował fizycznie) i związującego bambusy Pottera.
            - Merlinie… - wyszeptała Dorcas. – A ja chciałam mieć dzieci! – zawołała tak, że usłyszał ją Black.
            - Meadowes, jeżeli chcesz, to możemy coś zdziałać, w tym kierunku… - zaproponował Syriusz.
            - Fu, nie z tobą, Black! – odparła od razu oburzona Dorcas.
            - Na mnie nie patrz, ja zaklepuję Evans – wtrącił Potter.
            - Spadaj, obleśny dziadzie – odgryzłam się jakże cudownie.
Obrzucaliśmy się całą czwórką obrażonymi spojrzeniami.
            - Łapo, budujmy dalej – powiedział w końcu Potter.


***


Właśnie mijał trzeci dzień na wyspie. Gdyby nie to, że utknęłyśmy tutaj z Potterem i Blackiem, mogłoby być całkiem miło.
Opalałyśmy się, pływałyśmy, popijałyśmy mleczko kokosowe, z rozbijanych przez Blacka kokosów. Normalnie jak wakacje. Tyle, że na bezludnej wyspie, a nie All Inclusive w jakimś egipskim hotelu.
            - Przewrót – powiedziała Dorcas, i od razu przewróciłyśmy się na plecy.
Pracowałyśmy nad idealną opalenizną od godziny, a połowa składu Huncwotów, próbowała łowić ryby.
            - Black jest żałosny – westchnęłam, gdy usłyszałam głośny pisk.
Syriusz podskakiwał w wodzie i wskazywał na coś palcem.
            - Chyba jednak nie… - odparła Dorcas, podnosząc się z ręcznika. – Złapali rybę!
Usiadłam i spojrzałam na biegnących w naszą stronę chłopaków, z wielkim kijem, na który mieli nabitą malutką rybkę.
            - Prawdziwi myśliwi – skomentowałam ich zdobycz i wróciłam do opalania.


***


I tak mijał dzień za dniem. Z trzech zrobiło się siedem. Chociaż udawałam całkiem wyluzowaną, obawiałam się coraz bardziej tego, że nauczyciele nas nie znajdą.
Merlinie, pozostać na bezludnej wyspie, na zawsze z Potterem?!
I tak było kiepsko, bo Black przepadał gdzieś z Dorcas na całe dnie (co z niej za przyjaciółka!) i byłam skazana na jego towarzystwo.
            - Evans – usłyszałam, gdy obierałam kolejnego banana.
Banany. W kółko banany. Rano, po południu, wieczorem. Ciągle jedliśmy banany.
            - Co? – wyburczałam.
Może dziczałam, czy coś, ale nie lubiłam, gdy ktoś przerywał mi jedzenie tych żółtych cudowności.
            - Przyniosłem ci coś – oznajmił ze zwycięskim uśmiechem.
Przez chwilę myślałam, że kolejnego banana. Ale było to coś o wiele lepszego…
            - Skąd to masz?! – zapytałam, patrząc na różdżkę.
            - Z tamtej jaskini – odparł, wskazując palcem za siebie.
            - Merlinie, Potter, gdybyś nie był Potterem, to normalnie bym cię ucałowała! – zawołałam, próbując mu wyrwać różdżkę.
            - Nie tak szybko, Evans – mruknął, wyciągając rękę wysoko nad sobą, tak, że musiałam podskakiwać, próbując ją dorwać. – Skąd wiesz, że nie ma nałożonego jakiegoś uroku? I skąd się wzięła w jakiejś jaskini na bezludnej wyspie?
Podskoczyłam ostatni raz i spojrzałam na chłopaka z rozdziawionymi ustami.
            - Nie pomyślałam… - wyszeptałam.
Ta wyspa powodowała u mnie jakąś chroniczną bezmyślność…
            - No widzisz – powiedział. – Ja pomyślałem. Dlatego umieszczę ją w miejscu, do którego się nie dotkniesz. Tu będzie bezpieczna – dodał, wsadzając sobie różdżkę za gumkę spodenek kąpielowych.
Skrzywiłam się lekko. Miał rację. Stamtąd na pewno jej nie wyjmę…


***


Siedzieliśmy we czwórkę i wpatrywaliśmy się w różdżkę leżącą przed nami.
            - A może jej użyć? – zapytał Syriusz.
            - A jeżeli jest przeklęta? – odparła Dorcas, lekko przestraszonym głosem.
Black ciężko westchnął.
            - Może spróbujmy? – zapytałam. – Tylko kto jest na tyle bezmy… ekhm, odważny, aby to uczynić?!
Uwielbiam podpuszczać tego kretyna. Od razu nadął się jak balon i wziął różdżkę do ręki.
            - Ja to zrobię. Jeżeli ktoś ma zostać poszkodowany, to niech to będę ja – powiedział, jakże dramatycznie i pompatycznie.
Spojrzeliśmy na niego z podziwem mieszającym się z niedowierzaniem.
            - Rogaczu… - powiedział żałośnie Syriusz, patrząc na Pottera. – Tak młodo nas opuścisz…
            - Taki młody, taki przystojny… – westchnęła Dorcas.
            - Dobra, rób to! – zawołałam.
Co prawda, trochę polubiłam Pottera. Może nawet było by mi przykro, gdyby zginął od jakiejś paskudnej klątwy. No, ale kto miał się poświęcać? On był do tego najlepszy. Jak taka owieczka, prowadzona na rzeź. Równie głupi.
Potter skinął głową i chwycił różdżkę.
            - Avis – mruknął.
Nagle pojawiły się przed nami latające ptaszki.
            - Co za kretyn, ma być może jedną jedyną szansę, a wyczarowuje sobie ptaszki! – zawołałam, ale spojrzałam na chłopaka.
Co prawda wyglądał całkiem głupio z poczochranymi włosami, ale był cały i zdrowy. Nic mu nie odpadło, ani nie zgniło, czy coś takiego.
            - Wracamy do domu! – zawołał.
Chwilę byliśmy cicho, aż nagle zaczęliśmy szaleńczo krzyczeć, piszczeć i tańczyć na plaży.


***


Dwa dni później

            - Nie sądzisz, Albusie, że to było trochę okrutne z naszej strony? – zapytała Minerwa McGonagall, patrząc na czwórkę „zaginionych” uczniów.
            - Wątpię, Minerwo – odparł Dumbledore, przyglądając się zupełnie innym relacjom swoich uczniów. – Myślę, że właśnie to było im potrzebne – dodał z delikatnym uśmiechem i skierował się z powrotem do swojego gabinetu.
Profesor McGonagall, patrzyła na swoich uczniów z psotnym uśmiechem. Kto by pomyślał, że to ona wraz z Dumbledore’m powinni zostać okrzykniętymi największymi żartownisiami Hogwartu…


 ***


I jak, wszystkie pozdawały? :) Mam nadzieję, że tak! Z tejże, wakacyjnej okazji, lekka, letnia miniaturka (zobaczycie, ja ich w tych miniaturkach wpakuję we wszelkie możliwe sytuacje... Na to się chyba zanosi :p)
Rozdział w sobotę lub niedzielę ;)

czwartek, 25 czerwca 2015

Miniaturka numer 10 – „Ciemniejsza strona Pottera”

Parodia następnej części Grey'a. Co prawda, nie pamiętam co się tam działo (wyparłam to ze świadomości), ale chyba było coś o jego mrocznym dzieciństwie...
A więc, zapraszam.
Ale uprzedzam, to jest tak strasznie, strasznie, strasznie, strasznie głupie. Że aż momentami zabawne :) Albo ja mam jakieś dziwne poczucie humoru ;p
Aaa, i miniaturka zawiera lokowanie produktów, haha.

***


Przyglądał się jej. Czuł coraz większą zazdrość i pożądanie. Tak bardzo chciał być na jej miejscu…
Jednak zacznijmy od początku. Od wczesnych lat dzieciństwa, gdy to James Potter, pragnął czegoś z całych sił, a tego nie dostał…


***


            - Mamo? – zapytał sześcioletni James, pociągając matkę za długą spódnicę. – Czy mogę to dostać? – zapytał, wskazując paluszkiem na coś, co wyglądało na tak bardzo smaczne i intrygujące.
            - James, to mugolskie jedzenie, niewiadomego pochodzenia – odparła kobieta i pociągnęła syna w kierunku wejścia do Dziurawego Kotła. – Kupię ci suszone traszki, chcesz?
Mały James skrzywił się z obrzydzenia. Suszone traszki, chociaż były przysmakiem większości czarodziei, jego zwyczajnie obrzydzały. Miały dziwny, słony smak i wydawały okropny chrzęst pomiędzy zębami.
Zdecydowanie wolał to, co zobaczył na ulicznym straganie. Coś co go zachwyciło.
Była to długa, biała bułka, przecięta wzdłuż, z wielką ilością jakiegoś żółtego oraz czerwonego sosu. Jednak to, co wyglądało najsmaczniej, kryło się w jej puchatym wnętrzu.
Wyglądało to jak kiełbaska, ale miało zupełnie inną fakturę.
Od razu tego zapragnął.
I miał tego pragnąc jeszcze długo…


***


            - Co się tak gapisz? – zapytała Lily, odkładając widelec z nabitą nań parówką na talerz.
James Potter przyglądał się jej z dziwnym wyrazem twarzy. To było coś pomiędzy pożądaniem, a chęcią wyrwania widelca.
Jej wewnętrzny bogin zachichotał i wyszeptał: „Zrób mu pokaz, mała! Przecież widzisz, że tego chce. Gryź parówę!”
            - Nie gapię się – burknął James, chociaż nadal tęsknie spoglądał na parówkę.
Jego życie było pasmem mroku. Całe dzieciństwo, to było wspomnienie jednego, okrutnego zdarzenia.
Odmówienia mu hot - doga przez bezwzględną matkę.
To było tak traumatyczne przeżycie, że już nigdy nie chciał tknąć parówki. Ani jasnej bułki. A tym bardziej musztardy, czy ketchupu.
Ale nadal ich pragnął. Tak mocno…
            - O Boże – wyszeptał, widząc jak Evans z radością wbija białe ząbki w ten zakazany, mięsny przysmak.
Następnie zamoczyła parówkę w musztardzie oraz w ketchupie, i przysunęła ją do ust.
Ugryzła.
James nerwowo połknął ślinę i odciągnął kołnierzyk koszuli, uciskający go w szyję.
To był najbardziej erotyczny gryz parówki, jaki widział w całym swoim mrocznym życiu. Czuł coraz większe podniecenie. Cieszył się, że założył dżinsy, które mogły ukryć jego stojącego na baczność „trolla”, jak to lubił nazywać swojego członka.
Bo jak powszechnie wiadomo, trolle to są budzące grozę stworzenia, o postawnym wyglądzie. A Potter, w całej swojej próżności, twierdził, że jego „troll” jest największy ze wszystkich. Może nawet monstrualny.
Jak naprawdę gigantyczna parówka.
            - Evans – zagadał, widząc, że dziewczyna kończy kolację. – Lubisz parówki? – zadał zupełnie niewinne pytanie.
            - Potter, spadaj ty zboku! – zawołała, interpretując pytanie chłopaka zupełnie na opak. – Parówki, pff – sarknęła, wstając od stołu.
James Potter czuł, że zapada się w coraz większy i mroczniejszy mrok. Tak mroczny, że aż nie zobaczył zaintrygowania, malującego się w zielonych tęczówkach…


***


Evans jakby się na niego uwzięła. Już od tygodnia, na każde śniadanie i kolację jadła to, czego on tak bardzo pragnął, a nie mógł.
Cały czas chodziły mu w głowie słowa matki: „mugolskie”, „niewiadomego pochodzenia”, „może skażone”, „zakazane”.
Męczył go ten mrok, który otulał go tak szczelnie, jak puchata kołdra, albo bardzo ciasny śpiwór.
Cały czas, obsesyjnie wręcz, myślał o rudowłosej dziewczynie jedzącej parówki.
Na samą myśl o tym, czuł, że jego „troll” unosi głowę. To było doprawdy, deprymujące.
            - Potter – usłyszał, gdy wychodził głodny z kolacji.
Od razu z niej zrezygnował, gdy tylko zobaczył parówkę w zmysłowych ustach Evans.
            - Słucham? – zapytał, nawet nie patrząc na nią. Bał się, że zobaczy to zakazane pożywienie w jej otworze gębowym.
            - Mój wewnętrzny bogin…
            - Co? – przerwał jej, zdziwiony.
Rudowłosa zarumieniła się wdzięcznie i przygryzła wargę. To był wielce podniecający widok, ale Potter przez otaczający go mrok, wcale tego nie zauważył.
To jest, nie od razu.
            - Widzę, że to co robię, cię męczy – powiedziała. – Mam dla ciebie propozycję… Nie do odrzucenia.
            - Słucham – odparł, zaintrygowany.
            - Będziemy się co wieczór spotykać… Przyniosę na te spotkania coś, co cię wyciągnie z tej matni, w której się zaszyłeś – zaproponowała, tak, jak podpowiedział jej wewnętrzny bogin.
Który teraz czekał z zaciśniętymi kciukami, czekając na odpowiedź chłopaka.
            - Czemu chcesz mi pomóc? – zapytał, ale widząc rozkoszne rumieńce, zgodził się. – Będę na ciebie jutro czekał o 20 w Pokoju Wspólnym. Nie spóźnij się, nie lubię tego.


***


Szli ramię w ramię w stronę Pokoju Życzeń. Zaintrygowany, spoglądał na niedużą reklamówkę, którą to rudowłosa dzierżyła w dłoni.
            - Panie przodem – powiedział, otwierając przed nią drzwi.
Rudowłosa weszła i podeszła do niedużego stolika. Patrząc Potterowi prosto w oczy, wysypała z torebki to, czym miała go uratować, z macek ogarniającego go mroku.
            - Merlinie – westchnął.
Czuł, jakby coś go ciągnęło w jeszcze większą otchłań mroku. 
Co ta Evans sobie myślała?!
            - Berlinki, Morlinki dla dzieci, Wyborne, Sokolinki, oraz klasyczne z indykiem – powiedziała z dumą w głosie. – Do wyboru, do koloru. Wiesz, te z MOMu, takie z mięsa, lub z tektury – zażartowała na koniec, i wybuchła rubasznym śmiechem.
Jamesowi wcale nie było do śmiechu. Czuł wściekłość. Jak ona mogła?! Akurat ona!
            - Czemu mi to robisz?! – zapytał, łamiącym się głosem.
Będzie jadła te wszystkie parówki na jego oczach? To… chore! I tak bardzo okrutne.
Czuł, że mrok zacieśnia się wokół niego, jak mega obcisłe kąpielówki na basen. Ledwo mógł oddychać.
            - Nie będę ich jadła – odparła, opierając dłoń na jego ramieniu. Spojrzała mu w oczy. Zielone tęczówki mierzyły się z brązowymi, aż zarumieniła się i swoim zwyczajem zagryzła wargę. – Zrobię ci hot – doga – oznajmiła.
James otworzył szeroko oczy i poczuł coś, czego nie czuł, odkąd minął z matką to mugolskie stoisko z hot – dogami.
Mrok zaczął ustępować. To obezwładniające go uczycie, gdy tylko widział parówki, zaczęło znikać.
            - Hot - dogi są naprawdę smaczne, spróbuj – zachęcała go, podsuwając wielką bułę, wypełnioną parówką oraz ketchupem. – James, naprawdę, parówki nie gryzą. To ty je gryziesz – dodała.
Spojrzał na nią zmieszany. Czuł się tak niepewnie! Jak sześcioletnie dziecko! Jak dziewica przed pierwszym razem. Jak prawiczek, który pierwszy raz ma się zając swoim „trollem”.
            - Raz parówce śmierć – oznajmił poważnie i wgryzł się w bułkę.
Najpierw poczuł opór miękkiej bułki. Następnie gorzki posmak musztardy. Kwaskowaty ketchupu.
Aż wreszcie, poczuł to! Odgryzł spory kawałek parówki.
            - O Merlinie, to takie niedobre – stwierdził, zszokowany.
Rudowłosa patrzyła na niego szeroko otwartymi oczyma.
            - A- ale… To najwyższej klasy parówka, z zawartością mięsa aż 82%! – zawołała wzburzona.
Potter wzruszył ramionami. Spodziewał się fajerwerków, feeri smaków, czegoś niesamowitego. A parówka smakowała, cóż, dosyć normalnie.
            - Wolę patrzeć jak ty je jesz – powiedział, odkrywając prawdę.
Lily zarumieniła się i przygryzła wargę. Jej wewnętrzny bogin skakał i wymachiwał napisem: ”Już jest twój! Gryź parówki, nie wybrzydzaj!”
            - Zjedz tą – rozkazał, czując, że cały mrok, który tak go dusił, przez tyle lat, odszedł w zapomnienie.
Skupił się na tym, jak dziewczyna seksownie wgryza się w coś, co tyle lat było dla niego zakazane, a na koniec okazało się, że jest po prostu niesmaczne.
            - Zdecydowanie wolę patrzeć jak ty jesz – powiedział, czując, że jego „troll” się wznosi.
Gdy rudowłosa uporała się z parówką, postanowił zrobić coś, czego jeszcze nigdy nie robił.
            - Wiesz coś na temat dominacji, Evans? – zapytał.
Gdy zarumieniła się, wiedział,  że to właśnie tego pragnęła.
Całkowitego poddania się jego mrocznej stronie.
            - Może spróbujesz innej parówki? – zapytał całkiem niewinnie, przejeżdżając dłonią po sprzączce od paska.
Zarumieniona dziewczyna, z przygryzioną wargą, i podskakującym wewnętrznym boginem, skinęła głową…


***

Ekhm. No. 
Co ja tu publikuję, hahaha.