Tak jak maj był wyjątkowo
pięknym miesiącem, tak czerwiec zapowiadał się o wiele gorzej. Pogoda była
kiepska – ciągle padało, było pochmurno i chłodno.
Myślałam, że zagonię Jamesa
do porządków w ogrodzie, zasadzenia nowych roślinek, a tu klops – pogoda
zepsuła moje plany.
- Ciągle sikam, zamieniam
się w sikającą maszynę, całe dnie przesiaduję w łazience – gderałam sobie w
toalecie i żaliłam się swojemu odbiciu w lustrze.
Niestety, ale musiałam
zrezygnować z pracy – poszłam na urlop. Nie wyrabiałam w pracy – nie mieściłam
się z brzuchem za biurkiem, ciągle chodziłam do łazienki, wykonywałam wszystkie
czynności bardzo wolno i James – ciągle się o mnie zamartwiał.
Więc dla jego spokoju, i tym
bardziej swojego – poszłam na urlop macierzyński i właściwie czekałam na poród.
Według mojej uzdrowicielki –
poród miał mi przypaść na sam koniec lipca – coś między 26 a 31.
Ostatnio gadałam z Alicją i
okazało się, że jej uzdrowicielka wyliczyła poród na dni od 28 do 30.
Żartowałyśmy, że urodzimy razem.
Coraz częściej wyobrażałam
sobie poród.
Ja wiem, że na filmach to
wygląda nieźle – hop siup i dziecko wyskakuje, czyściutkie, śliczniutkie i w
ogóle jest bosko, nic nie boli, matka szczęśliwa, ojciec zapłakany (lub na
odwrót) i dziecko wydzierające się.
Obawiam się, że
rzeczywistość nie jest taka różowa…
- Lily, wszystko dobrze?
Lily? – zapytał spanikowanym głosem James.
Owszem, mógł się
przestraszyć. Leżałam na podłodze na macie do jogi i wyglądałam trochę… martwo?
Ale cóż, tylko w takiej
pozycji i na takim czymś mogłam spać.
- Spałam – powiedziałam i
otworzyłam oczy – Chyba musisz mi pomóc wstać, bo obawiam się, że sama się nie
podniosę – dodałam i wyciągnęłam rękę.
James, z małym jękiem (ech)
podniósł mnie i usadził na kanapie.
- Nie strasz mnie tak więcej
– powiedział.
Z
dziennika Regulusa Blacka
- Ubieraj się, muszę ci to pokazać!
– zawołałem wchodząc do domu blondynki.
Plusem pracy jej rodziców
było to, że na ogół nie było ich w domu i mogłem się tu czuć swobodnie.
- Ale co? Dopiero wróciłam z
zajęć, jestem wykończona – zaczęła narzekać Mary, lecz tylko chwyciłem ją za
rękę i nas teleportowałem.
- Gdzie jesteśmy? – zapytała
rozglądając się po okolicy.
- Jesteśmy, moja droga,
przed naszym domem – powiedziałem i przeszedłem przez furtkę. Gdy przyciągnąłem
Mar do siebie i przeszła przez magiczną ochronę w końcu zobaczyła to co ja.
- Ale… jak to nasz dom? –
zapytała w lekkim szoku.
Staliśmy przed niedużym
domkiem z uroczym ogródkiem.
Merlinie, kiedy nauczyłem
się słowa „uroczy”?
- W końcu odzyskałem od ojca
to, co się należy każdemu arystokratycznie urodzonemu czarodziejowi – sporą
ilość gotówki i aktywów, zgromadzanych przez naszych przodków – powiedziałem,
lecz zauważyłem że blondynka nie kuma – Od pokoleń arystokratyczne rody gromadzą
małe majątki i z chwilą uzyskania pełnoletniości, lub spełnienia jakiegoś
warunku, chociażby zaręczyn, dostają przeznaczone dla nich hm, nazwijmy to
prezenty na nową drogę życia.
- Och – westchnęła Mary i
spojrzała na dom – Jest śliczny.
- Taa – odparłem – Jest
całkiem przyjemny. Wejdziemy?
Mary kiwnęła głową i pisnęła
gdy ją wziąłem na ręce.
Przeniosłem ją przez drzwi i
wszedłem do naszego domu.
- Kupiłeś biszkopty? –
zapytałam Jamesa gdy wrócił ze sklepu. Niczym pies gończy rzuciłam się na
siatki i szukałam jedynego słodkiego przysmaku, którego sobie nie odmawiałam w
ciąży.
- Kupiłem – odparł i wyjął
paczkę ciastek.
- Jesteś kochany –
powiedziałam i dałam mu całusa w policzek – Jesteśmy wdzięczni – dodałam,
poklepując lekko brzuch.
James uśmiechnął się na to
stwierdzenie i przemówił do brzucha:
- Cieszę się.
Z
dziennika Syriusza Blacka
Znowu zadziwiłem sam siebie.
Jak można być tak cudowną i seksowną osobą?
Wszystkie czarownice
odwracały się i podziwiały moje męskie powaby.
Grę mięśni na ramionach.
Sześciopak na brzuchu.
Łydki jak u atlety.
Taaak, byłem na MagoSiłowni.
Taaak, czułem się samcem
Alfa, niezwyciężonym, męskim, boskim.
Ja i moja skromność..
Lecz czemu? Czemu mam być
skromny, jeżeli jestem po prostu doskonały?
Ha!
Black, król siłowni!
Król ćwiczących lasek!
Król świata!
Buahahaha! (tak, to był
diabelski śmiech)
Z
dziennika Dorcas Meadowes – Black
- Widzisz kruszynko, tak to
jest z tym tatusiem, umawiamy się na daną godzinę, a on się spóźnia –
powiedziałam do brzucha i lekko go pogładziłam.
Gadałyśmy sobie jak to
dziewczyny (tak, nadal jestem pewna, że to dziewczynka) i co jakiś czas
spoglądałam na zegarek.
- Jestem! – zawołał Syriusz,
wchodząc do salonu.
- Gdzie byłeś tyle czasu?
Mieliśmy być o 18 u Jeleniowatych – powiedziałam z lekką pretensją i naganą w
głosie.
Niech wie, że jestem
wkurzona!
- Na siłowni byłem – odparł
i wyprężył muskuł. No, noo!
- Syriuszu wiesz, że to
popieram. To świetnie, że przestałeś jeść chipsy i zostałeś Anonimowym
Chipsoholikiem, ale mój kochany, nie przesadzaj, ok? – zapytałam spoglądając
na jego umięśniony tyłek. Chociaż…
- Dobrze, daj mi pięć minut
i zaraz do nich ruszymy – odparł i żwawo ruszył po schodach do łazienki.
Spoglądałam na jego
tyłeczek, fajnie podskakujący na schodach i sobie westchnęłam.
Ależ mam przystojniaka pod
dachem!
Ding Dong!
- Merlinie, chyba trzeba w
końcu zmienić ten dźwięk – powiedziałam i otworzyłam drzwi – Wchodźcie –
dodałam, widząc na progu Dorcas i Syriusza.
- Cześć! Ruda, ależ masz
wielki brzuch! Jesteście pewni, że to nie będą bliźniaki? – zapytał Syriusz
przyglądając się mojemu brzuchowi.
- Dorcas będzie miała
podobny za miesiąc – odparł James i zaprosił przyjaciół do salonu.
Jak zwykle pociągnęłam
Dorcas do kuchni i zaczęłam kroić ciasto. Czekoladowe.
- Lily, ja już tak bardzo
chciałabym urodzić! A będę musiała czekać dłużej niż ty… Szkoda, że nie udało
się nam, w sensie wiesz, Alicja ma zaplanowany poród na 30 lipca, ty masz do 31
też urodzić. Tylko ja, w sierpniu… Szkoda – paplała Dorcas i zaczęła zajadać
ciasto – Bałdzo smaczne – dodała, trochę zapchana.
Podałam jej szklankę z
sokiem.
- Szczerze, to chciałabym
mieć już poród za sobą – powiedziałam – Alicja mi opowiadała o swojej
koleżance, podobno rodziła dwadzieścia godzin! Wyobrażasz to sobie?
Dwadzieścia! – dodałam.
Dorcas zrobiła przerażoną
minę.
- Serio? O Morgano, ja nie
wytrzymam… Tyle czasu, Merlinie, co ten Black narobił? Syriusz! – zawołała.
Hm, ktoś tu chyba panikuje.
- Co jest? – zapytał, jak
zwykle wyluzowany Łapa, wchodząc do kuchni.
- Jeżeli sobie myślisz, że
będę twoje dziecko rodzic dwadzieścia godzin, to bardzo się mylisz! Oooj,
bardzo! Nie będę tyle czasu cierpieć, przez twoje arystokratyczne nasienie! –
zawołała brunetka.
Syriusz zrobił niepewną
minę, a James wybuchnął śmiechem.
- Nie śmiej się, Jamesie
Potterze, bo potraktuję cię cruciatusem, serio, ja wiem, że nie wolno, ale w
końcu na kimś go użyję! Nie będę tyle rodzic! Stanowczo odmawiam! – dodała
Dorcas i chyba się obraziła. Ekhm.
- Dor, ale to, że jakaś
kumpela Alicji rodziła tyle czasu, to nie oznacza, że ty też – powiedziałam do
zdenerwowanej przyjaciółki – Zresztą, zawsze możesz poprosić o cesarkę –
dodałam.
- Co to jest cesarka? –
zapytał James z niepewną miną. Hę?!
- Jak to co? Pod narkozą
rozcinają brzuch i wyjmują z niego dziecko – wytłumaczyłam, ok, przyznaję, dosyć
łopatologicznie.
Cała trójka zrobiła
przerażone miny.
- Rozcinają…
- … brzuch?
- Wyjmują dziecko?
- Merlinie!
- Gdzie tak robią?
- U Munga na pewno nie!
Zamrugałam i w końcu
pojęłam.
- No, w mugolskich
szpitalach tak robią – powiedziałam.
- Lily, nie dam ci rozciąć
brzucha! Mój syn na pewno nie urodzi się, przez rozcinanie brzucha jego matki!
Pewnie jeszcze tępym nożem! Merlinie, ci mugole to sadyści! – to się nakręcił…
- James, spokojnie, to
wszystko jest bardzo sterylne. Gdy dziecko się źle ułoży, albo jeżeli są
bliźniaki to w mugolskich szpitalach bardzo często stosowane jest cesarskie cięcie –
wytłumaczyłam i spróbowałam uspokoić męża – Umieralność już jest bardzo niska –
dodałam.
James wytrzeszczył oczy
(jakby sobie nie zdawał sprawy z tego, że przy porodzie można umrzeć) i
powiedział:
- Do czego doprowadziłem?!
Łapo, co my zrobiliśmy? Przecież one mogą umrzeć przy porodzie! Merlinie… Lily!
O Boże…
No dobra. Tego się nie
spodziewałam.
- Uspokójcie się! Nikt nie
umrze – w końcu powiedziała Dorcas, chociaż widziałam, że po tych wszystkich
rewelacjach była jeszcze bardziej zdenerwowana.
- Ruda, ty i te twoje
mugolskie sposoby… Zobacz do jakiego stanu doprowadziłaś Rogacza! Rogacz,
przyjacielu, przecież wiesz, że urodzi w Mungu, uzdrowiciele mają lepsze
metody, niż ci barbarzyńscy mugole… - Syriusz zwrócił się do niespokojnego
Jamesa.
Przewróciłam oczami na słowo
„barbarzyńcy” i zajęłam się jedzeniem ciasta.
- James, przestań świrować,
wszystko będzie dobrze – powiedziałam, gdy Dorcas i Syriusz nadal pocieszali i
zapewniali Jamesa, o tym, że nikt nie umrze przy porodzie.
- Jesteś nad wyraz spokojna
– stwierdził James – Chyba muszę się napić, chodź Łapo w salonie mam Ognistą –
dodał.
Gdy chłopcy opuścili kuchnię
przybiłyśmy sobie z Dor piątkę.
- Teraz na pewno Syriusz
będzie mi bardziej pomagał – stwierdziła brunetka.
- Taa, a James chyba do
porodu nie da mi nic zrobić… - powiedziałam – Jeszcze ciasta?
- Chętnie – odparła Dor i z
uśmiechem zjadła drugą porcję ciasta. Czekoladowego.
***
Rozdział beznadziejny. W dodatku nie sprawdzony, zapewne jest tu mnóstwo błędów... Ale z okazji zaliczonego egzaminu (juhu!) dodaję to coś. Ze złych wieści - pisanie następnych rozdziałów stoi w miejscu. Ale za to pisanie nowego opowiadania mi idzie. Hm, chyba już się zmęczyłam tą historią.
Rozdział taki zapełniający :P I nie jest taki zły ! Gratulację :D :* Do następnej :)
OdpowiedzUsuńTytułu bardzo ciekawy.ogólnie tak.jak cały rozdział. Widzę że Syriusz jak zwykle skromny.
OdpowiedzUsuńGabriela Black