sobota, 24 stycznia 2015

Rozdział 70 Mugolscy barbarzyńcy



Tak jak maj był wyjątkowo pięknym miesiącem, tak czerwiec zapowiadał się o wiele gorzej. Pogoda była kiepska – ciągle padało, było pochmurno i chłodno.
Myślałam, że zagonię Jamesa do porządków w ogrodzie, zasadzenia nowych roślinek, a tu klops – pogoda zepsuła moje plany.
- Ciągle sikam, zamieniam się w sikającą maszynę, całe dnie przesiaduję w łazience – gderałam sobie w toalecie i żaliłam się swojemu odbiciu w lustrze.
Niestety, ale musiałam zrezygnować z pracy – poszłam na urlop. Nie wyrabiałam w pracy – nie mieściłam się z brzuchem za biurkiem, ciągle chodziłam do łazienki, wykonywałam wszystkie czynności bardzo wolno i James – ciągle się o mnie zamartwiał.
Więc dla jego spokoju, i tym bardziej swojego – poszłam na urlop macierzyński i właściwie czekałam na poród.
Według mojej uzdrowicielki – poród miał mi przypaść na sam koniec lipca – coś między 26 a 31.
Ostatnio gadałam z Alicją i okazało się, że jej uzdrowicielka wyliczyła poród na dni od 28 do 30. Żartowałyśmy, że urodzimy razem.
Coraz częściej wyobrażałam sobie poród.
Ja wiem, że na filmach to wygląda nieźle – hop siup i dziecko wyskakuje, czyściutkie, śliczniutkie i w ogóle jest bosko, nic nie boli, matka szczęśliwa, ojciec zapłakany (lub na odwrót) i dziecko wydzierające się.
Obawiam się, że rzeczywistość nie jest taka różowa…


- Lily, wszystko dobrze? Lily? – zapytał spanikowanym głosem James.
Owszem, mógł się przestraszyć. Leżałam na podłodze na macie do jogi i wyglądałam trochę… martwo?
Ale cóż, tylko w takiej pozycji i na takim czymś mogłam spać.
- Spałam – powiedziałam i otworzyłam oczy – Chyba musisz mi pomóc wstać, bo obawiam się, że sama się nie podniosę – dodałam i wyciągnęłam rękę.
James, z małym jękiem (ech) podniósł mnie i usadził na kanapie.
- Nie strasz mnie tak więcej – powiedział.


Z dziennika Regulusa Blacka
- Ubieraj się, muszę ci to pokazać! – zawołałem wchodząc do domu blondynki.
Plusem pracy jej rodziców było to, że na ogół nie było ich w domu i mogłem się tu czuć swobodnie.
- Ale co? Dopiero wróciłam z zajęć, jestem wykończona – zaczęła narzekać Mary, lecz tylko chwyciłem ją za rękę i nas teleportowałem.
- Gdzie jesteśmy? – zapytała rozglądając się po okolicy.
- Jesteśmy, moja droga, przed naszym domem – powiedziałem i przeszedłem przez furtkę. Gdy przyciągnąłem Mar do siebie i przeszła przez magiczną ochronę w końcu zobaczyła to co ja.
- Ale… jak to nasz dom? – zapytała w lekkim szoku.
Staliśmy przed niedużym domkiem z uroczym ogródkiem.
Merlinie, kiedy nauczyłem się słowa „uroczy”?
- W końcu odzyskałem od ojca to, co się należy każdemu arystokratycznie urodzonemu czarodziejowi – sporą ilość gotówki i aktywów, zgromadzanych przez naszych przodków – powiedziałem, lecz zauważyłem że blondynka nie kuma – Od pokoleń arystokratyczne rody gromadzą małe majątki i z chwilą uzyskania pełnoletniości, lub spełnienia jakiegoś warunku, chociażby zaręczyn, dostają przeznaczone dla nich hm, nazwijmy to prezenty na nową drogę życia.
- Och – westchnęła Mary i spojrzała na dom – Jest śliczny.
- Taa – odparłem – Jest całkiem przyjemny. Wejdziemy?
Mary kiwnęła głową i pisnęła gdy ją wziąłem na ręce.
Przeniosłem ją przez drzwi i wszedłem do naszego domu.


- Kupiłeś biszkopty? – zapytałam Jamesa gdy wrócił ze sklepu. Niczym pies gończy rzuciłam się na siatki i szukałam jedynego słodkiego przysmaku, którego sobie nie odmawiałam w ciąży.
- Kupiłem – odparł i wyjął paczkę ciastek.
- Jesteś kochany – powiedziałam i dałam mu całusa w policzek – Jesteśmy wdzięczni – dodałam, poklepując lekko brzuch.
James uśmiechnął się na to stwierdzenie i przemówił do brzucha:
- Cieszę się.


Z dziennika Syriusza Blacka
Znowu zadziwiłem sam siebie. Jak można być tak cudowną i seksowną osobą?
Wszystkie czarownice odwracały się i podziwiały moje męskie powaby.
Grę mięśni na ramionach.
Sześciopak na brzuchu.
Łydki jak u atlety.
Taaak, byłem na MagoSiłowni.
Taaak, czułem się samcem Alfa, niezwyciężonym, męskim, boskim.
Ja i moja skromność..
Lecz czemu? Czemu mam być skromny, jeżeli jestem po prostu doskonały?
Ha!
Black, król siłowni!
Król ćwiczących lasek!
Król świata!
Buahahaha! (tak, to był diabelski śmiech)


Z dziennika Dorcas Meadowes – Black
- Widzisz kruszynko, tak to jest z tym tatusiem, umawiamy się na daną godzinę, a on się spóźnia – powiedziałam do brzucha i lekko go pogładziłam.
Gadałyśmy sobie jak to dziewczyny (tak, nadal jestem pewna, że to dziewczynka) i co jakiś czas spoglądałam na zegarek.
- Jestem! – zawołał Syriusz, wchodząc do salonu.
- Gdzie byłeś tyle czasu? Mieliśmy być o 18 u Jeleniowatych – powiedziałam z lekką pretensją i naganą w głosie.
Niech wie, że jestem wkurzona!
- Na siłowni byłem – odparł i wyprężył muskuł. No, noo!
- Syriuszu wiesz, że to popieram. To świetnie, że przestałeś jeść chipsy i zostałeś Anonimowym Chipsoholikiem, ale mój kochany, nie przesadzaj, ok? – zapytałam spoglądając na jego umięśniony tyłek. Chociaż…
- Dobrze, daj mi pięć minut i zaraz do nich ruszymy – odparł i żwawo ruszył po schodach do łazienki.
Spoglądałam na jego tyłeczek, fajnie podskakujący na schodach i sobie westchnęłam.
Ależ mam przystojniaka pod dachem!
 
Ding Dong!
- Merlinie, chyba trzeba w końcu zmienić ten dźwięk – powiedziałam i otworzyłam drzwi – Wchodźcie – dodałam, widząc na progu Dorcas i Syriusza.
- Cześć! Ruda, ależ masz wielki brzuch! Jesteście pewni, że to nie będą bliźniaki? – zapytał Syriusz przyglądając się mojemu brzuchowi.
- Dorcas będzie miała podobny za miesiąc – odparł James i zaprosił przyjaciół do salonu.
Jak zwykle pociągnęłam Dorcas do kuchni i zaczęłam kroić ciasto. Czekoladowe.
- Lily, ja już tak bardzo chciałabym urodzić! A będę musiała czekać dłużej niż ty… Szkoda, że nie udało się nam, w sensie wiesz, Alicja ma zaplanowany poród na 30 lipca, ty masz do 31 też urodzić. Tylko ja, w sierpniu… Szkoda – paplała Dorcas i zaczęła zajadać ciasto – Bałdzo smaczne – dodała, trochę zapchana.
Podałam jej szklankę z sokiem.
- Szczerze, to chciałabym mieć już poród za sobą – powiedziałam – Alicja mi opowiadała o swojej koleżance, podobno rodziła dwadzieścia godzin! Wyobrażasz to sobie? Dwadzieścia! – dodałam.
Dorcas zrobiła przerażoną minę.
- Serio? O Morgano, ja nie wytrzymam… Tyle czasu, Merlinie, co ten Black narobił? Syriusz! – zawołała.
Hm, ktoś tu chyba panikuje.
- Co jest? – zapytał, jak zwykle wyluzowany Łapa, wchodząc do kuchni.
- Jeżeli sobie myślisz, że będę twoje dziecko rodzic dwadzieścia godzin, to bardzo się mylisz! Oooj, bardzo! Nie będę tyle czasu cierpieć, przez twoje arystokratyczne nasienie! – zawołała brunetka.
Syriusz zrobił niepewną minę, a James wybuchnął śmiechem.
- Nie śmiej się, Jamesie Potterze, bo potraktuję cię cruciatusem, serio, ja wiem, że nie wolno, ale w końcu na kimś go użyję! Nie będę tyle rodzic! Stanowczo odmawiam! – dodała Dorcas i chyba się obraziła. Ekhm.
- Dor, ale to, że jakaś kumpela Alicji rodziła tyle czasu, to nie oznacza, że ty też – powiedziałam do zdenerwowanej przyjaciółki – Zresztą, zawsze możesz poprosić o cesarkę – dodałam.
- Co to jest cesarka? – zapytał James z niepewną miną. Hę?!
- Jak to co? Pod narkozą rozcinają brzuch i wyjmują z niego dziecko – wytłumaczyłam, ok, przyznaję, dosyć łopatologicznie.
Cała trójka zrobiła przerażone miny.
- Rozcinają…
- … brzuch?
- Wyjmują dziecko?
- Merlinie!
- Gdzie tak robią?
- U Munga na pewno nie!
Zamrugałam i w końcu pojęłam.
- No, w mugolskich szpitalach tak robią – powiedziałam.
- Lily, nie dam ci rozciąć brzucha! Mój syn na pewno nie urodzi się, przez rozcinanie brzucha jego matki! Pewnie jeszcze tępym nożem! Merlinie, ci mugole to sadyści! – to się nakręcił…
- James, spokojnie, to wszystko jest bardzo sterylne. Gdy dziecko się źle ułoży, albo jeżeli są bliźniaki to w mugolskich szpitalach bardzo często stosowane jest cesarskie cięcie – wytłumaczyłam i spróbowałam uspokoić męża – Umieralność już jest bardzo niska – dodałam.
James wytrzeszczył oczy (jakby sobie nie zdawał sprawy z tego, że przy porodzie można umrzeć) i powiedział:
- Do czego doprowadziłem?! Łapo, co my zrobiliśmy? Przecież one mogą umrzeć przy porodzie! Merlinie… Lily! O Boże…
No dobra. Tego się nie spodziewałam.
- Uspokójcie się! Nikt nie umrze – w końcu powiedziała Dorcas, chociaż widziałam, że po tych wszystkich rewelacjach była jeszcze bardziej zdenerwowana.
- Ruda, ty i te twoje mugolskie sposoby… Zobacz do jakiego stanu doprowadziłaś Rogacza! Rogacz, przyjacielu, przecież wiesz, że urodzi w Mungu, uzdrowiciele mają lepsze metody, niż ci barbarzyńscy mugole… - Syriusz zwrócił się do niespokojnego Jamesa.
Przewróciłam oczami na słowo „barbarzyńcy” i zajęłam się jedzeniem ciasta.
- James, przestań świrować, wszystko będzie dobrze – powiedziałam, gdy Dorcas i Syriusz nadal pocieszali i zapewniali Jamesa, o tym, że nikt nie umrze przy porodzie.
- Jesteś nad wyraz spokojna – stwierdził James – Chyba muszę się napić, chodź Łapo w salonie mam Ognistą – dodał.
Gdy chłopcy opuścili kuchnię przybiłyśmy sobie z Dor piątkę.
- Teraz na pewno Syriusz będzie mi bardziej pomagał – stwierdziła brunetka.
- Taa, a James chyba do porodu nie da mi nic zrobić… - powiedziałam – Jeszcze ciasta?
- Chętnie – odparła Dor i z uśmiechem zjadła drugą porcję ciasta. Czekoladowego.


 ***

Rozdział beznadziejny. W dodatku nie sprawdzony, zapewne jest tu mnóstwo błędów... Ale z okazji zaliczonego egzaminu (juhu!) dodaję to coś. Ze złych wieści - pisanie następnych rozdziałów stoi w miejscu. Ale za to pisanie nowego opowiadania mi idzie. Hm, chyba już się zmęczyłam tą historią. 

2 komentarze:

  1. Rozdział taki zapełniający :P I nie jest taki zły ! Gratulację :D :* Do następnej :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Tytułu bardzo ciekawy.ogólnie tak.jak cały rozdział. Widzę że Syriusz jak zwykle skromny.
    Gabriela Black

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.