czwartek, 15 stycznia 2015

Rozdział 66 Zakupowe szaleństwo/Męskie gotowanie



Był koniec stycznia, śnieg nadal leżał grubą warstwą - trochę przypominał kłaczki waty – miał konsystencję długich, białych pasm.
Z najnowszych wieści – kończył mi się trzeci miesiąc ciąży. Więc według poradników dla ciężarnych, moje maleństwo miało już wykształcone najważniejsze narządy wewnętrzne, na palcach wyrosły mu już paznokcie, a na główce pojawiły się pierwsze włoski – a raczej meszek.
Także maleństwo, ma już sprawne serduszko, ma malutkie paznokietki oraz meszek na główce. I waży tak około 25 gramów, a mierzy 9 centymetrów.
Niestety w trzecim miesiącu jeszcze nie można rozpoznać płci dziecka, ale magomedyczka zapewniła nas, że w połowie – pod koniec czwartego miesiąca będzie to już możliwe.
Już nie mogę się tego doczekać! Bo od samego początku ciąży jestem nastawiona na chłopca – małą kopię Jamesa, może z małymi elementami ze mnie (byle nie było rude! Rude włosy są przekleństwem!). Dosłownie – chodzę po ścianach i gryzę pazury.
- Znowu siedzisz z nosem w pamiętniku? – zapytał James wchodząc do sekretariatu biura. Wiem, doskonale to wiem, powinnam pracować, przekładać papiery z miejsca na miejsce, cokolwiek, ale nie powinnam pisać w moim notatniku. Czasami nie mogę się opanować!
- Ciii, jeszcze ktoś usłyszy – powiedziałam rozglądając się dookoła. Zostałam obdarzona czułym pocałunkiem w usta i uraczona nową dostawą koperku – już wszyscy w biurze kojarzą mnie tylko z tym. Ale co poradzę, tylko to ustrzega mnie przed mdłościami…
- Jesteś dzisiaj wcześniej, wypuścili was z zebrania? – zapytałam, zakładając płaszcz i grzecznie czekając aż James dokładnie obwiąże mnie szalikiem i pięć razy poprawi mi czapkę. Ta jego nadwrażliwość!
- Szef się gdzieś śpieszył – wytłumaczył, łapiąc mnie za rękę i wyrywając mi torebkę – Masz nie nosić ciężarów – dodał apodyktycznym tonem.
Niedługo zacznie mnie nosić na rękach, zobaczycie, tak to się skończy!! O ile mnie udźwignie…


Jako, że był to piątek (yeah!) zaprosiliśmy do nas znajomych. Na chińskie żarcie, na które ostatnio mam ciągle ochotę.
- To jest takie smaczne – powiedziała Dorcas, wciągając kluski – Jak mogliśmy wcześniej tego nie jeść? – zapytała Syriusza.
- Bo to jest mugolskie żarcie, a aż tak się na mugolach nie znamy – wytłumaczył jej zapchany jedzeniem Łapa.
- Możliwe – odparła Dorcas lakonicznie i wyciągnęła się na krześle – To co, czekolada na deser? – zapytała, a ja pokręciłam głową. Jeżeli będę tyle wsuwać, przytyję ze 20 kilo i będę przypominać rude yeti. A tego nie chciałam.
- Ja dziękuję – odparłam i zwróciłam się do Mary – To co, kiedy zmajstrujecie sobie z Regiem bobasa?
Moje pytanie zostało przeróżnie przyjęte – Mary wściekle się zaróżowiła, Regulus wypluł jedzone mięso na talerz (fuj), Syriusz zaczął się śmiać (może myślał, że jego brat nie może?), a James westchnął. No tak, już mi raz powiedział – to że ja jestem w ciąży i moje przyjaciółki, to nie oznacza, że mam na wszystkich wymuszać stan odmienny. Ale to było tylko takie pytanko…
- Ruda, my dopiero myślimy o wspólnym zamieszkaniu – w końcu wykrztusił młodszy Black – A ty o dzieciach… Nawet nie wiem czy je lubię. Robią ciągle kupę, drą się, śmierdzą – zaczął wyliczać.
I owszem, nie brzmi to dobrze. Bo dzieci rzeczywiście to wszystko robią – kupę, śmierdzą prze- okrutnie, ulewa się im, wymiotują – trzeba przyznać, są dosyć osobliwe i obrzydliwe.
Ale ile w takich małych ciałkach jest miłości?!
Taak, to wszystko wynagradza! Wszystko!
Nawet te śmierdzące kupy.
- Ojej, jacy jesteśmy wrażliwi – westchnęłam – Patrz na Jamesa, jemu kupa nie straszna! Zmieniał Wielkiemu De pieluszkę – wytłumaczyłam, widząc niekumany wzrok przyjaciół.
- O mało co się nie zwymiotowałem – wtrącił James, wzdrygając się – pewnie sobie przypomniał tę chwilę.
- Jesteś świadomy tego, że będziesz zmieniać naszemu maleństwu pieluszki, prawda? – zapytałam. James spojrzał na mnie lekko zmieszany, ale dzielnie pokiwał głową.
- Właśnie Syriuszu, wiesz, że będziesz naszej córce zmieniał pieluchy? – zapytała Dorcas pochłaniając czekoladę.
A Syriusz jak to on – zrobił przerażoną minę.
- Po pierwsze: to będzie syn – zaczął, gdy się uspokoił – Po drugie: zatrudnimy nianię do zmieniania pieluszek – dodał i uśmiechnął się z triumfem.
- No, na to nie wpadłem – powiedział James.


Weekend postanowiłyśmy z Dorcas i Alicją spędzić w sklepach z wyposażeniem pokoi dziecięcych. Jako, że ja już miałam pokoik urządzony – brakowało w nim tylko typowych akcentów, skupiłam się na kupowaniu ubranek.
Żeby być szczerą – wielkich ilości ubranek.
- Morgano, to takie słodkie! – powiedziałam, pokazując Dor i Al przesłodkie wdzianko – kubraczek na całe ciałko, przypominający małego niedźwiadka – na kapturze miał doszyte uszka i był z miłego, brązowego materiału.
- Jaki super! – zawołała Alicja – Biorę takie dwa, patrzcie, jest i tygrysek! Te mugolskie sklepy są zarąbiste – dodała rozglądając się po istnej krainie marzeń każdej przyszłej mamy.
- Patrzcie co mam! Małe ubranko księżniczki! Gdybym była mała, to bym takie non stop nosiła – poinformowała nas Dor i wsadziła do koszyka różową sukienkę. 
Widzę, że ktoś tu jest pewien swojego!
- Dobrze, to chwilę się skupmy – powiedziałam, gdy wyszłyśmy już z któregoś sklepu – Zamówiłyście mebelki, kupiłyśmy mnóstwo ubranek, bucików, bielizny. Czego nie mamy? – zapytałam.
- Gigantycznych zapasów pieluszek, talku i chusteczek – zaczęła wyliczać na palcach Alicja. Spojrzałyśmy po sobie i ruszyłyśmy do drogerii.


- Wróciłam! – zawołałam wchodząc wieczorem do domu. W salonie było słychać głosy więc od razu tam się skierowałam – Cześć – powiedziałam do siedzących na kanapie Jamesa i Remusa.
- Witaj Lily, świetnie wyglądasz – powiedział Remus, lekko mnie przytulając.
- Ty również dobrze wyglądasz. Jak ci minęła pełnia? – zapytałam, przypominając sobie, że pełnia była w tym tygodniu.
- Nieźle, miałem pomoc – odparł Remus. Zmarszczyłam brwi i spojrzałam na Jamesa.
- Peter wrócił – obwieścił.
Nie mogłam się powstrzymać i wytrzeszczyłam oczy.
- Pettigrew? – wyszeptałam. Od razu przed oczami stanęła mi sylwetka pulchnego blondyna o wodnistych oczach. Obraz zdrajcy.
- On naprawdę się zmienił – powiedział Remus widząc moją minę i od razu zaczął opowiadać co u chłopaka – Durmstrang zupełnie go odmienił, stał się… dzielniejszy. Odważniejszy. Tam nie mógł przed wszystkim uciekać, nikt go nie bronił przed innymi. Sam sobie radził – dodał Lunatyk.
Spojrzałam na niego z powątpiewaniem.
- Jeżeli chcesz, możesz się zadawać z tym obślizgłym zdrajcą, nie mam na ciebie wpływu – powiedziałam w miarę spokojnie – Ale jeżeli ten gad, zbliży się do mojej rodziny, to go rozszarpię gołymi rękoma – dodałam wściekle. Niestety, ale nadal nie zapomniałam, ani tym bardziej nie wybaczyłam byłemu przyjacielowi mojego męża.
- Rozumiem – powiedział Remus i zrobił się smutny. Szczerze mówiąc, myślę, że Peter Pettigrew nie powinien na nikogo tak działać – można być na niego tylko złym lub wściekłym, ale nie smutnym.
Po powymienianiu różnych uprzejmości – Remus wrócił do domu.
Usiadłam koło Jamesa na kanapie i na niego spojrzałam.
- I co sądzisz o tej sprawie? Chcesz się spotkać z Pettigrew? – zapytałam, w myślach modląc się, żeby odpowiedz była negatywna.
- Nie chcę go widzieć. Owszem, wybaczyłem mu, ale nigdy nie odbudujemy tej przyjaźni. Myślę, że nawet nie będzie dla mnie kolegą – odparł James po chwili zastanowienia.
Odetchnęłam z ulgą.
- To dobrze – wyszeptałam i mocno wtuliłam się w ciepłe ciało bruneta – Pooglądamy to, co kupiłam? – zapytałam już rozluźniona.
James skinął głową i jak to on – poprzynosił te wszystkie torby, żebym nie dźwigała.


Niedziela zaczęła się fatalnie – tak jak przez ostatnie dni mdłości mnie nie męczyły – tak dzisiejszy poranek spędziłam nad muszlą klozetową.
- Ughh – wyjęczałam, gdy w końcu mogłam się podnieść z klęczek i umyć zęby.
- Twoja herbata – powiedział J wchodząc do łazienki – Jak się czujesz? – zapytał, gdy zasiadłam ciężko na zamkniętej klapie od klozetu.
- Beznadziejnie – odparłam i napiłam się ciepłego napoju.
- Jesteś strasznie blada, mógłbym teraz policzyć wszystkie twoje piegi – powiedział brunet, klękając przede mną i przypatrując się mojej twarzy.
W ciszy i pod uważnym spojrzeniem męża wypiłam herbatę.
- Wrócimy do łóżka? – zapytałam i wyciągnęłam ramiona do Jamesa.
Od razu mnie zrozumiał i zaniósł do łóżka. Na po - mdłościową drzemkę.

Dalsza część niedzieli była o wiele przyjemniejsza – po pobudce około 12, zjedzeniu śniadania, nie zwymiotowaniu go (sukces!), przyszedł czas na słodkie leniuchowanie.
- Jesteś pewien, że poradzisz sobie z ugotowaniem obiadu? – zapytałam po raz enty z kanapy. James ułożył mnie na poduszkach, przykrył ciepłym kocem, podał kubek z herbatą i zadecydował, że to on dzisiaj ugotuje obiad.
Czy muszę mówić, że nigdy tego nie robił?
- Poradzę, oczywiście, że tak – odparł zakładając mój fartuch kuchenny – Ty sobie poczytaj, zrelaksuj się i o nic się nie martw – dodał James, przelotnie całując mnie w czubek głowy i udając się na pole bitwy, czytaj – do kuchni.

Z dziennika Jamesa Pottera
Wszedłem do kuchni i nie wiedziałem co mam zrobić. Dobra, miałem wielki plan ugotowania zupy oraz drugiego dania, ale czy nie był on zbyt ambitny? Może skupię się na drugim daniu, to na pewno łatwiejsze!
Zacząłem od obierania ziemniaków – dziecinnie proste.
Teraz jakieś warzywo, hmmm, Lily lubi marchewkę – ugotuję ją. Tylko, jak się gotuje marchewkę? W całości? Niee, Lily zawsze ją podaje w takiej ładnej kosteczce, z koperkiem.
Więc obrałem. OK., teraz wystarczy pokroić w kostkę i ugotować.
Hej, gotowanie nie jest takie trudne!
Wstawiłem ziemniaki na gaz, marchewkę też i zabrałem się za mięso.
Wołowina. Co się robi z wołowiny?
Steki!
Ale steki są najlepsze jak są krwiste.
Lily jest w ciąży, nie może jeść na wpół surowego mięsa.
Więc będą wysmażone!
Jestem geniuszem…


Usiadłam przy stole i czekałam na swój talerz.
- Szef kuchni serwuje – stek z warzywami! – zapowiedział J i postawił przede mną apetycznie wyglądające danie. Jeżeli to będzie dobrze smakować, to chyba przejmie moje obowiązki...
Uśmiechnęłam się do zadowolonego z siebie faceta i odkroiłam kawałek mięsa.
- James, to jest naprawdę smaczne! – zawołałam zdziwiona. Myślałam, że coś sknoci! Ech, ja nie wierząca!
Rogacz uśmiechnął się skromnie (niewiarygodne!) i wziął się za jedzenie.


Reszta niedzieli upłynęła nam spokojnie – siedzieliśmy w pokoju dziecięcym i wszystko układaliśmy – zapełnialiśmy szafy zakupionymi ubrankami, komody bielizną, a wszelkie półki pieluszkami i kosmetykami dla dzieci.
- Musimy jeszcze kupić wanienkę – powiedział James. Od dłuższej chwili zastanawialiśmy się, czego nam jeszcze brakuje.
- Rzeczywiście! – zawołałam. Jak mogłam o tym zapomnieć?
- Nie martw się, mamy jeszcze mnóstwo czasu – uspokoił mnie brunet, widząc moją spanikowaną minę.
Uśmiechnęłam się do niego i skinęłam głową.
Mamy czas. Całe sześć miesięcy!


***

Witajcie! Ruszyłam, w końcu! Napisałam rozdział 73, okej nie jest wybitny, ale hej, czy tu jest jakiś wybitny rozdział? (to pytanie podchwytliwe :) Mam dosyć wysoką gorączkę, więc tak naprawdę nie wiem, co tam napisałam...  No nic, rozdział dodany - obowiązek spełniony. Następny będzie pewnie w weekend.

2 komentarze:

  1. Oo Rogacz jest taki słodki i kochany i.jeszcze dobrze gotuje normalnie ideał. Rozdział fajny i bardzo miło mi się go czytało.
    Pozdrawiam i życzę powrotu do zdrowia
    Gabriela Black

    OdpowiedzUsuń
  2. Tak to jest,wpuścić baby do sklepu :D I Rogaś jeszcze gotuje *.* normalnie ideał !!! Czekam na kolejny :D

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.