niedziela, 28 grudnia 2014

Rozdział 60 Delegacja? Milano!



I nadeszła. Typowa angielska jesień – zimna, deszczowa i szara. Po wyjrzeniu przez okno odechciewało się wszystkiego – wyjścia na dwór (brrr!), życia (jesienna depresja), a tym bardziej pracy. Człowiek, Wiewiór czy inny Osobnik – najchętniej zakopałby się pod kołdrą, z kubkiem ciepłej herbatki i ciekawą książką.
Jednak już nie było tak łatwo. Nastało nowe, dorosłe życie – byłam mężatką, miałam odpowiedzialną pracę oraz intensywnie starałam się o dziecko. A kiedy najlepiej starać się o potomka? Gdy na dworze jest zimno i człowiek nie chce wyjść spod pierzyny.
- Cholera – wyszeptałam patrząc na kolejny mugolski test ciążowy. Albo one są do tylnej części ciała, albo ja jestem przyczyną. No, albo James.
Jako osoba zapobiegliwa oraz tak zwany kujon – do akcji „Zróbmy sobie dziecko” podeszłam bardzo ambitnie. Przeczytałam przeróżne książki, poradniki – zarówno mugolskie jak i czarodziejskie. Wyliczałam sobie kiedy mam dni płodne i wtedy osaczałam Jamesa w sypialni niczym bluszcz, lub Diabelskie Sidła – nie wypuszczałam go, dopóki nie byłam usatysfakcjonowana i nie miałam pewności, że w końcu coś się wydarzy.
Byłam zdesperowana.
Tą desperację wszyscy wyczuwali, albo nawet ją widzieli.
Tak było w przypadku Blacka, gdy nakrył nas w męskiej łazience w Biurze Aurorów.
Ja wiem, że nie powinniśmy z niej korzystać jak z sypialni, ale miałam dni płodne i odpowiednią temperaturę ciała – idealne warunki do zapłodnienia.
Oczywiście Idiota Roku, jako Stary Plociuch wszystkim rozgadał o naszym małym tete-a-tete w łazience. I gdziekolwiek bym nie poszła i kogo nie spotkała, miałam nieodparte wrażenie, że wie co tam robiliśmy.
Oczywiście po Jamesie to spłynęło jak po kaczce – nawet można powiedzieć, że został bohaterem biura, ale ugh, nie lubię jak ktoś o nas plotkuje, to takie nieuprzejme… 
I w tym przypadku obleśne.
Jedynym plusem jesieni było to, że dni mijały naprawdę szybko. Rano gdy wychodziliśmy do pracy było ciemno – a gdy wracaliśmy po 16 (w końcu J zaczął normalnie kończyć pracę) również było ciemno.
I tak oto nadszedł październik.
- Potter, szykuj się do wyjazdu, organizowałaś tą delegację, więc w niej weźmiesz udział – powiedział Moody, przechodząc przez sekretariat i kierując się do swojego biura. Na chwilę mnie zamurowało, ale ocknęłam się i ruszyłam za szefem.
- Możesz powtórzyć? – zapytałam, wślizgując się za nim do biura.
- Organizowałaś delegację do oddziału włoskiego Ministerstwa Magii w Mediolanie, prawda? – zapytał, na co kiwnęłam głową – Marr nie może jechać, jakieś problemy z dzieciakami… Więc jedziesz ty, znasz tą sprawę, jesteś przygotowana – dodał i zaczął przeglądać dokumenty, które wcześniej skrupulatnie poukładałam na jego biurku. 
W kolejności alfabetycznej. 
Z zakładkami i oznaczeniami kolorowymi karteczkami. 
Nie sądziłam, że doceni takie drobiazgi, ale stwierdził, że dzięki nim łatwiej czyta mu się wypociny „świeżaków”.
- Dziękuję – wyszeptałam, trochę w szoku. Bo wiecie, nie każdego wysyłają w delegację – w końcu taka osoba reprezentuje Anglię, musi mieć rozległą wiedzę na dany temat, oraz hej! szaleje za nie swoje pieniądze!
Już miałam wychodzić z biura kiedy jeszcze Moody mnie zawołał.
- Możesz wziąć jednego z młodziaków, myślę, że powinien to być twój mąż – dodał i mrugnął do mnie okiem. Chwilę pogapiłam się na niego tępo i oblałam gorącym rumieńcem. Czy on sugerował…? Ugh, teraz jestem pewna, że wszyscy o nas plotkują!!


- Mam świetne wieści – zaczęłam, gdy wróciliśmy do domu i wzięłam się za odgrzewanie obiadu – przyniesionego przez Doreę. Mama była naprawdę pomocna, często nie mieliśmy siły nic gotować (przez co cierpiałam) – a ona nam przynosiła obiadki przygotowane przez ich skrzatkę. Może my też powinniśmy sobie sprawić skrzata? Ale zawsze było mi ich tak szkoda! Takie małe, chude, ubrane w jakieś łachy… Nie, to nie dla nas. Znowu odbiegam od tematu…
- Jakie? – zapytał James wyjmując talerze z szafki i ustawiając je na stole.
- Jadę w delegację – odparłam z uśmiechem. James od razu zrobił smutną minę.
- Sama? – zapytał i położył sztućce obok talerzy. Uśmiechnęłam się szeroko.
- Z tobą – wyszeptałam i szybko pocałowałam go w usta.


- Przygotowałem listę miejsc, które zwiedzimy – powiedział następnego dnia, czyli w sobotę (w końcu!), James. Spojrzałam na niego z niezrozumieniem – czytałam nowe romansidło od Dorcas, a była naprawdę ciekawa (w sensie wiadomo jakim…) scena.
- W Mediolanie – dodał, widząc mój pytający wzrok. Usiadł obok mnie na kanapie i pokazał mi przewodnik po mieście.
- Skąd go masz? – zapytałam, przeglądając. Aha, ruszające się obrazki – czarodziejski.
- Od ojca, też kiedyś był tam w delegacji – odparł J i pokazał mi na coś palcem – To katedra Duomo, a tu bazylika Santa Maria Della Grazie, tam jest obraz tego malarza co go tak lubisz, Leonardo da Vinci – dodał – I jest tam wielka galeria handlowa, oraz słynna opera La Scala.
Patrzyłam na te wszystkie ruchome obrazki i już sobie wyobrażałam miły wypad na zakupy. Ale potem sobie coś przypomniałam – nie jechałam tam w celach rozrywkowych, tylko pracować.
- Wieczorami możemy pozwiedzać, ale w dzień będziemy siedzieć w oddziale Ministerstwa – odparłam wtulając się w silne ramiona Rogacza.
- Przecież to będą straszne nudy… Co będziemy robić? – zapytał, zamykając przewodnik i odkładając go na stolik.
- Będziemy oglądać szkolenie włoskich Aurorów i mamy ocenić, czy nasi też powinni je przejść. Podobno jest bardzo innowacyjne – odparłam wdrapując się na kolana męża – Ale teraz to nieważne, zrobimy to co przed chwilą przeczytałam – dodałam i zaczęłam mu rozpinać guziki koszuli.

- Jesteś niewyżyta – stwierdził po jakimś czasie James. Leżeliśmy rozwaleni w salonie – można powiedzieć, że zbudowaliśmy sobie bazę z poduszek i kocy. Jednak nie pełniła ona takiej funkcji jak kiedyś, kiedy to z Petunią bawiłyśmy się w wojnę. O niee.
- Doskonale wiesz czemu – odparłam gładząc dłonią tors Jamesa. Ani jednego włoska! Normalnie można by pomyśleć, że poszedł na depilację do Dorcas, ale wcale tak nie jest!
- Bo chcesz mieć dziecko -  powiedział trochę niedelikatnie. Podniosłam się na ramieniu i spojrzałam mu prosto w oczy.
- To też – wyszeptałam, pochylając się nad jego twarzą – Ale ważniejszym powodem jest to, że jesteś strasznie pociągający, mój drogi mężu – dodałam i pocałowałam go namiętnie.
 
Więc, sobota minęła nam głównie w bazie w salonie – przywołaliśmy sobie prowiant z kuchni i wychodziliśmy tylko jak ktoś musiał skorzystać z łazienki.
- Możesz mi przypomnieć po co zaprosiliśmy na jutro Dorcas i Syriusza? – zapytałam. 
Dopiero teraz, czyli grubo po 23 przypomniałam sobie, że jutro mieli odwiedzić nas nasi przyjaciele, a w lodówce nie było nic sensownego. A zaprosiłam ich na obiad.
- Bo dawno się nie widzieliśmy, ponieważ wszyscy jesteśmy zapracowani? – odpowiedział pytaniem na pytanie J.
- Ech – westchnęłam żałośnie i zamknęłam lodówkę – Myślisz, że będą usatysfakcjonowani jeżeli zamówimy pizzę? Nie mam ochoty od rana biegać po sklepach i gotować dla twojego inteligentnego inaczej przyjaciela.
James uśmiechnął się i jednym machnięciem różdżki usunął z salonu nasz barłóg.
- Pizza będzie dobra – powiedział i objął mnie ramionami – Idziemy spać, wykończyłaś mnie dzisiaj – dodał i pociągnął mnie do sypialni.

Niedziela zaczęła się całkiem nieźle – obudziły mnie promienie słońca, co od razu dobrze wpłynęło na mój nastrój. Wstałam i od razu skierowałam się do łazienki, żeby odprawić mój codzienny rytuał – nasikanie na mugolski test ciążowy.
Niestety ukazał się tylko jeden pasek, co mnie trochę podłamało, ale będę silna! Najwyżej znowu osaczę męża, co zresztą było całkiem przyjemne…
Więc po typowych porannych ablucjach i obsmarowaniu wielkiego pryszcza zielonym korektorem od Dorcas – ukrywającym zaczerwienienia, zadowolona z siebie zeszłam na parter. A czekała na mnie mała niespodzianka.
- Przygotowałeś śniadanie?! – zawołałam, spoglądając na parujące tosty i gorącą kawę w moim ulubionym kubku z hipogryfem.
- Mhmm – odparł J popijając poranną porcję kofeiny – Tak słodko spałaś, że nie miałem serca cię budzić – dodał i usiadł obok mnie na krześle.
Trafiłam na najlepszego z mężów. Chyba powinnam sobie zrobić taką koszulkę – "Mam najlepszego męża na świecie", czy coś.
- Jesteś kochany – stwierdziłam i wzięłam się za jedzenie.

Do 14, czyli godziny na którą mieli przyjść Blackowie byłam zajęta głównie sprzątaniem i układaniem tych wszystkich powyjmowanych niewiadomo skąd przedmiotów. Bo skąd się wzięła moja letnia sukienka pod sofą w salonie? Albo skarpetki upchnięte pod każdym meblem? No dobra, to było łatwe do wytłumaczenia – James.
I wydawać by się mogło, że magia w sprzątaniu jest użyteczna, ba! robi wszystko za ciebie! Cóż, nie w moim przypadku. Tak jak Mary doskonale rzuca te domowe zaklęcia, ja miałam z nimi permanentny problem. I takim to sposobem, zamiast wyczyścić wazon z kurzu, zbiłam go. Oczywiście nic złego się nie stało – zaraz go naprawiłam, ale to tylko pokazywało, że jak sprzątanie to w moim przypadku – tylko mugolskim sposobem.
Równo na 14 wszystko było gotowe, ja przebrana i uczesana, James przebrany lecz jak zwykle nieuczesany i zamówiłam już pizzę. Brakowało tylko Pana Idioty i jego Przedsiębiorczej Żony Czekoladki.
Jednak po chwili rozbrzmiał nasz irytujący dzwonek, James pozdejmował zaklęcia ochronne i otworzył drzwi.
- Witajcie Jeleniowaci! – zawołał Syriusz i przepuścił Dor w drzwiach.
- Heeej! – zawołałam do brunetki i ją uściskałam – Stęskniłam się za tobą, ile się nie widziałyśmy? – zapytałam i poczekałam aż Dor zdejmie płaszcz i niewiarygodnie wysokie kozaki.
- Chyba z miesiąc – odparła – Co słychać? – zapytała po wejściu do kuchni. Facetów zostawiłyśmy w salonie i poszłyśmy poplotkować. Jak to dziewczyny – w kuchni.
- Właściwie nic nowego. W pracy jakoś leci, wybieramy się z Jamesem w delegację. Sprawy rodzinne całkiem nieźle – odparłam i podałam przyjaciółce kieliszek wina.
- A co z wiesz-czym? – zapytała. Westchnęłam ciężko.
- Dalej nic. Codziennie robię testy, chyba codziennie kochamy się z Jamesem, ale dalej jedna kreska – odparłam, krzywiąc się po pierwszym łyku wina.
- Lil, musicie się wyluzować. To tak jest, jak się bardzo chce i próbuje, to nic nie wychodzi. Przestań o tym myśleć, żyj chwilą i na pewno prędzej czy później, będziecie mieli to wymarzone dziecko – powiedziała Dorcas, poklepując mnie po dłoni.
- Taa, to chyba dobry plan. Muszę wyluzować – westchnęłam – Chodź do salonu, zobaczymy co robią nasi faceci.

Po zjedzeniu przez Syriusza połowy dużej pizzy (obżartuch), po jego parunastu sprośnych żartach na nasz temat i sytuacji łazienkowej, oraz po obgadaniu przeze mnie i Dorcas Marleny McKinnon (która jak się okazało zdradzała męża – a który, jak to facet, nic o tym nie wiedział, a każdy dookoła - tak), wrócili do domu.
- Syriusz jest bardzo nietaktowny – powiedziałam, po zamknięciu drzwi i nałożeniu na nich zaklęć ochronnych.
- Taki jego urok – zaśmiał się James i poszedł na piętro. Rozejrzałam się po salonie, machnęłam różdżką – wyrzuciłam karton po pizzy do kosza na śmieci i ruszyłam za mężem.


 ***

Witajcie, i jak wam minęły święta? Mam nadzieję, że dobrze i że dostałyście świetne prezenty :) Pisanie kolejnych rozdziałów jakoś idzie, prawie już przebrnęłam przez jeden wątek, więc jest fajnie. Dziękuję za komentarze i dziewczyny, serio nie musicie mnie przepraszać jeżeli jakiś rozdziałów nie skomentujecie - ja to wszystko doskonale rozumiem, komputery się psują, czasem się nie ma czasu lub chęci, przecież doskonale wiem jak to jest. Jeżeli możecie i chcecie skomentować, to oczywiście bardzo się cieszę i czytam, nawet czasami sugeruję się tym co piszecie (zauważyłyście, że jest mało Sev'a? :), także nie martwcie się, widzę wyświetlenia bloga - więc widzę, że czytacie co mnie bardzo cieszy!
Następny rozdział, może przed Sylwestrem?

2 komentarze:

  1. hahahaha serio ? w biurze w łazience haha :D James nie ma co narzekać ;D nono delegacja :D czekam na kolejny rozdział i TAK ! oby przed sylwestrem ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Niestety nie mam siły na jakiś zadowalający komentarz jednak rozdział jest fenomenalny

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.