I nadeszła. Typowa angielska
jesień – zimna, deszczowa i szara. Po wyjrzeniu przez okno odechciewało się
wszystkiego – wyjścia na dwór (brrr!), życia (jesienna depresja), a tym
bardziej pracy. Człowiek, Wiewiór czy inny Osobnik – najchętniej zakopałby się
pod kołdrą, z kubkiem ciepłej herbatki i ciekawą książką.
Jednak już nie było tak
łatwo. Nastało nowe, dorosłe życie – byłam mężatką, miałam odpowiedzialną pracę
oraz intensywnie starałam się o dziecko. A kiedy najlepiej starać się o potomka?
Gdy na dworze jest zimno i człowiek nie chce wyjść spod pierzyny.
- Cholera – wyszeptałam
patrząc na kolejny mugolski test ciążowy. Albo one są do tylnej części ciała,
albo ja jestem przyczyną. No, albo James.
Jako osoba zapobiegliwa oraz
tak zwany kujon – do akcji „Zróbmy sobie dziecko” podeszłam bardzo ambitnie.
Przeczytałam przeróżne książki, poradniki – zarówno mugolskie jak i
czarodziejskie. Wyliczałam sobie kiedy mam dni płodne i wtedy osaczałam Jamesa
w sypialni niczym bluszcz, lub Diabelskie Sidła – nie wypuszczałam go, dopóki
nie byłam usatysfakcjonowana i nie miałam pewności, że w końcu coś się wydarzy.
Byłam zdesperowana.
Tą desperację wszyscy
wyczuwali, albo nawet ją widzieli.
Tak było w przypadku Blacka,
gdy nakrył nas w męskiej łazience w Biurze Aurorów.
Ja wiem, że nie powinniśmy z
niej korzystać jak z sypialni, ale miałam dni płodne i odpowiednią temperaturę
ciała – idealne warunki do zapłodnienia.
Oczywiście Idiota Roku, jako
Stary Plociuch wszystkim rozgadał o naszym małym tete-a-tete w łazience. I
gdziekolwiek bym nie poszła i kogo nie spotkała, miałam nieodparte wrażenie, że
wie co tam robiliśmy.
Oczywiście po Jamesie to
spłynęło jak po kaczce – nawet można powiedzieć, że został bohaterem biura, ale
ugh, nie lubię jak ktoś o nas plotkuje, to takie nieuprzejme…
I w tym przypadku
obleśne.
Jedynym plusem jesieni było
to, że dni mijały naprawdę szybko. Rano gdy wychodziliśmy do pracy było ciemno
– a gdy wracaliśmy po 16 (w końcu J zaczął normalnie kończyć pracę) również
było ciemno.
I tak oto nadszedł październik.
- Potter, szykuj się do
wyjazdu, organizowałaś tą delegację, więc w niej weźmiesz udział – powiedział
Moody, przechodząc przez sekretariat i kierując się do swojego biura. Na chwilę
mnie zamurowało, ale ocknęłam się i ruszyłam za szefem.
- Możesz powtórzyć? –
zapytałam, wślizgując się za nim do biura.
- Organizowałaś delegację do
oddziału włoskiego Ministerstwa Magii w Mediolanie, prawda? – zapytał, na co
kiwnęłam głową – Marr nie może jechać, jakieś problemy z dzieciakami… Więc
jedziesz ty, znasz tą sprawę, jesteś przygotowana – dodał i zaczął przeglądać
dokumenty, które wcześniej skrupulatnie poukładałam na jego biurku.
W
kolejności alfabetycznej.
Z zakładkami i oznaczeniami kolorowymi karteczkami.
Nie sądziłam, że doceni takie drobiazgi, ale stwierdził, że dzięki nim łatwiej
czyta mu się wypociny „świeżaków”.
- Dziękuję – wyszeptałam,
trochę w szoku. Bo wiecie, nie każdego wysyłają w delegację – w końcu taka
osoba reprezentuje Anglię, musi mieć rozległą wiedzę na dany temat, oraz hej! szaleje za nie swoje pieniądze!
Już miałam wychodzić z biura
kiedy jeszcze Moody mnie zawołał.
- Możesz wziąć jednego z
młodziaków, myślę, że powinien to być twój mąż – dodał i mrugnął do mnie okiem.
Chwilę pogapiłam się na niego tępo i oblałam gorącym rumieńcem. Czy on
sugerował…? Ugh, teraz jestem pewna, że wszyscy o nas plotkują!!
- Mam świetne wieści –
zaczęłam, gdy wróciliśmy do domu i wzięłam się za odgrzewanie obiadu –
przyniesionego przez Doreę. Mama była naprawdę pomocna, często nie mieliśmy
siły nic gotować (przez co cierpiałam) – a ona nam przynosiła obiadki przygotowane
przez ich skrzatkę. Może my też powinniśmy sobie sprawić skrzata? Ale zawsze
było mi ich tak szkoda! Takie małe, chude, ubrane w jakieś łachy… Nie, to nie
dla nas. Znowu odbiegam od tematu…
- Jakie? – zapytał James
wyjmując talerze z szafki i ustawiając je na stole.
- Jadę w delegację –
odparłam z uśmiechem. James od razu zrobił smutną minę.
- Sama? – zapytał i położył
sztućce obok talerzy. Uśmiechnęłam się szeroko.
- Z tobą – wyszeptałam i
szybko pocałowałam go w usta.
- Przygotowałem listę
miejsc, które zwiedzimy – powiedział następnego dnia, czyli w sobotę (w
końcu!), James. Spojrzałam na niego z niezrozumieniem – czytałam nowe
romansidło od Dorcas, a była naprawdę ciekawa (w sensie wiadomo jakim…) scena.
- W Mediolanie – dodał,
widząc mój pytający wzrok. Usiadł obok mnie na kanapie i pokazał mi przewodnik
po mieście.
- Skąd go masz? – zapytałam,
przeglądając. Aha, ruszające się obrazki – czarodziejski.
- Od ojca, też kiedyś był
tam w delegacji – odparł J i pokazał mi na coś palcem – To katedra Duomo, a tu
bazylika Santa Maria Della Grazie, tam jest obraz tego malarza co go tak
lubisz, Leonardo da Vinci – dodał – I jest tam wielka galeria handlowa, oraz
słynna opera La Scala.
Patrzyłam na te wszystkie
ruchome obrazki i już sobie wyobrażałam miły wypad na zakupy. Ale potem sobie
coś przypomniałam – nie jechałam tam w celach rozrywkowych, tylko pracować.
- Wieczorami możemy
pozwiedzać, ale w dzień będziemy siedzieć w oddziale Ministerstwa – odparłam
wtulając się w silne ramiona Rogacza.
- Przecież to będą straszne
nudy… Co będziemy robić? – zapytał, zamykając przewodnik i odkładając go na
stolik.
- Będziemy oglądać szkolenie
włoskich Aurorów i mamy ocenić, czy nasi też powinni je przejść. Podobno jest
bardzo innowacyjne – odparłam wdrapując się na kolana męża – Ale teraz to
nieważne, zrobimy to co przed chwilą przeczytałam – dodałam i zaczęłam mu
rozpinać guziki koszuli.
- Jesteś niewyżyta –
stwierdził po jakimś czasie James. Leżeliśmy rozwaleni w salonie – można
powiedzieć, że zbudowaliśmy sobie bazę z poduszek i kocy. Jednak nie pełniła
ona takiej funkcji jak kiedyś, kiedy to z Petunią bawiłyśmy się w wojnę. O
niee.
- Doskonale wiesz czemu –
odparłam gładząc dłonią tors Jamesa. Ani jednego włoska! Normalnie można by
pomyśleć, że poszedł na depilację do Dorcas, ale wcale tak nie jest!
- Bo chcesz mieć dziecko
- powiedział trochę niedelikatnie.
Podniosłam się na ramieniu i spojrzałam mu prosto w oczy.
- To też – wyszeptałam,
pochylając się nad jego twarzą – Ale ważniejszym powodem jest to, że jesteś
strasznie pociągający, mój drogi mężu – dodałam i pocałowałam go namiętnie.
Więc, sobota minęła nam
głównie w bazie w salonie – przywołaliśmy sobie prowiant z kuchni i
wychodziliśmy tylko jak ktoś musiał skorzystać z łazienki.
- Możesz mi przypomnieć po
co zaprosiliśmy na jutro Dorcas i Syriusza? – zapytałam.
Dopiero teraz, czyli
grubo po 23 przypomniałam sobie, że jutro mieli odwiedzić nas nasi przyjaciele,
a w lodówce nie było nic sensownego. A zaprosiłam ich na obiad.
- Bo dawno się nie
widzieliśmy, ponieważ wszyscy jesteśmy zapracowani? – odpowiedział pytaniem na
pytanie J.
- Ech – westchnęłam żałośnie
i zamknęłam lodówkę – Myślisz, że będą usatysfakcjonowani jeżeli zamówimy
pizzę? Nie mam ochoty od rana biegać po sklepach i gotować dla twojego
inteligentnego inaczej przyjaciela.
James uśmiechnął się i
jednym machnięciem różdżki usunął z salonu nasz barłóg.
- Pizza będzie dobra –
powiedział i objął mnie ramionami – Idziemy spać, wykończyłaś mnie dzisiaj –
dodał i pociągnął mnie do sypialni.
Niedziela zaczęła się
całkiem nieźle – obudziły mnie promienie słońca, co od razu dobrze wpłynęło na
mój nastrój. Wstałam i od razu skierowałam się do łazienki, żeby odprawić mój
codzienny rytuał – nasikanie na mugolski test ciążowy.
Niestety ukazał się tylko
jeden pasek, co mnie trochę podłamało, ale będę silna! Najwyżej znowu osaczę
męża, co zresztą było całkiem przyjemne…
Więc po typowych porannych
ablucjach i obsmarowaniu wielkiego pryszcza zielonym korektorem od Dorcas –
ukrywającym zaczerwienienia, zadowolona z siebie zeszłam na parter. A czekała
na mnie mała niespodzianka.
- Przygotowałeś śniadanie?! –
zawołałam, spoglądając na parujące tosty i gorącą kawę w moim ulubionym kubku z
hipogryfem.
- Mhmm – odparł J popijając
poranną porcję kofeiny – Tak słodko spałaś, że nie miałem serca cię budzić –
dodał i usiadł obok mnie na krześle.
Trafiłam na najlepszego z
mężów. Chyba powinnam sobie zrobić taką koszulkę – "Mam najlepszego męża na świecie", czy coś.
- Jesteś kochany – stwierdziłam
i wzięłam się za jedzenie.
Do 14, czyli godziny na
którą mieli przyjść Blackowie byłam zajęta głównie sprzątaniem i układaniem
tych wszystkich powyjmowanych niewiadomo skąd przedmiotów. Bo skąd się wzięła
moja letnia sukienka pod sofą w salonie? Albo skarpetki upchnięte pod każdym
meblem? No dobra, to było łatwe do wytłumaczenia – James.
I wydawać by się mogło, że
magia w sprzątaniu jest użyteczna, ba! robi wszystko za ciebie! Cóż, nie w moim
przypadku. Tak jak Mary doskonale rzuca te domowe zaklęcia, ja miałam z nimi
permanentny problem. I takim to sposobem, zamiast wyczyścić wazon z kurzu,
zbiłam go. Oczywiście nic złego się nie stało – zaraz go naprawiłam, ale to
tylko pokazywało, że jak sprzątanie to w moim przypadku – tylko mugolskim
sposobem.
Równo na 14 wszystko było
gotowe, ja przebrana i uczesana, James przebrany lecz jak zwykle nieuczesany i
zamówiłam już pizzę. Brakowało tylko Pana Idioty i jego Przedsiębiorczej Żony
Czekoladki.
Jednak po chwili rozbrzmiał
nasz irytujący dzwonek, James pozdejmował zaklęcia ochronne i otworzył drzwi.
- Witajcie Jeleniowaci! –
zawołał Syriusz i przepuścił Dor w drzwiach.
- Heeej! – zawołałam do
brunetki i ją uściskałam – Stęskniłam się za tobą, ile się nie widziałyśmy? – zapytałam i poczekałam aż Dor
zdejmie płaszcz i niewiarygodnie wysokie kozaki.
- Chyba z miesiąc – odparła –
Co słychać? – zapytała po wejściu do kuchni. Facetów zostawiłyśmy w salonie i
poszłyśmy poplotkować. Jak to dziewczyny – w kuchni.
- Właściwie nic nowego. W
pracy jakoś leci, wybieramy się z Jamesem w delegację. Sprawy rodzinne całkiem
nieźle – odparłam i podałam przyjaciółce kieliszek wina.
- A co z wiesz-czym? –
zapytała. Westchnęłam ciężko.
- Dalej nic. Codziennie
robię testy, chyba codziennie kochamy się z Jamesem, ale dalej jedna kreska –
odparłam, krzywiąc się po pierwszym łyku wina.
- Lil, musicie się
wyluzować. To tak jest, jak się bardzo chce i próbuje, to nic nie wychodzi.
Przestań o tym myśleć, żyj chwilą i na pewno prędzej czy później, będziecie
mieli to wymarzone dziecko – powiedziała Dorcas, poklepując mnie po dłoni.
- Taa, to chyba dobry plan.
Muszę wyluzować – westchnęłam – Chodź do salonu, zobaczymy co robią nasi
faceci.
Po zjedzeniu przez Syriusza
połowy dużej pizzy (obżartuch), po jego parunastu sprośnych żartach na nasz temat
i sytuacji łazienkowej, oraz po obgadaniu przeze mnie i Dorcas Marleny McKinnon
(która jak się okazało zdradzała męża – a który, jak to facet, nic o tym nie
wiedział, a każdy dookoła - tak), wrócili do domu.
- Syriusz jest bardzo
nietaktowny – powiedziałam, po zamknięciu drzwi i nałożeniu na nich zaklęć
ochronnych.
- Taki jego urok – zaśmiał
się James i poszedł na piętro. Rozejrzałam się po salonie, machnęłam różdżką –
wyrzuciłam karton po pizzy do kosza na śmieci i ruszyłam za mężem.
***
Witajcie, i jak wam minęły święta? Mam nadzieję, że dobrze i że dostałyście świetne prezenty :) Pisanie kolejnych rozdziałów jakoś idzie, prawie już przebrnęłam przez jeden wątek, więc jest fajnie. Dziękuję za komentarze i dziewczyny, serio nie musicie mnie przepraszać jeżeli jakiś rozdziałów nie skomentujecie - ja to wszystko doskonale rozumiem, komputery się psują, czasem się nie ma czasu lub chęci, przecież doskonale wiem jak to jest. Jeżeli możecie i chcecie skomentować, to oczywiście bardzo się cieszę i czytam, nawet czasami sugeruję się tym co piszecie (zauważyłyście, że jest mało Sev'a? :), także nie martwcie się, widzę wyświetlenia bloga - więc widzę, że czytacie co mnie bardzo cieszy!
Następny rozdział, może przed Sylwestrem?
hahahaha serio ? w biurze w łazience haha :D James nie ma co narzekać ;D nono delegacja :D czekam na kolejny rozdział i TAK ! oby przed sylwestrem ;)
OdpowiedzUsuńNiestety nie mam siły na jakiś zadowalający komentarz jednak rozdział jest fenomenalny
OdpowiedzUsuń