wtorek, 7 października 2014

Rozdział 21 Szach mat



Sobotni poranek, a tak właściwie popołudnie, było okropne. Moje modły do kacowego boga nic nie dały i niestety bardzo cierpiałam.
- O Boże – wyszeptałam, czując jak łóżko na którym spaliśmy kręci się i kołysze – Chyba zwymiotuję – dodałam, próbując wstać. Swoim zamroczonym umysłem, załapałam fakt, że w pokoju spaliśmy tylko my i Remus z Mary. Jakimś cudem dotarłam do łazienki i spojrzałam w lustro.
- Oooouu – wyjęczałam. Wyglądałam strasznie, rozmazany makijaż, włosy poczochrane jak, hm nie mogłam nawet na to znaleźć słowa. Jedna wielka tragedia!
- Chyba jednak nie puszczę pawia – powiedziałam do siebie i umyłam zęby swoją szczoteczką. Tak, przezorny zawsze ubezpieczony, czy jakoś tak i przyniosłam jedną do dormitorium chłopców. 
Później postanowiłam, że doprowadzę się do porządku pod prysznicem i skorzystałam z jakiś męskich żeli pod prysznic. Jedynie mam nadzieję, że to nie był żel Syriusza, nie chciałabym pachnieć jak on. Wytarłam się jamesowym ręcznikiem i z powrotem założyłam imprezową sukienkę, tyle że wyprasowaną i odświeżoną pewnym użytecznym zaklęciem. Znowu spojrzałam w lustro.
- Może być – stwierdziłam i weszłam z powrotem do pokoju.
- Dzień dobry Rogaczku – powiedziałam jakże słodko do Jamesa – Jak się spało?
- Dobrze – odparł Pan J patrząc na mnie co najmniej dziwnie – Dobrze się czujesz?
- Oczywiście, że tak. Wzięłam gorący prysznic, umyłam zęby i jestem gotowa na poszukiwania czegoś do picia. Mam na myśli wodę, nie patrz tak na mnie! – zbulwersowałam się trochę, co, myślał że znowu chcę pic alkohol? Miałam już dość na co najmniej miesiąc!
- To poczekaj, wezmę prysznic i pójdziemy do kuchni – odparł spoglądając na zegar. Niestety, ale było już po obiedzie, a do kolacji parę godzin zostało, nie wytrzymam tyle czasu bez mineralnej i może jakiegoś suchara, czy innego tosta. Siedziałam sobie na łóżku, oglądałam mój zrujnowany manicure, nie wiem co z tymi lakierami jest, że zupełnie nie trzymają się moich paznokci, ale ok., tak sobie siedziałam i czekałam na Jamesa, próbując nie wyobrażać sobie co robilibyśmy wspólnie pod prysznicem, gdy do pokoju wszedł nie kto inny, tylko Pan Wczorajszy Solenizant.
- Cześć Wiewióro – powiedział, szczerząc się jak idiota. Czyli jak zwykle, ale jednak bardziej, taa, to moje pokrętne tłumaczenie – Piękny dziś dzień, nie sądzisz? – zapytał. Spojrzałam za okno i zobaczyłam białą masę puchu lecącego z nieba.
- Raczej okropny – odparłam. Cały czas go obserwowałam, jak zwierzątko w ZOO. Black to dosyć ciekawy okaz, a jeszcze teraz zachowywał się dziwnie. Chodził po pokoju uśmiechnięty, gadał coś pod nosem(a może nucił?), zacierał ręce(co było trochę niepokojące), albo klepał się w tyłek(to było po prostu dziwaczne).
- Co ci jest? – zapytałam, bo nie mogłam zrozumieć tego niecodziennego zachowania.
- Ech, moja ruda przyjaciółko, życie jest piękne! Impreza była boska, prezenty świetne, moja dziewczyna w łóżku obłędna – wyliczał. Ale zaraz, CO?!
- CO?!? – krzyknęłam. O MÓJ BOŻE! – Zrobiliście TO?! – zawołałam.
- Na Merlina, Evans, masz już prawie 18 lat, a nadal na seks mówisz „to”? – zapytał Black – Ale tak, zrobiliśmy „to” – dodał. Po takich rewelacjach musiałam usiąść.
- Czego się drzecie od rana? – zapytała Mary, burcząc spod kołdry.
- Mary, Dorcas z Syriuszem, zrobili TO – powiedziałam.
- Serio? – Mary też była w szoku – Ale mam nadzieję, że się zabezpieczyliście? Nie chcę jeszcze zostać ciocią – dodała.
- O czym gadacie? – zapytał James, wychodząc z łazienki.
- James, twój przyjaciel rozdziewiczył naszą przyjaciółkę! – zawołałam.
- Naprawdę? Stary, gratulacje! – wydarł się do Blacka, po czym przybili piątkę. Chłopcy są dziwni.
- Ale to ja miałam być pierwsza! – powiedziałam, już nieźle zirytowana.
- Jak chcesz, to możemy to nadrobić – zaproponował James.
- Uch, idziemy do kuchni, chce mi się pic – odparłam i pociągnęłam Rogacza do wyjścia z pokoju. Na szczęście, ktoś uczynny już ogarnął Pokój Wspólny, wyglądał w miarę porządnie, zniknęły śmieci, kula dyskotekowa wróciła do swojej poprzedniej postaci, poduchy leżały pod jedną ze ścian, a meble wróciły na swoje miejsce.
- Lily, serio, jeżeli chcesz nadrobić te „zaległości”, to możemy sobie skołować jakiś kącik – powiedział brunet, gdy już byliśmy na schodach.
- James, może lepiej zamilcz – odparłam – To gdzie idziemy? Nawet nie wiem gdzie jest kuchnia – dodałam, łapiąc J za rękę.
- Dokładnie pod Wielką Salą, wejściem jest obraz przedstawiający misę owoców – wytłumaczył. Więc tak szliśmy z siódmego piętra do piwnicy. Powiem wam, masakra. Nie przebrałam się po imprezie, także szłam po chłodnym zamku w sukience i szpilkach. Zapewne zrobią mi się niezłe odciski, bo były to nowe, nierozchodzone buty. Po chwili James ogarnął bazę i dał mi swoją bluzę.
- Dziękuję – powiedziałam, zakładając na siebie wielką szarą, rozpinaną bluzę. Musiałam wyglądać dosyć dziwnie, ale w końcu było mi cieplej, więc się nie przejmowałam.
W końcu dotarliśmy do odpowiedniego miejsca, James połaskotał gruszkę namalowaną na płótnie(co wyglądało dosyć głupio), i po chwili obraz przekształcił się w drzwi. Hogwart to jednak nietypowe miejsce. Weszliśmy do środka. 
Nigdy nie byłam w tym pomieszczeniu, więc byłam zaskoczona, jego wielkością. Właściwie kuchnia wyglądała jak Wielka Sala, ale miała o wiele niższy sufit, przystosowany raczej do skrzatów, niż do takich drabów jak James, musiał się schylić, żeby nie uderzyć głową w sufit.
- Pan Potter! – zapiszczał jeden ze skrzatów – W czym mogę pomóc?
- Cześć Skarpetko, potrzebujemy jedzenia – zaczął J.
- I wody – dodałam, uśmiechając się do skrzata.
- Już się robi! – zawołała Skarpetka i gdzieś pobiegła. Po parunastu sekundach wróciła z koszykiem wypchanym jedzeniem i butelkami z wodą. Wybawienie!
- Dziękujemy – powiedziałam, James skinął skrzatce głową i wyszliśmy z kuchni.
Wręczyłam brunetowi koszyk(w końcu jest silniejszy) i dorwałam się do butelki.
- Huu, tego było mi trzeba – wyjaśniłam moje zachłanne picie – Ale jestem pierdołą – dodałam, patrząc na plamę na przodzie sukienki.
- Dziurawa broda – skomentował to James i zaśmiał się ze swojego „żartu”. Taaa.
Więc, wracaliśmy sobie do Wieży, ja w poplamionej kiecce i bluzie Rogacza, bez makijażu i z potarganymi włosami, on w swoim treningowym dresie. Popijałam sobie wodę, a J wyjadał coś z koszyka. Dobrana z nas para świnek, tak sobie pomyślałam, patrząc na jego ufajdaną dżemem koszulkę. Ale raczej nikt nie wygląda dobrze po imprezie i na pewno dobrze się nie czuje, więc byliśmy usprawiedliwieni. Nieważne, jak zwykle coś piszę bez sensu.
Wróćmy do początku, wracaliśmy sobie do Wieży, jako że kuchnia znajduje się w piwnicy, mijaliśmy lochy i przechodziliśmy obok wejścia do Pokoju Wspólnego Ślizgonów. Tak, wiem gdzie się ono znajduje, ale oczywiście nigdy tam nie byłam. W sensie w środku. I tak sobie szliśmy, ja stukałam obcasami i myślałam o czekającej mnie męce po ich zdjęciu i nagle pojawił się przed nami Severus Snape.
- Ekhm, cześć – powiedziałam, mijając mojego byłego przyjaciela, w dodatku prezentując się fatalnie i w dodatku jedząc kabanosa. Snape spojrzał na mnie zdziwiony, ale właściwie nic nie powiedział i minął nas, nawet się nie oglądając.
- Hm, po co się z nim witasz? – zapytał James, zabierając ostatniego kabanosa i wpychając sobie do gęby. No cholera.
- To zagranie taktyczne, mój drogi – odparłam – Już zapomniałeś o naszym „wielkim” planie?
- Oczywiście, że nie – odparł – Ale co ma witanie się ze Smarkiem, do naszego planu?
- A to, mój drogi Rogaczu, że jakoś muszę się do niego zbliżyć, żeby jakoś podać mu to Veritaserum – odpowiedziałam – Myślę, że najlepszym dniem byłoby spotkanie u Ślimaka, jestem pewna że jak zwykle dostał zaproszenie, zresztą nam też już profesor wysłał – dodałam.
- Taa, tylko szkoda, że na razie nie dysponujemy tym eliksirem – powiedział James i spojrzał na mnie znacząco – Na poniedziałkowych Eliksirach musisz uderzyć do Slughorna, co mi się zupełnie nie uśmiecha.
- Nie martw się, nie obgadam cię za bardzo – odparłam uśmiechając się – Ale muszę wymyślić jakąś łzawą historyjkę, Ślimak musi się wzruszyć i przejąć moim nędznym losem, zdradzanej dziewczyny.
- Coś wymyślimy – powiedział James i podał hasło Grubej Damie. Od razu skierowaliśmy się do dormitorium Huncwotów, zapewne tam wszyscy zdychali. I oczywiście się nie myliłam, Black leżał rozwalony na swoim wyrku razem z Dorcas, Mary siedziała na podłodze i trzymała się za głowę, a Remus chyba był w kiblu.
- Gdzie jest Peter? – zapytał James, biorąc do ręki mapę.
- Poszedł na szlaban do McGonagall – odparł Syriusz – Macie żarcie? Kiszki mi marsza grają.
- I co? – zapytałam – Jest w gabinecie pani profesor?
- Taa – powiedział Rogacz i złożył mapę – Częstujcie się – dodał, kładąc na łóżku koszyk.
- Wodaa – wyjęczała Mary i przyssała się do gwintu butelki. Litr mineralnej wypiła w rekordowym czasie.
- Ale dobre paszteciki – Black, zajadał już wspomnianymi pasztecikami z mięsem i głośno przy tym mlaskał. Blechh.
- Zostaw trochę innym – powiedziała Dor, z pretensją w głosie.
- Oczywiście, czekoladko – odparł Syriusz i uśmiechnął się z pełną gębą. Ohydny widok.
- To co robimy?


Z dziennika Severusa Snape’a
Dzisiaj był zarówno dobry jak i dziwny dzień. Dobry, ponieważ widziałem Lily, która nawet się do mnie odezwała. Dziwny z powodu jej wyglądu, który był dosyć niecodzienny. Chociaż z tego co słyszałem, Black obchodził wczoraj urodziny więc pewnie nie powinienem się dziwić.
- Co dla mnie masz, Severusie? – zapytał Dumbledore. Byłem u niego w gabinecie, a w ręce trzymałem:
- Dziennik Czarnego Pana – odparłem kładąc nieduży, czarny przedmiot na biurku dyrektora. Ten spojrzał na nierzucającą się w oczy książeczkę i wyjął z szuflady inny przedmiot.
- To pierścień przodka Toma Riddle’a, odkrycie tego małego sekretu Voldemorta nie było trudne – stwierdził staruszek.
- Ale jak to zniszczymy? – zapytałem.
- Horkruksy można zniszczyć tylko silnie niszczącą substancją, myślę, że użyjemy Szatańskiej Pożogi, chociaż szkoda że nie dysponujemy jadem bazyliszka – powiedział Dumbledore. Tak właściwie, to myślę że żartował, bo chyba nie mówił by poważnie o tym jadzie…?
- Kiedy? – zapytałem.
- Jak odnajdziemy wszystkie, Voldemort mógłby poczuć, że jego cząstki duszy są niszczone. Gdy wszystkie zostaną unicestwione, to będzie tylko formalność, pokonanie Toma. Czy zrobiłeś tak jak ci mówiłem?
- Tak, podmieniłem te dzienniki, Malfoy na pewno nic nie zauważy.
- Musimy szukać dalej, Severusie – stwierdził profesor. Tylko gdzie ich szukać?



- Ale się nażarłam – powiedziała Dorcas klepiąc się po brzuchu. Urządziliśmy sobie mały piknik na podłodze w pokoju chłopaków. Było całkiem miło, do momentu dołączenia do nas Petera.
- Nudzę się – powiedział Syriusz, spoglądając na nas.
- To może napisz wypracowanie dla Sprout – zaproponowałam. Bo doskonale wiem, jak to się potem kończy, „No, ale Ruda, nie bądź jędzą, daj spisać” i jęczy mi nad głową, jak ten cygan namawiający do kupna jakiś bzdurnych przedmiotów.
- Oszalałaś? Mam jeszcze dużo czasu. Na kiedy to ma być gotowe? – zapytał.
- Na czwartek – odparła Mary, która najgorzej przeżywała kaca. Leżała z chłodnym okładem na czole i od czasu do czasu mamrotała „Ale jestem głupia” i „Po co tyle piłam?”.
- Właśnie, na czwartek. Jakieś inne propozycje? – drążył Łapa.
- Na dwór nie ma co iść, bo jest kupa śniegu, nie chce mi się odrabiać lekcji, nie wiem, najadłem się i mój mózg przestał działać – powiedział James pijąc sok dyniowy.
- Chyba mam pomysł. Zagrajmy w prawda/wyzwanie – zaproponowałam, widząc w tym pewną szansę.
Gdy już reszta się zgodziła i rozsiadła na podłodze w kółku, wróciłam z naszego dormitorium z fałszoskopem.
- Jako że to był mój genialny pomysł, pozwólcie, że ja zacznę. Peter, pytanie czy wyzwanie? – zapytałam.
- Pytanie – powiedział jakimś piszczącym głosem chłopak. Czy on zawsze tak piszczał?
- A więc Peter, mój przyjacielu, czy kiedykolwiek zdradziłeś komuś coś na nasz temat, czego nie powinieneś? – zadałam, moje kluczowe pytanie.
- Niee-e – odparł, jąkając się. Bo doskonale wiedział co się stanie. Fałszoskop zaczął przeraźliwie wyć, kręcić się wokół własnej osi i świecić. Właśnie wykrył kłamcę. Widziałam miny reszty kompanii. Oczywiście nie byli tym zaskoczeni, ale udawali, że nie wiedzą o co chodzi.
- Och, chyba mi się fałszoskop zepsuł – zaczęłam, gdy uciążliwe wycie się skończyło – Przecież nigdy byś nas nie zdradził, prawda? – dodałam jego gwóźdź do trumny.
- O-oczy-wiście, że nie! – zawołał chłopak, lecz zagłuszył go jakże pomocny przyrząd. Peter był coraz bardziej przestraszony i wstał z miejsca. Ja też wstałam i natarłam na niego.
- Jak możesz! Jak możesz patrzeć nam prosto w oczy i tak kłamać?! Zawsze byłeś zwykłym słabeuszem, podatnym na wpływy. Chłopcy zrobili by dla ciebie wszystko, Peterze. Ale zawiodłeś nas – mówiłam, coraz bardziej zdenerwowana. W pokoju panowała cisza, przerywana tylko moim głosem i spazmatycznym oddechem chłopaka – Nie wyciągaj na mnie różdżki! – zawołałam gdy zobaczyłam jego nerwowy ruch ręki – Expelliarmus!
W jednej chwili różdżka Petera wyleciała z jego dłoni i znalazła się za mną, na podłodze. I w tym momencie powstał prawdziwy rozgardiasz.
- Wycelowałeś różdżkę w Lily! – zawołał James, stając przede mną i patrząc na przerażonego chłopaka.
- Peter, z kim przystałeś? – zapytał wkurzony Black.
- Kim ty, tak naprawdę jesteś? – Mary patrzyła wielkimi oczami na tą scenę. Podeszłam do Pettigrew.
- Szach mat, Peter – powiedziałam sarkastycznie – Trzeba było przemyśleć, z kim zaczynasz grę, mój drogi – dodałam, klepiąc go lekko po policzku.


Dalsze wydarzenia związane ze zdradą Petera mogę opisać jako naszą małą wygraną z siłami Voldemorta. Z Hogwartu wyleciał zwykły szpieg, nikt więcej.
Dumbledore zgodził się na przeniesienie Pettigrew na ten ostatni semestr nauki do Durmstrangu, może tam nauczą go dyscypliny i zapewne czarnej magii – pomyślałam, w końcu z czego jak z czego, ale Durmstrang był z tego dumny.
Jednak, tak, cieszyłam się na samą myśl, że teraz będzie trochę spokojniej i nie wiem, czy zrobiłam się mściwa, ale wiedziałam, że Pettigrew może sobie tam nie poradzić. 
Cieszyłam się z jego porażki. Jednak najbardziej z tego, że może dzięki temu zdarzeniu, parę osób będzie bezpiecznych.
Ale kto wie, ilu takich Peterów Pettigrew jeszcze jest w Hogwarcie? Jednak wiem, że razem z moimi przyjaciółmi, będziemy chcieli ich wszystkich zdemaskować.
Bójcie się, poplecznicy Voldemorta, siła przyjaźni i miłości jest potężniejsza niż strach i chęć władzy.


Tadam! I pozbyliśmy się małego Pettigrew, niech sobie
siedzi w Durmstrangu. Cóż więcej mogę powiedziec, cieszę się, że
go wywaliłam z opowiadania, zupełnie nie miałam pomysłu na tę postać.  
Aaa i oczywiście, dziękuję za komentarze :)

2 komentarze:

  1. Uuuu Rogaś jakie propozycje xD Nawet nie wiesz jak się ciesze że wywaliłaś Petera nie lubie go :D Ale i Snape'a nie trawie nie ważne że jest w Drużynie Dobra LOL czekam na dalszy siąg wydarzeń ^^ ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Jej nareszcie Glizdogon wyleciał z Hogwartu. Bardzo podoba mi się ten rozdział a w szczególności ostanie zdanie czyli , Bójcie się, poplecznicy Voldemorta, siła przyjaźni i miłości jest potężniejsza niż strach i chęć władzy.''

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.