niedziela, 19 października 2014

Rozdział 28 Egzaminy



I w końcu nadszedł ten dzień! 1 maja, poniedziałek, data przeklęta przez każdego ucznia Hogwartu będącego na ostatnim roku. Pierwszy dzień egzaminów.
Oczywiście, możecie powiedzieć, że jeżeli uczyło się, pisało wypracowania, ćwiczyło zaklęcia, to nie ma się czym martwic, zda się z palcem w nosie. Ale wiecie, zawsze zależało mi na jak najlepszych ocenach. Wiem, mogę się wam wydawać lekką psycholką, która chciałaby mieć same Wybitne, ale tak, ambicja jest jedną z moich cech. I uważam ją za zaletę!
Więc poranek 1 maja był dla mnie(zapewne nie tylko dla mnie, jednak skupmy się na mojej jakże skromnej osobie) bardzo nerwowy. Zaczęło się od paru wypadków w łazience – rozbicia słoiczka z kremem do twarzy, uderzeniem się o nogę wanny małym palcem u stopy(ała!), oraz wysypaniem całego pudru sypkiego na podłogę.
Dalej nie było łatwiej, znalezienie ubrań oraz butów zajęło mi dobre 20 minut, uczesanie włosów było horrorem, akurat dzisiaj plątały się jak szalone, a z makijażu zrezygnowałam przy drugiej próbie. No, oprócz pomalowania rudych rzęs na czarno.
Śniadanie, o dziwo minęło bezproblemowo, jednak z trudem przełykałam kolejne kęsy kanapki.
- Lily, nie martw się, pójdzie ci doskonale, zresztą jak zawsze! – powiedział James, gdy wyszliśmy z Wielkiej Sali, aby poczekać na początek egzaminów na korytarzu.
- James, ja je na pewno obleję – wyjęczałam – Zostanę bez wykształcenia i będę nadawać się tylko na kurę domową, bez żadnych aspiracji – dodałam smutno.
- Ruda, przestań jęczeć, my z Rogaczem się za dużo nie uczyliśmy, i co? Podchodzimy do tego na luzaku, na pewno wszystko pozaliczamy na co najmniej Powyżej Oczekiwań, jestem tego pewien – wtrącił się Syriusz.
- Właśnie Lilka, grunt to się nie przejmować, zapewne obleję Eliksiry, ale co, mam się załamywać? Jasne, że nie! Jestem pewna, że ktoś zatrudni Boską Czekoladkę, nawet bez zdanych wszystkich egzaminów na Wybitny – dodała Dorcas, przytulając mnie i czochrając mi włosy. Jakby mi to miało poprawić humor…
Punkt 9 otworzyły się drzwi do Wielkiej Sali i profesor McGonagall zaprosiła nas do środka. 
Egzamin czas zacząć!!



Te pięć dni egzaminów wyczerpało mnie do cna. Codziennie tak samo się stresowałam, jęczałam i mówiłam, że nic nie umiem. Przyjaciele oczywiście mówili, że na pewno zaliczę na same Wybitne, jednak nie jestem tego taka pewna, na pewno popełniłam parę błędów. Jednak w tym momencie przestałam się tym przejmować.
- Ale ciepło! – zawołała Mary. Była sobota, a my postanowiłyśmy się trochę poopalać przy jeziorze. Rozłożyłyśmy koc, na którym od razu uwaliła się Dorcas i zaczęłyśmy się rozbierać. Oczywiście do kostiumów kąpielowych, żeby nie było, że kogoś demoralizujemy.
- Merlinie, jak przyjemnie – powiedziała Dorcas, kładąc się na brzuchu i łapiąc za nową „Czarownicę” – Mogłabym sobie tak codziennie leżeć i się smażyć na słońcu – dodała, otwierając na stronie z plotkami.
- Ja też, ten rok mnie wykończył – dodała Mary, która mnie smarowała kremem z filtrem. Blade rudzielce tak mają, filtr 50 to minimum, inaczej mam wysyp piegów i czerwoną skórę, jak ugotowany rak.
- To nasz najintensywniejszy rok – odparłam zakładając na nos okulary przeciwsłoneczne – Po pierwsze, wszystkie jesteśmy w udanych związkach. Po drugie, jestem pewna że pozdajemy dobrze egzaminy. I po trzecie ciągle się coś działo, prawda?
- Uhm – wymruczała Dor – Słuchajcie, Billy The Wizard bierze ślub! Kto by pomyślał, ten stary idiota…
- Kogo moje piękne oczy widzą? – zapytała Pewna Persona – Moje ulubione przyjaciółeczki, Czekoladka, Wiewiórka i Pijaczka – dodał Black, wpychając się na nasz kocyk.
- Jestem Pijaczką?! – zawołała urażona Mary. Jednak gdy wszyscy kiwnęli głowami na „tak”, dodała:
- No, może rzeczywiście…
- Co robicie? – zapytał jakże inteligentnie(bo jakby nie było widać…) Rogacz, również uwalając się na kocu. Jedynie jak zwykle kulturalny Remus, usiadł sobie skromnie koło Mary i podał jej butelkę soku z dyni. Dżentelmen, a nie to co te dwa głąby.
- Jakbyś nie widział, to opalamy się – odparłam i przylgnęłam bokiem do Jamesa. Jednak nie było aż tak ciepło, to że w Anglii świeci słońce, nie oznacza, że panują upały…
- Oo, ja też lubię pracować nad perfekcyjną opalenizną, zresztą, wszystko mam perfekcyjne – zaśmiał się Syriusz, pokazując swoje idealnie białe uzębienie – Boski Black! – zawołał, przypominając nam o swoim nadanym sobie samemu tytule.
- Ale ty jesteś skromny – odparłam, kręcąc głową i czując jak mój kok, śmiesznie się kołysze. To uczesanie, a mianowicie kok na czubku głowy, nazywam uczesaniem na cebulę. Co nie brzmi zachęcająco, ale moja cebula na głowie fajnie kiwała się na boki.
- Boski, skromny, piękny, idealny, wyrafinowany… - zaczął wyliczać.
-… umięśniony, bogaty, z pięknie wyrzeźbionymi pośladkami…
-… czarnowłosy, ze stalowo-srebrnymi oczami…
-… uśmiech oślepiający swą bielą…
- Na Merlina, skończ już! – zawołała Dorcas, klepiąc Blacka, po jego „pięknie wyrzeźbionych pośladkach” – Wszyscy wiemy, że jesteś piękny – dodała i wpakowała mu do ust(„jak maliny”) kawał czekolady z orzechami.
- Jak ty z nim wytrzymujesz? – zapytałam szeptem Jamesa, już nie wiem po raz który w tym roku.
- Sam nie wiem – odparł z uśmiechem.
- Wy tam sobie nie szepczcie, ja doskonale wiem o czym mówicie! Na pewno komentujecie, że trochę mi urósł brzuszek, ale serio, ja ćwiczę! – zawołał zbulwersowany Syriusz.
Widzicie z kim ja muszę się zadawać? Z jakimś psychopatycznym narcyzem.
- Dobra dziewczęta, zmiana stron! – powiedziała Mar, więc przewróciłyśmy się na plecy.
- No i teraz mamy widoki! – skomentował to James, spoglądając na mój biust.
- Zgodzę się z tobą, mój przyjacielu z rodziny jeleniowatych – odparł Black, bezczelnie kładąc łapy na piersiach Dorcas – Meloooony! – zawołał, jak idiota, czyli tylko tak jak Syriusz potrafi.
Ludzie, którzy siedzieli niedaleko nas, spojrzeli na nas jak na debili, a Dor spaliła buraka i zasłoniła się „Czarownicą”.
- Black, jesteś beznadziejnie głupi – westchnęłam.
- Co, co, co? Tak nazwać pana Idealnego? Ta zniewaga krwi wymaga! – zawołał jak obłąkany, poderwał się z koca jak szalony i przerzucił mnie sobie przez ramię – A masz niecna Wiewióro, może to cię nauczy, że Wujcio Łapcia nie jest głupi! – dodał, wrzucając mnie do jeziora.
Na błoniach rozległ się pisk, a następnie ryk. Ryk dzikiej zwierzyny, złej, żądnej krwi! Albowiem był to dźwięk wydawany przez Pannę Evans Złą Jak Wszyscy Diabli Na Debila Blacka.
- BLACK…. TY… IDIOTO… ZABIJĘ…. CIĘ!! – wykrzyczałam, żwawo wybiegając z dosyć płytkiej wody i z rozpędem biegnąc za tym kmiotkiem.
- Wygląda jak nimfa wodna – skomentował to James, patrząc na mnie z uśmiechem.
- Chyba raczej rozwścieczony potwór z bagien – dodała Dorcas.
- Nie uciekniesz przede mną, zmutowany gadzie! – krzyczałam biegnąc i przeskakując przez przeszkody, jak na przykład kamienie, lub pokrzywy porastające brzeg jeziora – A jak cię dorwę, to zrobię ci taką kocówę, że popamiętasz mnie po wsze czasy! – dodałam, wściekle. Jednak Syriusz vel Idiota Roku, był sporo przede mną. Włączyłam nitro w swych całkiem długich nogach i po chwili rzuciłam się na niego jak gracz tego dziwnego amerykańskiego sportu.
- Auaaa, ałaaa, Ruda, zgniotłaś mnie – wyjęczał spode mnie Syriusz, zasłaniając sobie twarz przed moimi mokrymi strąkami, czyli włosami, które uciekły spod koka.
- Zasługujesz na zgniecenie – odparłam, zastanawiając się nad zemstą. Która ma być przecież słodka – Hm, co cię najbardziej zaboli? – pomyślałam na głos.
- Wiem! Syriuszek nie lubi jak ktoś dotyka jego włoski, prawda misiaczku? – zapytałam, uśmiechając się szatańsko.
- Nie, nieee, błagam, tylko nie moje włosy! Nie moje piękne pukle! – wyjęczał dramatycznie Łapa, próbując złapać moje zbliżające się dłonie – Nieeee – wydyszał ostatkiem sił.
- A masz! – zawołałam, czochrając go jak szalona – Buahahaha – wydałam też z siebie straszny śmiech. Śmiech Szaleńczej Wiewióry. Uwierzcie, ten dźwięk jest straszny. Naprawdę!
Gdy zeszłam z Syriusza, postanowiłam wrócić na kocyk. Chłopak leżał pokonany, cichutko sobie pochlipując i szepcząc: „Moje włosy… moje śliczne kłaczki… co ona wam zrobiła, moje małe blaczki?”. Tak, Łapa jest lekko żałosny.
Nucąc sobie melodię z „Rocky’ego”, która leciała jakoś tak: tu tu tuuuu, tu tu tuuuu, no pewnie kojarzycie? Szłam do przyjaciół jako zwycięzca, jako Niepokonana Lily Postrach Pana Idealnego.
- Pokonałam go – oznajmiłam, pękając z dumy.
- Co mu zrobiłaś? – zapytał Remus.
- Poczochrałam mu włosy – odparłam. I wszyscy zaczęliśmy się cieszyć jak, hm, jak szaleni.



Następnego dnia, czyli w niedzielę odbył się ostatni, czyli finałowy mecz Quidditcha. Pogoda była gorsza niż w sobotę, ale chociaż nie padał deszcz, co w Anglii można uznać za sukces.
- Myślicie, że wygramy? – zapytała Mary, oglądając mecz Gryffindor- Slytherin, przez lornetkę.
- Jestem pewien, że ten mecz to tylko formalność – odparł Remus, cały czas obserwując sytuację na boisku – Chłopcy mają szczytową formę
- Niech James złapie już znicza, jestem głodna – wyjęczała Dorcas, łapiąc się za brzuch.
- 150 – 120 dla Gryffindoru! – zawołał komentator – Cóż za wyrównana gra! Piękny mecz, między odwiecznymi rywalami! Ale co to się dzieje obok bramek, James Potter, oraz Moris Demeris pędzą za złotym zniczem! Proszę państwa, co za emocje! – wydzierał się Stan Lee.
- Złap, złap, złap – szeptałam sobie pod nosem.
Po parunastu nerwowych sekundach nad boiskiem rozległ się ryk:
- WYGRALI! JAMES POTTER ZŁAPAŁ ZNICZ! GRYFFINDOR TRIUMFUJE!!
I tak z wynikiem 300 – 120 Gryffindor wygrał finałowy mecz ze Slytherinem.
- James! – wrzasnęłam, rzucając się brunetowi w objęcia – Jestem z ciebie taka dumna – dodałam, ściskając go mocno. Jednak po chwili zostałam od niego oderwana, reszta drużyny rzuciła się na swojego kapitana.
Po przerwaniu tej całej wrzawy, drużynie został wręczony puchar, profesor McGonagall pochwaliła swoich podopiecznych i wielką gryfońską grupą poszliśmy w kierunku naszej Wieży.
- Wygraliśmy?! – zapytała Gruba Dama, otwierając nam przejście, nawet nie pytając o hasło.
Wygraną świętowaliśmy do 1 w nocy, kiedy to przyszła wściekła profesor McGonagall, krzycząc na uczniów i tym bardziej na prefektów. A mówiłam, żeby rzucić zaklęcia wyciszające…
Po szybkim prysznicu i innych toaletowych ablucjach, powędrowałam do huncwockiej sypialni i wpakowałam się Jamesowi do łóżka.
- Śpimy – wyszeptałam i przytuliłam się do ciepłego rogaczowego torsu. Miłe zakończenie, świetnego dnia.

3 komentarze:

  1. Uuu ale Ruda się przed egzaminami stresowała. Kiedy wyobrażam sobie Lili mokrą wychodzącą z jeziora i goniącą Łapę chce mi się śmiać.
    Pozdrawiam i życzę dużo weny na kolejne takie wspaniałe rozdziały

    OdpowiedzUsuń
  2. Przez większość rozdziału zacieszalam się do ekranu. Mówiłam ci, że jesteś boska? Nie? A to teraz mówię JESTEŚ BOSKA. ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Jesteś boska niczym Black a twoje rozdziały jeszcze bardziej xDD naprawdę cudne i tylko czekam na więcej ;) :D ^^

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.