- Lily! Lilyyy, no nie daj
się błagać, proszę, proszę, proszę, chodź z nami do Huncwotów! – wołała Dorcas
pod drzwiami łazienki.
Był 31 sierpnia 1977 roku,
Sylwester.
Moimi jedynymi planami na tą
noc była nauka Numerologii, jednak Dorcas skutecznie mi ją utrudniała. Aż
musiałam się zabarykadować w łazience.
- Lily? Żyjesz? Uch, słyszę,
że bazgrzesz piórem! Więc albo piszesz w pamiętniku, albo odwalasz jakieś
wypracowanie – stwierdziła brunetka i walnęła pięścią w drzwi – Ruda, niektórzy
chcą się wyszykować! Nie karz mi iść do Łapy, wyglądając jak wiedźma, ten
związek jest zbyt świeży na taki szok – dodała jękliwie Dor, czym mnie
skutecznie rozśmieszyła.
Wstałam z podłogi, wsunęłam
pamiętnik pod pachę i wyszłam z toalety.
- Idziesz?! – zapytała Dor,
patrząc na mnie z nadzieją – Zostanę twoją biblioteczną niewolnicą na tydzień,
będę nosiła za ciebie wszystkie książki, tylko proszę, chodź ze mną! – zawołała
brunetka.
Spojrzałam na nią kpiąco.
- Aż tak ci zależy, żebym
tej nocy popełniła morderstwo? – zapytałam, na co przyjaciółka pokiwała głową.
- Uch, nie, zależy mi, żebyś
z nami poszła. Zobacz, Mary jest już gotowa – dodała, wskazując palcem, na
leżącą na łóżku blondynkę.
- Fiu, fiu, ale się
odstawiłaś! – powiedziałam, patrząc na odzianą w dosyć kusą, czarną sukienkę,
Mary.
- Dzięki, mam nadzieję, że
to doceni – odparła Mar – To co, pomóc ci dobrać ciuchy? – zapytała.
- Ugh, nie licz na to, idę w
tym! – odparłam. Dziewczyny spojrzały na mnie krytycznie – No dobra, ale na
pewno nie włożę sukienki! Do dzisiaj moja dłoń odczuwa skutki walnięcia Pottera
w twarz – dodałam, przypominając naszej trójce o pewnej sytuacji spódniczkowej.
Najzwyczajniej w świecie,
Potter, jak to Idiota Gryffindoru, idąc za nami zawiewał nam odpowiednim
zaklęciem spódnice od mundurku i jak to stwierdził „podziwiał śliczne krągłości”.
Palant!
- To załóż te czarne,
obcisłe dżinsy, wyglądasz w nich obłędnie! – powiedziała Dor i zniknęła w
łazience.
- Nie wiem, czy chcę wyglądać
obłędnie… - wyjęczałam, ale pod groźnym spojrzeniem Mary – skapitulowałam.
- Co ja tu robię? – takie pytanie
zadałam sobie w myślach po przekroczeniu progu sypialni Huncwotów.
Chociaż jedno muszę przyznać
– posprzątali w pokoju.
Nie no, to nie jest tak, że
tu często przebywam, co to, to nie! Niestety raz zostałam tu zaniesiona przez
pewnego Kretyna…
- Kogo moje piękne oczy
widzą?! Evans we własnej osobie! Fiu, fiu, a skąd to mamy takie obcisłe
spodnie? – powiedział Syriusz Black, Kretyn Gryffindoru numer 2 i nowy chłopak
mojej najlepszej przyjaciółki.
- Kupione w tym samym
sklepie, co twoje – odparłam i przejechałam spojrzeniem, po serio, baaardzo obcisłych
spodniach bruneta.
- No, Łapo, to cię Evans
załatwiła – powiedział pewien irytujący Osobnik – Cześć Evans, rozumiem, że
przyszłaś tu po to, aby spędzić ze mną jedną z pierwszych, wspólnych,
niesamowitych nocy?
O Morgano. Już rozumiecie?
On jest nienormalny.
- Cześć Potter, przyszłam
tutaj tylko dlatego, że słyszałam, że macie zapas mugolskich żelek. A nie wiem
czy wiesz – zaczęłam mówić, przysuwając się do chłopaka – ale uwielbiam mugolskie
żelki – skończyłam zdanie i sięgnęłam ręką do miski znajdującej się za
chłopakiem.
Odchodząc z miejsca spięcia,
usłyszałam głośne „Uuuu” wydane przez Blacka i odgłos walnięcia. Taaa.
- Nikogo więcej nie będzie? –
zapytałam Remusa, rozglądając się po pokoju.
Sytuacja nie wyglądała
najlepiej.
Dorcas cały czas siedziała z
Blackiem, albo raczej na Blacku i wydawała odgłosy mlaszcząco – ssąco – ohydne (bo
z Blackiem?! Fu!).
Peter przygruchał sobie
jakąś młodszą Krukonkę – siedzieli obok siebie na podłodze i przekomarzali się,
oraz zajadali paszteciki dyniowe.
Mary stanowczo zagięła parol
na Remusa i ciągle go kokietowała – jednak w tym momencie poszła do toalety.
I w końcu ostatni ludzie tej
imprezy – ja i Osobnik. Ugh.
- Cóż… Nie – odparł Remus i
uśmiechnął się do wychodzącej z toalety Mary.
Taa i skończyła się rozmowa.
- Co ja tu robię? –
wyszeptałam, stając przy stole z alkoholem.
Wiecie, raczej jeszcze nigdy
nie przesadziłam z alkoholem. Tak w zasadzie, to nigdy nie piłam nic
mocniejszego niż Piwo Kremowe.
- Raz się żyje! – pomyślałam
i na raz wypiłam szklaneczkę Ognistej.
Od razu łzy stanęły mi w
oczach i zaczęłam kaszleć.
- No, no, Evans, w życiu bym
nie pomyślał, że zobaczę taki widok – powiedział Potter, poklepując mnie po
plecach.
- Wystarczy – wykrztusiłam,
Merlinie chyba obił mi płuca – Co ty robisz z tą łapą? – wysyczałam, gdy
poczułam jego rękę niebezpiecznie blisko pośladków.
- Zdejmuję ci jakiś włos, a
co ty pomyślałaś? – odparł i spojrzał mi w oczy – Czekaj, niech zgadnę, że
zacznę cię molestować na środku pokoju pełnego ludzi? – zapytał ironicznie i
przybliżył się do mnie – Jednak możesz być pewna, że poczekałbym aż pokój się
opróżni – dodał.
Głośno prychnęłam i złapałam
za następną szklankę z Ognistą. Tym razem byłam mądrzejsza i popijałam ją
małymi łyczkami.
I cóż, jeszcze wtedy nie
przypuszczałam co się stanie po parunastu takich szklaneczkach…
- Evans! Evans! Evans! –
skandował podchmielony Black i po chwili dołączyła do niego Dorcas, oraz Peter.
Przez chwilę, przeleciała mi
pewna myśl – „Co ja robię na tym stole?”, ale zupełnie ją zignorowałam.
Kolejną, w miarę trzeźwą
myślą była – „Tak właściwie to jak ja się zaplątałam w tą bluzkę?”.
Bo cóż, stałam na stole i
robiłam pijacki striptiz.
Gdy teraz o tym myślę, jest
mi słabo. I wstyd.
Bo JA!
Ech.
- Dobra, starczy –
powiedział ktoś i ściągnął mnie ze stołu.
- Nie bądź takim
sztywniakiem, Potter – powiedziałam śmiejąc się – Gdzie mnie niesiesz? Ejjj –
dodałam, waląc go plecach.
- Cicho bądź – odparł, gdy
wyszliśmy z Wieży Gryffindoru.
- Możesz mi powiedzieć,
czemu łazisz pod pustą ścianą? – zapytałam. Kurcze, wiszenie głową do dołu, po
spożyciu alkoholu nie jest dobre – Weź mnie postaw! – dodałam, gdy weszliśmy do
jakiegoś pomieszczenia.
Drzwi głośno się za nami
zatrzasnęły i zniknęły.
- Uwięziłeś mnie tu? –
zapytałam i od razu głośno się zaśmiałam. Alkohol…
- Upiłaś się – stwierdził Idiota
i idiotycznie się uśmiechnął (jak to idiota).
- Jestem jak najbardziej trzeźwa
– odparłam. Cóż, zawsze byłam uparta.
- Udowodnij. Stań na jednej nodze –
powiedział.
Spojrzałam na niego wrogo
(czyli tak właściwie, jak zwykle) i cóż, próbowałam stanąć na tej cholernej, jednej nodze z
rozpostartymi na boki ramionami.
- Zaraz mi się uda –
zapowiedziałam, i jeszcze raz spróbowałam.
Ostatni raz.
Bo niestety, ale tak mnie
przechyliło na bok, że upadłam na Pottera.
- O Boże, James, przepraszam
– powiedziałam, śmiejąc się i próbując podnieść z chłopaka.
Zeszłam z niego i zobaczyłam
jego zdziwioną minę.
- Co jest? – zapytałam.
- Powiedziałaś: James –
odparł z wahaniem.
Zmarszczyłam brwi.
- Przecież tak masz na imię,
co nie?
Chłopak głośno się
roześmiał.
- Ale po co wracamy do
waszego dormitorium? – zapytałam.
Wracaliśmy – a dokładniej,
byłam ciągnięta i na wpół niesiona przez Pottera z powrotem do huncwockiej
sypialni.
- Bo już jest po 23, zaraz się
zacznie Nowy Rok – odparł chłopak i bliżej mnie do siebie przysunął – Możesz mi
założyć rękę na kark? Było by mi wygodniej.
Pomyślałam, czemu nie?
- Wiesz co, te twoje włosy
nie są takie złe – powiedziałam, gdy moja ręka, jakoś samoistnie wplątała się w
gęste włosy bruneta – Są milutkie. Jak sierść kota – dodałam.
- Stanowczo za dużo wypiłaś,
Lily – odparł Pan Miłe Włosy. Zaraz co?
- Co? – zapytałam, szeroko
otwierając oczy. Potter zmarszczył czoło.
- Co znowu?
- Powiedziałeś: Lily! –
zawołałam i od razu zakryłam sobie usta dłonią. W końcu byliśmy na korytarzu,
to było tylko kwestią czasu aż trafimy na patrolującego nauczyciela lub ducha!
- Dobra, pogadamy gdzie
indziej – dodałam i pociągnęłam chłopaka za rękę z powrotem do Wieży
Gryffindoru.
- Więc to tak wchodzicie do
damskiego dormitorium? Zaklęcie mrożące? – zapytałam, gdy o dziwo znaleźliśmy
się w naszej, damskiej sypialni, a nie huncwockiej.
- Uhmm – odparł Potter i
rozejrzał się po wnętrzu – To łóżko jest twoje! – dodał i wskazał na to
zasłane.
- Taa – odparłam, nagle
onieśmielona.
Bo, cholera, znajdowałam się
sama w pokoju z facetem, który od paru lat nie dawał mi spokoju. Skąd mam wiedzieć
co mu do tego rozczochranego łba strzeli?
- Rozgość się, jaa… skoczę
do łazienki – wymyśliłam szybko i zatrzasnęłam za sobą drzwi.
Spojrzałam na siebie w
lustrze i nie mogłam uwierzyć, że ta osoba to ja! Już pominę lekko rozmazany
tusz do rzęs, ale te błyszczące oczy? Zarumienione policzki? I w końcu
soczyście czerwone usta od ciągłego przygryzania?
- Przecież to Potter –
wyszeptałam do siebie i ochlapałam sobie twarz chłodną wodą. Wysuszyłam się
różdżką, przeczesałam włosy i wyszłam z łazienki.
- Szczęśliwego Nowego Roku,
Lily! – powiedział Potter, to jest James, to znaczy Kretyn.
I nim spojrzałam na stary
zegar wybijający północ, poczułam miękkie, ale zarazem stanowcze usta chłopaka
na swoich.
- Na Merlina! – usłyszałam.
Ale miałam to hm, gdzieś, wtuliłam się w ciepłą poduszkę i powiedziałam:
- Dorcas, śpięęę.
- Widzę – odparła przyjaciółka
– Ale czy wiesz z kim? – zapytała. W
jej głosie dźwięczała ironia. Ciekawe…
Otworzyłam oczy i zobaczyłam
czym, a raczej kim była moja poduszka.
- James?! To znaczy,
Potter?! – poprawiłam się i oblałam głębokim rumieńcem. Szybko zlustrowałam
swoje ciuchy (jest wszystko, dzięki Morgano!) oraz jego.
- No, no Evans, kto by
pomyślał? – powiedział Black.
- Boże, a co ty tu robisz? –
zapytałam. Byłam załamana!
Normalnie spełniły się moje
najgorsze koszmary senne – leżę w łóżku z hm, Rogaczem i dookoła stoją moi
przyjaciele. I mają ten osądzający wzrok!
- Potter, wypad z mojego
łóżka! I z dormitorium! – wrzasnęłam.
Wyglądając niczym skarcony
piesek, Potter wyszedł z łóżka i skierował się w stronę drzwi.
- To co Lily, kiedy idziemy
na randkę? – zapytał z nadzieją, stając w drzwiach.
Zlustrowałam go uważnym
spojrzeniem. Następnie spojrzałam na zniecierpliwioną Dorcas i uśmiechającego
się ironicznie Blacka.
- Następny wypad do
Hogsmeade będzie nasz – odparłam szybko i zatrzasnęłam się w łazience. Poczułam się dziwnie lekko i radośnie.
Jakiś
czas później…
- No i widzisz, Rose, tak
zaczęła się historia miłosna mamusi i tatusia – powiedziałam do sporego
brzucha.
Byłam już w drugiej ciąży –
Harry, nasz mały, dzielny trzylatek, z wytęsknieniem oczekiwał narodzin
siostry.
- I jak Lily, gotowa? Całe
wieki się szykujesz, zobaczysz Syriusz odpali fajerwerki bez nas – powiedział James,
wchodząc do sypialni z Harrym w ramionach.
- Przecież dopiero jest 19,
spokojnie, zdążymy przywitać Nowy Rok z przyjaciółmi – zapewniłam męża i uśmiechnęłam
się do syna – To co, cała rodzina w komplecie?
- Jak zawsze – odparł James
i czule pogładził mnie po brzuchu.
Od pamiętnego Sylwestra 1977
roku byliśmy razem (no dobra, nie od samego Sylwestra. Od wypadu do Hogsmeade…).
I byliśmy niebywale szczęśliwi!
***
No dobra, rozdział 61 miał być ostatnią notką dodaną w tym roku na blogu - nie wyszło... Ale jakoś tak usiadłam przed pustą stroną Worda i słowa się ze mnie wylały :) Nie wiem, czy jest to dobre, czy nie, ale w temacie Sylwestrowym! Jeszcze raz życzę wam szczęśliwego Nowego Roku! Więcej życzeń pod rozdziałem 61 :)
Do napisania w 2015!!
uroczy rozdział :D strasznie mi się podoba ;) i tak końcówka z dziećmi <3 uwielbiam te miniaturki, masz do nich talent ;) Szczęśliwego Nowego Roku :D
OdpowiedzUsuńAwww... cudowne <3
OdpowiedzUsuńStęskniłam się za ich kłótniami (pamiętaj jdnak ze kocham twój blog)
:DDDD