Tydzień we Włoszech w
niekwestionowanej stolicy mody, którą niewątpliwie jest Mediolan - czy
dziewczyna może marzyc o czymś fajniejszym? No jasne, o zakupach w tych
wszystkich, niewiarygodnie drogich, dizajnerskich butikach! A skąd ma na to
brać pieniądze? Od bogatego męża, oczywiście!
Jasne, nie brzmi to dobrze –
ciągnąc kasę od męża na ciuchy i bajeczne dodatki. Więc postąpiłam bardzo
ambitnie – całą swoją miesięczną pensję wymieniłam w Gringottcie na mugolskie
euro i postanowiłam, że będę tą przysłowiową Zosią-Samosią, mąż nie będzie mnie
sponsorował! A, że galeony mają wysoki kurs, trochę tych euro się uzbierało.
Więcej niż miesięczne zarobki zwykłego mugola, to na pewno.
Do Mediolanu dostaliśmy się za
pomocą świstoklika. Sama wszystko wcześniej organizowałam, co było dużym plusem
bo zabukowałam świetny hotel – w samym centrum miasta, w prześlicznej, starej
kamienicy. Uwielbiam takie miejsca z duszą, a nie te nowoczesne molochy, z
minimalistycznym wystrojem i trawą rosnącą w recepcji. Bo, serio, trawa?
Przybyliśmy późnym
niedzielny popołudniem i z zaciemnionego skweru, w który przeniósł nas
świstoklik, poszliśmy do hotelu.
- Witam, pokój na nazwisko
Potter – powiedział James, uśmiechając się do recepcjonistki.
- Naturalmente, per favore chiavi. Posso aiutarti con qualcosa
d'altro? – odparła, kładąc na blacie klucze.
- Eee – wyjąkał James, zdziwiony tym, że recepcjonistka odpowiedziała mu po
włosku, a nie jak to zazwyczaj bywało po angielsku. No, ale jeszcze nie ma
obowiązku znajomości angielskiego, więc...
- No, grazie. Buona serata! – odparłam i pociągnęłam
męża do windy.
- Znasz włoski? – zapytał zdziwiony. Uśmiechnęłam się
lekko.
- No co ty, tylko jakieś marne podstawy – odparłam,
wciskając przycisk – Typu Buon giorno, Ciao, Arrivederci i jakieś proste zwroty
i zdania – dodałam.
- Język włoski w twoim wykonaniu jest bardzo seksowny –
powiedział James i szybko zaciągnął mnie do pokoju.
- James! James, wstawaj, za
godzinę musimy być w Ministerstwie! James! – stanowczo – poranki nie są
ulubioną częścią dnia mojego męża – Jaaames, leniu przebrzydły, wstawaj! –
krzyknęłam i pociągnęłam go za ramię wystające spod kołdry.
- Merlinie, nie krzycz, już wstaję
– wyjęczał, wystawiając poczochraną czuprynę spod pościeli – Trzeba było
powiedzieć, że czekają mnie takie widoki, to nie musiałabyś się wydzierać –
odparł, zakładając okulary i patrząc na mnie z podziwem.
- Nie gap się – wysyczałam i
się zaczerwieniłam. Ja wiem, jesteśmy już prawie rok (ależ to leci!) po ślubie
i J nieraz widział mnie w bieliźnie (a tym bardziej bez niej), ale co ja
poradzę? Rudzi tak mają. Wiecznie się rumienią.
James wstał z łóżka,
przejechał po całej mojej rudej osobie gorącym spojrzeniem i usatysfakcjonowany
poszedł do łazienki. A ja ciężko klapnęłam na łóżku i złapałam się za ciepłe
policzki.
- Buongiorno Signora
Potter! – powiedział Angelo Coletti, włoski Auror, który miał się zając nami we
Włoszech. Miał nas wprowadzić do mediolańskiego oddziału Ministerstwa, oraz był
głównym szkoleniowcem włoskich Aurorów.
- Witam, panie Coletti. To
mój mąż, James Potter – przedstawiłam Rogacza i patrzyłam jak panowie podają
sobie ręce – To co, patrzymy na postępy włoskich Aurorów? – zapytałam,
rozsiadając się w pustej Auli, na której to miał się odbyć główny cel naszej
delegacji – efekty innowacyjnego szkolenia.
- Oczywiście, inizio! –
zawołał i od razu przez drzwi weszli w szeregu czarodzieje, ubrani w obcisłe czarne
szaty. Zapowiadał się niezły show!
- To było niewiarygodne! –
powiedział nadal podekscytowany James. Pan Coletti zabrał nas na obiad do
restauracji, oraz pobieżne omówienie szczegółów dotyczących szkolenia
angielskich Aurorów.
- Cieszę się, że się państwu
podobało – odparł, patrząc na nas z uśmiechem – Myślę, że szczegóły dogadamy
jutro, mam jeszcze sporo papierkowej pracy. Arrivederci!
Spojrzałam za przemiłym
Włochem i wróciłam do jedzenia makaronu.
- A teraz mów szczerze,
myślisz, że to szkolenie wam się przyda? – zapytałam, patrząc na Jamesa
pochłaniającego pizzę.
- Jasne, że tak! Widziałaś
jak świetnie przekształcili niektóre zaklęcia? Są o co najmniej 30 procent
wydatniejsze. Myślę, że na razie możemy umówić na szkolenie piętnastu Aurorów,
zobaczymy jak później będą sobie radzić w terenie – odparł. Pokiwałam głową.
- Moody mnie uprzedził, że w
tym roku biuro nie ma na to funduszy. Może umówimy ich na styczeń? – zapytałam.
James stwierdził, że to dobry pomysł i zabrał mnie na zakupy. Wreszcie!
Nie wiem jak to zrobiłam,
ale przepuściłam całą wypłatę na ubrania, torebki i buty. Jedynym
usprawiedliwieniem, może być to, że to nie były rzeczy tylko dla mnie, kupiłam
też parę szmatek dla Dorcas i Mary.
- Trzeba się było
wyspecjalizować na tragarza, na co mi był kurs Aurorski? – wyburczał James,
niosąc mnóstwo toreb i paczek.
- Mówiłeś coś? – zapytałam z
przymilnym uśmieszkiem – Mówiłam, że możemy je odesłać czarami.
- Lily, mieszkamy w
mugolskim hotelu. Mogliby coś zobaczyć – odparł James, zdziwiony moją
bezmyślnością. Hm, no cóż.
- Czekaj, otworzę ci drzwi!
– zawołałam i to co powiedziałam – zrobiłam. W recepcji znowu była ta przemiła
dziewczyna, która nas witała w hotelu, uśmiechnęłam się do niej szeroko i
przywołałam windę.
- Questo uomo è un tesoro! – zawołała do mnie i się uśmiechnęła.
Skinęłam głową i wepchnęłam J do windy.
- Co ona powiedziała? – zapytał brunet.
- Ze taki mąż, to skarb – odparłam i przejęłam od Jamesa
parę torebek – Nasze piętro! – pociągnęłam uradowanego bruneta do pokoju.
- Jeżeli teraz nie zajdę w ciążę, to już nigdy mi się to
nie uda – wyszeptałam do siebie i przejrzałam się lustrze. Czarna, koronkowa
bielizna seksownie opinała moje blade ciało. Rude loki i delikatny makijaż
dopełniały całości.
Czułam się naprawdę dobrze w takim wydaniu i mówiąc
szczerze, modliłam się o to cholerne zapłodnienie! Ale, ufff, trzeba się wyciszyć. Ummm ummmm ummm. OK, idę! Ale jeszcze założę szlafroczek, niech się
tak od razu nie obślini – pomyślałam i zaśmiałam się w myślach.
- Lily, może pójdziemy na spa... – zaczął J, ale przerwał
i patrzył jak kokieteryjnie rozwiązuję kokardkę, którą sobie zawiązałam przy krótkim,
satynowym szlafroczku.
- Może później? – zapytałam, podchodząc do męża i lekko
poprawiając sobie pończochy. James lekko wytrzeszczył oczy (robi wtedy taką
zabawną minę!) i skinął głową.
- Taa, później – potwierdził i szybko do mnie podszedł.
Następne dni spędzaliśmy głównie w Ministerstwie i
oglądaliśmy szkolenie niemieckich Aurorów. Wolne mieliśmy jedynie wieczory –
przeznaczaliśmy je głównie na zwiedzanie oraz akcję “Zróbmy sobie dziecko”.
Można powiedzieć, że coraz bardziej podobała nam się ta akcja – a ja żyłam
nadzieją, okres spóźniał mi się już dwa dni!
- Chodźmy do katedry, obejrzymy “Ostatnią wieczerzę” da
Vinci – powiedziałam do Jamesa. Był już piątek, na sobotę mieliśmy
zaplanowanego powrotnego świstoklika.
- Znowu oglądanie obrazów? Może chodźmy coś zjeść? –
zaczął jęczeć J.
- Odchamisz się trochę – wyburczałam pod nosem i
zaciągnęłam męża do starego, wielkiego kościoła.
- W końcu jedzenie – wymruczał James, biorąc do dłoni sztućce. W niektórych miejscach we Włoszech jest naprawdę dziwnie –
restauracje, knajpy otwarte są tylko w porze luchowo-obiadowej i kolacyjnej.
Dlatego gdy minęła 19 brunet zaciągnął mnie do miło wyglądającej restauracji.
- Jednak nie ma to jak włoskie jedzenie, angielskie się
do niego nie umywa – zauważyłam, spoglądając na mój świetnie wyglądający
makaron. Wiem, wiem, węglowodany, tycie, te sprawy, ale być we Włoszech i nie zjeść ich wyśmienitej pasty? To tak jak być w Hiszpanii i nie zjeść paelli, w
Niemczech wursta, w Polsce pieroga, no i w Szkocji – haggis (tak swoją drogą - blee).
- Taa – odparł James, zajęty głośnym wciąganiem makaronu
– To je tak pychne – dodał, z pełnymi ustami. Trochę skrzywiam się na ten
widok, bo ok, mąż nie mąż, ale niech przeżuje i połknie zanim coś powie.
Coś tam wymruczałam i zajęłam się jedzeniem.
- Szkoda, że już musimy wracać – powiedział James, gdy
oddawaliśmy klucze w hotelowej recepcji.
- Kiedyś tu wrócimy – odparłam i skręciłam w dosyć
mrocznie wyglądającą uliczkę – Co miało być naszym świstoklikiem? – zapytałam,
rozglądając się po alejce.
- Puszka po farbie. Tam jest – powiedział J i wskazał na
starą zardzewiałą puszkę. Spojrzałam na zegarek bruneta.
- Na trzy – wyszeptałam – Raz... Dwa... Trzy.
Po dość nieprzyjemnej chwili staliśmy w naszym salonie.
- Co robisz? – zapytał James w niedzielny wieczór.
Skończył oglądanie meczu reprezentacji Anglii w piłkę nożną. Muszę przyznać, że
wczuł się w ten sport i ogarniał wszystkie zasady, włącznie ze spalonym,
którego w ogóle nie kumam.
- Piszę protokół z delegacji – odparłam, drapiąc się
piórem po głowie – Mógłbyś mi przynieść czekoladę? – zapytałam.
James pomamrotał coś o nałogowych wyżeraczach
czekoladowych zapasów, ale grzecznie ją przyniósł.
- Dziękuję bardzo – wymamrotałam, wgryzając się w
czekoladowy przysmak – A możesz mi jeszcze podać słoiczek konfitury wiśniowej,
wiesz tej od twojej mamy? – dodałam, przymilnie uśmiechając się do męża.
Dopiero po paru sekundach ogarnęłam, że przede mną leżała różdżka. Cholera,
mogłam sobie przywołać...
- Proszę – powiedział J siadając obok mnie na krześle i
przysuwając do siebie dokumenty – Ooo, piszesz, że nadajemy się z Syriuszem i
Scottem na szkolenie? Miło, może Moody weźmie to pod uwagę – stwierdził,
czytając resztę.
Kiwnęłam głową i łyżeczką zaczęłam wyjadać konfiturę.
Merlinie, taka smaczna!
- Każde kolejne szkolenie, poprawi wasze umiejętności –
dodałam – A to jest bardzo ważne, bierzecie udział w różnych akcjach i misjach,
Śmierciożercy nadal są na wolności, nie chciałabym żeby ci się coś stało –
wyszeptałam, czując zbierające się łzy w oczach. Kurczę, nigdy aż tak się nie
wzruszałam.
James spojrzał mi w oczy i włożył smętnie zwisający lok
za ucho.
- Nie martw się, nic mi się nie stanie, zawsze będę do
ciebie wracał – powiedział z pewnością w głosie.
I w tym momencie poczułam się jak fontanna, łzy poleciały
mi po policzkach i wtuliłam się w ciepłe objęcia męża.
***
I jest, ostatni rozdział w tym roku. Ależ to zleciało! Pamiętam jak zaczęłam pisać prolog, a następnie pierwszy rozdział - po tym jak mnie siostra wkurzyła... Hm, można powiedzieć, że to jej zawdzięczam pisanie tego opowiadania :)
No, ale przejdźmy do rzeczy, dziewczyny, życzę wam świetnej zabawy Sylwestrowej, oraz tego, żeby ten nadchodzący 2015 rok był naprawdę udany! Żebyście bez problemów zaliczały wszelkie egzaminy, sprawdziany, kartkówki, żeby spełniały się wasze marzenia. Szczerze mówiąc nie wiem czego mogę wam życzyć, bo was nie znam. Może żebyście trafiły szóstkę w totka? Albo żebyście były zdrowe? Albo żebyście znalazły miłość, ale wiecie taką prawdziwą, do grobowej deski :) (czy coś takiego jeszcze istnieje?) W każdym razie, każdej z was życzę tego wszystkiego co sobie wymarzycie, oby się spełniło!
Do zobaczenia (napisania? :) w 2015!!
Lily wyżerająca konfitury łyżeczką i zmiana nastroju ? Czyżby się coś szykowało ? Możesz pogratulować siostrze już zaczynam ją lubić !! I Zobacz jak to szybko minęło już koniec roku :( Do życzeń dołączę sobie jeszcze znalezienie sukienki na studniówkę chłopaka , bo głupio się przyznać ale od 6 miesięcy nie mogę nic znaleźć :O A ja życzę Ci abyś z każdym dniem zyskiwała kolejne pomysły na to opowiadanie,dużo zdrowia bo to najważniejsze i spełnienia wszystkich wyśnionych marzeń ;) Do napisania :D !
OdpowiedzUsuń~Nox
Wyczuwam ciążę Rudej... :D Rozdział świetny <3
OdpowiedzUsuńŻyczę duużo weny ;)
Tak strasznie mi głupio!!!!
OdpowiedzUsuńJestem na siebie i tych gości niby "specjalistów" od komputerów cholernie wkurzona
Sytuacja była ciężka a mnie nie było strasznie długo ale to nadrobie obiecuje :)
Więc biorę się za siebie i idę czytać :D
Jeszcze raz strasznie przepraszam i mam nadzieje że mi wybaczysz xD
A tak przy okazji to nareszcie jakieś ostępy co do mojego Potter Baby <3
UsuńŚwietny rozdział idę czytać dalej ^^