Święta minęły szybko, w
końcu to tylko dwa dni, więc raczej nikt nie powinien być tym zdziwiony,
prawda? Podróż zaplanowana przez Jamesa, miała się rozpocząć właśnie zaraz po
Świętach, 27 grudnia 1978 roku.
- Lecimy samolotem?! –
zapytałam zdziwiona. To właśnie tutaj się teleportowaliśmy, ze zmniejszonymi
bagażami, które teraz z powodzeniem mieściły się w kieszeni płaszcza Jamesa.
- Tak – odparł J i pociągnął
mnie do miejsca odprawy.
- Jesteśmy w Niemczech? –
zapytałam trochę zaskoczona i zawiedziona. Bo OK., Niemcy to pewnie ładny kraj,
ale ugh, miesiąc miodowy w Niemczech? I co będziemy robić, słuchać niemieckiego
disco i pić piwo? Albo zajadać wursty… O niee, ja dziękuję!
- Jesteśmy, ale tylko na
chwilę – wyjaśnił mi James – Przesiadamy się – dodał i gdzieś nas teleportował.
- Pociąg? Lubię jeździć
pociągami – stwierdziłam, gdy znaleźliśmy się na stacji kolejowej.
- Chodź, jest nasz! –
zawołał James i pociągnął mnie w stronę wagonów.
Podróż trochę trwała. Dobra
nie trochę - była długa i wyczerpująca! Nadal nie rozumiałam, czemu nie mogliśmy
po prostu się deportować do miejsca, w którym mieliśmy spędzić nasz miesiąc.
Ale dobra, to tylko takie luźne przemyślenia…
- Lily! Lil, obudź się,
wysiadamy – powiedział James. Ruszyłam za mężem i wyszliśmy na stacji.
- Werona?! – krzyknęłam
zdziwiona. Byłam w szoku, nadal nie rozumiałam po co ta szopka z objazdem pociągiem
przez różne kraje, z lataniem samolotem, no po co?
- Jesteśmy we Włoszech –
obwieścił oczywistą, oczywistość, James.
Uśmiechnęłam się do męża.
- To gdzie teraz? –
zapytałam.
- Kierunek: hotel! – odparł
i nas teleportował.
Hotel był naprawdę pięknym
miejscem. Nieduży, ukryty w jednej z wielu, urokliwych uliczek jakich we
Włoszech pełno. Nasz pokój znajdował się na ostatnim piętrze, mieliśmy
niewiarygodny wręcz widok na miasto.
- Jest ślicznie –
westchnęłam siedząc na balkonie. Zaczynało się robić zimno, pod cienkim
sweterkiem czułam gęsią skórkę.
- Chodź do środka, zmarzłaś
– powiedział James, obejmując mnie ramionami i lekko przytulając – Jutro czeka
nas dzień pełen wrażeń – dodał i zamknął za nami drzwi na balkon.
- Więc byliśmy już w
amfiteatrze, teatrze rzymskim, przy bramie Borsari i Leoni, zaliczyliśmy też
most Pietra oraz byliśmy w Pałacu Bevilacqua – był drugi dzień naszego pobytu w
Weronie, a ja jako osoba skrupulatna, wyliczałam odwiedzone/zobaczone przez nas
zabytki.
- To może teraz coś zjedzmy?
– wyjęczał James, spoglądając na zegarek – Jest po 16, jestem głodny –
poskarżył się.
Spojrzałam na niego z
niedowierzaniem i westchnęłam.
- Dobrze, teraz zjemy, a później
pójdziemy pod dom Julii – zadecydowałam i usłyszałam głośne burknięcie. Taa, z
mojego brzucha. James spojrzał na mnie i zaciągnął do najbliżej znajdującej się
restauracji.
Przy Via Cappello znaleźliśmy
się po 18, James był wygłodniały niczym dzika zwierzyna - zjadł swoją porcję i
pół mojej. Także planując następne wycieczki, musimy doliczyć parę godzin na
jedzenie…
- Piękny – wyszeptałam,
patrząc na dom Julii Kapuletti, a całą uwagę przeznaczając na większości znany
balkon.
- „… Dziwny miłości traf się na mnie iści, Że muszę
kochać przedmiot nienawiści…” – wyszeptałam, patrząc znacząco na Jamesa.
- Pijesz do swoich uczuć do
mnie z początków nauki w Hogwarcie? – zapytał J, robiąc niepewną minę.
Westchnęłam ciężko.
- Cytuję – odparłam – Szekspira, ciemnoto – dodałam.
- „…Romeo! Czemuż ty jesteś
Romeo! Wyrzecz się swego rodu, rzuć tę nazwę! Lub jeśli tego nie możesz
uczynić, To przysiąż wiernym być mojej miłości, A ja przestanę być z krwi
Kapuletów…” – zacytowałam, spoglądając, a to na balkon, a to na Jamesa.
- „…Amen! lecz choćby
przyszedł nawał smutku, Nie sprzeciw ważyłby on tej radości, Jaką mię darzy
jedna przy niej chwila. Złącz tylko nasze dłonie świętym węzłem; Niech go
śmierć potem przetnie, kiedy zechce, Dość, że wprzód będę mógł ją nazwać
moją….” – wyrecytował James. Wytrzeszczyłam oczy i walnęłam J w ramię.
- Nie mówiłeś, że czytałeś
Szekspira! – krzyknęłam zaskoczona. I jeszcze zapamiętał jedną z kwestii Romea,
no czy nie trafił mi się ideał?!
James zrobił skromną minę i
powiedział:
- Trudno byłoby nie znać, w
domu na każdej półce z książkami jest egzemplarz – zauważył.
Wieczorem zrobiliśmy sobie
jeszcze jeden spacer po urokliwej Weronie i wróciliśmy do hotelu.
- Jutro teleportujemy się
dalej – powiedział James, gdy wyszłam z łazienki po prysznicu.
- Gdzie? – zapytałam
zaciekawiona. J zrobił tajemniczą minę i powiedział, że mi tej wiedzy nie
zdradzi.
- Rzym! – powiedziałam, gdy
rano teleportowaliśmy się do kolejnego miasta na trasie naszej Podróży Poślubnej
Według Jamesa.
J skinął głową i poprowadził
nas w stronę hotelu.
- To na dzisiaj mamy w
planie Fontannę Di Trevi oraz Koloseum – powiedział James, przeglądając
„Magiczny przewodnik po Włoszech” – taką oto książeczkę kupiliśmy w
czarodziejskiej części Werony.
- Dzień przed Sylwestrem i
taki tłum! – powiedziałam – Chociaż, może dlatego… - dodałam, przyglądając się
ludziom kłębiącym się koło fontanny.
- W przewodniku jest
napisane, że aby wrócić do Rzymu, trzeba wrzucić do fontanny monetę – wyczytał
James – Przez ramię, do tyłu – dodał, widząc że chcę wrzucić monetę, niczym
miotacz, czy jak tam się nazywa ten zawodnik, tego dziwnego sportu.
Odwróciłam się i rzuciłam
pieniążek za siebie.
- I zapewniłam nam powrót –
powiedziałam z uśmiechem.
James stwierdził, że
Sylwestra chce spędzić w cieplejszym miejscu, więc naszym kolejnym przystankiem
była hiszpańska Majorka.
- Plaża, szum morza,
kolorowe drinki, to rozumiem! – zawołałam, ciesząc się nawet fajną pogodą.
Siedzieliśmy na plaży na leżakach zapewnianych przez hotel i cieszyliśmy się
widokiem, i oczywiście swoim towarzystwem.
- Trochę tak dziwnie, nie
spędzać Sylwestra z przyjaciółmi – zauważył James i zdjął koszulkę. Serce mi
mocniej zabiło – zresztą jak zawsze gdy widzę jakąś część ciała męża bez
zbędnych ciuchów.
- Taa – odparłam, zakładając
okulary przeciwsłoneczne na nos – Jakoś sobie bez nas poradzą – dodałam i lekko
się uśmiechnęłam.
W końcu Black nie może być
obecny w naszym życiu 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu, no hej!, możemy od
niego troszkę odpocząć.
- Jutro, o ile nie będziesz
miała kaca – powiedział J, no eeej! – Zwiedzimy zamek – dodał.
Uśmiechnęłam się i kiwnęłam
głową. A teraz, cieszmy się widokami! (taak, mam też na myśli tors J).
1 stycznia 1979 roku
spędziliśmy na Majorce. Zwiedzanie zamku i ładna pogoda – to były plusy tego
dnia. Kac i ogólne zmęczenie – minusy.
Następnego dnia
teleportowaliśmy się do stolicy Francji – Paryża.
- Uwielbiam Paryż –
westchnęłam, przyglądając się wieży Eiffla i zajadając croissanta.
- No, żarcie mają świetne –
dodał swoją opinię Rogacz, wpychając sobie do paszczy spory kawał bagietki.
Zmarszczyłam lekko nos, aby odczuł moją dezaprobatę i powiedziałam:
- Idziemy zając kolejkę do
Luwru?
James wepchnął końcówkę
bagietki w usta, siorbnął kawę i zostawiając pieniądze na stoliku, ruszył za
mną.
- Nie lubię muzeów – James
podzielił się ze mną swoim odczuciem od razu gdy wyszliśmy z Luwru – Tłok,
bohomazy i Chińczycy z aparatami – dodał.
Na słowo „bohomazy” złapałam
się za serce i głośno wciągnęłam powietrze.
- Ty prostaku! –
wykrzyknęłam, zniesmaczona jego tekstami godnymi Syriusza Blacka.
Aby złagodzić moje nerwy,
James zabrał mnie na mały rajd po sklepach. Obciążyłam jego rachunek na sporą
sumkę, ale ten niczym się nie przejął. Stwierdził, „że mi się należy”. Skoro
tak, to cóż, nie wykłócałam się, ok.? Zresztą on też nakupował mnóstwo rzeczy,
oraz prezentów dla znajomych i rodziny. Wstyd się przyznać, ale ja pomyślałam
tylko o fajnych nowych butach i sukienkach. Chociaż, można powiedzieć, że był
to też prezent dla Jamesa, w końcu jak się ładnie prezentuje, to on też jest
zadowolony! Ach, kobieca logika, to jest to!!
W Paryżu spędziliśmy
równiutki tydzień, następny cel naszej podróży był owiany tajemnicą.
- Jesteśmy – powiedział
James, puszczając moją dłoń, którą to trzymał podczas teleportacji.
- Grecja! – krzyknęłam
podekscytowana. Planowaliśmy z rodzicami wyjazd do Grecji, jednak jakoś się nie
udało – I znowu jest cieplej – zauważyłam. Paryż chociaż piękny, w styczniu był
całkiem zimny.
- Wiedziałem, że ci się
spodoba – powiedział James, pewnym głosem.
- Uwielbiam mity greckie,
szczególnie ten o Hadesie i Persefonie – dodałam – Zawsze uważałam, że porwanie
przez boga podziemnego świata zmarłych było dosyć seksowne.
James spojrzał na mnie z
niedowierzaniem.
- Co jest seksownego, w porwaniu
dziewczyny do świata śmierci? – zapytał.
Spojrzałam na niego z
aprobatą, proszę, proszę, ktoś tu zna mity!
- Każda dziewczyna chciałaby
zostać porwana przez fajnego faceta – odparłam i uśmiechnęłam się. James
wzruszył ramionami pokonany moim tokiem rozumowania i zaprowadził nas do
hotelu.
Nasza podróż poślubna
chyliła się ku końcowi. W Grecji spędziliśmy ponad tydzień, cudowny czas, pełen
radości, wyśmienitego jedzenia i pięknej pogody.
- Co ty na to, żeby
sprawdzić prezent od rodziców? – zapytał James, gdy lecieliśmy samolotem z Aten
do Londynu.
- Chcesz skoczyć do Szkocji
na parę dni? – odparłam, lekko się uśmiechając.
- Kursy Aurorskie zaczynają
się dopiero za dwa tygodnie, możemy na tydzień się zaszyć w szkockim domku, co
ty na to, lassie(dziewczyno)? – powiedział. Skinęłam głową i oparłam
głowę na ramieniu męża.
- Ten dom jest prześliczny!
– zawołałam.
Z Heathrow teleportowaliśmy
się do małej wioski pod Aberdeen. Miejsce było urokliwe, typowe szkockie
widoki, oraz pogoda. Jednak nasz dom, chociaż słowo „dom” jest trochę na
wyrost, budynek był malutki, wyglądał jakby przycupnął pod rozłożystym dębem.
Wykonany z szarego kamienia, z czarującymi białymi okiennicami i ciemnym,
spadzistym dachem.
- Wejdźmy – zarządził James
i zaczął przetrząsać kieszenie w poszukiwaniu klucza, który przezornie wziął
(albo po prostu to zaplanował). Stary zamek głośno szczęknął i naszym oczom
ukazało się ładne wnętrze.
Nieduży salonik połączony z
kuchnią, obok mały pokoik. Na piętrze dwie sypialnie i łazienka.
- Tu jest naprawdę ślicznie
– powiedziałam po raz któryś, zachwycając się kraciastym pledem rzuconym na
łóżko w sypialni.
- Dobrze, że zrobiliśmy
zakupy, lodówka jest pusta – odparł James, jak zwykle skupiony na tych
przyziemnych sprawach, jak jedzenie.
- I ten kominek! – dodałam,
spoglądając na stare palenisko – Rozpalimy? – zaproponowałam.
James powiedział, że poszuka
suchego drewna i wyszedł do małej komórki znajdującej się koło domku. Ja
zajęłam się wypakowywaniem zakupów i otwieraniem wina. To lubię, ogień w
kominku, czerwone wino i smaczne jedzenie! Głośne burknięcie, które
wydobyło się z okolic mojego brzucha, przypomniało mi, żebym skupiła się na
tych sprawach przyziemnych i zaczęłam podgryzać kawałki świeżej bagietki.
- Mam drewno – powiedział
James, wchodząc do domu i otrzepując się z deszczu. Uśmiechnęłam się do niego i
patrzyłam jak fachowo układa kupkę z gałązek i kawałków drewna – Gotowe! –
dodał po chwili.
- Zrobię kolację –
powiedziałam, wyciągając różne składniki z lodówki – które niepotrzebnie chwilę
przedtem do niej włożyłam. Ależ ze mnie bystrzak!
Po kolacji siedzieliśmy
sobie na podłodze wyłożonej owczymi skórami i opatuleni kocami w szkocką kratę
popijaliśmy wino.
- Merlinie, jak tu zimno! –
zauważyłam, mocniej naciągając na ramiona koc.
- Wiesz, znam lepsze sposoby
na rozgrzanie ciała – odparł James, patrząc na moje próby lepszego opatulenia
się.
- Jakie? – zapytałam.
Cóż, po prostu mi je pokazał…
***
Za nami kolejny rozdział, następne się piszą - obecnie jestem na 57, a już mam zaplanowaną akcję mniej więcej do 74. Powoli zaczynam się zastanawiać nad końcem - i wpadłam na fajny pomysł(przynajmniej mi się podoba :), no ale na razie nic nie zdradzę, czeka was jeszcze sporo rozdziałów, zanim dodam epilog. Następny rozdział w środę lub czwartek.
<3333333333333333333
OdpowiedzUsuńOMG wymarzona podróż poślubna hihi <3 cudne cudne cudne :D jestem strasznie ciekawa tego twojego pomysłu ale nie kończ tego opowiadania xDD czekam :***
OdpowiedzUsuńCuuuuuuudo! <333
OdpowiedzUsuń