poniedziałek, 24 listopada 2014

Rozdział 48 Podróż poślubna, czyli ahoj przygodo!



Święta minęły szybko, w końcu to tylko dwa dni, więc raczej nikt nie powinien być tym zdziwiony, prawda? Podróż zaplanowana przez Jamesa, miała się rozpocząć właśnie zaraz po Świętach, 27 grudnia 1978 roku.
- Lecimy samolotem?! – zapytałam zdziwiona. To właśnie tutaj się teleportowaliśmy, ze zmniejszonymi bagażami, które teraz z powodzeniem mieściły się w kieszeni płaszcza Jamesa.
- Tak – odparł J i pociągnął mnie do miejsca odprawy.


- Jesteśmy w Niemczech? – zapytałam trochę zaskoczona i zawiedziona. Bo OK., Niemcy to pewnie ładny kraj, ale ugh, miesiąc miodowy w Niemczech? I co będziemy robić, słuchać niemieckiego disco i pić piwo? Albo zajadać wursty… O niee, ja dziękuję!
- Jesteśmy, ale tylko na chwilę – wyjaśnił mi James – Przesiadamy się – dodał i gdzieś nas teleportował.


- Pociąg? Lubię jeździć pociągami – stwierdziłam, gdy znaleźliśmy się na stacji kolejowej.
- Chodź, jest nasz! – zawołał James i pociągnął mnie w stronę wagonów.


Podróż trochę trwała. Dobra nie trochę - była długa i wyczerpująca! Nadal nie rozumiałam, czemu nie mogliśmy po prostu się deportować do miejsca, w którym mieliśmy spędzić nasz miesiąc. Ale dobra, to tylko takie luźne przemyślenia…
- Lily! Lil, obudź się, wysiadamy – powiedział James. Ruszyłam za mężem i wyszliśmy na stacji.
- Werona?! – krzyknęłam zdziwiona. Byłam w szoku, nadal nie rozumiałam po co ta szopka z objazdem pociągiem przez różne kraje, z lataniem samolotem, no po co?
- Jesteśmy we Włoszech – obwieścił oczywistą, oczywistość, James.
Uśmiechnęłam się do męża.
- To gdzie teraz? – zapytałam.
- Kierunek: hotel! – odparł i nas teleportował.
Hotel był naprawdę pięknym miejscem. Nieduży, ukryty w jednej z wielu, urokliwych uliczek jakich we Włoszech pełno. Nasz pokój znajdował się na ostatnim piętrze, mieliśmy niewiarygodny wręcz widok na miasto.
- Jest ślicznie – westchnęłam siedząc na balkonie. Zaczynało się robić zimno, pod cienkim sweterkiem czułam gęsią skórkę.
- Chodź do środka, zmarzłaś – powiedział James, obejmując mnie ramionami i lekko przytulając – Jutro czeka nas dzień pełen wrażeń – dodał i zamknął za nami drzwi na balkon.


- Więc byliśmy już w amfiteatrze, teatrze rzymskim, przy bramie Borsari i Leoni, zaliczyliśmy też most Pietra oraz byliśmy w Pałacu Bevilacqua – był drugi dzień naszego pobytu w Weronie, a ja jako osoba skrupulatna, wyliczałam odwiedzone/zobaczone przez nas zabytki.
- To może teraz coś zjedzmy? – wyjęczał James, spoglądając na zegarek – Jest po 16, jestem głodny – poskarżył się.
Spojrzałam na niego z niedowierzaniem i westchnęłam.
- Dobrze, teraz zjemy, a później pójdziemy pod dom Julii – zadecydowałam i usłyszałam głośne burknięcie. Taa, z mojego brzucha. James spojrzał na mnie i zaciągnął do najbliżej znajdującej się restauracji.


Przy Via Cappello znaleźliśmy się po 18, James był wygłodniały niczym dzika zwierzyna - zjadł swoją porcję i pół mojej. Także planując następne wycieczki, musimy doliczyć parę godzin na jedzenie…
- Piękny – wyszeptałam, patrząc na dom Julii Kapuletti, a całą uwagę przeznaczając na większości znany balkon.
- „… Dziwny miłości traf się na mnie iści, Że muszę kochać przedmiot nienawiści…” – wyszeptałam, patrząc znacząco na Jamesa.
- Pijesz do swoich uczuć do mnie z początków nauki w Hogwarcie? – zapytał J, robiąc niepewną minę. Westchnęłam ciężko.
- Cytuję – odparłam – Szekspira, ciemnoto – dodałam.
- „…Romeo! Czemuż ty jesteś Romeo! Wyrzecz się swego rodu, rzuć tę nazwę! Lub jeśli tego nie możesz uczynić, To przysiąż wiernym być mojej miłości, A ja przestanę być z krwi Kapuletów…” – zacytowałam, spoglądając, a to na balkon, a to na Jamesa.
- „…Amen! lecz choćby przyszedł nawał smutku, Nie sprzeciw ważyłby on tej radości, Jaką mię darzy jedna przy niej chwila. Złącz tylko nasze dłonie świętym węzłem; Niech go śmierć potem przetnie, kiedy zechce, Dość, że wprzód będę mógł ją nazwać moją….” – wyrecytował James. Wytrzeszczyłam oczy i walnęłam J w ramię.
- Nie mówiłeś, że czytałeś Szekspira! – krzyknęłam zaskoczona. I jeszcze zapamiętał jedną z kwestii Romea, no czy nie trafił mi się ideał?!
James zrobił skromną minę i powiedział:
- Trudno byłoby nie znać, w domu na każdej półce z książkami jest egzemplarz – zauważył.


Wieczorem zrobiliśmy sobie jeszcze jeden spacer po urokliwej Weronie i wróciliśmy do hotelu.
- Jutro teleportujemy się dalej – powiedział James, gdy wyszłam z łazienki po prysznicu.
- Gdzie? – zapytałam zaciekawiona. J zrobił tajemniczą minę i powiedział, że mi tej wiedzy nie zdradzi.


- Rzym! – powiedziałam, gdy rano teleportowaliśmy się do kolejnego miasta na trasie naszej Podróży Poślubnej Według Jamesa.
J skinął głową i poprowadził nas w stronę hotelu.

- To na dzisiaj mamy w planie Fontannę Di Trevi oraz Koloseum – powiedział James, przeglądając „Magiczny przewodnik po Włoszech” – taką oto książeczkę kupiliśmy w czarodziejskiej części Werony.
- Dzień przed Sylwestrem i taki tłum! – powiedziałam – Chociaż, może dlatego… - dodałam, przyglądając się ludziom kłębiącym się koło fontanny.
- W przewodniku jest napisane, że aby wrócić do Rzymu, trzeba wrzucić do fontanny monetę – wyczytał James – Przez ramię, do tyłu – dodał, widząc że chcę wrzucić monetę, niczym miotacz, czy jak tam się nazywa ten zawodnik, tego dziwnego sportu.
Odwróciłam się i rzuciłam pieniążek za siebie.
- I zapewniłam nam powrót – powiedziałam z uśmiechem.


James stwierdził, że Sylwestra chce spędzić w cieplejszym miejscu, więc naszym kolejnym przystankiem była hiszpańska Majorka.
- Plaża, szum morza, kolorowe drinki, to rozumiem! – zawołałam, ciesząc się nawet fajną pogodą. Siedzieliśmy na plaży na leżakach zapewnianych przez hotel i cieszyliśmy się widokiem, i oczywiście swoim towarzystwem.
- Trochę tak dziwnie, nie spędzać Sylwestra z przyjaciółmi – zauważył James i zdjął koszulkę. Serce mi mocniej zabiło – zresztą jak zawsze gdy widzę jakąś część ciała męża bez zbędnych ciuchów.
- Taa – odparłam, zakładając okulary przeciwsłoneczne na nos – Jakoś sobie bez nas poradzą – dodałam i lekko się uśmiechnęłam.
W końcu Black nie może być obecny w naszym życiu 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu, no hej!, możemy od niego troszkę odpocząć.
- Jutro, o ile nie będziesz miała kaca – powiedział J, no eeej! – Zwiedzimy zamek – dodał.
Uśmiechnęłam się i kiwnęłam głową. A teraz, cieszmy się widokami! (taak, mam też na myśli tors J).

1 stycznia 1979 roku spędziliśmy na Majorce. Zwiedzanie zamku i ładna pogoda – to były plusy tego dnia. Kac i ogólne zmęczenie – minusy.
Następnego dnia teleportowaliśmy się do stolicy Francji – Paryża.
- Uwielbiam Paryż – westchnęłam, przyglądając się wieży Eiffla i zajadając croissanta.
- No, żarcie mają świetne – dodał swoją opinię Rogacz, wpychając sobie do paszczy spory kawał bagietki. Zmarszczyłam lekko nos, aby odczuł moją dezaprobatę i powiedziałam:
- Idziemy zając kolejkę do Luwru?
James wepchnął końcówkę bagietki w usta, siorbnął kawę i zostawiając pieniądze na stoliku, ruszył za mną.


- Nie lubię muzeów – James podzielił się ze mną swoim odczuciem od razu gdy wyszliśmy z Luwru – Tłok, bohomazy i Chińczycy z aparatami – dodał.
Na słowo „bohomazy” złapałam się za serce i głośno wciągnęłam powietrze.
- Ty prostaku! – wykrzyknęłam, zniesmaczona jego tekstami godnymi Syriusza Blacka.

Aby złagodzić moje nerwy, James zabrał mnie na mały rajd po sklepach. Obciążyłam jego rachunek na sporą sumkę, ale ten niczym się nie przejął. Stwierdził, „że mi się należy”. Skoro tak, to cóż, nie wykłócałam się, ok.? Zresztą on też nakupował mnóstwo rzeczy, oraz prezentów dla znajomych i rodziny. Wstyd się przyznać, ale ja pomyślałam tylko o fajnych nowych butach i sukienkach. Chociaż, można powiedzieć, że był to też prezent dla Jamesa, w końcu jak się ładnie prezentuje, to on też jest zadowolony! Ach, kobieca logika, to jest to!!


W Paryżu spędziliśmy równiutki tydzień, następny cel naszej podróży był owiany tajemnicą.
- Jesteśmy – powiedział James, puszczając moją dłoń, którą to trzymał podczas teleportacji.
- Grecja! – krzyknęłam podekscytowana. Planowaliśmy z rodzicami wyjazd do Grecji, jednak jakoś się nie udało – I znowu jest cieplej – zauważyłam. Paryż chociaż piękny, w styczniu był całkiem zimny.
- Wiedziałem, że ci się spodoba – powiedział James, pewnym głosem.
- Uwielbiam mity greckie, szczególnie ten o Hadesie i Persefonie – dodałam – Zawsze uważałam, że porwanie przez boga podziemnego świata zmarłych było dosyć seksowne.
James spojrzał na mnie z niedowierzaniem.
- Co jest seksownego, w porwaniu dziewczyny do świata śmierci? – zapytał.
Spojrzałam na niego z aprobatą, proszę, proszę, ktoś tu zna mity!
- Każda dziewczyna chciałaby zostać porwana przez fajnego faceta – odparłam i uśmiechnęłam się. James wzruszył ramionami pokonany moim tokiem rozumowania i zaprowadził nas do hotelu.


Nasza podróż poślubna chyliła się ku końcowi. W Grecji spędziliśmy ponad tydzień, cudowny czas, pełen radości, wyśmienitego jedzenia i pięknej pogody.
- Co ty na to, żeby sprawdzić prezent od rodziców? – zapytał James, gdy lecieliśmy samolotem z Aten do Londynu.
- Chcesz skoczyć do Szkocji na parę dni? – odparłam, lekko się uśmiechając.
- Kursy Aurorskie zaczynają się dopiero za dwa tygodnie, możemy na tydzień się zaszyć w szkockim domku, co ty na to, lassie(dziewczyno)? – powiedział. Skinęłam głową i oparłam głowę na ramieniu męża.


- Ten dom jest prześliczny! – zawołałam.
Z Heathrow teleportowaliśmy się do małej wioski pod Aberdeen. Miejsce było urokliwe, typowe szkockie widoki, oraz pogoda. Jednak nasz dom, chociaż słowo „dom” jest trochę na wyrost, budynek był malutki, wyglądał jakby przycupnął pod rozłożystym dębem. Wykonany z szarego kamienia, z czarującymi białymi okiennicami i ciemnym, spadzistym dachem.
- Wejdźmy – zarządził James i zaczął przetrząsać kieszenie w poszukiwaniu klucza, który przezornie wziął (albo po prostu to zaplanował). Stary zamek głośno szczęknął i naszym oczom ukazało się ładne wnętrze.
Nieduży salonik połączony z kuchnią, obok mały pokoik. Na piętrze dwie sypialnie i łazienka.
- Tu jest naprawdę ślicznie – powiedziałam po raz któryś, zachwycając się kraciastym pledem rzuconym na łóżko w sypialni.
- Dobrze, że zrobiliśmy zakupy, lodówka jest pusta – odparł James, jak zwykle skupiony na tych przyziemnych sprawach, jak jedzenie.
- I ten kominek! – dodałam, spoglądając na stare palenisko – Rozpalimy? – zaproponowałam.
James powiedział, że poszuka suchego drewna i wyszedł do małej komórki znajdującej się koło domku. Ja zajęłam się wypakowywaniem zakupów i otwieraniem wina. To lubię, ogień w kominku, czerwone wino i smaczne jedzenie! Głośne burknięcie, które wydobyło się z okolic mojego brzucha, przypomniało mi, żebym skupiła się na tych sprawach przyziemnych i zaczęłam podgryzać kawałki świeżej bagietki.
- Mam drewno – powiedział James, wchodząc do domu i otrzepując się z deszczu. Uśmiechnęłam się do niego i patrzyłam jak fachowo układa kupkę z gałązek i kawałków drewna – Gotowe! – dodał po chwili.
- Zrobię kolację – powiedziałam, wyciągając różne składniki z lodówki – które niepotrzebnie chwilę przedtem do niej włożyłam. Ależ ze mnie bystrzak!

Po kolacji siedzieliśmy sobie na podłodze wyłożonej owczymi skórami i opatuleni kocami w szkocką kratę popijaliśmy wino.
- Merlinie, jak tu zimno! – zauważyłam, mocniej naciągając na ramiona koc.
- Wiesz, znam lepsze sposoby na rozgrzanie ciała – odparł James, patrząc na moje próby lepszego opatulenia się.
- Jakie? – zapytałam.
Cóż, po prostu mi je pokazał…

***
Za nami kolejny rozdział, następne się piszą - obecnie jestem na 57, a już mam zaplanowaną akcję mniej więcej do 74. Powoli zaczynam się zastanawiać nad końcem - i wpadłam na fajny pomysł(przynajmniej mi się podoba :), no ale na razie nic nie zdradzę, czeka was jeszcze sporo rozdziałów, zanim dodam epilog. Następny rozdział w środę lub czwartek.

3 komentarze:

  1. OMG wymarzona podróż poślubna hihi <3 cudne cudne cudne :D jestem strasznie ciekawa tego twojego pomysłu ale nie kończ tego opowiadania xDD czekam :***

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.