sobota, 22 listopada 2014

Rozdział 47 Święta



Tak jak postanowiliśmy przed ślubem, Święta mieliśmy spędzić sami, w naszym miłosnym gniazdku. Dosłownie – zabarykadowaliśmy się w domu zaklęciami, ówcześnie wszystkich zawiadamiając, że nie pojawimy się na żadnych kolacjach, obiadkach czy innych podwieczorkach i szykowaliśmy się na spokojne przetrwanie tych dwóch dni.
- Mam choinkę! – zawołał James od progu, otrząsając się ze śniegu. Usunęłam mokre plamy zaklęciem i spojrzałam na drzewko. Prezentowało się zacnie.
- Nabij je na stojak i ustaw niedaleko kominka, pod oknem – zarządziłam i dałam Rogaczowi buziaka. W końcu przytachał to drzewko, coś mu się za to należało, prawda?
Wróciłam do kuchni gdzie wykrawałam różne kształty pierniczków. Renifery, mikołaje, ludziki, choinki, prezenty - miałam wielki wybór foremek i z niesamowitą przyjemnością je testowałam. Z salonu usłyszałam dźwięki świadczące o siłowaniu się mojego męża z choinką oraz stojakiem, jednak niczym się nie przejmowałam, w końcu jest czarodziejem, poradzi sobie.
- I do piekarnika – powiedziałam tak właściwie do siebie, wsuwając blachę z wykrojonymi ciastkami.
Zajęłam się wyrabianiem lukru, do którego pododawałam różne barwniki spożywcze, żeby później udekorować gotowe pierniczki.
Czy ja już mówiłam, że lubię gotować? Jak nie, to teraz to widać, z przyjemnością przygotowywałam nasze pierwsze Święta, spędzone tylko we dwójkę. A kto wie, może przyszłe spędzimy już w trójkę? – pomyślałam i na samą myśl się uśmiechnęłam. Przypomniałam sobie małego bobasa, którego widziałam w tajemniczym lustrze Ain Eingarp i jeszcze szerzej się uśmiechnęłam. Włączyłam radio stojące na blacie w kuchni i zaczęłam cicho nucić kolędy.
Jedynym powodem cichego śpiewania, było to, że mam kiepski głos. A nawet tragiczny, staram się nie śpiewać pod prysznicem, jeszcze James by pomyślał, że morduję kota…
- Ślicznie pachnie – powiedział James, przytulając się do mnie od tyłu i kładąc ręce na moich biodrach.
- Pierniczki – wytłumaczyłam, nadal zajęta wykrawaniem drugiej tury.
- Myślę, że jednak ty tak ładnie pachniesz – odparł James, ustami dotykając mojej szyi. A jako osoba z nadwrażliwą strefą szyjno-karkową, od razu dostałam dreszczy.
- W takim razie nowy płyn do płukania tkanin – powiedziałam i odwróciłam się do bruneta. Uśmiechnął się na mój głupi tekst i pociągnął nosem.
- Lily, czy przypadkiem coś się nie przypala? – zapytał.       
- Moje pierniczki! – krzyknęłam i podbiegłam do piekarnika, zakładając rękawice.


Pierniczki udało się uratować, czyli lekko oskrobać z przypalenizny. James dzielnie stwierdził, że lubi takie przypieczone potrawy. Już się z nim nie kłóciłam, następna partia wyszła o wiele lepsza i mniej śmierdząca.
Na popołudnie zaplanowałam sobie pieczenie keksa, więc miałam trochę czasu wolnego dla siebie. J siedział na górze i pakował prezenty dla znajomych i rodziny, które to miały zostać jutro wysłane (chociaż znając jego zdolności manualne, będę musiała wszystko poprawiać) i relaksowałam się, czytając książkę – „Perfekcyjna Czarownica przygotowuje Idealne Święta”. Wiem, nikt nie jest idealny i perfekcyjny (wystarczy przypomnieć sobie moje przypalone pierniczki), ale wiecie, samodoskonalenie się i te sprawy.
- „Przygotowania do Świąt najlepiej zacząć już w listopadzie…” – przeczytałam. Noo taak, ja zaczęłam przygotowania na dwa dni przed…
- „Aby Święta były idealne, ważne są różne składowe – nastrój, potrawy, dekoracje, prezenty oraz goście…” – Więc potrawy już prawie mamy, pomyślałam sobie, dekoracje też – choinka już dumnie stała w salonie ozdobiona złotymi i czerwonymi bombkami oraz kokardkami, prezenty już dawno kupione, a gości się nie spodziewamy. Chociaż to mam idealne! Yeah!
- „ Najlepszymi prezentami, są te robione własnoręcznie. Znajdź trochę czasu i zrób podarunki sama, używając do tego natury - gałązki, szyszki, wykorzystaj to, co znajdziesz na dworze!...” Cicho się zaśmiałam i wyobraziłam sobie minę Syriusza, gdyby zobaczył, że dostał od nas własnoręcznie robione coś z gałązek i szyszek. Byłby zawiedziony i obrażony…
- „Idealny ubiór, na kolację Bożonarodzeniową jest bardzo ważny. Ubierz się w coś klasycznego, może szatę wyjściową w kolorze burgundu? Więcej wskazówek dotyczących ubioru, znajdziesz na stronie 97…” przeszłam na stronę 97 i wybuchnęłam śmiechem.
- Z czego się śmiejesz? – zapytał James wchodząc do salonu i otrzepując sweter z brokatu. Coś czuję, że w sypialni jest niezły syf…
- Popatrz na to – odparłam i pokazałam mu „idealne stroje na kolacje Bożonarodzeniową”.
- Chyba nie chcesz czegoś takiego założyć?! – zapytał z przerażeniem w oczach i postukał palcem w jedno ze zdjęć. To najgorsze.
Była na nim damska szata wyjściowa, bardzo obszerna, z bufkami zamiast rękawów oraz z wielkimi, wściekle różowymi guzikami. Szata miała kolor buraczka, więc taaa, prezentowałaby się na mnie świetnie!
- Niee – odparłam.
- Tak właściwie co ty czytasz? – zapytał i spojrzał na okładkę - „Perfekcyjna Czarownica przygotowuje Idealne Święta”? Skąd ty to masz?
- Pożyczyłam od twojej mamy – wytłumaczyłam.
- Oo, to teraz rozumiem czemu się tak dziwnie ubrała w Święta dwa lata temu! – odparł J i rozwalił się koło mnie na kanapie.
Uśmiechnęłam się i czytałam dalej.
- Słuchaj tego – powiedziałam – „ Idealnym prezentem dla męża będą skarpetki albo krawat. Oczywiście najlepiej by było, gdybyś zrobiła je własnoręcznie! Chwyć w ręce druty lub szydełko i pokaż na co cię stać! Mąż na pewno będzie zachwycony takim podarunkiem, prosto z serca…” I co ty na to? Chcesz dostać skarpetki? – zapytałam.
- Jasne, w końcu jestem skrzatem domowym, marzę tylko o tym! – odparł Rogacz piskliwym głosem, zapewne udając skrzata i położył mi głowę na kolanach – Czytaj dalej – poprosił.
Wsadziłam dłoń w jego gęste włosy i przewróciłam stronę.
- „ Kolacje zacznijcie od składania życzeń. Niech płyną one prosto z serca i będą najmilszą częścią tego dnia. Na prezenty i jedzenie przyjdzie czas…” – przeczytałam.
Spojrzałam na Jamesa i lekko go szturchnęłam.
- James? – zapytałam. Odpowiedziało mi tylko ciche chrapnięcie. Delikatnie zdjęłam mu okulary i przywołałam koc z fotela. Przykryłam nas i pomyślałam, że mała drzemka nie zaszkodzi.


Tak jak przypuszczałam, prezenty były krzywo popakowane i wyglądały bardzo niechlujnie. W dodatku brokat - był on dosłownie wszędzie! Na podłodze, komodzie, parapecie czy na łóżku. Nie wiem co James z nim chciał zrobić, ale gdzie nie spojrzałam widziałam błysk małych drobinek.
- No dooobra – powiedziałam  i machnęłam różdżką. Brokat zniknął, chociaż nadal było widać gdzieniegdzie połysk.
- Co robisz?! – krzyknął James gdy wszedł do sypialni i zobaczył, że rozrywam wszystkie paczki.
- Zapakowałeś to tak krzywo, że muszę poprawić – odparłam i wyjęłam ozdobny papier z szuflady – Chodź, nauczę cię – dodałam, widząc jego smutną minę. Minę zbitego psiaka. Aż poczułam wyrzuty sumienia, mogłam zostawić to tak jak było.
- Dobra – powiedział i usiadł obok mnie na podłodze.


Pierwszy dzień Świąt nadszedł, jak to zazwyczaj bywa, szybko. Właśnie wsadzałam indyka do piekarnika, gdy usłyszałam jakiś głośny hałas oraz okrzyk bólu, dochodzący z piętra. Spojrzałam w stronę schodów i cicho poszłam na górę. Zajrzałam do sypialni, czyli najczęściej przez nas używanego pokoju na piętrze i zobaczyłam leżącego na podłodze Jamesa, trzymającego się za tyłek.
- Co robisz? – zapytałam inteligentnie, pochylając się nad jęczącym mężem.
- Spadłem z krzesła – odparł, nadal jęcząc.Nie skomentuję tego...
- A po co na nie wchodziłeś? – zadałam kolejne świetne pytanie.
- Wieszałem firanki, tak jak prosiłaś – odparł. Gdybym wiedziała, że jest taką pierdołą, to bym go o to nie prosiła…
- Chodź, pomogę ci wstać – powiedziałam i pociągnęłam go za rękę. Z głośnym syknięciem wstał na nogi i od razu padł na łóżko.
- Mogę ci jakoś pomóc? – zapytałam patrząc na plecy Jamesa.
- Taak, chodź tu do mnie – odparł. Przeszłam nad nim i położyłam się na swoim miejscu, od ściany. James, od razu mnie przytulił i ciężko westchnął.
- Boli mnie tyłek – poskarżył się żałośnie brzmiącym głosem.


Kolację zaczęliśmy dopiero po 20-stej, Jamesa nadal bolała tylna część ciała i ledwo siedział na krześle. A są one miękkie i wygodne, zapewniam.
- Może znajdę jakiś eliksir na stłuczenia? – powiedziałam, przeglądając naszą apteczkę w kuchni. Grzebałam w eliksirach, czytałam ich etykiety, jednak nic specjalnego nie znalazłam.
- Jakoś wytrzymam – powiedział dzielnie James i lekko się skrzywił. Zaczęłam przeglądać mugolskie maści.
- Połóż się na sofie, znalazłam jakiś mugolski specyfik – powiedziałam i patrzyłam jak Rogacz, nadal się krzywiąc, wstaje z krzesła i zwala się na kanapę.
- To gdzie cię boli? – zapytałam.
- Tutaj – odparł i pokazał. No dobra, po prostu pokazał na pośladek. Z westchnięciem, obniżyłam mu spodnie i nałożyłam chłodną maść na sporego siniaka. Od popołudnia osiągnął on wielkość pomarańczy i miał brzydki fioletowy odcień.
- Lepiej? – zapytałam, gdy skończyłam wcierać maść w bolące miejsce. Raczej nie spodziewałam się natychmiastowych efektów, w końcu to zwykła maść.
- O wiele – odparł James, z niebezpiecznymi błyskami w oku. Pociągnął mnie do siebie i namiętnie pocałował.


Kolacja całkowicie wystygła i została na stole w kuchni tak, jak ją zostawiliśmy.
- Zaczęliśmy od deseru – stwierdził James, porozumiewawczo się do mnie uśmiechając. Owinęłam się kocem i ruszyłam do kuchni.
- Zasłodzimy się jeszcze bardziej – powiedziałam, wstrząsając bitą śmietaną w sprayu i zdejmując z siebie koc.


Poranek drugiego dnia Świąt, przywitał nas śpiących w salonie. Obudziło mnie ciche stukanie dzioba Paddingtona w okno. Owinęłam się kocem i otworzyłam okno.
- Prezenty! – powiedziałam i odczepiłam od nóżek sowy, parę pakunków. Nie wiem jak tutaj doleciał z takim obciążeniem! Poszłam z ptakiem do kuchni i nasypałam mu trochę „Przysmaku dla sów” do miseczki, a do drugiej nalałam wody.
- Dzielny Pad – wyszeptałam do sowy i pogłaskałam go pod dziobem.
- Oo, prezenty – powiedział James, wchodząc do kuchni w samych bokserkach i pocałował mnie w policzek.
- Uhm – mruknęłam i włączyłam ekspres do kawy – Ale jestem głodnaaa – wyjęczałam i spojrzałam na zastawiony stół - wczorajszą nietkniętą kolacją.
James uśmiechnął się porozumiewawczo, otworzył lodówkę i zaczął przygotowywać śniadanie.


Prezenty zaczęliśmy otwierać po śniadaniu i prysznicu. Orzeźwiona chłodną wodą, z gracją rottweilera rozrywałam prezenty popakowane w kolorowe papiery.
- Ooo, nowe lakiery zmieniające kolor w zależności od nastroju! – krzyknęłam, otwierając paczkę od Dorcas.
- Nowy zestaw do konserwacji mioteł, super! – zawołał James, otwierając prezent, chyba od Syriusza.
Dalsze otwieranie paczek brzmiało podobnie, co chwila coś krzyczeliśmy lub wzdychaliśmy. Chociaż wzdychałam głównie ja. No, nieważne.
- Wspólny prezent od naszych rodziców? – zapytałam zdumiona, trzymając małą paczkę w dłoni.
- Otwieraj – rozkazał James. Zgodnie z jego wolą, rozerwałam papier w bałwanki, odłożyłam bilecik na bok, i otworzyłam ozdobne pudełeczko.
- Kluczyki? – powiedziałam, wyjmując pęk kluczy.
- Jest i kartka – zauważył James. Wyjął ją i przeczytał – To akt własności domu – wyjaśnił zduszonym głosem. Wyrwałam mu dokument z rąk i przeczytałam.
- Dali nam posiadłość w Szkocji?! – zawołałam zdziwiona – Oszaleli.
James wzruszył ramionami i powiedział:
- Będziemy mieli letni domek.
Zaśmiałam się i przypomniałam sobie o prezencie dla J.
- Proszę to dla ciebie – powiedziałam i wręczyłam mu paczkę. James odwdzięczył się tym samym.
- Jamees, to jest śliczne! – powiedziałam, wyjmując z pudełka naszyjnik. Srebrny, z zawieszką w kształcie wiewiórki z zielonymi oczami – Dziękuję – dodałam, przytulając go z całych sił. Moja kolekcja biżuterii od Rogacza stale rosła…
J otworzył swój prezent.
- Bilety na Mistrzostwa Świata w Quidditch’u?! Jak ci się udało…? – zawołał z niedowierzaniem. Uśmiechnęłam się lekko.
- Pamiętasz jak poszłyśmy ostatnio z Dor do magismetyczki? Akurat była tam żona organizatora imprezy, jakoś udało nam się ją nakłonić do odsprzedaży czterech biletów, które miała komuś dać… - zaczęłam wyjaśniać, ale przerwał mi uradowany James.
- To najlepszy prezent w moim życiu! – zawołał i mocno mnie pocałował.
No, no, takiego entuzjazmu się nie spodziewałam!
Reszta drugiego dnia Świąt minęła w atmosferze szczęścia i podekscytowania.


***

Piszę coś innego, a robię też coś innego. Rozdział miał być jutro, jest dzisiaj :) Ktoś w komentarzu(przepraszam, że nie pamiętam kto) napisał, że chce Harry'ego. Nie martwcie się, Harry w miarę niedługo się pojawi, akurat to będzie zgodne z książką - w sensie data narodzin. Oczywiście, wielkie dzięki za komentarze! Miłego weekendu.

3 komentarze:

  1. James pierdołą :D Rozdział bardzo fajny :) Narobiłaś mi smaka na pierniczki *u* Życzę weny i czekam na nexta ;3

    OdpowiedzUsuń
  2. haha ale z Potter'a łajza xDD super rozdział a święta jeszcze lepsze ;) właśnie zjadłabym pierniczki (ale nie przypalone hihi) czekam na Harry'ego :D

    OdpowiedzUsuń
  3. Hahaha Potter pierdołą ? Rozdział bardzo fajny.

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.