Tak jak postanowiliśmy przed
ślubem, Święta mieliśmy spędzić sami, w naszym miłosnym gniazdku. Dosłownie –
zabarykadowaliśmy się w domu zaklęciami, ówcześnie wszystkich zawiadamiając, że
nie pojawimy się na żadnych kolacjach, obiadkach czy innych podwieczorkach i
szykowaliśmy się na spokojne przetrwanie tych dwóch dni.
- Mam choinkę! – zawołał
James od progu, otrząsając się ze śniegu. Usunęłam mokre plamy zaklęciem i
spojrzałam na drzewko. Prezentowało się zacnie.
- Nabij je na stojak i ustaw
niedaleko kominka, pod oknem – zarządziłam i dałam Rogaczowi buziaka. W końcu
przytachał to drzewko, coś mu się za to należało, prawda?
Wróciłam do kuchni gdzie
wykrawałam różne kształty pierniczków. Renifery, mikołaje, ludziki, choinki,
prezenty - miałam wielki wybór foremek i z niesamowitą przyjemnością je
testowałam. Z salonu usłyszałam dźwięki świadczące o siłowaniu się mojego męża
z choinką oraz stojakiem, jednak niczym się nie przejmowałam, w końcu jest
czarodziejem, poradzi sobie.
- I do piekarnika –
powiedziałam tak właściwie do siebie, wsuwając blachę z wykrojonymi ciastkami.
Zajęłam się wyrabianiem
lukru, do którego pododawałam różne barwniki spożywcze, żeby później udekorować
gotowe pierniczki.
Czy ja już mówiłam, że lubię
gotować? Jak nie, to teraz to widać, z przyjemnością przygotowywałam nasze
pierwsze Święta, spędzone tylko we dwójkę. A kto wie, może przyszłe spędzimy
już w trójkę? – pomyślałam i na samą myśl się uśmiechnęłam. Przypomniałam sobie
małego bobasa, którego widziałam w tajemniczym lustrze Ain Eingarp i jeszcze
szerzej się uśmiechnęłam. Włączyłam radio stojące na blacie w kuchni i zaczęłam
cicho nucić kolędy.
Jedynym powodem cichego
śpiewania, było to, że mam kiepski głos. A nawet tragiczny, staram się nie
śpiewać pod prysznicem, jeszcze James by pomyślał, że morduję kota…
- Ślicznie pachnie –
powiedział James, przytulając się do mnie od tyłu i kładąc ręce na moich
biodrach.
- Pierniczki –
wytłumaczyłam, nadal zajęta wykrawaniem drugiej tury.
- Myślę, że jednak ty tak
ładnie pachniesz – odparł James, ustami dotykając mojej szyi. A jako osoba z
nadwrażliwą strefą szyjno-karkową, od razu dostałam dreszczy.
- W takim razie nowy płyn do
płukania tkanin – powiedziałam i odwróciłam się do bruneta. Uśmiechnął się na
mój głupi tekst i pociągnął nosem.
-
Lily, czy przypadkiem coś się nie przypala? – zapytał.
- Moje pierniczki! –
krzyknęłam i podbiegłam do piekarnika, zakładając rękawice.
Pierniczki udało się
uratować, czyli lekko oskrobać z przypalenizny. James dzielnie stwierdził, że lubi takie
przypieczone potrawy. Już się z nim nie kłóciłam, następna partia wyszła o
wiele lepsza i mniej śmierdząca.
Na popołudnie zaplanowałam
sobie pieczenie keksa, więc miałam trochę czasu wolnego dla siebie. J siedział
na górze i pakował prezenty dla znajomych i rodziny, które to miały zostać
jutro wysłane (chociaż znając jego zdolności manualne, będę musiała wszystko poprawiać)
i relaksowałam się, czytając książkę – „Perfekcyjna Czarownica przygotowuje Idealne
Święta”. Wiem, nikt nie jest idealny i perfekcyjny (wystarczy przypomnieć sobie
moje przypalone pierniczki), ale wiecie, samodoskonalenie się i te sprawy.
- „Przygotowania do Świąt
najlepiej zacząć już w listopadzie…” – przeczytałam. Noo taak, ja zaczęłam
przygotowania na dwa dni przed…
- „Aby Święta były idealne,
ważne są różne składowe – nastrój, potrawy, dekoracje, prezenty oraz goście…” –
Więc potrawy już prawie mamy, pomyślałam sobie, dekoracje też – choinka już
dumnie stała w salonie ozdobiona złotymi i czerwonymi bombkami oraz
kokardkami, prezenty już dawno kupione, a gości się nie spodziewamy. Chociaż to
mam idealne! Yeah!
- „ Najlepszymi prezentami,
są te robione własnoręcznie. Znajdź trochę czasu i zrób podarunki sama,
używając do tego natury - gałązki, szyszki, wykorzystaj to, co znajdziesz na
dworze!...” Cicho się zaśmiałam i wyobraziłam sobie minę Syriusza, gdyby
zobaczył, że dostał od nas własnoręcznie robione coś z gałązek i szyszek. Byłby zawiedziony i obrażony…
- „Idealny ubiór, na
kolację Bożonarodzeniową jest bardzo ważny. Ubierz się w coś klasycznego, może
szatę wyjściową w kolorze burgundu? Więcej wskazówek dotyczących ubioru,
znajdziesz na stronie 97…” przeszłam na stronę 97 i wybuchnęłam śmiechem.
- Z czego się śmiejesz? –
zapytał James wchodząc do salonu i otrzepując sweter z brokatu. Coś czuję, że w
sypialni jest niezły syf…
- Popatrz na to – odparłam i
pokazałam mu „idealne stroje na kolacje Bożonarodzeniową”.
- Chyba nie chcesz czegoś
takiego założyć?! – zapytał z przerażeniem w oczach i postukał palcem w jedno
ze zdjęć. To najgorsze.
Była na nim damska szata
wyjściowa, bardzo obszerna, z bufkami zamiast rękawów oraz z wielkimi, wściekle
różowymi guzikami. Szata miała kolor buraczka, więc taaa, prezentowałaby się na
mnie świetnie!
- Niee – odparłam.
- Tak właściwie co ty
czytasz? – zapytał i spojrzał na okładkę - „Perfekcyjna Czarownica przygotowuje Idealne Święta”? Skąd
ty to masz?
- Pożyczyłam od twojej mamy
– wytłumaczyłam.
- Oo, to teraz rozumiem
czemu się tak dziwnie ubrała w Święta dwa lata temu! – odparł J i rozwalił się
koło mnie na kanapie.
Uśmiechnęłam się i czytałam
dalej.
- Słuchaj tego –
powiedziałam – „ Idealnym prezentem dla męża będą skarpetki albo krawat.
Oczywiście najlepiej by było, gdybyś zrobiła je własnoręcznie! Chwyć w ręce druty
lub szydełko i pokaż na co cię stać! Mąż na pewno będzie zachwycony takim
podarunkiem, prosto z serca…” I co ty na to? Chcesz dostać skarpetki? –
zapytałam.
- Jasne, w końcu jestem
skrzatem domowym, marzę tylko o tym! – odparł Rogacz piskliwym głosem, zapewne udając skrzata i położył mi głowę na
kolanach – Czytaj dalej – poprosił.
Wsadziłam dłoń w jego gęste
włosy i przewróciłam stronę.
- „ Kolacje zacznijcie od
składania życzeń. Niech płyną one prosto z serca i będą najmilszą częścią tego
dnia. Na prezenty i jedzenie przyjdzie czas…” – przeczytałam.
Spojrzałam na Jamesa i lekko
go szturchnęłam.
- James? – zapytałam.
Odpowiedziało mi tylko ciche chrapnięcie. Delikatnie zdjęłam mu okulary i
przywołałam koc z fotela. Przykryłam nas i pomyślałam, że mała drzemka nie
zaszkodzi.
Tak jak przypuszczałam,
prezenty były krzywo popakowane i wyglądały bardzo niechlujnie. W dodatku
brokat - był on dosłownie wszędzie! Na podłodze, komodzie, parapecie czy na
łóżku. Nie wiem co James z nim chciał zrobić, ale gdzie nie spojrzałam
widziałam błysk małych drobinek.
- No dooobra –
powiedziałam i machnęłam różdżką. Brokat
zniknął, chociaż nadal było widać gdzieniegdzie połysk.
- Co robisz?! – krzyknął
James gdy wszedł do sypialni i zobaczył, że rozrywam wszystkie paczki.
- Zapakowałeś to tak krzywo,
że muszę poprawić – odparłam i wyjęłam ozdobny papier z szuflady – Chodź,
nauczę cię – dodałam, widząc jego smutną minę. Minę zbitego psiaka. Aż poczułam
wyrzuty sumienia, mogłam zostawić to tak jak było.
- Dobra – powiedział i
usiadł obok mnie na podłodze.
Pierwszy dzień Świąt
nadszedł, jak to zazwyczaj bywa, szybko. Właśnie wsadzałam indyka do
piekarnika, gdy usłyszałam jakiś głośny hałas oraz okrzyk bólu, dochodzący z piętra. Spojrzałam
w stronę schodów i cicho poszłam na górę. Zajrzałam do sypialni, czyli
najczęściej przez nas używanego pokoju na piętrze i zobaczyłam leżącego na
podłodze Jamesa, trzymającego się za tyłek.
- Co robisz? – zapytałam inteligentnie,
pochylając się nad jęczącym mężem.
- Spadłem z krzesła –
odparł, nadal jęcząc.Nie skomentuję tego...
- A po co na nie wchodziłeś?
– zadałam kolejne świetne pytanie.
- Wieszałem firanki, tak jak
prosiłaś – odparł. Gdybym wiedziała, że jest taką pierdołą, to bym go o to nie
prosiła…
- Chodź, pomogę ci wstać –
powiedziałam i pociągnęłam go za rękę. Z głośnym syknięciem wstał na nogi i od
razu padł na łóżko.
- Mogę ci jakoś pomóc? –
zapytałam patrząc na plecy Jamesa.
- Taak, chodź tu do mnie –
odparł. Przeszłam nad nim i położyłam się na swoim miejscu, od ściany. James,
od razu mnie przytulił i ciężko westchnął.
- Boli mnie tyłek –
poskarżył się żałośnie brzmiącym głosem.
Kolację zaczęliśmy dopiero
po 20-stej, Jamesa nadal bolała tylna część ciała i ledwo siedział na krześle.
A są one miękkie i wygodne, zapewniam.
- Może znajdę jakiś eliksir
na stłuczenia? – powiedziałam, przeglądając naszą apteczkę w kuchni. Grzebałam
w eliksirach, czytałam ich etykiety, jednak nic specjalnego nie znalazłam.
- Jakoś wytrzymam –
powiedział dzielnie James i lekko się skrzywił. Zaczęłam przeglądać mugolskie
maści.
- Połóż się na sofie,
znalazłam jakiś mugolski specyfik – powiedziałam i patrzyłam jak Rogacz, nadal
się krzywiąc, wstaje z krzesła i zwala się na kanapę.
- To gdzie cię boli? –
zapytałam.
- Tutaj – odparł i pokazał.
No dobra, po prostu pokazał na pośladek. Z westchnięciem, obniżyłam mu spodnie
i nałożyłam chłodną maść na sporego siniaka. Od popołudnia osiągnął on wielkość
pomarańczy i miał brzydki fioletowy odcień.
- Lepiej? – zapytałam, gdy
skończyłam wcierać maść w bolące miejsce. Raczej nie spodziewałam się
natychmiastowych efektów, w końcu to zwykła maść.
- O wiele – odparł James, z
niebezpiecznymi błyskami w oku. Pociągnął mnie do siebie i namiętnie pocałował.
Kolacja całkowicie wystygła
i została na stole w kuchni tak, jak ją zostawiliśmy.
- Zaczęliśmy od deseru –
stwierdził James, porozumiewawczo się do mnie uśmiechając. Owinęłam się kocem i
ruszyłam do kuchni.
- Zasłodzimy się jeszcze
bardziej – powiedziałam, wstrząsając bitą śmietaną w sprayu i zdejmując z
siebie koc.
Poranek drugiego dnia Świąt,
przywitał nas śpiących w salonie. Obudziło mnie ciche stukanie dzioba Paddingtona
w okno. Owinęłam się kocem i otworzyłam okno.
- Prezenty! – powiedziałam i
odczepiłam od nóżek sowy, parę pakunków. Nie wiem jak tutaj doleciał z takim
obciążeniem! Poszłam z ptakiem do kuchni i nasypałam mu trochę „Przysmaku dla
sów” do miseczki, a do drugiej nalałam wody.
- Dzielny Pad – wyszeptałam
do sowy i pogłaskałam go pod dziobem.
- Oo, prezenty – powiedział
James, wchodząc do kuchni w samych bokserkach i pocałował mnie w policzek.
- Uhm – mruknęłam i
włączyłam ekspres do kawy – Ale jestem głodnaaa – wyjęczałam i spojrzałam na
zastawiony stół - wczorajszą nietkniętą kolacją.
James uśmiechnął się
porozumiewawczo, otworzył lodówkę i zaczął przygotowywać śniadanie.
Prezenty zaczęliśmy otwierać
po śniadaniu i prysznicu. Orzeźwiona chłodną wodą, z gracją rottweilera
rozrywałam prezenty popakowane w kolorowe papiery.
- Ooo, nowe lakiery
zmieniające kolor w zależności od nastroju! – krzyknęłam, otwierając paczkę od
Dorcas.
- Nowy zestaw do konserwacji
mioteł, super! – zawołał James, otwierając prezent, chyba od Syriusza.
Dalsze otwieranie paczek
brzmiało podobnie, co chwila coś krzyczeliśmy lub wzdychaliśmy. Chociaż
wzdychałam głównie ja. No, nieważne.
- Wspólny prezent od naszych
rodziców? – zapytałam zdumiona, trzymając małą paczkę w dłoni.
- Otwieraj – rozkazał James.
Zgodnie z jego wolą, rozerwałam papier w bałwanki, odłożyłam bilecik na bok, i
otworzyłam ozdobne pudełeczko.
- Kluczyki? – powiedziałam,
wyjmując pęk kluczy.
- Jest i kartka – zauważył
James. Wyjął ją i przeczytał – To akt własności domu – wyjaśnił zduszonym
głosem. Wyrwałam mu dokument z rąk i przeczytałam.
- Dali nam posiadłość w
Szkocji?! – zawołałam zdziwiona – Oszaleli.
James wzruszył ramionami i
powiedział:
- Będziemy mieli letni
domek.
Zaśmiałam się i
przypomniałam sobie o prezencie dla J.
- Proszę to dla ciebie –
powiedziałam i wręczyłam mu paczkę. James odwdzięczył się tym samym.
- Jamees, to jest śliczne! –
powiedziałam, wyjmując z pudełka naszyjnik. Srebrny, z zawieszką w kształcie
wiewiórki z zielonymi oczami – Dziękuję – dodałam, przytulając go z całych sił.
Moja kolekcja biżuterii od Rogacza stale rosła…
J otworzył swój prezent.
- Bilety na Mistrzostwa
Świata w Quidditch’u?! Jak ci się udało…? – zawołał z niedowierzaniem.
Uśmiechnęłam się lekko.
- Pamiętasz jak poszłyśmy
ostatnio z Dor do magismetyczki? Akurat była tam żona organizatora imprezy,
jakoś udało nam się ją nakłonić do odsprzedaży czterech biletów, które miała
komuś dać… - zaczęłam wyjaśniać, ale przerwał mi uradowany James.
- To najlepszy prezent w
moim życiu! – zawołał i mocno mnie pocałował.
No, no, takiego entuzjazmu
się nie spodziewałam!
Reszta drugiego dnia Świąt
minęła w atmosferze szczęścia i podekscytowania.
***
Piszę coś innego, a robię też coś innego. Rozdział miał być jutro, jest dzisiaj :) Ktoś w komentarzu(przepraszam, że nie pamiętam kto) napisał, że chce Harry'ego. Nie martwcie się, Harry w miarę niedługo się pojawi, akurat to będzie zgodne z książką - w sensie data narodzin. Oczywiście, wielkie dzięki za komentarze! Miłego weekendu.
James pierdołą :D Rozdział bardzo fajny :) Narobiłaś mi smaka na pierniczki *u* Życzę weny i czekam na nexta ;3
OdpowiedzUsuńhaha ale z Potter'a łajza xDD super rozdział a święta jeszcze lepsze ;) właśnie zjadłabym pierniczki (ale nie przypalone hihi) czekam na Harry'ego :D
OdpowiedzUsuńHahaha Potter pierdołą ? Rozdział bardzo fajny.
OdpowiedzUsuń