„Gdzie ja jestem?” to było
pierwsze pytanie, które sobie zadałam po pobudce. Gdy odwróciłam się na bok i
zobaczyłam, a właściwie najpierw usłyszałam, chrapiącego koło mnie Jamesa,
zajarzyłam, że jesteśmy w domu jego rodziców. Skrzacie wino, podane do kolacji
musiało być wyjątkowe mocne, czułam ostre łupanie w głowie, czyli pierwsze
oznaki kaca. W tym roku tak często mam tą przypadłość, że chyba czas pomyśleć
nad wynalezieniem i opatentowaniem eliksiru odtruwającego organizm po spożyciu
alkoholu, bo, ugh, masakra!
Jakoś dałam się namówić
Rogaczowi, do nocowania w jego sypialni, co jak sam stwierdził nie było trudne.
W tej sytuacji wychodzę na osobę łatwą, ale może to pomińmy…
Więc, jak już się obudziłam
i czułam symptomy tego jakże niemiłego stanu, czytaj: kaca, postanowiłam, że
wezmę przyjemny prysznic.
Tylko jak to bywa w moim życiu, nic nie może być takie
łatwe i iść po mojej myśli. Albowiem, James jak to on, nie pomyślał i nie
przytachał mojego kufra do swojego pokoju. Więc chcąc nie chęcąc założyłam na
siebie wczorajszą sukienkę, która nie wiem jakim cudem, odnalazła się na
podłodze obok komody(czemu ja zawsze gubię ciuchy?) i starając się opanować
potargane loki, cichutko jak wiewióreczka, uchyliłam drzwi i wychyliłam za nie
rudy czerep.
Jednak jak już wcześniej wspomniałam, nic nie jest takie proste,
nawet przejście przez korytarz. Dosłownie metr! Tyle miałam do pokonania. I
chciałam pozostać niezauważona.
- Dzień dobry, Lily! - powiedziała zza moich pleców pani Potter.
Niech to szlag! – Śliczny dziś mamy poranek – dodała, puszczając mi oczko. Że
co?
- Dzień dobry – odparłam
trochę niemrawo – Taak – dodałam, super-inteligentnie. Jak ćwierć mózg jakiś.
- Dobrze ci się spało? –
zapytała, uśmiechając się i zaglądając do pokoju J. Który był totalnym
pobojowiskiem, no ale to nie mój pokój, ja tam sprzątać nie będę.
- Doskonale –
odpowiedziałam, próbując się nie skompromitować do końca.
- Za pół godziny będzie
śniadanie, proszę, obudź Jamesa – dodała i poszła w kierunku schodów.
Z myślą, że pani Potter,
musiała mnie uznać za głąba weszłam do „mojego” pokoju i przelewitowałam kufer
do sypialni Jamesa. Tam szybko wzięłam prysznic, doprowadziłam się do
jako-takiego stanu i ubrałam się w sukienkę w kwiatki. Nic szalonego, jednak
bardzo dziewczęca i słodka. Właśnie tak chciałam zostać odebrana przez moich
przyszłych teściów.
- James, wstawaj –
wyszeptałam, potrząsając ramieniem wspomnianego osobnika – James, za 10 minut
będzie śniadanie – wyjęczałam, patrząc na zegarek.
- Witaj, o boska istoto –
powiedział James otwierając oczy, po czym dał mi szybkiego buziaka.
- Idź się myj, zaraz mamy
być na śniadaniu! – powiedziałam, szukając w kufrze moich ulubionych sandałków.
W końcu jest ciepło, Alleluja! W sensie, wcześniej też było, ale dzisiaj
magiczne termometry pokazały temperaturę 25º C, więc jak na Anglię, mamy upał.
- Czy ty się nadal
stresujesz? – zapytał J, zakładając okulary i wstając z łóżka. Spojrzałam na
niego jak na nienormalnego i powiedziałam:
- A nie widać?
- Właśnie bardzo widać.
Lily, wyluzuj, moi rodzice nie gryzą – odparł wchodząc do łazienki.
- Wiem, że nie gryzą –
powiedziałam, wchodząc za nim – Ale na pewno mnie oceniają! Nie pochodzę z
rodziny czarodziei…
- Myślisz, że moi rodzice
oceniają cię przez pryzmat tego, że pochodzisz z mugolskiej rodziny? – zapytał
James zdziwionym tonem – Oni pokochaliby cię, nawet jeżeli byłabyś trollicą i
miała trzy nogi! W końcu doskonale wiedzą, co przeszedłem, żeby w końcu zdobyć
twoje uczucie. Chociaż, może to dlatego mama jest trochę oschła? – ostatnie
pytanie zadał, jakby sam sobie.
- Myślisz, że mnie nie lubi,
bo nie dawałam się zaprosić na randkę od piątej klasy? – zapytałam, patrząc jak
James wchodzi pod prysznic – Pośpiesz się, zostało nam siedem minut! –
zawołałam, wychodząc z zaparowanej łazienki.
Doszłam do wniosku, że jak
mam jeszcze te pięć minut wolnego, to ogarnę trochę ten chlew. Kupiona w
Hogsmeade książka o domowych czarach, na coś się przydała i dzięki zaklęciom,
sypialnia wyglądała porządnie. Nawet wysprzątałam klatkę Paddingtona.
- Chodźmy – powiedział
James, wychodząc z łazienki. Wycierając spocone dłonie o materiał sukienki,
poszłam za Rogaczem, cóż, jak na ścięcie.
- Już myślałam, że nie uda
ci się dobudzić Jamesa – powiedziała pani Potter, nawet się do nas nie
odwracając. Boże, co ona ma oczy z tyłu głowy? – Naleśnika? – zapytała,
odwracając się do nas, z patelnią w ręce i zrzucając na talerz kolejny słodki
placek.
Usiedliśmy przy stole i
nałożyliśmy sobie jedzenie na talerze.
- A może spędzicie razem
dzień? Poznacie się lepiej, co wy na to? – to wypalił! Pani Potter spojrzała na
syna, później na mnie i powiedziała:
- Z wielką chęcią, otworzyli
w miasteczku MagicSpa, co ty Lily na to? Ploteczki przy manicure? – żesz, a tak
dobrze ukrywałam moje obskubane pazury! Ta kobieta wszystko zauważy.
- Chętnie – odparłam, uśmiechając się trochę sztucznie.
W kuchni zapanowała ciężka atmosfera, ale James, cóż, w ogóle jej nie zauważał.
Zajął się jedzeniem naleśnika i czytaniem Proroka.
- Świetne miejsce –
stwierdziłam, gdy już siedziałyśmy, a magismetyczki wykonywały nam manicure za
pomocą różdżek. A ja się zawsze tak męczyłam z cążkami i pilniczkami!
- Tak, jak tylko mam trochę
czasu, to odwiedzam takie miejsca – odparła pani Potter i zaczęła gadać ze
swoją manikiurzystką. I to by było tyle z ploteczek i poznania się…
- Już jesteśmy! – zawołała
pani Potter, gdy tylko przekroczyłyśmy próg domu.
- W salonie! – odpowiedział
krzyk pana Pottera. Od razu tam się skierowałyśmy i nie zastałyśmy tego czego
się spodziewałyśmy. A przynajmniej ja się tego nie spodziewałam. Dobra, nikt by
się tego nie spodziewał, ok.?
- James? – zapytałam, widząc
leżącego na sofie bruneta, z wielkim siniakiem na czole i z unieruchomioną rękę
– Co mu się stało? – zapytałam, podchodząc do kanapy i delikatnie dotykając
twarzy chłopaka.
- Spadł z miotły. Spokojnie,
ręka się zaraz zrośnie, a guz zniknie – odparł pan Potter, jakby nic się nie
stało.
- James? – znowu zapytałam,
gdy otworzył oczy – Boli cię coś? A może podać ci coś przeciwbólowego?
- Nic mi nie jest – odparł,
uśmiechając się. Ech, taki dzielny!
- Tak się przestraszyłam!
Masz zakaz latania na miotle! – krzyknęłam histerycznie. Bo kurczę, mógł sobie
coś zrobić! OK., coś sobie zrobił, ale coś poważnego! Mógł się mocniej rąbnąć w
głowę i byłoby kiepsko. Znam się na tym, kiedyś tak przyfasoliłam Peti w łeb
zabawką, że miała mroczki przed oczami i ryczała jak nienormalna. Chociaż, sądzę, że J by nie ryczał...
James tylko pokiwał głową i
znowu opadł na poduszki. Wycofałam się z salonu i przemknęłam do sypialni
Rogacza. Miałam łzy w oczach(chyba okres się zbliża) i byłam zła. Beznadziejny
wypad do kosmetyczki, potłuczony James i brak rozmowy z „teściową”.
- Beznadzieja – wyjęczałam,
kładąc się na łóżku. Moje odstresowywanie się nie trwało długo, po chwili
usłyszałam pukanie do drzwi.
- Proszę – powiedziałam
siadając na łóżku.
- Możemy porozmawiać? –
zapytała pani Potter.
- Oczywiście – odparłam,
mentalnie przygotowując się na najgorsze.
- Lily, chciałam cię przeprosić
– zaczęła – Zachowywałam się w stosunku do ciebie karygodnie. Widzisz, byłam
trochę zazdrosna. Tyle czasu nie widzieliśmy Jamesa, a on od powrotu do domu
jest tak w ciebie zapatrzony! Myślałam też, że, aż wstyd się przyznać, ale że
chcesz go wykorzystać. W końcu tyle lat go odtrącałaś i w tym roku wasz związek
tak ewoluował…
- Pani Potter – przerwałam
jej – Jeżeli pani myśli, że lecę na państwa pieniądze, czy nazwisko, to jest
pani w jak największym błędzie. Moi rodzice mają mnóstwo pieniędzy, a ja nigdy
nie miałam kompleksów na punkcie swojego pochodzenia. Ten rok, och to zabrzmi
tak banalnie, ale on był magiczny. Wszystko wywróciło się do góry nogami,
głównie za sprawą Jamesa! Od piątej klasy był moją kulą u nogi, ciągle za mną
chodził, prosił, ba!, błagał mnie o randkę, jednak zawsze wiedziałam, że nie
chciałabym mieć u swego boku kogoś tak szalonego. Jednak przez wakacje James
bardzo wydoroślał, nie mogę porównywać jego zachowania w tym roku, do lat poprzednich.
Zakochałam się w tej doroślejszej wersji Jamesa i mogę panią zapewnić, że nigdy
już do nikogo nie poczuję tego, co do niego. James jest pierwszym mężczyzną w
moim życiu i mam nadzieję, że ostatnim. Jeżeli pani nie pasuję jako przyszła
synowa, to niestety nie jest mój problem – moje świetne przemówienie
zakończyłam ostentacyjnym wzruszeniem ramion. A co!
- Cóż, pozostaje mi tylko pogodzić się z myślą, że będę miała tak mądrą córkę – odparła pani Potter,
czym mnie zaskoczyła. Zupełnie mnie zamurowało! – Myślę, że James wybrał osobę
sobie przeznaczoną i czuję, że takie uczucie jak wasze nie trafia się zbyt
często. Przepraszam Lily, za to nie do końca miłe powitanie i chciałabym
żebyśmy zaczęły od początku – dodała, podając mi rękę.
- Mów mi Doreo, jak Syriusz,
lub może mamo? – o to ostatnie zapytała i zaśmiała się – Jak wolisz – dodała. I
dopiero tym momencie zauważyłam tak
oczywiste podobieństwo Jamesa do jego mamy.
- Jak chcesz, Doreo –
odparłam i spojrzałam w stronę drzwi. W których to stał James i pan Potter.
- Słuchaliście naszej
rozmowy? – wyjęczałam, trochę się zawstydzając. W końcu co ja wygadywałam!
- Jesteście nieznośni –
dodała Doreo, spoglądając groźnie na dwóch panów P.
Tydzień w posiadłości
Potterów minął błyskawicznie. Po dojściu do porozumienia, świetnie się
dogadywałyśmy z mamą Jamesa. Nauczyła mnie dwóch fajnych zaklęć, byłyśmy na
wielkich, ciuchowych zakupach, przedstawiła mnie swoim przyjaciółkom i nauczyła
mnie gotować swoje popisowe danie, czyli uwaga pizzę! Kto by pomyślał, pierwsza
kolacja w domu Rogacza była wykwintna jak cholera, a później okazało się, że
wcale tak nie jest na co dzień. Dorea i pan Charlus zaskakiwali mnie z każdym
dniem coraz bardziej, ale czego można się było spodziewać po ludziach, którzy
spłodzili Jamesa? W końcu on też mnie ciągle czymś zaskakuje i zadziwia.
- Uważajcie na siebie, i
dajcie znać co z przeprowadzką Lily, jak coś to pomożemy – powiedziała Dorea,
ściskając nas na pożegnanie. Wezwaliśmy Błędnego Rycerza(chociaż już sobie
kiedyś obiecywałam, że więcej do niego nie wsiądę…) i pożegnaliśmy się z
rodzicami bruneta na tydzień. Teraz była kolej na kolejną wizytę u przyszłych
„teściów”.
Rozdział, tak właściwie o niczym, czyli tak zwana
zapchaj-dziura :) Następny będzie lepszy, a przynajmniej ja uważam, że jest to mój najlepszy rozdział jaki do tej pory napisałam(ależ skromnie :)
Miłego weekendu!
Aż mi się szkoda na początku Lily zrobiło że tak ją Dorea olewało :/ ale wszystko dobrze się skończyło :D Czas na rodziców Evans :D:D Czekam ten twój wspaniały rozdział :)
OdpowiedzUsuń~Nox
~Nox
Och już myślałam że Dorea będzie tak cały czas Lily olewała. To teraz pora na rodziców Rudej.
OdpowiedzUsuńJeżeli sądzisz TY sądzisz że następny rozdział jest najlepszy to nie mogę się go doczekać :D nawet nie wiesz jaką ulge poczułam gdy Lilka wytłumaczyła sobie wszystko z Doreą :) czekam czekam i doczekać sie nie mogę ^^
OdpowiedzUsuńLubię rozdziały o niczym. Fajnie, że Lilka dogadała się z Doreą. ;) No to teraz rodzice Rudej. Życzę weny i czekam na nexta ;3
OdpowiedzUsuń