wtorek, 18 listopada 2014

Rozdział 45 Ostatnie poprawki ślubne, czyli hajtaj się kto może!



Grudzień zwykle oznacza intensywne opady śniegu i gorączkę bożonarodzeniową. Sklepy i centra handlowe są szturmowane przez klientów, szukających idealnych prezentów pod choinkę, Świętych Mikołajów, robiących sobie zdjęcia z uradowanymi dzieciakami, oraz ekspedientów zachwalających swój „niezwykły” towar.
W tym roku, Święta nie były dla mnie najważniejsze. Albowiem wyczekiwanym przeze mnie (no, nie tylko ja wyczekuję tego dnia) dniem, był 20 grudnia, sobota, czyli dzień naszego Ślubu!
Większość rzeczy mieliśmy już pozałatwianych, miałam suknię, James garnitur, druhny też miały swoje sukienki, kupiliśmy obrączki (taki mugolski akcent, „czarodzieje nie noszą pierścionków” – jak to powiedział James, ale oczywiście się zgodził), catering (ta, moja mama, Dorea oraz pani Genowefa już przygotowały listę potraw, oraz znalazły świetną restaurację, która miała nam zapewnić szałowe żarełko), miejsce – czyli ogród i dom państwa Potter, goście już potwierdzili swoje przybycie (listę prezentów wysłałam razem z zaproszeniami, no co, niech wiedzą co mają kupić!).
- Zobacz, jest zawiadomienie! – zawołał James, podchodząc do łóżka, w którym jeszcze się wylegiwałam i podał mi gazetę.
Przeleciałam wzrokiem tekst i się uśmiechnęłam.
- Świetnie – odparłam i rzuciłam gazetę na podłogę – Zjadłabym śniadanko – dodałam tonem rozkapryszonej dziewczynki. James zaśmiał się i porwał mnie w ramiona.
- Już się robi – powiedział i zniósł mnie do kuchni.


- James, a myślałeś już o Świętach? Wiem, że ślub jest priorytetem, jednak co z Gwiazdką? – zapytałam, gdy poszliśmy na spacer po okolicy. Śniegu było mnóstwo, zimny wiatr smagał nasze twarze, a my dalej brnęliśmy i cieszyliśmy się wspólnie spędzaną chwilą. Ostatnio takich momentów było niedużo, przygotowania zajmowały cały mój wolny czas, a James zajęty był Miesiącem Miodowym, który to miał być dla mnie niespodzianką i zarazem prezentem.
- Święta spędzimy w naszym domu, gorąco się kochając pod choinką – odparł i zaśmiał się z mojej miny.
- No plan całkiem niezły, ale nie uważasz, że powinniśmy zaprosić rodziców, Petunię? – zapytałam, przytrzymując się ramienia Rogacza, gdy zaczęłam ślizgać się na chodniku. Niestety, zupełnie nie umiem chodzić po lodzie, od razu tracę równowagę i zaczynam wymachiwać ramionami jak szalona.
- Może spędźmy te Święta sami? Ciesząc się swoim towarzystwem, bez tego całego zadęcia, objadania się, strojenia? – odparł James, przysuwając mnie do swojego boku, gdy prawie się wywaliłam. Dobry refleks!
Zamyśliłam się i po chwili doszłam do wniosku, że to całkiem sensowne. W końcu 20 grudnia będzie ślub, to będziemy mieli wielkie spotkanie rodzinne, także po co mamy znowu za te pięć dni się spotykać?
- Dobrze, spędzimy je we dwójkę – powiedziałam i zostałam pocałowana w usta.
- Zobaczysz, to będą cudowne Święta – zapewnił mnie James i poprowadził w kierunku domu.

 
- Ekipa już rozkłada namiot w ogrodzie – powiedziała Dorea, wchodząc do salonu. Siedziałam u Potterów, omawiałyśmy z mamą Jamesa nasze plany i dopracowywałyśmy ozdoby, które zostaną rozwieszone już jutro, czyli w piątek.
- Dzwoniłam do florystki, powiedziała, że wszystko będzie gotowe na czas, zarówno mój bukiet, jak i ozdoby kwiatowe do domu i namiotu – odparłam i napiłam się łyk kawy.
- Ach, ten telefon to doskonały wynalazek! Namówiłam Charlusa, po Nowym Roku ma przyjść montażysta i nam go założyć – powiedziała podekscytowana Dorea – Będę mogła dzwonić do twojej mamy, do was i hm, no nie wiem czy jeszcze jakiś nasz znajomy ma telefon – zamyśliła się.
Uśmiechnęłam się lekko, słysząc te rewelacje. Rodzice Jamesa byli zachwyceni naszymi (właściwie głównie używanymi przeze mnie) sprzętami mugolskimi. Telefon, mikrofalówka, telewizor – głównie te przedmioty użytku codziennego zadziwiały moich już prawie- teściów.
- To świetnie, przyda wam się, szczególnie jak pojedziemy w podróż poślubną – odparłam – Tak właściwie, James ci powiedział co zaplanował? – zapytałam.
Dorea spojrzała na mnie, i od razu to wiedziałam!
- Wygadał się! Czemu mi nie chce powiedzieć? – zapytałam.
- Niespodzianka – przypomniała mi Dorea, i poszła pilnować czarodziejów, znajdujących się w ogrodzie.


Piątek nadszedł bardzo szybko. Od rana czułam się zestresowana jak jeszcze nigdy w życiu! Nawet egzaminy na mnie tak nie podziałały jak organizacja i sam ślub.
- Lily, od rana zbiłaś już dwa kubki i spaliłaś tosty – powiedział do mnie James, wyjmując z moich niepewnych rąk wazon – Może usiądź i się zrelaksuj? – zaproponował, prowadząc mnie do sofy.
Zatopiłam się w miękkim siedzisku i zaczęłam liczyć oddechy. Zawsze się tak uspokajam.
- Chcesz coś do picia? – zapytał i zaczął mi lekko masować ramiona.
- Nie – odparłam – James, czy ty się w ogóle nie stresujesz? – zapytałam i spojrzałam w górę, na twarz ukochanego. Rogacz uśmiechnął się lekko i odparł:
- Czemu ma mnie stresować najbardziej wyczekiwany dzień w moim życiu? Od piątej klasy marzyłem o tej chwili, więc nie chcę jej teraz zepsuć niepotrzebnymi nerwami.
I w tym momencie poczułam, że trzymający mnie od rana stres i niepokój, gdzieś się ulatnia. Popatrzyłam na jego twarz i wszystko zrozumiałam.
To będzie najszczęśliwszy dzień w moim życiu, będzie to niekończąca się gwarancja naszej miłości, uczucia, które jeszcze nie tak dawno temu, nie miałoby żadnej racji bytu. Więc w żadnym razie nie powinnam się przejmować tym, że komuś coś nie będzie pasowało, albo nas obgada. Nasze uczucie jest gwarantem naszego szczęścia, jest to najlepsze, co nas mogło spotkać. Bo, hej!, nie każdy może znaleźć miłość swojego życia, swoją drugą połówkę. A ja cóż, wstyd się przyznać, ale nawet nie szukałam! To on mnie znalazł, to on nadal mojemu życiu sens.
Moje życie już na zawsze będzie związane z tą jedną, wyjątkową osobą.
James Potter będzie należał tylko do mnie, tak jak ja do niego.
To jest moja jedyna pewność w życiu, nigdy nie wiadomo co się może wydarzyć, jednak wiem, że razem jesteśmy w stanie pokonać każde wyzwanie, jakie rzuci nam przyszłość.
Z tym mężczyzną się zestarzeję, będę miała dzieci, a kto wie, może i wnuki?
- Kocham cię – powiedziałam, patrząc prosto w orzechowe tęczówki chłopaka.
- Ja ciebie też – odparł.


- Lily! – krzyknęła Dorcas wchodząc do jednej z wielu sypialni w domu państwa Potter. Tego dnia została mi udostępniona jako salon kosmetyczny, salon fryzjerski oraz garderobę, czyli tak, to tutaj miałam przyszykować się do ceremonii zaślubin.
Dorcas jako jeszcze niespełniona magismetyczka, uznała, że to ona mnie pomaluje, oraz uczesze na tą najważniejszą ceremonię w moim życiu. Mary, jako osoba praktyczna zajęła się wypakowywaniem i prasowaniem (oczywiście różdżką) mojej sukni ślubnej, a Petunia zajęła się sprzątaniem wszystkiego dookoła.
Jednak druhny, to cudowne istoty.
Była dopiero 10, ceremonia miała się zacząć o 17, więc miałyśmy mnóstwo czasu.
- To zacznijmy od paznokci – zadecydowała Dorcas.

O 16 poczułam lekkie ssanie w brzuchu. Nie, nie był to głód, był to lekki stres, ale wiecie, taki miły? To coś takiego, jak nie widzisz jakiejś osoby szmat czasu, załóżmy pięć lat i masz się z nią spotkać, odczuwasz wtedy lekki stres i radość jednocześnie.
W tym momencie, czułam właśnie coś takiego, stres i radość.
Czułam, że dłonie leciutko mi drżą, nogi są jak z waty, a w głowie miałam milion myśli na raz.
W końcu nadszedł ten dzień.
- Wyglądasz cudownie – powiedziała Petunia, wycierając sobie załzawione oczy chusteczką.
- Bosko – dodała Dorcas, zadowolona z pracy jaką odwaliła.
- Czarująco – wyszeptała Mary.
Trochę niepewnie podeszłam do lustra i zamarłam.
Wyglądałam, cóż, wyglądałam naprawdę ładnie.
Elegancko, jednak skromnie. Z klasą.
Miałam gładko upięte włosy w kok, parę loków puszczonych wokół twarzy.
Makijaż naturalny, z niewiarygodnie długimi rzęsami i lekko podkreślonymi ustami.
Paznokcie pomalowane w dosyć naturalnym, różowym kolorze.
Suknia opięta na górze i luźno puszczona od linii bioder.
- Dziękuję – wyszeptałam do dziewczyn.
- Nie musisz się martwic o makijaż, rzuciłam zaklęcia, na pewno nic się nie rozmaże – zapewniła mnie Dorcas.
Uśmiechnęłam się do moich druhen, założyłam wysokie obcasy, wzięłam bukiet w rękę i stanęłam przy drzwiach.
- Wy pierwsze – powiedziałam i patrzyłam jak po kolei wychodzą. Muzyka na dole już grała, słyszałam głosy gości. Wciągnęłam głośno powietrze i wypuściłam je.
- To idę – powiedziałam do siebie i uśmiechnęłam się.
Zaczynał się najpiękniejszy rozdział w moim życiu.


 ***
Rozdział jakiś krótki? Serio, jest króciuteńki, aż wstyd takie coś publikowac. Jednak następny będzie na pewno dłuższy, więc będzie zachowana jako- taka równowaga :) Ostatnio znalazłam folder z niepublikowanym opowiadaniem o Huncwotach, normalnie tak się śmiałam przy czytaniu... Mam nadzieję, że to opowiadanie nie jest tak żałosne jak tamto, chociaż pewnie jak je przeczytam za dwa lata to będę sobą załamana... Pisanie idzie mi nieźle, ostatnio prawie codziennie udaje mi się napisać przynajmniej pół rozdziału, także jest dobrze :) Nie przynudzam, do następnego!

4 komentarze:

  1. Och dziewczyno jak można skończyć w takim momencie ? No ja się pytam jak ? Rozdział jak zwykle genialny i nie mogę doczekać się następnego.

    OdpowiedzUsuń
  2. Awww... to takie kochane <3 i rozdział naprawde świetny ;) (to się robi troche nudne xDD) nie mogę sie doczekać tej podróży poślubnej :D czekam :*

    OdpowiedzUsuń
  3. Chce więcej . Czekam na next

    OdpowiedzUsuń
  4. Awwwww <3 Lecę czytać następny ^U^

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.