poniedziałek, 10 listopada 2014

Rozdział 40 Wakacje cz. 2



Poranek był jeszcze gorszy niż wieczór. Obudziłam się około szóstej rano i od razu pobiegłam do łazienki. Zwymiotowałam wszystko to, co zjadłam poprzedniego dnia po powrocie do domu.
- Lily, wszystko gra? – James stał w drzwiach od łazienki i patrzył jak myję zęby. Dobrze, że nie widział mojego przedstawienia pod tytułem „Paw gigant”.
- Już lepiej – odparłam. Bo serio, już czułam się normalnie – To pewnie niestrawność – dodałam, mijając J w drzwiach.
- Może powinnaś iść do magomedyka? – zasugerował brunet, przewiercając mnie spojrzeniem.
- Nic mi nie jest, przecież powiedziałam! – wybuchnęłam niczym uśpiony wulkan – Daj mi spokój – jeszcze wysyczałam i zeszłam na dół.
Tak właściwie nie wiem co mnie opętało. Może zły humor? Bo wiecie, jak się wymiotuje wieczorem i to samo robi się rano, to cóż, nie jest fajnie. 
Ale gdy tylko zeszłam na parter, od razu poczułam palące poczucie wstydu. Bo zachowałam się jak totalna suka, James się o mnie martwił, a ja na niego nawrzeszczałam.
Wzięłam łyk ciepłej mięty i usłyszałam kroki za sobą.
- Już się uspokoiłaś? – zapytał Rogacz. Spojrzałam na niego i kiwnęłam głową.
- Przepraszam – wyszeptałam między siorbnięciami herbatki.
- Lil, musisz wiedzieć, że ja się tylko o ciebie martwię. Nie wiem co bym zrobił, gdyby coś ci się stało… - powiedział, po czym przytulił mnie mocno.
- Jeżeli to się będzie powtarzać, to pójdę do lekarza – westchnęłam w jamesowy tors.


Po śniadaniu, po którym, na szczęście nie było żadnych, obrzydliwych niespodzianek, znowu poszliśmy na plażę. Bo w końcu co można robić w mieście, które głównie słynie z pięknych plaż, oraz drogich knajp? Smażenie się, wychodzi taniej.
Moja skóra, powoli zaczęła przybierać ładniejszy odcień, z buraczka zmieniała się na lekko brązową. Zapewne jak mi zejdzie opalenizna to nie będę zadowolona – powstaną mi nowe piegi, ale James mnie zapewnia, że uwielbia te plamki. Mówi, że są seksowne. Serio, nie wiem jak to może mu się podobać…
- Może jutro teleportujemy się do Madrytu? – zaproponowałam, gdy chłopcy poszli pływać, a raczej ochlapywać się i podtapiać, w morzu.
- Dobry pomysł! – krzyknęła entuzjastycznie Dorcas – Tam jest o wiele więcej sklepów…
No dobra, to chyba jednak nie był najlepszy pomysł. Black mnie zamorduje.
- Chodźcie do wody, jest świetnie! – wykrzyknął Syriusz, otrzepując się nad nami niczym pies.
- Syriuszu, popsujesz moją opaleniznę! – powiedziała Dorcas, patrząc na swojego chłopaka zabójczym wzrokiem i wycierając się ręcznikiem z kropelek słonej wody.
- Chodź, Lily – powiedział James, po czym mnie podniósł i właściwie zarzucił sobie na ramię.
- James, niee – wyjęczałam, czując wywracającą się zawartość żołądka.
Brunet nie posłuchał moich jęków oraz przekleństw i po prostu wrzucił mnie do wody.


- Dobra, to nie jest normalne, jutro jak będziemy w Madrycie, pójdziemy do tamtejszego oddziału Munga – powiedział do mnie James, przez drzwi.
Po powrocie do domu i zjedzeniu obiadu, znowu zajęłam łazienkę. I nie po to, żeby brać kąpiel, czy coś równie przyjemnego. Zwróciłam do muszli klozetowej cały posiłek.
- Możesz mi przynieść wody? – zapytałam, wychodząc z łazienki i kładąc się na łóżku. Wymiotowanie jest męczące.
- Jasne – odparł i szybko zbiegł do kuchni. Przyłożyłam sobie chłodną rękę do spoconego czoła i zaczęłam intensywnie myśleć.
Zmienne nastroje, wymiotowanie poranne i po posiłkach, apatia, chęć na potrawy których się wcześniej nie lubiło. Przypomniałam sobie, jak ostatnio objadałam się śledziami, albo ogórkami z miodem.
- Merlinie – wyszeptałam i położyłam rękę na płaskim brzuchu – Przecież się zabezpieczaliśmy – dodałam do siebie, podciągając sobie koszulkę i patrząc z niedowierzaniem na opalony brzuch. Całkiem płaski.
- Twoja woda – powiedział James, podając mi zroszoną kropelkami wody szklankę, z zimnym płynem. Napiłam się łyk orzeźwiającej wody i z powrotem się położyłam. Rękę umieściłam na brzuchu. W którym z pewnością rozwijało się coś małego.
- Jeszcze się źle czujesz? – zapytał J, patrząc na moją bladą twarz.
- Czuję się o wiele lepiej – odparłam i lekko przyciągnęłam Jamesa do siebie. Położył się koło mnie i splótł swoje palce z moimi.
- Lil, zaczynam się martwic. Najpierw wymiotujesz, potem masz zmienne nastroje, chociażby teraz, uśmiechasz się jak szalona – powiedział, dotykając dłonią moich uniesionych policzków.
- Wszystko jest dobrze – wyszeptałam i położyłam nasze splecione dłonie na swoim brzuchu.


- To wy idźcie na zakupy, a my coś załatwimy – powiedziałam, uśmiechając się do przyjaciół. Dorcas z piskiem rzuciła się w stronę sklepów, reszta ze smutnymi minami, ruszyła się za nią.
- A my gdzie idziemy? – zapytał James, rozglądając się po centrum miasta.
- Do szpitala – odparłam, łapiąc zaskoczonego bruneta za rękę i ciągnąc w stronę uliczki, w której jak się wcześniej dowiedziałam, miało być wejście do recepcji.


- Mamy już pani wyniki, pani Evans – powiedziała magomedyczka, zapraszając nas do swojego gabinetu – Zapewniam państwa, że wszystko jest w jak największym porządku – dodała, widząc zmartwioną minę Jamesa.
- Tak myślałam – odparłam, lekko się uśmiechając. Doktor Lopez spojrzała na mnie i lekko kiwnęła głową.
- Widzę, że pani już wie, co to za dolegliwość – zaczęła z uśmiechem – Proszę państwa, to ciąża. Który to tydzień, dowiemy się po zrobieniu badania magoUSG – dodała. Spojrzałam na zszokowaną minę Jamesa i uśmiechnęłam się do medyczki.
- Możemy od razu? – zapytałam. Czułam coraz większą ekscytację. A J, cóż, nadal siedział jak skamieniały.
- Zapraszam na leżankę – powiedziała i poczekała aż się wygodnie ułożę. James, niczym zombie podszedł do nas i spojrzał na mały ekranik.
- Hmm, z tego co tu widzę, to jest to już 7 tydzień. Przepiszę pani niezbędne witaminy i myślę, że następna wizyta będzie za miesiąc – dodała, zapisując coś w mojej karcie medycznej.
- Następna wizyta będzie w Londynie, więc czy będzie możliwość przesłania tam mojej karty? – zapytałam, poprawiając ubranie i łapiąc Jamesa za rękę. Ten nadal był sztywny i dziwnie się zachowywał.
- Jak najbardziej – odparła. Wyszliśmy z gabinetu.
- James, powiedz coś – wyszeptałam, gdy usiedliśmy na ławce przed wejściem do szpitala. Brunet od momentu stwierdzenia ciąży milczał jak zaklęty.
- Lily – powiedział i spojrzał na mnie. W końcu! – To jest niewiarygodne – dodał, spoglądając a to na moją twarz, a to na brzuch.
- Myślę, że jak najbardziej wiarygodne – odparłam z uśmiechem.
- Będziemy mieli dziecko… - wyszeptał, patrząc mi w oczy – Twoja mama nas rozszarpie, przecież mówiła wyraźnie: najpierw ślub, później dzieci! – krzyknął.
Kurczę, ten to ma problemy!
- Co tam moja mama, powiedz co TY o tym myślisz! – odparłam zniecierpliwiona. Bo nawet nie powiedział, że jest szczęśliwy, ani nic. Zrobiło mi się trochę przykro.
- Co o tym myślę? – powiedział robiąc wesołą minę – Myślę, że czas kupić dziecięcą miotełkę i wybrać chrzestnych! Jestem bardzo szczęśliwy – dodał, wciągając mnie na swoje kolana. Przytulił mnie delikatnie i pocałował.
- Też jestem szczęśliwa. Chociaż mam nadzieję, że te wymiotowanie niedługo się skończy…


Postanowiliśmy, że na razie nic nie powiemy przyjaciołom. Uznałam, że to jeszcze za wcześnie, chciałam zachować nasze szczęście tylko dla nas. Co prawda, wiedziałam, że Jamesowi będzie trudno nie powiedzieć czegoś chłopakom, ale uznaliśmy, że ta sprawa jest tak delikatna, że nie chcieliśmy o niej od razu debatować. I to z Blackiem. I słuchać jego zapewne idiotycznych tekstów. Nie i tyle.
Wspólnie zadecydowaliśmy, że z dwóch tygodni, skrócimy wakacje do tygodnia. Jakoś wszyscy mieli dość tego skwaru, wydaliśmy niezłą fortunę (w końcu nikt oprócz Jamesa i Syriusza, nie miał pełnej skrytki u Gringotta), a poza tym, ten klimat zupełnie mi nie służył.

Do Doliny Godryka wróciliśmy za pomocą teleportacji. Magomedyczka Lopez, stwierdziła, że nie ma żadnych przeciwwskazań do tego typu przemieszczania się, więc niczym się nie martwiłam, w końcu zna się na rzeczy.
- I jesteśmy w domu – powiedział James, kładąc bagaże przy drzwiach wejściowych i prowadząc mnie do sofy – Odpocznij sobie, a ja przyniosę ci szklankę soku – dodał i poszedł do kuchni.
James przez te cztery dni, odkąd dowiedział się o ciąży, zachowywał się bardzo troskliwie. Pilnował żebym nie nosiła ciężarów, żebym zawsze dostawała do jedzenie to, na co miałam ochotę, a nawet przekonał Blacka, żeby nie wylewał na siebie tyle perfum, bo od tego zapachu robiło mi się niedobrze.
- Dzięki – powiedziałam i wypiłam łyk chłodnego soku – Chyba pójdę wziąć prysznic – dodałam i poszłam po schodach na górę.
Rozbierając się, pogładziłam swój jeszcze płaski brzuch i uśmiechnęłam się sama do siebie. Weszłam pod lejącą się wodę i namydliłam się swoim ulubionym, malinowym, żelem pod prysznic.
To stało się w jednej chwili, najpierw poczułam delikatny ból brzucha, w następnym momencie zgięłam się z bólu.
- Nieee – wyjęczałam, widząc, że woda zabarwia się na czerwono – Nie, nie, nie!! – krzyknęłam, siadając w brodziku. Złapałam się za bolący brzuch i pomyślałam, po raz pierwszy w życiu, że nie chcę już żyć. Jakaś część mnie, zginęła razem z moim maleństwem.


Z dziennika Jamesa Pottera
Dwa tygodnie później
- James, martwię się, Lily już od dwóch tygodni nie wstaje z łóżka. Prawie się nie odzywa, patrzy tym martwym wzrokiem… - powiedziała mama, spoglądając na mnie ze łzami w oczach.
Spojrzałem przed siebie i zagryzłem wargi. Od chwili, kiedy znalazłem zakrwawioną Lily, powiedziała do mnie może parę zdań. „Nie chcę”. „Odejdź”. „Nienawidzę siebie”. „Zabiłam swoje dziecko”.
Te słowa i widok załamanej Lily co chwilę stawały mi przed oczami. Od dwóch tygodni czułem się niczym żywy trup, może i w miarę normalnie funkcjonowałem, ale to było tylko na pokaz. 
W środku umierałem, widząc jak moja ukochana się męczyła. Mówiłem jej, że magomedycy powiedzieli, że to nie jej wina, że nic złego nie zrobiła, czasem po prostu dziecko jest za słabe. Jednak Lily obarczała się całą winą, wszystko przestało dla niej istnieć. 
Co mnie najbardziej bolało, ja przestałem dla niej istnieć. Nie dawała się ani dotknąć, ani pocieszyć. Żyła w próżni, przestała jeść, cały czas płakała lub milczała. Gdyby chociaż okazywała jakieś uczucia!
Krzyczała, przeklinała, nawet wyżywała się na mnie. Wszystko było by lepsze, od tego milczenia i niemego przyjmowania całej winy, na jej wątłe, dziewczęce barki.
Lily zmieniła się w krótkim czasie z pełnej życia dziewczyny, szczęśliwej, z planami na przyszłość, w chudą, nieszczęśliwą istotę.
- James, musisz coś zrobić, ona to za bardzo przeżywa. Rozumiem ją, też straciłam dziecko, ale nie było ze mną tak źle. Miałam nadzieję… – powiedziała mama, gładząc mnie po dłoni.
- To jest takie trudne. Ona mnie zupełnie odtrąca – wyszeptałem, wyrywając rękę z uścisku matki i wkładając ją we włosy, jeszcze bardziej je czochrając.
- Może jej mama ma rację, może powinna się na razie przeprowadzić do swoich rodziców? – zapytała.
- To nie jest dobre rozwiązanie – odparłem. Właśnie tego najbardziej się bałem, gdy Lily teraz odejdzie do rodziców, już nigdy jej nie odzyskam. Nie, dawnej Lily.
- Jej potrzeba czasu – powiedziałem, sam nie wierząc w to, co mówię. Lily miała już dość czasu.
Mama spojrzała na mnie i pokręciła głową.
- Muszę już iść, przyjdę jutro – wyszeptała.


- Lily, musisz coś jeść – powiedziałem, do szczelnie zakrytej kołdrą, dziewczyny.
- Nie – usłyszałem cichy głos spod kołdry. Kolejne słowo do kolekcji. „Nie”.
- Bo opadniesz z sił… Zobacz mam twoje ulubione maliny – powiedziałem, odkrywając kołdrę. W tym momencie jakby coś w nią wstąpiło. Wstała z łóżka i zaczęła krzyczeć:
- Nie będę jadła malin! Nienawidzę ich, rozumiesz?! Nienawidzę też ciebie, chociaż siebie jeszcze bardziej! Nie chcę nic jeść, nie chcę cię widzieć! Zostaw mnie w spokoju!
Wyrwała mi z rąk miskę z owocami i rzuciła nią w ścianę. Na białej farbie powstały czerwone zacieki.
- Krew – wyjęczała, patrząc na brudną ścianę.
Nie wytrzymałem, wyszedłem z pokoju i po raz pierwszy w swoim świadomym życiu zacząłem płakać. 


***

Przepraszam, nie bijcie mocno, dobrze?
Jak odwaliłam dramat, to pełną gębą, strasznie trudno było mi o tym pisać, także, nie spodziewajcie się więcej jakiś tragedii...
Nie wiem co tu mogę więcej napisać, postaram się następny rozdział dodać jak najszybciej, 
może jutro?
Z niecierpliwością czekam na wasze reakcje!


4 komentarze:

  1. OMG no tego to ja się nie spodziewałam. Rozdział ciekawy.

    OdpowiedzUsuń
  2. czy ty do cholery jasnej jesteś normalna?!?!?!?! boże nie nie nie i nie powiedz że w nastepnym rozdziale okaże się że to tak narpawdę sen i J albo Lilka zaraz się obudzą :'( jezu rycze no tak nie można :(((( niech ona zacznie zachowywać się normalnie :) to dawaj szybko next i wyjaśnij całą sytuacje ^^

    OdpowiedzUsuń
  3. Ty...ty...ty...Jak mogłaś?!!!! Nie no ryczę ;-; Czeeeeeemuuuuu?! Nexta poproszę ;-;

    OdpowiedzUsuń
  4. WHY ?!?!?!?!?!?!?! jak mogłaś ;_; moje życie nie ma sensu, jesteś okrutna !!!

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.