wtorek, 4 listopada 2014

Rozdział 37 Wielki De, czyli fontanna okropności



Po zapakowaniu kufra niewiarygodną ilością rzeczy(dzięki ci Merlinie za zaklęcie powiększające!), pokręceniu się po domu i pogawędce z mamą, w końcu do domu wrócił tata. I jak to on, zajął się „męskimi” sprawami, czyli zaczął dłubać przy samochodzie. James stwierdził, że musi się podszkolić z typowo mugolskich sprzętów i przedmiotów, więc poszedł mu pomagać. Chociaż jestem pewna, że ta pomoc skończy się na wypiciu co najmniej dwóch piw i obgadywaniu mnie i naszych znajomych.
- Właśnie dzwoniła Petunia, powiedziała że jutro przyjadą i zostaną na weekend – poinformowała mnie mama, gdy weszła do kuchni w której urzędowałam. Dawno nic nie gotowałam, w szkole robiły to skrzaty, u Potterów Dorea, która dała mi zakaz na gary, ale u nas, taaak, w końcu mogę się wyżyć kulinarnie! Więc postanowiłam, że upiekę sernik, w końcu wszyscy lubią sernik. Bo, znacie kogoś, kto go nie lubi? Ja, nie.
- To świetnie – odparłam, wyrabiając kruche ciasto – Vernon też zostanie? W końcu mówiłaś, że przejmuje tą firmę ojca, co to oni produkują? – zapytałam.
- Świdry – odpowiedziała mama, wsypując do gotowej masy serowej rodzynki – Vernon ich tylko przywiezie i wraca. Jest strasznie zapracowany.
Mama zaczęła plotkować, opowiadać co u rodziny i znajomych, a ja zaczęłam rozmyślać. Wszyscy mniej więcej wiedzą co chcą robić w przyszłości. Petunia postanowiła, że zostanie gospodynią domową i mamą na pełen etat, a zarabianiem pieniędzy zajmie się Vernon. Dorcas chce za wszelką cenę otworzyć swój Salon Magosmetyczny na Pokątnej i znając jej upór, na pewno jej się to uda. Mary uwielbia wszystkim pomagać, więc jako magomedyk będzie świetna. Syriusz i James, to jest wiadome od dawna – Aurorzy. Chociaż teraz, to będzie dosyć nudny zawód, Voldemort został pokonany, z każdym dniem wyłapywani są najgroźniejsi Śmierciożercy. Chociaż, to może dobrze, nie będę się tak o niego martwic. Z tego co mi wiadomo, to tylko ja i Remus mamy niesprecyzowane plany na przyszłą karierę zawodową. Tylko, że Remus ma dobry powód, obawia się, że z jego wilkołactwem nikt go nie będzie chciał zatrudnić. A ja? Uch, po prostu jestem niezdecydowana!
- Lily, mówię do ciebie! Wkładaj ciasto do piekarnika, zawołaj tatę i Jamesa, podaję kolację – powiedziała mama, przerywając moje rozmyślenia.
Zeszłam do garażu i zawołałam facetów na kolację. Ważne przemyślenia zostawiłam sobie na później.


- Cześć! – zawołała Petunia, bezceremonialnie wkładając mi w ramiona śpiącego Dudleya. Jaki słodki grubasek! – Lily, nie trzymaj go jak spleśniałej skarpetki, podtrzymuj mu główkę – poinstruowała mnie siostra, odkładając na półkę swoją torebkę i miliony innych przedmiotów przeznaczonych dla dziecka. Właśnie weszła do domu.
- Co tu tak śmierdzi? – zapytał James, wchodząc do holu. Petunia tylko przewróciła oczami, pomachała do odjeżdżającego Vernona i skierowała się do salonu. Poszliśmy za nią, ja ze śmierdzącym Dudley’em na rękach i James ze zniesmaczoną miną.
- Trzeba go przewinąć – powiedziała Petunia, rozkładając na środku salonu przewijak – Tak w ogóle, to gdzie jest mama? – zapytała, biorąc ode mnie dziecko i zaczynając operację rozbierania go z różnych warstw ciuszków i pieluszek.
- Wyskoczyła do sklepu – odpowiedziałam, próbując nie zaglądać do brudnej pieluszki. Chyba zwymiotuję! Co ten dzieciak je?!
- Wyjmij z tamtej torby – powiedziała Peti, wskazując na sporą zieloną torbę – Pieluszki, talk, oliwki, chusteczki i co tam jeszcze znajdziesz – dodała, zwijając w kulkę zużytą pieluchę. Fee.
- James, byłbyś tak miły i wyrzucił to do kosza? – zapytała Tunia, wskazując brunetowi na zużytą pieluchę. Haha! Wiem, nie powinnam, ale dzięki ci siostro, że to nie mnie o to poprosiłaś!
James z niezadowoloną miną poszedł do kuchni z małym, śmierdzącym zawiniątkiem.
- No, dobra, jest już czyściutki i pachnący – stwierdziła Petunia i znowu wcisnęła mi w ramiona Dudley’a – Umówiłam się z koleżankami ze szkoły, wszystko macie w torbach, na pewno sobie poradzicie. To ja lecę, paaa! Będę za parę godzin – dodała blondynka i najnormalniej w świecie, wyszła z domu!
Chwilę zajęło mi zrozumienie, co się stało, aż w końcu to do mnie dotarło. Jesteśmy z Jamesem sami w domu, z małym dzieckiem. No dobra, może nie takim małym, Dudley swoje waży… Ale, po pierwsze, Petunia nie zostawiła nam instrukcji obsługi dziecka. Po drugie, w życiu nie zajmowałam się tak małymi dziećmi. A po trzecie, aaaaaaa, panika!!
- Wyrzuciłem – oznajmił James, wchodząc z powrotem do salonu i rozglądając się po nim – A gdzie jest Petunia? – zapytał, widząc moją nieszczęśliwą minę.
- Wyszła na spotkanie z przyjaciółkami – odpowiedziałam, nadal nie wierząc w to, co zrobiła moja siostra.
- I zostawiła nas z dzieckiem? – zapytał James, robiąc przerażoną minę.
Kiwnęłam głową, podeszłam do J i dałam mu dziecko.
- Trzymaj go, jest strasznie ciężki – powiedziałam. Serio, ten dzieciak ma około dwóch miesięcy, czy coś koło tego, a waży tyle, ile średniej wielkości pies. Albo i więcej.
James, zaczął dziwnie manewrować Dudley’em, aż w końcu usiadł, a właściwie prawie położył się na sofie i usadowił sobie malucha na torsie.
- Jakiś grzeczny jest, nie? – powiedział, uśmiechając się do dziecka. I w tym momencie nastąpiło coś tak obrzydliwego, że chyba jednak odpuszczę sobie posiadanie dziecka.
James lekko poklepał zadowolonego D po pleckach i po prostu nastąpiła erupcja, poprzedzona głośnym beknięciem. Z Dudleya ulewało się jak z fontanny, biała, obrzydliwa substancja była wszędzie. Na koszulce J, na dzieciaku, na sofie i na podłodze.
- Merlinieeee – wyjęczał brunet, patrząc na swoją upapraną koszulkę. Tą ulubioną ze złotym zniczem – Lily, ratuj! – zawołał, nie mogąc się ruszyć, żeby bardziej wszystkiego nie uświnić.
A ja, jak ten magik, wyciągnęłam różdżkę i użyłam, jakże pożytecznego czaru czyszczącego.
- No – powiedziałam zadowolona. Sofa czysta, podłoga też, jednak gorzej z Dudley’em.
- Chyba trzeba go przebrać – zauważył J, siadając na kanapie i sadzając sobie popiskującego D na kolanach – Dobrze, że z koszulki zeszło… - dodał, spoglądając na swój czarny t-shirt.
Zaczęłam grzebać w torbach, pozostawionych przez Petunię, a James leciutko gilgotał zadowolonego szkraba pod potężną bródką. Jedną z dwóch.
- Śmieszny jesteś, Wielki De – powiedział J do malca, gdy ten złapał go za palec i nie chciał puścić – Silny jest, wiesz jak mocno mnie ściska? – dodał, zwracając się do mnie.
- Znalazłam jakieś ubrania, zdejmiesz mu te upaprane? – zapytałam, widząc zasychające plamy na pajacyku Dudleya.
James sprawnie uporał się z rozbrykanymi rączkami i nóżkami dziecka, które przeszkadzały mu w rozbieraniu i podał mi bobasa w samej pieluszce.
- No dobra, Wielki De, ciotka cię teraz ubierze – powiedziałam, patrząc w niebieskie oczy malucha. D, normalnie chyba mnie zrozumiał, bo nagle znieruchomiał i zaczął się ślinić – Patrz, lubi mnie! Chyba się uśmiechnął – powiedziałam do siedzącego obok mnie Jamesa. Ten tylko się zaśmiał i wytarł chusteczką oślinioną buzię dziecka.
- Więc przebraliśmy go, jest zadowolony i jeszcze się obrzydliwie nie wypróżnił – zauważyłam – To co robimy? – zapytałam, patrząc na Jamesa.
- Może się z nim pobawmy? – zaproponował. Tak, no spoko, tylko jak się bawić z tak małym dzieckiem?
- Wiem! – powiedział i wyciągnął różdżkę. Po chwili po pokoju latały światełka, ptaszki i małe wiewiórki(ekhm).
- Jest zachwycony – zauważyłam, gdy popatrzyłam na skupioną na tych cudach, twarzyczkę D.
- A kto by nie był zachwycony, co kolego? – zapytał James, gilgocząc D po tłustym brzuszku.
- Myślę, że każdy – odpowiedziałam, czując łzy wzruszenia pod powiekami. Bo nagle okazało się, że James ma taki fajny kontakt z dziećmi! I tak ładnie się nimi zajmuje, no powiedzcie, czy to nie ideał?
- Hej, Lil, co jest? – zapytał James, przyciągając mnie do siebie. Siedzieliśmy we trójkę przytuleni, a ja sobie, nie wiem z jakiego powodu, cichutko pociągałam nosem.


- Już jestem! – zawołała Petunia, wchodząc do domu razem z mamą. A to świnki!
- Zaplanowałyście to? – wyszeptałam wściekle. W salonie, w rozstawionym przez Jamesa turystycznym łóżeczku spał Dudley.
- Oczywiście, że tak. Musieliście się sprawdzić – odparła Petunia, jakby to było coś najnormalniejszego w świecie, zostawiać malutkie dziecko, pod opieką dwóch, nieznających się na obsłudze szkrabów, osobach.
- Jesteś straszna – powiedziałam, przytulając lekko siostrę – Ale było fajnie – dodałam, uśmiechając się do kobiet.
- Ważne, że przeżył – zauważyła mama(no, dzięki!) i poszła do salonu, w którym to siedział James i pilnował śpiącego Dudleya.
- Cześć, Dudziaczku – wyszeptała Tunia i pogłaskała malucha po brzuszku – To macie już wolne – dodała, zwracając się do nas. Dzięki ci, łaskawco!


Piątkowy wieczór spędzaliśmy u mnie w sypialni. Tylko bez podtekstów! Głównie odpisywaliśmy na listy od przyjaciół, a ja nadal przeglądałam moją gigantyczną garderobę.
- Syriusz namawia nas na wakacyjny wyjazd. Pisze, że rodzice Dorcas mogą udostępnić nam swój letni domek w Hiszpanii, na początku lipca – powiedział James, przeglądając te parę pergaminów wysłanych przez Blacka. To się rozpisał!
- Fajnie, byłam tam z dziewczynami. Marbella to typowo wypoczynkowe miasto, jest śliczne, odpisz Syriuszowi, że jedziemy! – krzyknęłam z garderoby, wkładając do kufra moją ulubioną czarną sukienkę.
- To co, plan mamy taki, we wtorek przenosimy się do naszego domu – zaczął mówić James – I za parę dni jedziemy na wakacje? – dodał z uśmiechem.
Kiwnęłam głową i zamknęłam kufer. Koniec pakowania!
- O, Wielki De płacze – zauważył James, gdy przez ściany dotarł do nas dziki ryk dziecka. Ale ma maluch płuca, niewiarygodne!
Wyciszyłam pokój i wsunęłam się koło Jamesa, pod kołdrę.


***
Sprawy organizacyjne - jak zauważyłyście(albo i nie:) dodałam nowe "coś" na blogu. 
Po prawej stronie, na samej górze znajdują się "Powiadomienia", będą tam informacje o stanie następnych rozdziałów, data dodania następnego posta, oraz inne głupoty. Będziecie mogły sobie sprawdzać, kiedy będzie następny rozdział i inne takie, no genialne, nie?
Uwaga, umieściłam dramat, i sama jestem przerażona tym co napisałam... 
Także, bójcie się :)

4 komentarze:

  1. Uwierz że się boję :D ale to było takie słodkie ^^ po prostu nie mogę sie doczekać młodego Pottera xDD Do następnego :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Zjadłabym sernik o.O Jakoś z dzieckiem sobie poradzili :D Ale też się doczekać małego Potterka nie mogę :D Świetny pomysł z tym powiadomieniem :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Uch ale mam ochotę teraz na sernik.Nieźle to sb Petunia i jej mama wymyśliły ale Rogaczowi i Rudej udało się zdać ,,sprawdzian''

    OdpowiedzUsuń
  4. No fajnie, narobiłaś mi smaka na sernik >.< No ale mniejsza z tym. Rozdział fajny, boski i ogólnie taki słodziaśny. No, no, no Ruda i Rogacz zdali "sprawdzian", to teraz tylko czekamy na Harrego <3 PS. Czy tylko mnie rozbawia określenie Wielki De? ;3

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.