niedziela, 24 maja 2015

Rozdział 24



W Hogwarcie plotki rozchodzą się z prędkością wyścigowej miotły. Czytaj: mega szybko.
Niedzielny, listopadowy poranek zazwyczaj nie jest ładny. Jak to w listopadzie, zazwyczaj pada deszcz, jest pochmurno i naprawdę zimno. Nie inaczej było tego dnia. Jednak był on wyjątkowy. I to nie w jakimś miłym sensie.
            - Co się stało? – zapytałam, gdy po dziewiątej dotarłam na śniadanie.
Dorcas z Alicją siedziały zmartwione. Stół Puchonów był opustoszały. Nauczycielski właściwie też, a w niedzielę profesorowie przychodzą później na śniadanie.
            - Nie słyszałaś? – zapytała zdziwiona Alicja. – Lepiej usiądź – dodała, gdy pokręciłam głową.
            - Znaleźli Jane McClusky pod Wieżą Astronomiczną – powiedziała Dorcas.
            - No i co z tego? – zapytałam najeżona. To nazwisko tak na mnie działało.
            - Znaleźli ją martwą, Lily – dodała Dorcas.
Otworzyłam szeroko oczy i odłożyłam kanapkę na talerz.
            - Jak to? – zapytałam zszokowana.
Alicja pokręciła głową.
            - Nic nie wiadomo… Właśnie do zamku dotarli jej rodzice, są u Dumbledore’a. Podobno rzuciła się z Wieży Astronomicznej...
Nie mogłam w to uwierzyć! Przecież jeszcze wczoraj knuła jak dobrać się do Jamesa, a dzisiaj nie żyje?
            - Hej, co to za grobowe miny? – zapytał Syriusz, na co Dorcas głośno syknęła.
            - To dobre pytanie – wyszeptałam i zwróciłam się do Jamesa: - Jane nie żyje.
            - Jane McClusky? – zapytał. Tak jakbyśmy znali jakąś inną Jane… - O kurwa.
            - Teraz musimy sobie zadać pytanie – powiedziałam i dodałam gdy zapadła cisza: - Czy to było samobójstwo, czy morderstwo…


***


Od czasu tajemniczej śmierci Jęczącej Marty (tej co nawiedza damską łazienkę), w Hogwarcie nie zginął żaden uczeń.
Hogwart był bezpiecznym miejscem. Ok, może nie do końca bezpiecznym, bo nadal zdarzały się ataki, lub różne rasistowskie zachowania.
Ale do tej pory, nikt od tego nie zginął.
Uczniowie byli w szoku. Nauczyciele też.
            - To straszne – westchnęłam, gdy wracaliśmy do Wieży Gryffindoru.
I niestety widzieliśmy zdruzgotanych i załamanych rodziców Puchonki, wychodzących z gabinetu dyrektora. To był okropny widok.
            - James, myślisz, że jesteśmy ostatnimi osobami, które widziały ją żywą? – zapytałam bruneta, gdy zostaliśmy w tyle.
            - Jest to możliwe – odparł. – Jeżeli popełniła samobójstwo. A jeżeli było to morderstwo…
Pokręciłam głową. Nie mogłam sobie tego wyobrazić! Jasne, nie lubiłam Jane. Ale żeby ją zabić? Nie. Życzyć jej śmierci? Nie!
            - Chodźmy do Pokoju Życzeń – mruknął, gdy przechodziliśmy obok tej niesamowitej ściany. – Martwisz się – zauważył.
Uśmiechnęłam się niemrawo.
            - Oczywiście, że się martwię – odparłam. – Zostawiliśmy ją wczoraj żywą, w okolicach lochów, a dzisiaj rano znaleźli ją martwą pod Wieżą Astronomiczną… To dosyć szokujące.
            - Dumbledore to wyjaśni – stwierdził pewnie James, siadając obok mnie. – Pewnie przebadają jej różdżkę, żeby zobaczyć jakie rzucała ostatnie zaklęcia, oraz zrobią jej sekcję.
Wzdrygnęłam się. Cały czas miałam przed oczami to, jak wygląda mugolska sekcja zwłok…
Przysunęłam się bliżej do chłopaka i mocno się do niego przytuliłam.


***


Niedziela mijała naprawdę powoli. Miałam jej dość, wyczekiwałam poniedziałku. Chciałam wpaść w swój normalny tryb – zajmować się lekcjami, obowiązkami prefekta, a nie zamartwiać się czyjąś śmiercią.
Wiem, że brzmi to okrutnie. Naprawdę żałowałam tej dziewczyny, miała przed sobą całe życie. Ale czułam… Cholera, miałam wyrzuty sumienia!
Nie dlatego, że ona nie żyła, a ja tak. Dlatego, że cóż, może istniał sposób dzięki któremu mogłam zapobiec jej śmierci.
Taak, wiem. Wszystkich się nie uratuje. A ze mnie żaden super bohater. Ale jeżeli istniała nawet najmniejsza szansa… To zasługiwał na nią każdy. Nawet Jane McClusky.
            - Idę spać – powiedziałam do chłopaków.
Dziewczyny już dawno poszły do dormitorium. Chyba wszyscy mieli dość tego żałobnego nastroju.
Pocałowałam Jamesa w policzek i poszłam do sypialni.


***


            - Więc, co o tym wszystkim myślicie? – zapytałem.
Po pójściu dziewczyn, wróciliśmy do naszego dormitorium. Wszyscy oprócz Petera.
            - Stary, to straszne co się stało tej dziewczynie, ale czy naprawdę nie mamy jakiś innych tematów do rozmów? Mam dość tej grobowej atmosfery – odparł Syriusz. 
Rozłożył się na łóżku i wyciągnął spod niego mugolskie pismo o motocyklach.
            - James, chyba nie sądzisz, że w Hogwarcie grasuje morderca, prawda? – zapytał Remus, patrząc na mnie bacznie.
            - Nie mam pojęcia – odparłem. – Ale wydaje mi się, że nie była typem samobójcy… Wydawała się dosyć waleczna, jeżeli jej na czymś zależało.
            - Masz na myśli siebie? – zapytał Frank. – Wydaje mi się, że miała ostatnimi czasy lekką obsesję na twoim punkcie…
Skrzywiłem się.
            - Nie przypominaj mi o tym – odparłem, siadając na łóżku. – Już i tak Lily ma wyrzuty sumienia… Widzę to po jej zachowaniu.
            - Myślę, że nie powinniśmy tego roztrząsać – powiedział Remus. – Dumbledore stanie na głowie, ale to wyjaśni.
Skinąłem głową i położyłem się na łóżku. Patrząc na ciemny baldachim nad głową, zastanawiałem się, czy nie mogliśmy zrobić czegoś, co by nie dopuściło do tej tragedii.


***


Następne dni mijały w naprawdę ponurej atmosferze. Jakby tego było mało, zaczął padać śnieg. Lekcje Zielarstwa stały się naprawdę problematyczne. Musieliśmy wchodzić w wydrążony w śniegu tunel i iść gęsiego do szklarni numer dwa.
            - Zimnooo – powiedziałam, rozcierając zmarznięte dłonie.
Aż zaczęłam żałować, że wybrałam Zielarstwo. Brodzenie w mokrym śniegu, sięgającym kolan nie było moim ulubionym zajęciem.
James chwycił moje dłonie w swoje i szybkimi ruchami zaczął je rozgrzewać. 
Widzicie? Warto mieć chłopaka. Chociażby dlatego, że nigdy nie jest mu zimno… No, lub udaje, że nie jest mu zimno.
            - Zaczynamy lekcję, zapraszam do stanowisk! Dzisiaj zajmiemy się przesadzaniem Mimbulus mimbletonii – powiedziała profesor Sprout, rozdając każdej parze dosyć nietypową roślinkę, wyglądem przypominającą kaktus.
            - Uważaj, żeby jej nie uszkodzić – powiedziałam do Jamesa. – Jeżeli przekłuje się jej bąble, to wytryśnie na nas okropnie śmierdzącą mazią.
James wyszeptał coś niemiłego o profesor Sprout i jej cuchnących roślinkach. Przerwał, gdy zaczęła przemawiać nauczycielka.


***


            - Nie mogłeś się opanować, prawda? – zapytałam.
Wracaliśmy w czwórkę do zamku. Śmierdząc. Obrzydliwie cuchnąc. I klejąc się.
            - Sorry, Evans, nie wiedziałem – wymamrotał Syriusz, ścierając chusteczką maź z dłoni.
            - Gdybyś czasem słuchał nauczyciela, nic takiego nie miało by miejsca – odparłam.
            - Umyjemy się – stwierdził James, próbując załagodzić unoszącą się w powietrzu kłótnię.
            - Uch, przestańcie – dodała Dorcas. – Naprawdę nie ma się o co kłócić… Przecież…
Przerwałam jej głośnym „cii”. Przy drzwiach prowadzących do wejścia do zamku, stał Dumbledore z Hagridem.
            - … samobójstwo, Hagridzie – zakończył Dumbledore.
            - Cholibka, profesorze. Taka młoda dziewuszka… Czy wiadomo dlaczego? – zapytał Hagrid.
            - Nieodwzajemniona miłość… Zostawiła list pożegnalny – odparł dyrektor, wchodząc do zamku.
Z oczami wielkości galeonów, spojrzałam na zszokowanego Jamesa.


***


Dowiedzenie się, że jakaś dziewczyna jest zakochana w twoim chłopaku, nie jest miłe. Ale świadomość tego, że zabiła się, ponieważ nie mogła z nim być, była…
Okropna. Czułam się okropnie.
Chociaż, co miał powiedzieć James?
Oczywiście, dowiedzieliśmy się tego zupełnie nielegalnie. W całkiem ohydny sposób – podsłuchując.
Żaden z nauczycieli nie zająknął się z jakiego powodu Jane popełniła samobójstwo. Ale my wiedzieliśmy. I ta wiedza nas zżerała.
            - Może wcale nie chodziło o Jamesa? – zapytał Syriusz.
Od razu poszliśmy do sypialni Huncwotów. Już żadne z nas, nie przejmowało się tym, że śmierdzi, czy jest brudne mazią tego przedziwnego kaktusa.
            - Chodziło o Jamesa – powiedziałam poważnie.
Bo o kogo innego mogłoby chodzić? O Petera? O Snape’a?
            - Może nie? – zapytała Dorcas, ale od razu spiorunowałam ją wzrokiem.
            - Przestańcie, to głupie – przerwał nasze obrzucanie się wzrokiem, James. – Na pewno nie chodzi o mnie. Musieliśmy coś przegapić…
            - Przecież słyszałeś co mówiła do Snape’a – powiedziałam i patrząc Jamesowi w oczy zacytowałam: - „… a ja wtedy zajmę się Potterem. Jest kapitanem drużyny, będę do niego o wiele bardziej pasować, niż ta ruda paskuda!”
Mam całkiem niezłą pamięć, wiem. I gdy słyszy się coś takiego z ust, hm, rywalki, nie zapomina się tak łatwo.
            - Serio tak powiedziała? – zapytał Syriusz, podśmiewając się. Pewnie z tej rudej paskudy…
            - Więc jak możemy mówić o pomyłce? Czy do Hogwartu chodzi też jakiś inny Potter? – zapytałam.
James pokręcił głową.
            - Odpuśćmy – powiedziała Dorcas po chwili ciszy.
            - Hę? – wydukałam.
            - Nie ma o czym debatować. To nie jest niczyja wina. Ta dziewczyna podjęła decyzję… Nieodwołalną. Przecież nikt was nie obwinia, musimy o tym zapomnieć – powiedziała Dor, właściwie, całkiem sensownie.
            - Dorcas ma rację – wtrącił Syriusz. – To nie wasza wina. Żadnego z was, bez względu na to co czuła do Rogacza, albo do Lily… Chociaż wiemy, że do Lily raczej nienawiść.
            - Dzięki, Syriuszu – odparłam ironicznie. – To naprawdę miłe.
Ale tak, Dorcas miała rację. Żadne z nas nie było winne śmierci tej dziewczyny. W końcu ani ja, ani James nie zepchnęliśmy jej z Wieży Astronomicznej… Ale znowu, jak można od tak przejść do normalnego życia, po tym, czego się dowiedzieliśmy?
To było szokujące.
            - Idę do łazienki prefektów – powiedziałam, gdy w pokoju zaległa cisza.
Wyszłam z dormitorium Huncwotów, próbując o wszystkim zapomnieć.


***


Łazienka prefektów jest naprawdę świetna. Znajduje się w niej wielka wanna, zajmująca prawie całe pomieszczenie, wyłożone różnokolorowymi płytkami. Nad wanną znajduje się dziesięć kranów – z każdego wypływa płyn do kąpieli o innym zapachu i kolorze.
Zdecydowanie – jest to miejsce w którym można zapomnieć o wszelkich troskach. Gorzej, jak ma się towarzystwo.
            - Cześć, Lily Evans – usłyszałam dziewczęcy głos.
            - Cześć, Marto – odparłam, otwierając oczy. – Co u ciebie słychać? Teraz straszysz łazienkę prefektów?
Marta piskliwie zachichotała i pokręciła głową.
            - Szukałam cię – powiedziała, siadając na skraju wanny w której się wylegiwałam. – Po drugiej stronie… Wiesz, stronie zmarłych powstało małe zamieszanie.
Zmarszczyłam brwi i czekałam na dalszy ciąg tajemniczej wypowiedzi.
            - Pewna dziewczyna twierdzi, że umarła z twojego powodu! – zawołała.
Właściwie nawet mnie to nie zaskoczyło. Jeżeli ktoś mógłby mnie o coś obwiniać, to tylko Jane.
            - Z mojego powodu popełniła samobójstwo? – zapytałam.
Marta pokręciła głową.
            - Z twojego powodu ktoś ją zabił! – zawołała i z głośnym piskiem wleciała do odpływu umywalki.
Z całą pewnością, to mnie zaskoczyło.


***


Do wieży wracałam okrężną drogą. Musiałam sobie wszystko przemyśleć.
I oto wnioski:
- w szkole grasuje morderca!
Tak! O ile to co mówi Marta jest prawdą. Właściwie nie byłam do końca pewna, czy można jej ufać, ale nigdy specjalnie mnie nie szukała, żeby coś mi powiedzieć. Czasem, gdy nie miałam wyjścia, wchodziłam do „jej” łazienki, ale zazwyczaj mnie ignorowała.
Tylko, że to by znaczyło, że ktoś jest na tyle dobry, że sfabrykował list, oraz upozorował samobójstwo…
            - Evans! – usłyszałam i aż podskoczyłam.
Nie no, nie myślałam, że ktoś chce mnie zabić. Raczej wtedy nie wrzeszczałby na pół szkoły mojego nazwiska, byłby idiotą gdyby zrobił coś takiego…
            - Black – powiedziałam. – Co tu robisz?
            - A ty? – odparł.
Przewróciłam oczami i wyżej uniosłam brudny mundurek.
            - Byłam w łazience, przecież mówiłam…
            - Uhm – mruknął znudzony Syriusz. – Rogacz zaczął się martwic, że tak długo nie wracasz, więc ruszyłem na misję zwiadowczą.
I nie wiem co się ze mną stało. Ale wszystko mu powiedziałam.


***


Znowu trafiłam do dormitorium Huncwotów. Ale jeszcze nigdy na mnie tak nie patrzyli. Z troską.
            - I co zrobimy? – zapytał Syriusz. – To jakaś dziwna sprawa. Nadal mi się wydaje, że coś nam umyka…
            - Więc przeanalizujmy wszystko od początku – powiedziałam. – Tę sprawę łączy pięć osób. Poczynając od Jamesa, przeze mnie, po Petera i Snape’a. Piątą, czyli głównym ogniwem, łączącym nas wszystkich jest Jane. Która, być może została zamordowana… Jakieś pomysły, przez kogo?
            - Przez Smarkerusa, mówię wam! – zawołał James.
            - James, akurat w to nie uwierzę. Dobra, Snape jest Ślizgonem, interesuje się czarną magią, ale sam widziałeś. Miał ją gdzieś i nie chciał brać w jej knuciach udziału… A Peter? – zapytałam. – Gdzie on w ogóle jest?
            - Lily, ty chyba nie myślisz, że Peter… - zaczął Remus, bardzo poważnym tonem. – Peter jest naszym przyjacielem. I nie jest mordercą.
Cała trójka patrzyła na mnie z wyrzutem.
            - Wiem, że Peter jest waszym przyjacielem, ale przemyśleliście to? Mógł się czuć zraniony, gdy go rzuciła… I myślę, że cały czas wiedział, że ona coś czuje do Jamesa. On… czasem Peter tak dziwnie na niego patrzy – powiedziałam.
James skrzywił się.
            - Jak na mnie patrzy, Lily? – zapytał. – Wierzysz, że Snape jest czysty jak łza, i oskarżasz Petera? Po tym co Snape ci zrobił? Jak cię potraktował?!
Zagryzłam wargi i spojrzałam na Syriusza.
            - A co z atakiem na Dorcas? Gdzie wtedy był Peter? Tak dziwnie się zachowywał… - powiedziałam, ale przerwałam gdy zobaczyłam spojrzenie Jamesa.
W życiu jeszcze nie obdarzył mnie takim spojrzeniem. Pełnym niechęci i politowania.
            - Nigdy w to nie uwierzę – powiedział. – I nie powtarzaj tego więcej. Peter nie jest mordercą!
            - Jeżeli tak uważasz… - odparłam wstając z krzesła na którym siedziałam. – Myślę, że lepiej będzie jeżeli każdy zajmie się udowadnianiem winy po swojemu – dodałam.
            - Idziesz do Snape’a? – zapytał James, piorunując mnie spojrzeniem. – Jeżeli do niego pójdziesz, myślę, że nie mamy o czym rozmawiać…
Spojrzałam mu prosto w oczy. I wyszłam.
Może gdyby wiedział, że częściowo mam rację, i śmierć Jane nie była winą tylko jednej osoby, nie powiedziałby czegoś takiego. Może by się na mnie tak nie wkurzył, i nie dopuściłby do tego, żebym sama szukała winnych… Może.


***

Jak to jest, że jak nie mam czasu, bo powinnam go przeznaczać na coś innego, pisze mi się najlepiej?

2 komentarze:

  1. Co to miało być za zakończenie? Ja rozumiem nerwy i te sprawy ale no to jest nie fajne :/ a rozdział taki wooow i ten wątek kryminalny xDD uwielbiam <3 ciesze się z twojej weny i życze jej jeszcze więcej xx

    OdpowiedzUsuń
  2. Jak mogłaś w takim momencie skończyć ? No ja się pytam jak mogłaś ? Przecież to aż się prosi aby dowodzieć się co dalej. Rozdział wspaniały z nutka tajemniczości
    Gabriela Black

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.