W Hogwarcie plotki rozchodzą
się z prędkością wyścigowej miotły. Czytaj: mega szybko.
Niedzielny, listopadowy
poranek zazwyczaj nie jest ładny. Jak to w listopadzie, zazwyczaj pada deszcz,
jest pochmurno i naprawdę zimno. Nie inaczej było tego dnia. Jednak był on
wyjątkowy. I to nie w jakimś miłym sensie.
- Co się stało? – zapytałam, gdy po dziewiątej dotarłam
na śniadanie.
Dorcas z Alicją siedziały
zmartwione. Stół Puchonów był opustoszały. Nauczycielski właściwie też, a w
niedzielę profesorowie przychodzą później na śniadanie.
- Nie słyszałaś? – zapytała zdziwiona Alicja. – Lepiej
usiądź – dodała, gdy pokręciłam głową.
- Znaleźli Jane McClusky pod Wieżą Astronomiczną –
powiedziała Dorcas.
- No i co z tego? – zapytałam najeżona. To nazwisko tak
na mnie działało.
- Znaleźli ją martwą, Lily – dodała Dorcas.
Otworzyłam szeroko oczy i
odłożyłam kanapkę na talerz.
- Jak to? – zapytałam zszokowana.
Alicja pokręciła głową.
- Nic nie wiadomo… Właśnie do zamku dotarli jej rodzice,
są u Dumbledore’a. Podobno rzuciła się z Wieży Astronomicznej...
Nie mogłam w to uwierzyć!
Przecież jeszcze wczoraj knuła jak dobrać się do Jamesa, a dzisiaj nie żyje?
- Hej, co to za grobowe miny? – zapytał Syriusz, na co
Dorcas głośno syknęła.
- To dobre pytanie – wyszeptałam i zwróciłam się do
Jamesa: - Jane nie żyje.
- Jane McClusky? – zapytał. Tak jakbyśmy znali jakąś inną
Jane… - O kurwa.
- Teraz musimy sobie zadać pytanie – powiedziałam i
dodałam gdy zapadła cisza: - Czy to było samobójstwo, czy morderstwo…
***
Od czasu tajemniczej śmierci
Jęczącej Marty (tej co nawiedza damską łazienkę), w Hogwarcie nie zginął żaden
uczeń.
Hogwart był bezpiecznym
miejscem. Ok, może nie do końca bezpiecznym, bo nadal zdarzały się ataki, lub
różne rasistowskie zachowania.
Ale do tej pory, nikt od
tego nie zginął.
Uczniowie byli w szoku.
Nauczyciele też.
- To straszne – westchnęłam, gdy wracaliśmy do Wieży
Gryffindoru.
I niestety widzieliśmy
zdruzgotanych i załamanych rodziców Puchonki, wychodzących z gabinetu
dyrektora. To był okropny widok.
- James, myślisz, że jesteśmy ostatnimi osobami, które
widziały ją żywą? – zapytałam bruneta, gdy zostaliśmy w tyle.
- Jest to możliwe – odparł. – Jeżeli popełniła
samobójstwo. A jeżeli było to morderstwo…
Pokręciłam głową. Nie mogłam
sobie tego wyobrazić! Jasne, nie lubiłam Jane. Ale żeby ją zabić? Nie. Życzyć
jej śmierci? Nie!
- Chodźmy do Pokoju Życzeń – mruknął, gdy przechodziliśmy
obok tej niesamowitej ściany. – Martwisz się – zauważył.
Uśmiechnęłam się niemrawo.
- Oczywiście, że się martwię – odparłam. – Zostawiliśmy
ją wczoraj żywą, w okolicach lochów, a dzisiaj rano znaleźli ją martwą pod
Wieżą Astronomiczną… To dosyć szokujące.
- Dumbledore to wyjaśni – stwierdził pewnie James, siadając obok
mnie. – Pewnie przebadają jej różdżkę, żeby zobaczyć jakie rzucała ostatnie
zaklęcia, oraz zrobią jej sekcję.
Wzdrygnęłam się. Cały czas
miałam przed oczami to, jak wygląda mugolska sekcja zwłok…
Przysunęłam się bliżej do
chłopaka i mocno się do niego przytuliłam.
***
Niedziela mijała naprawdę powoli.
Miałam jej dość, wyczekiwałam poniedziałku. Chciałam wpaść w swój normalny tryb
– zajmować się lekcjami, obowiązkami prefekta, a nie zamartwiać się czyjąś
śmiercią.
Wiem, że brzmi to okrutnie.
Naprawdę żałowałam tej dziewczyny, miała przed sobą całe życie. Ale czułam…
Cholera, miałam wyrzuty sumienia!
Nie dlatego, że ona nie
żyła, a ja tak. Dlatego, że cóż, może istniał sposób dzięki któremu mogłam zapobiec
jej śmierci.
Taak, wiem. Wszystkich się
nie uratuje. A ze mnie żaden super bohater. Ale jeżeli istniała nawet
najmniejsza szansa… To zasługiwał na nią każdy. Nawet Jane McClusky.
- Idę spać – powiedziałam do chłopaków.
Dziewczyny już dawno poszły
do dormitorium. Chyba wszyscy mieli dość tego żałobnego nastroju.
Pocałowałam Jamesa w
policzek i poszłam do sypialni.
***
- Więc, co o tym wszystkim myślicie? – zapytałem.
Po pójściu dziewczyn,
wróciliśmy do naszego dormitorium. Wszyscy oprócz Petera.
- Stary, to straszne co się stało tej dziewczynie, ale
czy naprawdę nie mamy jakiś innych tematów do rozmów? Mam dość tej grobowej
atmosfery – odparł Syriusz.
Rozłożył się na łóżku i wyciągnął spod niego
mugolskie pismo o motocyklach.
- James, chyba nie sądzisz, że w Hogwarcie grasuje
morderca, prawda? – zapytał Remus, patrząc na mnie bacznie.
- Nie mam pojęcia – odparłem. – Ale wydaje mi się, że nie
była typem samobójcy… Wydawała się dosyć waleczna, jeżeli jej na czymś
zależało.
- Masz na myśli siebie? – zapytał Frank. – Wydaje mi się,
że miała ostatnimi czasy lekką obsesję na twoim punkcie…
Skrzywiłem się.
- Nie przypominaj mi o tym – odparłem, siadając na łóżku.
– Już i tak Lily ma wyrzuty sumienia… Widzę to po jej zachowaniu.
- Myślę, że nie powinniśmy tego roztrząsać – powiedział
Remus. – Dumbledore stanie na głowie, ale to wyjaśni.
Skinąłem głową i położyłem
się na łóżku. Patrząc na ciemny baldachim nad głową, zastanawiałem się, czy nie
mogliśmy zrobić czegoś, co by nie dopuściło do tej tragedii.
***
Następne dni mijały w
naprawdę ponurej atmosferze. Jakby tego było mało, zaczął padać śnieg. Lekcje
Zielarstwa stały się naprawdę problematyczne. Musieliśmy wchodzić w wydrążony w
śniegu tunel i iść gęsiego do szklarni numer dwa.
- Zimnooo – powiedziałam, rozcierając zmarznięte dłonie.
Aż zaczęłam żałować, że
wybrałam Zielarstwo. Brodzenie w mokrym śniegu, sięgającym kolan nie było moim
ulubionym zajęciem.
James chwycił moje dłonie w
swoje i szybkimi ruchami zaczął je rozgrzewać.
Widzicie? Warto mieć chłopaka.
Chociażby dlatego, że nigdy nie jest mu zimno… No, lub udaje, że nie jest mu
zimno.
- Zaczynamy lekcję, zapraszam do stanowisk! Dzisiaj
zajmiemy się przesadzaniem Mimbulus mimbletonii – powiedziała profesor Sprout, rozdając
każdej parze dosyć nietypową roślinkę, wyglądem przypominającą kaktus.
- Uważaj, żeby jej nie uszkodzić –
powiedziałam do Jamesa. – Jeżeli przekłuje się jej bąble, to wytryśnie na nas
okropnie śmierdzącą mazią.
James
wyszeptał coś niemiłego o profesor Sprout i jej cuchnących roślinkach.
Przerwał, gdy zaczęła przemawiać nauczycielka.
***
- Nie mogłeś się opanować, prawda? – zapytałam.
Wracaliśmy w czwórkę do
zamku. Śmierdząc. Obrzydliwie cuchnąc. I klejąc się.
- Sorry, Evans, nie wiedziałem – wymamrotał Syriusz,
ścierając chusteczką maź z dłoni.
- Gdybyś czasem słuchał nauczyciela, nic takiego nie
miało by miejsca – odparłam.
- Umyjemy się – stwierdził James, próbując załagodzić
unoszącą się w powietrzu kłótnię.
- Uch, przestańcie – dodała Dorcas. – Naprawdę nie ma się
o co kłócić… Przecież…
Przerwałam jej głośnym
„cii”. Przy drzwiach prowadzących do wejścia do zamku, stał Dumbledore z
Hagridem.
- … samobójstwo, Hagridzie – zakończył Dumbledore.
- Cholibka, profesorze. Taka młoda dziewuszka… Czy
wiadomo dlaczego? – zapytał Hagrid.
- Nieodwzajemniona miłość… Zostawiła list pożegnalny –
odparł dyrektor, wchodząc do zamku.
Z oczami wielkości galeonów,
spojrzałam na zszokowanego Jamesa.
***
Dowiedzenie się, że jakaś
dziewczyna jest zakochana w twoim chłopaku, nie jest miłe. Ale świadomość tego,
że zabiła się, ponieważ nie mogła z nim być, była…
Okropna. Czułam się
okropnie.
Chociaż, co miał powiedzieć
James?
Oczywiście, dowiedzieliśmy
się tego zupełnie nielegalnie. W całkiem ohydny sposób – podsłuchując.
Żaden z nauczycieli nie
zająknął się z jakiego powodu Jane popełniła samobójstwo. Ale my wiedzieliśmy.
I ta wiedza nas zżerała.
- Może wcale nie chodziło o Jamesa? – zapytał Syriusz.
Od razu poszliśmy do
sypialni Huncwotów. Już żadne z nas, nie przejmowało się tym, że śmierdzi, czy
jest brudne mazią tego przedziwnego kaktusa.
- Chodziło o Jamesa – powiedziałam poważnie.
Bo o kogo innego mogłoby
chodzić? O Petera? O Snape’a?
- Może nie? – zapytała Dorcas, ale od razu spiorunowałam
ją wzrokiem.
- Przestańcie, to głupie – przerwał nasze obrzucanie się
wzrokiem, James. – Na pewno nie chodzi o mnie. Musieliśmy coś przegapić…
- Przecież słyszałeś co mówiła do Snape’a – powiedziałam
i patrząc Jamesowi w oczy zacytowałam: - „… a ja wtedy zajmę się Potterem. Jest
kapitanem drużyny, będę do niego o wiele bardziej pasować, niż ta ruda
paskuda!”
Mam całkiem niezłą pamięć,
wiem. I gdy słyszy się coś takiego z ust, hm, rywalki, nie zapomina się tak
łatwo.
- Serio tak powiedziała? – zapytał Syriusz, podśmiewając
się. Pewnie z tej rudej paskudy…
- Więc jak możemy mówić o pomyłce? Czy do Hogwartu chodzi
też jakiś inny Potter? – zapytałam.
James pokręcił głową.
- Odpuśćmy – powiedziała Dorcas po chwili ciszy.
- Hę? – wydukałam.
- Nie ma o czym debatować. To nie jest niczyja wina. Ta
dziewczyna podjęła decyzję… Nieodwołalną. Przecież nikt was nie obwinia, musimy
o tym zapomnieć – powiedziała Dor, właściwie, całkiem sensownie.
- Dorcas ma rację – wtrącił Syriusz. – To nie wasza wina.
Żadnego z was, bez względu na to co czuła do Rogacza, albo do Lily… Chociaż
wiemy, że do Lily raczej nienawiść.
- Dzięki, Syriuszu – odparłam ironicznie. – To naprawdę
miłe.
Ale tak, Dorcas miała rację.
Żadne z nas nie było winne śmierci tej dziewczyny. W końcu ani ja, ani James
nie zepchnęliśmy jej z Wieży Astronomicznej… Ale znowu, jak można od tak
przejść do normalnego życia, po tym, czego się dowiedzieliśmy?
To było szokujące.
- Idę do łazienki prefektów – powiedziałam, gdy w pokoju
zaległa cisza.
Wyszłam z dormitorium
Huncwotów, próbując o wszystkim zapomnieć.
***
Łazienka prefektów jest
naprawdę świetna. Znajduje się w niej wielka wanna, zajmująca prawie całe
pomieszczenie, wyłożone różnokolorowymi płytkami. Nad wanną znajduje się
dziesięć kranów – z każdego wypływa płyn do kąpieli o innym zapachu i kolorze.
Zdecydowanie – jest to
miejsce w którym można zapomnieć o wszelkich troskach. Gorzej, jak ma się
towarzystwo.
- Cześć, Lily Evans – usłyszałam dziewczęcy głos.
- Cześć, Marto – odparłam, otwierając oczy. – Co u ciebie
słychać? Teraz straszysz łazienkę prefektów?
Marta piskliwie zachichotała
i pokręciła głową.
- Szukałam cię – powiedziała, siadając na skraju wanny w
której się wylegiwałam. – Po drugiej stronie… Wiesz, stronie zmarłych powstało
małe zamieszanie.
Zmarszczyłam brwi i czekałam
na dalszy ciąg tajemniczej wypowiedzi.
- Pewna dziewczyna twierdzi, że umarła z twojego powodu!
– zawołała.
Właściwie nawet mnie to nie
zaskoczyło. Jeżeli ktoś mógłby mnie o coś obwiniać, to tylko Jane.
- Z mojego powodu popełniła samobójstwo? – zapytałam.
Marta pokręciła głową.
- Z twojego powodu ktoś ją zabił! – zawołała i z głośnym
piskiem wleciała do odpływu umywalki.
Z całą pewnością, to mnie
zaskoczyło.
***
Do wieży wracałam okrężną
drogą. Musiałam sobie wszystko przemyśleć.
I oto wnioski:
- w szkole grasuje morderca!
Tak! O ile to co mówi Marta
jest prawdą. Właściwie nie byłam do końca pewna, czy można jej ufać, ale nigdy
specjalnie mnie nie szukała, żeby coś mi powiedzieć. Czasem, gdy nie miałam
wyjścia, wchodziłam do „jej” łazienki, ale zazwyczaj mnie ignorowała.
Tylko, że to by znaczyło, że
ktoś jest na tyle dobry, że sfabrykował list, oraz upozorował samobójstwo…
- Evans! – usłyszałam i aż podskoczyłam.
Nie no, nie myślałam, że
ktoś chce mnie zabić. Raczej wtedy nie wrzeszczałby na pół szkoły mojego
nazwiska, byłby idiotą gdyby zrobił coś takiego…
- Black – powiedziałam. – Co tu robisz?
- A ty? – odparł.
Przewróciłam oczami i wyżej
uniosłam brudny mundurek.
- Byłam w łazience, przecież mówiłam…
- Uhm – mruknął znudzony Syriusz. – Rogacz zaczął się
martwic, że tak długo nie wracasz, więc ruszyłem na misję zwiadowczą.
I nie wiem co się ze mną
stało. Ale wszystko mu powiedziałam.
***
Znowu trafiłam do
dormitorium Huncwotów. Ale jeszcze nigdy na mnie tak nie patrzyli. Z troską.
- I co zrobimy? – zapytał Syriusz. – To jakaś dziwna
sprawa. Nadal mi się wydaje, że coś nam umyka…
- Więc przeanalizujmy wszystko od początku – powiedziałam. – Tę
sprawę łączy pięć osób. Poczynając od Jamesa, przeze mnie, po Petera i Snape’a.
Piątą, czyli głównym ogniwem, łączącym nas wszystkich jest Jane. Która, być
może została zamordowana… Jakieś pomysły, przez kogo?
- Przez Smarkerusa, mówię wam! – zawołał James.
- James, akurat w to nie uwierzę. Dobra, Snape jest
Ślizgonem, interesuje się czarną magią, ale sam widziałeś. Miał ją gdzieś i nie
chciał brać w jej knuciach udziału… A Peter? – zapytałam. – Gdzie on w ogóle
jest?
- Lily, ty chyba nie myślisz, że Peter… - zaczął Remus,
bardzo poważnym tonem. – Peter jest naszym przyjacielem. I nie jest mordercą.
Cała trójka patrzyła na mnie
z wyrzutem.
- Wiem, że Peter jest waszym przyjacielem, ale
przemyśleliście to? Mógł się czuć zraniony, gdy go rzuciła… I myślę, że cały
czas wiedział, że ona coś czuje do Jamesa. On… czasem Peter tak dziwnie na
niego patrzy – powiedziałam.
James skrzywił się.
- Jak na mnie patrzy, Lily? – zapytał. – Wierzysz, że
Snape jest czysty jak łza, i oskarżasz Petera? Po tym co Snape ci zrobił? Jak
cię potraktował?!
Zagryzłam wargi i spojrzałam
na Syriusza.
- A co z atakiem na Dorcas? Gdzie wtedy był Peter? Tak
dziwnie się zachowywał… - powiedziałam, ale przerwałam gdy zobaczyłam
spojrzenie Jamesa.
W życiu jeszcze nie obdarzył
mnie takim spojrzeniem. Pełnym niechęci i politowania.
- Nigdy w to nie uwierzę – powiedział. – I nie powtarzaj
tego więcej. Peter nie jest mordercą!
- Jeżeli tak uważasz… - odparłam wstając z krzesła na
którym siedziałam. – Myślę, że lepiej będzie jeżeli każdy zajmie się
udowadnianiem winy po swojemu – dodałam.
- Idziesz do Snape’a? – zapytał James, piorunując mnie
spojrzeniem. – Jeżeli do niego pójdziesz, myślę, że nie mamy o czym rozmawiać…
Spojrzałam mu prosto w oczy.
I wyszłam.
Może gdyby wiedział, że
częściowo mam rację, i śmierć Jane nie była winą tylko jednej osoby, nie
powiedziałby czegoś takiego. Może by się na mnie tak nie wkurzył, i nie
dopuściłby do tego, żebym sama szukała winnych… Może.
***
Jak to jest, że jak nie mam czasu, bo powinnam go przeznaczać na coś innego, pisze mi się najlepiej?
Co to miało być za zakończenie? Ja rozumiem nerwy i te sprawy ale no to jest nie fajne :/ a rozdział taki wooow i ten wątek kryminalny xDD uwielbiam <3 ciesze się z twojej weny i życze jej jeszcze więcej xx
OdpowiedzUsuńJak mogłaś w takim momencie skończyć ? No ja się pytam jak mogłaś ? Przecież to aż się prosi aby dowodzieć się co dalej. Rozdział wspaniały z nutka tajemniczości
OdpowiedzUsuńGabriela Black