piątek, 15 maja 2015

Rozdział 22



31 października z całą pewnością nie jest kolejnym, zwykłym dniem.
Nie w Hogwarcie.
Od samego rana można wyczuć, że stanie się coś innego, magicznego. I tak, 31 października 1977 roku miał zapisać się w mojej pamięci, jako dzień wyjątkowy.
Zaczął się zupełnie zwyczajnie, jak każdy poprzedni. No, może troszkę inaczej, bo to była sobota. A jak wiadomo, jak jest sobota to większość ludzi się cieszy. Jednak taaak, nie ja. Byłam ze wszystkim opóźniona. I to stanowczo.
Miałam do napisania dwa wypracowania, i to diabelnie ciężkie. Ale kto powiedział, że w szkole ma być łatwo? Nasi profesorowie z całą pewnością uważali, że ma być nam jak najtrudniej…
W dodatku poprzedni wieczór, a właściwie noc, była okropna. Nie mogłam usnąć. Cały czas, zastanawiałam się, co takiego robią Huncowci, ile punktów straci przez to Gryffindor, czy zarobią kolejny szlaban, oraz czy sobie czegoś nie zrobią.
Zdecydowanie – bycie z kimś nie jest łatwe. Człowiek martwi się nieustannie o tą drugą osobę, i w ogóle można dostać paranoi. Ja miałam paranoję. Bo czy to jest normalne, że martwię się czy prawie dorosły facet nic sobie nie zrobi?
Co ta miłość wyprawia z ludźmi…
Więc, gdy po śniadaniu, profesor McGonagall poprosiła wszystkich prefektów, żeby zostali i pomogli w przygotowaniach do Nocy Duchów, cóż, było jak zwykle. Bo odkąd jestem prefektem, zawsze pomagam w przygotowaniach. 
Jednak ten rok różnił się od poprzednich tym, że miałam chłopaka. Z którym chciałabym się zobaczyć, ponieważ nie było go na śniadaniu…
Ale co tam, prawda? Lily Evans zawsze musi być taka poukładana i pomocna!
Więc nie. Nie tym razem. 
Zresztą, gdzie się podział Remus? A jeżeli coś im się stało? Przecież to jest wszystkim wiadome – Huncwoci są szaleni…
            - Amy… - mruknęłam do mojego drugiego ulubionego prefekta, po Remusie. – Słuchaj, kiepsko się czuję. Wiesz, babskie sprawy… Możesz mnie zastąpić w roli naczelnej, a ja skoczę do skrzydła po jakiś eliksir przeciwbólowy?
            - Jasne, Lily! – zawołała Amy i od razu przybrała poważną minę. – Do roboty! Mamy mnóstwo rzeczy do zrobienia! – zawołała.
Jasne. Było mi szkoda reszty prefektów…
A nie, Ślizgonów nie. Amy jak chce, potrafi być wymagająca. Może to ona powinna dostać odznakę Prefekta Naczelnego?
Jednak to nie był czas na rozmyślania. Miałam misję do wykonania. Dowiedzenie się, czy mój chłopak jest cały. No, i przy okazji, co z resztą Huncwotów.
Dlatego udając okropne męki, trzymając się za brzuch, wyszłam z Wielkiej Sali. Gdy tylko drzwi się za mną zamknęły, puściłam się biegiem w kierunku Wieży Gryffindoru.
Co było całkiem głupim pomysłem, bo nie mam za grosz kondycji. Po dwóch piętrach ciężko dyszałam i dostałam kolki w prawym boku. Ale brnęłam dalej, w myślach wyklinając Jamesa i wyzywając go od nieczułych drani. 
Bo, cholera, mógł mi chociaż liścik wysłać! Coś w stylu: „Lily, żyję! Spokojnie sobie zawieszaj głupie ozdoby”…
Ale nie! Bo po co, nie? Merlinie, za bardzo się nakręciłam. Ufff, zen, myśl o czymś rozluźniającym… O szeleszczącym pergaminie. O taaak.
Gdy dotarłam na siódme piętro, miałam kolkę też i w lewym boku, ale w gruncie rzeczy byłam wyluzowana.
Przemknęłam niezauważona(a przynajmniej taką mam nadzieję) przez Pokój Wspólny i cichutko weszłam do sypialni Huncwotów.
I możecie sobie wyobrazić moje zdziwienie, gdy zobaczyłam Jamesa.
Spokojnie chrapiącego pod kołdrą!!
A ja się tak martwiłam!
Głupia! Głupia ja!
            - Wstawaj – wysyczałam, wciskając Jamesowi palec wskazujący między żebra.
            - Auaa, Lily? – zapytał, zakładając okulary i krzywiąc się. – Czy coś się stało?
            - Czy coś się stało? – powtórzyłam wkurzona. – Stało się! Do kibla, marsz – wysyczałam.
Gdy już się znaleźliśmy w ich okropnie brudnej łazience, i gdy wyciszyłam pomieszczenie, zaczęłam:
            - Czy ty możesz mi powiedzieć, czemu nie dałeś znaku życia?! – zawołałam, patrząc się na zmieszanego Jamesa. Mogło chodzić o to, że stał przede mną w samych bokserkach. Ale z drugiej strony to facet, więc jego się nie zrozumie, nie?
            - Ale…
            - Wiesz jak się martwiłam? Nie wiedziałam gdzie przepadliście, co robiliście! Przez ciebie nie spałam!
            - Ale, Lily…
            - W dodatku muszę wieszać jakieś głupie ozdoby! Czy ty możesz sobie wyobrazić moją irytację, gdy muszę przebywać w jednym pomieszczeniu dzień po dniu z tym okropnym Avery’m?! W dodatku, gdy się zastanawiam, czy nic wam się nie stało? Z waszymi głupimi pomysłami, wszystko jest możliwe!
            - Lily, ja…
            - Nie James! Postąpiłeś okrutnie! Tak, okrutnie! Nie patrz tak na mnie! To było świństwo! Zwykłe świństwo, i nie, nie zbliżaj się do mnie, bo całowanie tego nie załatwi… Dobra, może załatwi, ale jeżeli najpierw umyjesz zęby…


***


Wiem, wiem, wiem. Lily Evans – rudzielec w gorącej wodzie kąpany. Nie powinnam się tak na niego drzeć, to jest oczywiste. Ale trzeba sobie jakoś wychować faceta, prawda? Przecież nie może myśleć, że gdy będzie przepadał na całe noce z kumplami, ja go przywitam z otwartymi ramionami i słodkim uśmiechem na ustach…
            - Przeszło ci? – zapytał, po całkiem miłej sesji pocałunkowej.
            - Uhm – wymruczałam, przytulając się do nagiego torsu chłopaka.
Hm, no nawet nie zwróciłam na to uwagi. Trzeba będzie się dokładniej przyjrzeć. Jak już się od niego odkleję... Później.
            - Gdzie byliście? Co robiliście?
            - Za dużo pytań Lily… Nie mogę odpowiedzieć – stwierdził, całując mnie w czubek głowy.
            - Jak to: nie możesz? – zapytałam, patrząc mu w oczy.
            - Bo to nie moja tajemnica, Lily – odparł.
Westchnęłam ciężko i pokiwałam głową.
            - Muszę wracać – powiedziałam, odrywając się od bruneta. – Niezłe mięśnie – dodałam, wlepiając wzrok w jego brzuch.
James uśmiechnął się.


***


Gdy wróciłam do Wielkiej Sali, okazało się, że właściwie wszystko zostało zrobione. Hm, cóż. Amy doskonale się sprawdziła!
            - I co, lepiej się czujesz? – zapytała, lewitując nad stołem nauczycieli wielką dynię, która miała zawisnąć za stołem.
            - Taa, dzięki, że mnie zastąpiłaś – odparłam, przyglądając się przystrojonej sali. – Świetna robota.
            - Dzięki – odparła, uśmiechając się z satysfakcją. – I jak ci się układa z Potterem?
Spojrzałam na nią z zaskoczeniem. Amy była lekkim odludkiem towarzyskim, myślałam, że nie wie, że jesteśmy razem.
            - Cudownie – powiedziałam z uśmiechem. – Jest naprawdę cudownie – dodałam, mając na myśli obściskiwanie, które niedawno miało miejsce w łazience. Co tak naprawdę, nie brzmi dobrze. Trochę tanio. Ale co tam!
            - Zazdroszczę… - westchnęła.
Zmarszczyłam brwi i chwilę się zastanowiłam.
            - A co myślisz o Remusie Lupinie? – zapytałam z przebiegłym uśmieszkiem.


***


Tonight I wanna see it in your eyes
Feel the magic
There's something that drives me wild
And tonight we're gonna make it all come true
'Cause girl, you were made for me
And girl I was made for you
(Kiss – I was made for lovin’ you)



To miało stać się właśnie dzisiaj. Noc wyjątkowa, tak jak dziewczyna…
            - Co ty wyprawiasz? – zapytał Syriusz, patrząc jak próbuję użyć Ulizanny.
Ja i moje włosy…
            - Szykuję się na kolację – odparłem, wcierając dziwnie pachnący specyfik we włosy.
            - A po co to robisz? – zapytał, spoglądając na buteleczkę, którą trzymałem w dłoni.
            - Ponieważ, dzisiaj ma być idealnie – odparłem i spojrzałem w lustro.
Nie było najgorzej, włosy się trochę ujarzmiły.
            - Jak sądzisz, czarna koszula, czy biała? – zapytałem, przysuwając to jedną, to drugą do twarzy.
            - Czarna – odparł pewnie Syriusz. – Rozumiem, że stroisz się tak dla Rudzielca?
            - Dla Lily – poprawiłem odruchowo. – Ty się nie szykujesz? Nie chcesz olśnić jakiejś dziewczyny? – zapytałem, mając na myśli przyjaciółkę Lily.
Łapa westchnął i usiadł na łóżku.
            - Idę z Dorcas… Nawet całkiem dobrze się złożyło, że zapomniała minione dwa tygodnie. Ostatnie co pamięta, to randka w Hogsmeade, więc randka w Noc Duchów będzie całkiem dobrym posunięciem taktycznym…
            - Uhm – wymamrotałem. – Dzisiaj to zrobię – oznajmiłem całkowicie od czapy.
            - Co?! Gdzie będziecie to robić? – zawołał podekscytowany Łapa. – No patrz, kto by pomyślał, że Evans to taka mała rozpustnica… Już ci się pcha do łóżka, co?
            - Kurwa, nie! – odparłem zdegustowany. – Dzisiaj oficjalnie jej powiem, że ją kocham, kretynie.
Syriusz przewrócił oczami.
            - Oficjalnie? To reszta była nieoficjalnie? Merlinie, Rogaczu, co ta Evans z tobą wyprawia…
            - Poczekamy, zobaczymy, co Dorcas będzie z tobą robiła – odparłem urażony.
Co jak co, ale do wyznawania uczuć podchodziłem bardzo poważnie. Jak do niczego innego.
            - Dorcas jest niezła, nie powiem, ale nie wiem…
Spojrzałem na niego, zakładając koszulę.
            - Czego nie wiesz?
            - Czy to ta, jeżeli wiesz, o czym mówię – odparł beztrosko.
            - Mam wrażenie, że żadna nie będzie dla ciebie wystarczająco dobra, Łapo – powiedziałem. – Musisz zejść na ziemię i wydorośleć. Kończymy szkołę, a na świecie jest nieciekawie. Trzeba żyć, póki mamy czas…
Syriusz uśmiechnął się kpiąco.
            - Sądzę, że mam mnóstwo czasu, Rogaczu.
            - Obyś miał rację – odparłem wychodząc z dormitorium.


***


James przez całą kolację był dziwnie spięty. Gdy większość żartowała i cieszyła się świetną kolacją, on siedział zamyślony i patrzył na mnie. Czułam się naprawdę nieswojo pod tym spojrzeniem.
            - Świetny występ – powiedziałam, mając na myśli przedstawienie duchów, które przed chwilą się skończyło.
            - Taa – mruknął i spojrzał na mnie żywiej. – Przejdziemy się po błoniach?
Z uśmiechem skinęłam głową. Ruszyliśmy z coraz bardziej pustoszejącej Wielkiej Sali w kierunku wyjścia z zamku.
            - Ładny wieczór – skomentowałam, gdy skierowaliśmy się w stronę jeziora.
            - Zimno jest, poczekaj – odparł James i zaklęciem przywołał nasze kurtki.
Szliśmy w milczeniu, trzymając się za ręce. Wieczór był naprawdę piękny. Księżyc oświetlał nam dróżkę dookoła jeziora, drzewa delikatnie poruszały gałęziami pod wpływem wiatru… Romantycznie.
            - Stańmy tutaj – powiedział nagle James.
            - Ładnie – skomentowałam, mając na myśli księżycowe światło, odbijające się w wodzie. Ej, no co? Zauważam takie rzeczy… Może i nie jestem aż tak dziewczyńska jakbym chciała, ale naprawdę lubię łono natury.
            - Tak, bardzo ładnie – wymamrotał, i spojrzał mi prosto w oczy. – Lily, ja… - zaczął i się zapowietrzył.
            - Tak, James? – zapytałam, mając ogromną nadzieję.
Że to wreszcie powie! Słowo na K!
            - Kocham cię, Lily – wyszeptał, przybliżając swoją twarz do mojej. – Chciałbym, żebyśmy już zawsze byli razem… O ile czujesz do mnie to samo – zastrzegł.
Zaśmiałam się cicho, wzruszona.
            - Jak możesz myśleć, że jest inaczej? Gdzie twoja pewność siebie, hm? – odparłam i szybko dodałam: - Kocham cię. Jak nikogo innego. I sądzę, że oboje podzielamy chęć spędzenia razem reszty życia…
            - Czy to oferta matrymonialna? – zapytał James, szczerząc zęby.
            - Może jeszcze uklęknąć, co? – odparłam ze śmiechem.
James pokręcił głową i przyciągnął mnie do siebie.
            - Myślę, że to ja wezmę na siebie obowiązek oświadczyn… - wyszeptał, i złożył na moich ustach tak wyczekiwany pocałunek.


***


            - Przedstawienie było świetne, prawda? – zapytała Dorcas.
Idący obok niej chłopak skinął głową.
            - Całkiem niezłe – przyznał.
Cały czas myślał o słowach swojego najlepszego przyjaciela, Rogacza. Czy mógł mieć on rację? Czy dla niego, Syriusza Blacka, każda dziewczyna była dobra tylko na chwilę?  
            - … słuchasz? – zapytała czarnowłosa, patrząc bystro na chłopaka. – Aż tak przynudzam?
            - Nie, przepraszam – odparł Syriusz i objął dziewczynę. – Wracajmy do wieży.


***


            - Powiedział to! – zawołałam.
Czułam się jak zwycięzca. Niezwyciężona. Cholera, masło maślane. Od początku… 
Czułam się niezwyciężona i bardzo szczęśliwa. W końcu stało się coś na co wcale nie czekałam całe życie, ale tak, gdzieś w głębi o tym marzyłam.
Na pierwsze wyznanie miłości. I muszę przyznać, że na to jedne jedyne, na całe życie.
            - O Merlinie!! – ryknęła Marlena, rzucając się na mnie. – Kiedy? Gdzie? Co odpowiedziałaś?
            - Ej, spokojnie – odparłam i uśmiechnęłam się do podekscytowanej blondynki. – Nad jeziorem, po dwudziestej piętnaście i powiedziałam, że ja też go kocham.
            - Ojej, ty to potrafisz tak wszystko co piękne, wyrazić jednym, suchym zdaniem… - westchnęła Alicja. – Jaką miał minę, gdy to mówił?
            - Zmieszaną i odrobinę roztargnioną – odparłam, rzucając się na łóżko. – Ale wiecie, słodką.
            - Gdzie patrzył, gdy to mówił? – zapytała Dorcas, siadając obok mnie.
            - Patrzył mi prosto w oczy – powiedziałam. – Ma piękne oczy…
            - I gdy to powiedział, ty odparłaś… co? – zapytała Marlena.
            - Powiedziałam: Kocham cię jak nikogo innego… W każdym razie coś w tym sensie. Aa i że chciałabym z nim spędzić resztę życia.
            - Romantycznie – wymruczała Dorcas. – Szkoda, że nigdy nie doczekam się takiego wyznania od Syriusza…
            - Czemu? – zapytała od razu Alicja.
            - Myślę, że już mu się znudziłam… Dzisiaj był taki, ech, inny – odparła czarnowłosa. – Myślicie, że kogoś już ma na oku?
            - Dorcas, no co ty! – zawołałam. Jasne, Syriusz miał różne odchyły, ale przecież tak się przejął tym napadem na Dorcas! Nie mógłby w tym czasie myślec o innej! – Na pewno tak nie jest. Syriusz po prostu nie jest wylewny. Musisz poczekać.
            - Taa – westchnęła. – Idę się myc.
            - Myślicie, że jest coś na rzeczy? – zapytała Marlena, gdy Dorcas zniknęła w łazience.
            - Jeżeli tak, to zamorduję Blacka, jeżeli ją skrzywdzi – odparłam.


***


Niedziela. Idealny czas na spędzanie czasu z ukochanym.
            - Jest pięknie – westchnęłam, wtulając się w ramię Jamesa.
            - Uhm – zgodził się ze mną James (to była zgoda, prawda?) i objął mnie ramieniem. – Może odpuścimy sobie śniadanie, skoczymy do kuchni, weźmiemy trochę jedzenia i spędzimy razem dzień w Pokoju Życzeń?
Już rozumiecie dlaczego go kocham? Jest całkiem romantyczny… Jak się postara.
            - Cudowny pomysł – wyszeptałam i pocałowałam go w policzek.
Korytarze szkolne stanowczo nie są dobrym miejscem do obściskiwania. Ale Pokój Życzeń? To coś całkiem innego…
            - Jesteś taka… - zaczął James, ale nie skończył. Za to powiedział coś, czego zupełnie się nie spodziewałam. – Co Peter robi z Jane McClusky?
Nie dowiedziałam się, jaka według Jamesa jestem. Za to zobaczyłam Petera Pettigrew idącego przez szkolny korytarz z Jane McClusky za rękę.
I widząc jej spojrzenie, wiedziałam, że jeszcze nie wygrałam wojny.



***


Znowu dodaję wcześniej, cóż, tylko po to, żeby jutro nie zasiąść przed laptopem - mnóstwo nauki przede mną!! Praktyki są tak świetne, jestem mega, mega szczęśliwa! Robienie tego, co się lubi to na prawdę cudowne uczucie :) 
Co do opowiadania, to o czym chciałybyście czytać? Możecie mi podrzucić jakieś pomysły w komentarzach, bo serio, ostatnio nie mam jakoś do tego głowy, a nie chcę powtórzeń z tamtego opowiadania. Ale wiecie, zdrady nie wchodzą w rachubę. Zupełnie nie rozumiem tych opowiadań, w których L.E i J.P notorycznie się zdradzają, jest to zupełnie bez sensu. 
Myślałam, o tym, żeby każdy z bohaterów przemówił - co myślicie o tym, żebym napisała rozdziały z perspektyw Huncwotów, oraz dziewczyn? Nie tak jak kiedyś, takie małe fragmenty, ale osobne rozdziały?

1 komentarz:

  1. Rób jak uważasz, twoje opowiadania są niesamowita <333
    Ja tylko prosze o happy endzik xD i może kontynuacje w postaci losów Harry'ego ;) oczywiście żeby były przeplatane z losami Huncwotów :DDDD takie moje przemyślenia ^^
    A tak wgl nie uważasz że nazwa "Huncwoci spółka z.o.o." idealnie do nich pasuje hhahaha
    Czekam na next xx

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.