czwartek, 28 maja 2015

Rozdział 25



Dwa dni wcześniej

Szlochająca brunetka biegła po schodach. Otarła oczy rękawem sukienki i weszła do łazienki.
Oparła dłonie o umywalkę i spojrzała w lustro.
            - Przecież jestem ładniejsza – mruknęła i poczuła zbierające się w kącikach oczu, łzy.
            - Lubisz rudzielce, Jamesie Potterze? – zapytała, patrząc prosto w lustro.
Wyciągnęła różdżkę i paroma zaklęciami zmieniła kolor włosów, z gorzkiej czekolady na płomienno rudy. Błękitne oczy stały się zielone, a cera jaśniejsza.
Jane uwielbiała zaklęcia. Zawsze miała z nich najlepszą ocenę. W tym momencie doceniła swoje zdolności.
            - Wyglądam jak ona – mruknęła patrząc z niedowierzaniem na swoje odbicie.
Zadowolona z siebie, wyszła z łazienki.
Postanowiła, że pokręci się na siódmym piętrze, może gdy zmieniła wygląd w końcu ją dostrzeże?


***


Marcus Avery szedł korytarzem na piątym piętrze. Z niesmakiem spoglądał na swojego korpulentnego towarzysza, szybko przebiegającego tłustymi nogami.
            - Teraz mają wracać? – zapytał.
Największym marzeniem Avery’ego była służba. Odkąd pamiętał, chciał służyć komuś potężnemu, niepokonanemu. Wierzył, że Czarny Pan był kimś takim. Wielkim i niezwyciężonym.
            - Ta-ak – wyjąkał Pettigrew, ocierając pot z czoła. – Co chcesz zrobić? – wyszeptał swoje pytanie.
Avery uśmiechnął się powoli. Grymas wykrzywił jego wąskie wargi w okrutnym uśmiechu.
            - Zabić szlamę, Pettigrew…


***


Jane oparła się o barierki i poczuła wiatr smagający jej blade policzki.
Uwielbiała Wieżę Astronomiczną. Trochę zazdrościła Gryfonom tego, że mają do niej tak blisko.
Potrząsnęła rudymi kosmykami i zaśmiała się cicho.
Gdyby Potter zaszedł ją od tyłu, na pewno pomyślałby, że to Evans…


***


Avery przystanął przed wejściem na Wieżę Astronomiczną. Obserwował rudowłosą dziewczynę, która z czegoś się cicho śmiała.
Schował różdżkę do kieszeni. Uznał, że życie szlamy nie może się skończyć za pomocą zaklęcia. Szlama może zginać tylko jak mugol – bez użycia czarów.
Spojrzał na trzęsącego się Pettigrew i cicho, niczym wąż zakradł się za dziewczynę.
            - Lily – mruknął, modulując głos tak, aby brzmiał jak Pottera.
Dziewczyna obróciła się z radosnym śmiechem. Już na zawsze jej usta miały pozostać rozchylone w tym szczęśliwym wyrazie…
            - Zostaw tu list – powiedział do Pettigrew, gdy zobaczył bezwładne ciało dziewczyny, leżące na błoniach, siedem pięter niżej.
Zadowolony z wykonanego zadania, skierował się do lochów.


***


Petera spotkałam niedaleko wejścia do Pokoju Życzeń. Tym większe było moje zdziwienie, gdy okazało się, że nie był sam.
Peter w niedługim czasie musiał nawiązać całkiem ciekawe znajomości. Bo nikt normalny, nie zadaje się z Avery’m. Żaden Gryfon, Puchon czy Krukon. Tylko Ślizgoni. Oraz zwolennicy Sami- Wiecie- Kogo.
            - … dobrze się spisujesz. Ale jeżeli ktokolwiek połączy nas ze sprawą śmierci tej dziewczyny, to ty też nie żyjesz, rozumiesz? – usłyszałam cichy szept Avery’ego.
Mocniej przylgnęłam do ściany i modliłam się, żeby nie spojrzał w moim kierunku.
            - Co myślą twoi współlokatorzy?
            - Że t- to było samobójstwo – odpowiedział Peter, tak typowo dla siebie jąkając się. – Nie podejrzewają, że to my… Ty, ją popchnąłeś.
            - I dobrze, Pettigrew – odparł Avery, śmiejąc się. – Śledź ich nadal, a zaznasz łaski Czarnego Pana…


***


Wcale nie musiałam szukać Snape’a. Bo tak jak myślałam, był niewinny. Ale jak miałam przekonać Jamesa, że Peter jest w to zamieszany? Oczywiście, nie wiedziałam w jakim stopniu, ale jak?
Dlatego musiałam działać sama.
Poczekałam aż Avery skieruje się do schodów i podeszłam do Petera.
            - Cześć – zagadnęłam, uśmiechając się.
            - Lily – szepnął Peter, zdziwiony moim widokiem. Wyglądał, jakby zobaczył ducha. – Cześć, eee, co tu robisz?
            - Och, byłam przekazać Amy, że ma dzisiaj patrol z Remusem. Dawno nie rozmawialiśmy, co u ciebie? – zapytałam.
            - Ś-świetnie – odparł, nerwowo rozglądając sie. – Muszę iść…
            - Zacierać ślady, Peter? – zapytałam, gdy odwrócił się i zaczął iść w kierunku wejścia do pokoju wspólnego Gryfonów.
            - Ś-ślady? – zapytał, udając zdziwienie. – Jakie ślady, Lily?
            - Już ty dobrze wiesz, jakie ślady, Peter – odparłam, podchodząc do niego z wyciągniętą różdżką. – Ślady morderstwa. Oraz donoszenia… Co powtarzałeś zwolennikom Voldemorta na nasz temat? Co go zainteresowało, hm?
Peter szeroko otworzył oczy
            - Nie wiem o czym mówisz… - powiedział, patrząc uważnie na moją różdżkę. – Coś ci się pomyliło.
            - Doprawdy, Peter? Nie wydaje mi się… - odpowiedziałam, patrząc mu prosto w oczy. – Powiedz, wymazanie pamięci Dorcas, to też wasza wina? Coś usłyszała?
I w tym momencie Peter popełnił błąd. Może myślał, że nauki zwolenników czarnej magii coś mu dały. Jednak z pewnością, nie nabył refleksu.
            - Protego! – zawołałam, gdy chciał rzucić zaklęcie zapomnienia. – Chyba zapomniałeś, że zawsze byłeś kiepski z zaklęć! – zakpiłam.
            - To wasza wina! – zawołał, nagle wyprowadzony z równowagi. – Zawsze tacy mądrzy, wywyższający się! Ty i reszta Huncwotów! We wszystkim najlepsi, zdolni! I w końcu byłem dla kogoś lepszy od was! Przekazywałem im informacje na wasz tematy, a wy, tacy doskonali… nawet się nie domyśleliście! – krzyczał.
Pokręciłam głową.
            - Peter, to koniec – powiedziałam, zdejmując tarczę. – Idziemy do Dumbledore’a…
            - NIE! – ryknął. – To wszystko wasza wina! Ja jej nie zepchnąłem… To miałaś być ty, to przez was!
I już miałam wymówić zaklęcie, gdy zrobił to za mnie ktoś inny.
            - Drętwota! – powiedział James, kierując różdżką w Petera.


***


Od odkrycia prawdziwej przyczyny śmierci Jane McClusky minęło już parę dni. Zarówno Peter Pettigrew, jak i Marcus Avery, zostali zawieszeni w prawach ucznia, oraz wyrzuceni z Hogwartu. Dalej ich sprawą, miał zajmować się Departament Przestrzegania Praw Czarodziejów, czyli trochę taka mugolska policja.
Huncwoci… Ciężko to przeżyli. Żaden z nich nie pomyślałby, że ich przyjaciel, tak bliska im osoba, może ich zdradzi. Jednak najbardziej dobijał ich fakt, że Peter pomógł Avery’emu w popełnieniu i tuszowaniu morderstwa. Oraz jak się okazało, był przy rzucaniu zaklęcia zapomnienia na Dorcas.
James miał okropne wyrzuty sumienia. Cały czas wyrzucał sobie, że potraktował mnie, hm, niezbyt miło. Owszem, na początku mnie to trochę zabolało. Bo wyglądało to tak, jakby Peter był dla niego ważniejszy.
Ale później zrozumiałam, że gdyby on coś takiego zarzucił Dorcas, Alicji czy Marlenie, też byłabym wściekła. Więc szybko sobie wszystko wyjaśniliśmy.
Profesor Sprout, opiekunka Hufflepuffu, czyli domu z którego był Jane, urządziła jej „wieczór upamiętniający”. Uczniowie oraz nauczyciele zebrali się na błoniach i wysłali do nieba białe iskry z różdżek. Wyglądało to naprawdę pięknie, tak jakbyśmy wysyłali gwiazdy do nieba.
Powoli wszystko wracało do dawnego rytmu…


***


            - Niedługo początek grudnia… - zagaiłam, patrząc na Jamesa.
Siedzieliśmy w ich dormitorium i pisaliśmy wypracowanie na Transmutację. Profesor McGonagall twierdziła, że nasz rocznik nie przykłada się do nauki i do powtórek, więc zadawała nam coraz trudniejsze prace.
            - Taa – mruknął James, szukając czegoś w książce.
            - Wiesz, ostatnio napisała do mnie mama – zaczęłam. – Zaprasza cię do nas na kolację, pierwszego dnia świąt.
James uniósł głowę znad pergaminów.
            - Naprawdę? – zapytał ucieszony. – Oczywiście, że przyjdę.
Odetchnęłam z ulgą. Spodziewałam się, że się zgodzi, a nawet ucieszy – w końcu to James. Ale nie myślałam, że okaże aż taki entuzjazm.
            - Tylko ostrzegam, czeka cię przesłuchanie, oraz poznanie mojej siostry… Chociaż nie, Petunię już niestety poznałeś, prawda? – zapytałam po zastanowieniu.
            - Miałem tą przyjemność – odparł, chociaż doskonale wiedziałam, że wolałby powiedzieć „nieprzyjemność”.
            - Mama mi napisała, że Petunia ma narzeczonego… - powiedziałam, maczając pióro w kałamarzu. – To syn sąsiadów, Vernon. Też ma wpaść podczas świąt.
            - Hm, więc to będzie spotkanie porównujące kandydatów na przyszłych mężów córek? – zapytał James. Zastanowił się chwilę i szeroko uśmiechnął. – Niczym się nie martw, zrobię lepsze wrażenie na przyszłych teściach!
Westchnęłam ciężko. Właśnie taki jest problem z Jamesem – jest zbyt pewny siebie! Oczywiście, czasami jest to zaleta. Ale nie zawsze.
            - Jestem tego pewna, ale wiesz… Petunia nie znosi magii. Vernon jest mugolem, nic o nas nie wie. Nie możesz się z tym zdradzić, jasne? – zapytałam.
            - Jasne – odparł James.


***


Tony śniegu. Tysiące kilogramów śniegu. O ile nie miliony.
Człowiek budzi się, myśli sobie „To będzie świetny dzień!”, wygląda przez okno… i zamiera. Ponieważ widzi połacie śniegu. Białego puchu, czy raczej jak ja to nazywam „białej śmierci”. Od razu wyjaśniam, nie, nikt w historii Hogwartu nie zamarzł gdzieś na błoniach po utknięciu w tej zimnej masie. Ale to nie oznacza, że by nie mógł! Śnieg jest zagrożeniem dla życia!
Można zamarznąć.
Można dostać odmrożeń.
Można od niego oślepnąć.
Można sobie w nim zmoczyć ciuchy, a kaszmirowe swetry nie lubią wilgoci…
Wiem, że istnieją gorsze rzeczy na świecie. Chociażby fakt, że Pokątna znowu została zaatakowana.
Ale śnieg, jest dla mnie czymś naprawdę przerażającym.
Ponieważ śnieg oznacza bitwę na śnieżki…


***


            - Auaaa, ty cholerny kretynie!
Wrzask Dorcas było słychać na całych błoniach. A nie mówiłam? Oczywiście, że ostrzegałam! Mówiłam: „Dorcas, wyczaruj sobie tarczę, bo jak nic, któremuś z chłopaków odwali i rzuci w nas śnieżką”.
No nie lubię tego mówić (ta, jasne!), ale miałam rację.
Dorcas dostała prosto w kark, obrzydliwą, topniejącą śnieżką, która spłynęła jej za kołnierz płaszcza.
            - Pomóc ci? – zapytałam, gdy zaczęła się dziwnie trząść, próbując wytrząsnąć śnieg spod warstw koszulek, swetrów, oraz płaszcza.
            - Pomóc – potwierdziła żałośnie brzmiącym głosem i spojrzała na zadowolonego z siebie Blacka. – Zamorduję cię! I nie pomoże ci fakt, że jesteś moim chłopakiem!
Nowość! Wczoraj wieczorem, gdy siedzieliśmy w pokoju wspólnym i odrabialiśmy lekcje, oraz się uczyliśmy, poważna Dorcas i milczący Syriusz, chcieli nam coś oznajmić.
Najpierw pomyślałam, że wpadli. Zdarza się! No dobra, wcale nie tak często. Zdarzyło się to tylko raz. W 1888 roku, uczennica Slytherinu zaszła w ciążę z Mistrzem Eliksirów… Więc, pomyślałam, że stało się to ponownie, tylko w roku 1977. A tu taka niespodzianka!
            - Jesteśmy razem – obwieściła Dorcas.
Wszyscy się ucieszyli. Bo przecież przyjaciele pragną szczęścia dla swoich znajomych. No, chyba że są takimi przyjaciółmi jak Peter. Czyli zwykłymi zdrajcami.
            - Chyba już – zakomunikowałam, wycierając mokrą od roztopionego śniegu rękę w spodnie. – Gdyby James we mnie rzucił śnieżką, to bym go chyba zamord…
Jakże by inaczej! Zdania nie skończyłam, a dostałam topiącym się śniegiem prosto w plecy.
            - Hehe – zaśmiała się Marlena, patrząc na moją zdziwioną minę. – No chyba nie zamordujesz swojego ukochanego?
            - Się okaże – odparłam nabzdyczona.
Wszyscy znają moją awersję do śniegu. I mając na myśli wszystkich… Uch, no wszyscy, ok?
            - Witaj, moja królowo śniegu – powiedział James, obdarzając mnie zimnym pocałunkiem.
Wiecie, zimne usta, a nie to, że przestał czuć do mnie pociąg.
            - Witaj – odparłam sfochowana. – Nie licz dzisiaj na coś więcej, niż marny pocałunek w policzek – dodałam szeptem.
            - Czemu? – wymamrotał James.
Faceci… Nigdy nic nie rozumieją.
            - Bo walnąłeś mnie śnieżką – powiedziałam.
I od razu tego pożałowałam.


***


            - Co… ty… wyprawiasz?! – zawołałam, oglądając świat do góry nogami.
Nie, James nie użył na mnie zaklęcia swobodnego zwisu. Tylko by spróbował! Poderwał mnie z ziemi i przewiesił sobie przez ramię.
Przez chwilę byłam pod wrażeniem jego siły. Nie myślałam, że quidditch tak działa! Rozwija muskulaturę i tak dalej. Ale później oprzytomniałam i usłyszałam śmiech Syriusza. Nie lubię jak ktoś się ze mnie śmieje.
            - Postaw mnie na ziemi! – zawołałam, waląc go pięściami w plecy. Lub tyłek. Zależało gdzie trafiłam.
            - Nie – odparł i jeszcze mną podrzucił.
            - James, grabisz sobie! – wysyczałam. – Totalnie i niezaprzeczalnie – dodałam głupio.
            - Wątpię – odparł lakonicznie i skierował się w stronę boiska do quidditcha, a raczej trybun. – Już nie umiesz się na mnie wkurzać.
Myślałam, że dobrze się z tym kryłam…
            - Trochę jeszcze umiem! – zawołałam wojowniczo.
Blefowałam. O Merlinie, nie umiem się już na niego zdenerwować! Co to się porobiło…
            - To pokaż – powiedział, stawiając mnie na nogi.
Spojrzałam mu prosto w oczy.
            - Jesteś kretynem, Potter… - zaczęłam od najczęstszej obelgi. Tak między nami – mojej ulubionej. – Jesteś, uch, hm, jesteś…  taki, taki… okropnie kochany, pacanie!
James uśmiechnął się z satysfakcją.
            - Mówiłem? – zapytał.
            - Och, zamknij się – westchnęłam, wspięłam się na palce i pocałowałam go.


***


Dobra, śnieg wcale nie jest taki zły. Na przykład, przy romantycznych wieczornych spacerach spisuje się całkiem fajnie. Jako malownicze tło.
            - Więc, tak już będzie zawsze? – zapytałam, wpadając w melancholijny nastrój. – Tak słodko i radośnie?
            - Tego nie mogę ci obiecać – odparł, wywołując zdumienie na mojej twarzy. – Czasami może być ciężko, ale ważne żebyśmy byli razem…
No i proszę państwa, jak go tu nie kochać?


***


Do dormitorium wróciłam zmarznięta, ale prze szczęśliwa.
            - Lily! – pisnęła Marlena, rzucając mi się w ramiona.
Hu! Ledwo ustałam pod jej ciężarem… Wcale nie sugeruję, że ma nadwagę!
            - Co się stało? – zapytałam, gdy zostałam popchnięta na drzwi i zgnieciona w niedźwiedzim uścisku.
            - Thomas przeniesie się do Hogwartu od stycznia! – zawołała, pokazując mi wygnieciony list.
Spojrzałam na uśmiechniętą Alicję i znudzoną Dorcas.
            - To świetnie! – odparłam, spoglądając na list napisany po francusku, z którego oczywiście nic nie zrozumiałam. Jakoś nigdy nie miałam głowy do języków…
            - O Merlinie, byle trafił do Gryffindoru! – zawołała rozemocjonowana. – Myślicie, ze trafi do Gryffindoru?
            - Jasne, że tak – odparła Dorcas.
            - Na pewno – potwierdziła Alicja.
            - Oczywiście, że tak – dodałam.
Uwielbiam te momenty, gdy wszyscy których kocham, są szczęśliwi!


***


Miałam mały problem. Od momentu, gdy Avery został wywalony ze szkoły (i jak się dowiedzieliśmy – skazany na dożywocie w Azkabanie za morderstwo oraz tuszowanie go), Slytherinowi brakowało jednego prefekta.
Nikt normalny nie cierpiał z powodu braku Avery’ego… O dziwo oprócz mnie. Jako prefekt naczelny brałam wszystkie patrole, które przypadały ślizgońskim prefektom. Ale to nie był ten problem. Problem był całkiem inny. Dumbledore mianował nowego ślizgona prefektem…
Zapewne niezgadnięcie kogo.
Na pewno nie.
No, albo tak.
Severus Snape.
Tak, tak, tak! Mój były przyjaciel. Tak, ten sam, który po tylu latach znajomości i przyjaźni nazwał mnie szlamą. Może coś wam to powie, gdy przedstawię wam reakcje moich przyjaciół.
Reakcja Dorcas:
            -Serio? Lil, współczuję! Snape jest taki paskudny…
Reakcja Alicji:
            - Snape? No wiesz, lepiej on, niż ten kretyn Goyle…
Reakcja Marleny:
            - Kto to jest Snape? Nieważne, niedługo zobaczę Thomasa!
Reakcja Remusa:
            - To się James wkurzy…
Reakcja Syriusz:
            - Smarkerus? Już prędzej mianowałbym prefektem mojego przytępawego braciszka, niż Smarka.
Reakcja Jamesa:
            - Co?! Nie ma mowy, nie będziesz z nim współpracować! Lily, zapomniałaś jak cię nazwał? Zapomniałaś, że interesuje się czarną magią? Dałbym sobie różdżkę złamać, że jest też zwolennikiem Voldemorta! Nie, nie pozwalam!
Tak, jakby miał na to jakiś wpływ…
Więc, gdy zbliżało się zebranie, cóż, byłam zdenerwowana.
            - Idziemy? – zapytał Remus, przepuszczając mnie w drzwiach.
Od razu skierowaliśmy się na piąte piętro, do sali przeznaczonej na nasze comiesięczne spotkania. Nazywałam je „spotkaniami szych”. No wiecie, my, osoby wlepiające szlabany i odejmujące punkty! Byliśmy najważniejsi!
Zaraz po dyrektorze, profesor McGonagall, profesorach, panu Filtch’u, pani Pomfrey, pani Pince, Hagridzie, itd…
            - Cześć! – zawołałam, widząc Amy. – Co słychać?
            - Hej, wszystko dobrze – odparła.
Rozejrzałam się po sali i widząc wszystkich obecnych, przeszłam do rzeczy.
            - Tutaj macie plany patroli… Od połowy grudnia do końca stycznia – mruknęłam, rozdając pergaminy. – Profesor McGonagall poprosiła mnie, abym wam przypomniała o tygodniu poprzedzającym święta, będziemy dekorować zamek. Ach i proszę was o zwracanie większej uwagi na najmłodszych uczniów, ostatnio się rozbestwili… Jednego przyłapałam na próbie latania na miotle po korytarzu… - omówiłam jeszcze wszystkie organizacyjne sprawy i zostałam, żeby powyrzucać stare rozpiski patroli, oraz żeby przyczepić do tablicy nową.
            - Lily – usłyszałam.
W głębi, wiedziałam, że znowu spróbuje.
            - Tak? – zapytałam, odwracając się do chłopaka.
            - Ja… - zaczął. – Chciałem cię jeszcze raz przeprosić, to…
            - Nie, Severusie – przerwałam mu. – To, za co chcesz przeprosić, nie miałoby miejsca, gdybyś tak o mnie naprawdę nie myślał. A teraz wybacz, ale ktoś na mnie czeka.
            - Potter? – zapytał cicho, wykrzywiając twarz w grymasie niezadowolenia.
            - James – poprawiłam.

***


            - Mówiłam, żebyś mnie nie śledził – szepnęłam, gdy wychodziłam z sali.
James oczywiście nie byłby sobą, gdyby nie chciał mnie sprawdzać. Albo Snape’a.
            - Wiesz, że on interesuje się czarną magią. Nie mogłem pozwolić, żebyś sama wracała – odparł, spoglądając na oddalającego się chłopaka.
            - Znowu chciał mnie przeprosić – powiedziałam, żeby zmienić temat.
Nadal bolał mnie fakt, że Severus wolał czarną magię oraz Śmierciożerców ode mnie…
            - Ten typ tak ma – stwierdził James. – W dodatku zakochany…
Otworzyłam szeroko oczy i cicho się zaśmiałam.
            - Nie opowiadaj głupot.
            - Kiedy to najprawdziwsza prawda, Lily – powiedział James, łapiąc mnie za rękę.
Pokręciłam głową. Przecież zauważyłabym! Jestem całkiem spostrzegawcza. Zazwyczaj…



***

No nic, tylko zawiesić Lily pelerynę i nazywać ją SuperLily! Jak ja to robię, że to dziewczę zawsze znajduje się w odpowiedniej chwili i momencie, żeby coś podsłuchać? xD Ale już nie chciałam przeciągać wątku Jane. Gdy napisałam ten rozdział i dwa następne, pomyślałam, że może za wcześnie pozbyłam się Petera, ale cholera, on i tak nie miał jakiegoś szczególnego wątku w tym opowiadaniu, był typowym obżerającym się Peterem, tłem dla innych... Więc tak, znowu zmieniam zakończenie. No, chyba że mnie coś najdzie i ich wszystkich na koniec pozabijam - jak w Grze o tron :) Przez praktyki na nic nie mam czasu - trzynaście godzin poza domem nie sprzyja pisaniu :( Może w weekend ruszę z 30 rozdziałem.

3 komentarze:

  1. Rozdział super. Nie powiem zaliczyłas mnie nie myślałam że Peter w tym pomagał. O tu proszę taka niespodzianka. W sumie gdyby tej Jane nie chciałoby się zmieniać w Lily to by żyła. Jestem ciekawa jak James wypadnie na kolacji z przyszłymi teściami.
    Gabriela Black

    OdpowiedzUsuń
  2. Dzięki bogu że pozbyłaś się tego szczura xd Mam nadzieję że nic ci sie nie zmieni i wszyscy przeżyją :D rozdział świetny ;) A Jily tacy wdehdoieirwhfunnnduvnufncuifnc *-------* kocham ich <3 czekam na next xx

    OdpowiedzUsuń
  3. Ten moment kiedy Snape pyta: ,,Potter?'' a Lily poprawia go na ,,James'' świetnie ukazał zmianę jej uczucia. Niby taki prosty gest, ale ile wyjaśnił i pokazał. Baardzo fajny. :)

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.